AN: FC Barcelona – 3 : 2 – Real Madryt (Superpuchar Hiszpanii)
Powietrze wibrowało tysiącami głosów. Cały stadion zdawał się dudnić.
Niesamowita energia bijąca od Camp Nou, gdy drużyna wybiegała na murawę, jednocześnie przerażała Rona i dodawała mu skrzydeł. Ostatnio ogarniało go niejasne przeczucie, że ich generacja – George'a, Oliviera, Pike'a i pozostałych chłopaków – chyli się ku nieuchronnemu upadkowi. Do tej pory byli dumni i patrzyli z góry na inne drużyny. Nikt nie mógł się z nimi równać ani w lidze, ani w Europie.
W końcu żaden z wielkich klubów nigdy nie okazał zaufania kobiecie, mianując ją trenerem pierwszej drużyny.
A ona odpłaciła za to zaufanie z nawiązką, wygrywając wszystko, co można było wygrać. Hermiona Granger-Pereira stała się twarzą Barcelony i żywym wcieleniem hasła „mes que un club".
Przy linii bocznej boiska już nie stała jej drobna postać w białej bluzce, z krótkimi włosami zaczesanymi do tyłu. Któryś z chłopaków zapytał ją kiedyś na treningu, dlaczego na oficjalne mecze zakłada czarne spodnie. Pamiętał, za to dokładnie jej odpowiedź: „bo kiedy widzę, jak zdobywacie ważną bramkę, tak samo, jak wy, padam na kolana". Innym razem nawiedzona dziennikarka ze sportowej telewizji zapytała ją, dlaczego, będąc kobietą z klasą, nie zakłada nigdy szpilek. Została ośmieszona pytaniem: „Czy próbowała pani kiedykolwiek wejść w szpilkach na murawę?"
Dziennikarze do końca widzieli w niej przede wszystkim kobietę, dopiero później trenera profesjonalnej drużyny.
Teraz na ławce rezerwowych siedział Yaxley z miną człowieka cierpiącego na wrzody żołądka. To on podawał rękę Snape'owi i silił się na anemiczny uśmiech, choć trener ich odwiecznego rywala rok temu wysłał Yaxleya do dentysty. Wtedy nerwy poniosły wszystkich, oprócz Hermiony. Nie pierwszy i nie ostatni raz w historii obu klubów.
Ron przysiadł pod swoją szafką i na moment schował twarz w dłoniach.
- Też ci jej brakuje?
Oliver Wood w kapitańskim nastroju przykucnął przy nim i położył dłoń na ramieniu.
Ron posłał mu tylko pełne desperacji spojrzenie. Jak opisać słowami pustkę, którą odczuwał od kilku miesięcy? Czasem budził się w środku nocy zlany potem i ze ściśniętym gardłem. Faceci powinni być silni, więc codziennie stawiał się na treningu i wysłuchiwał narzekań Dennisa na ich byłą Entrenadorę. Z czasem Creevey uspokoił się pod skrzydłami nowego szkoleniowca. Cała szatnia odetchnęła z ulgą, kiedy zamiast ambitnej kobiety pilnującej, by zachowywali się zgodnie ze standardami klubowymi, władze powołały dotychczasowego trenera rezerw.
- To nie jest odpowiednie miejsce na wspominanie tego, co było. Musimy skopać tyłki kilku Merengues.
Oliver roześmiał się i wstał.
- Jeśli chcesz, możemy pogadać o tym jutro. Powiem żonie, żeby przygotowała coś specjalnego na kolację, okey?
Ron skinął głową i wstał. Wszyscy zbierali się w tunelu, gotowi do wyjścia. Nad ich głowami grzmiały słowa pieśni.
„…som gent blaugrana;
tant se val d'on venim,
si del sud o del nord,
ara estem d'acord, estem 'acord,
una bandera ens agermana..."
Malfoy został tradycyjnie wygwizdany, Finnigan wybuczany, tylko przy wyczytywaniu nazwiska Charlie'go trybuny odpowiedziały gdzieniegdzie nieśmiałymi oklaskami.
Potem był gwizdek sędziego i czterdzieści pięć minut biegania, kopania i okazjonalnego leżenia na murawie.
Przez pierwsze dziesięć minut nic się nie działo. W czternastej minucie Anthony Goldstein zapoczątkował pierwszą groźną akcję, ale Dennis nie wykorzystał okazji.
Ron nie liczył już, ile razy w życiu dziękował losowi, że Goldstein gra w ich zespole. Dla niego był więcej wart niż dziesięciu Creeveyów, ale to Dennis miał strzelać gole. Niestety dziś ich najjaśniejsza gwiazda nie umiała przyjąć piłki, a jeśli już mu się to udało, trafiał w poprzeczkę, obrońców lub wyciągnięte dłonie Charliego.
Nott chyba postanowił być tego dnia osobistą nemezis Dennisa. Ściął go kilka razy tak, że Ronowi zrobiło się niedobrze. W końcu nazbierał sobie na żółtą kartkę i to go trochę uspokoiło.
W drugiej połowie na boisku pojawiła się nowa twarz. Zamiast eleganckiego Zabiniego, z drużyną rywali wybiegł chudy dzieciak z koszulką z numerem 23 i pożyczoną od Finnigana zapasową opaską odgarniającą z twarzy czarne włosy. Ron przypomniał, że Yaxley na przedmeczowej odprawie poświęcił Harry'emu Potterowi jedno zdanie – że ma 22 lata i jest w Madrycie od dwóch tygodni. To w zupełności wystarczyło chłopakom. Nie spodziewali się, że Snape wpuści kogoś tak niedoświadczonego podczas Gran Derbi, szczególnie że nie przepracował z nowymi kolegami okresu przygotowawczego. W co on pogrywał? Chyba chciał zniszczyć dzieciaka.
Ron skierował wzrok na ławkę rezerwowych. Yaxley siedział ze spuszczoną głową i wzrokiem wbitym w buty. Snape, wymieniwszy kilka zdań z asystentem, rozsiadł się wygodnie z miną jakby pozjadał wszystkie rozumy.
Dziesięć minut później zmienił zdanie. „Królewscy" wywalczyli rzut rożny. Potter poszedł w miejsce wskazane przez sędziego liniowego z pewnością godną piłkarza co najmniej o pięć lat starszego, jakby ćwiczył to już tysiące razy. Jednym, precyzyjnym kopnięciem, z dokładnością do milimetra, posłał piłkę w pole karne wprost na głowę wyskakującego Malfoya.
W nocne niebo wzbił się jęk zawodu tysięcy kibiców i szalone oklaski ubranej na biało grupki, otoczonej podwójnym kordonem ochroniarzy.
Coż, zdarza się. Ron natychmiast poderwał przyjaciół. Przejęli piłkę i po kwadransie to Barça prowadziła.
Jak widać, Madrytczycy dalej byli tak samo przewidywalni i niefrasobliwi. I równie łatwo, jak w poprzednim sezonie, dawali się prowokować. Posypało się kilka kartek.
Następną świetną okazję zmarnował Garcia. Chłopak denerwował Rona, od chwili, gdy został kupiony przez władze ich klubu. Ci z Madrytu nagminnie oskarżali ich o wymuszanie fauli, aktorstwo i bieganie za sędziami. Garcia był żywym przykładem, że w oskarżeniach tych było trochę racji. Zapędził się za daleko. Nie trafiłby w siatkę z takiego kąta, więc postanowił się podłożyć pod nogi zastawiającego go Finnigana licząc na faul, żółtą kartkę, a najlepiej wywalenie stopera Los Blancos ze stadionu.
Finnigana cechowała nie tylko gorąca krew, ale też poczucie humoru. Gdy obaj, po spektakularnym upadku połączonym z pięknym ślizgiem po murawie, znaleźli się za bramką Charliego, a sędzia główny nie palił się do wyciągania gwizdka, Garcia rozłożył ręce prezentując całemu światu najbardziej skrzywdzoną i bezradną minę człowieka niewinnego. Finnigan po prostu wziął go pod pachy i postawił do pionu.
Ron usłyszał z boku niepohamowany śmiech Pottera. Odwrócił się i zobaczył, jak Oliver zakrywa dłonią usta. George był równie rozbawiony, co poirytowany zachowaniem ich nominalnego napastnika.
Zegar odliczał minuty do końca meczu. Anthony ponownie pokazał ogromny talent wymijając obronę Realu. Idealnie wyłożył Ronowi piłkę, którą Charlie po chwili wyjmował z siatki. Stadion eksplodował. Wynik 3:1 był znakomity. Ron zadowolony schodził z boiska, gdy trener wymienił go na młodszego zawodnika.
Wygranie tego spotkania było pewne, więc Yaxley słusznie wpuszczał w ostatnich minutach rezerwowych. Superpuchar już na 99% był w Barcelonie.
Tylko że Pike na pięć minut przed ostatnim gwizdkiem zachował się jak idiota, a nie bramkarz. Zamiast przyjąć piłkę i wykopać w górę, postanowił trochę podryblować. Będący najbliżej niego MacMillan z łatwością zabrał mu ją i umieścił w siatce. Pike zagotował się i wyrzucił z siebie wiązankę niegroźnych przekleństw.
Nagle już nic nie wydawało się takie pewne.
X X X
Gdy już wszyscy zmęczeni i ociekający potem uciekali do szatni, zatrzymała go Sybilla Trelawney z Marca TV.
- Ron! Wspaniały mecz! Piękny gol! Szkoda, że Dennis był dziś niewidoczny.
- Dennis zdobył dziś bramkę i przyczynił się do naszej wygranej – odburknął.
Zaraz, czy ta baba nie przeszła ostatnio intensywnego liftingu? Pamiętał, że w poprzednim sezonie jej twarz nie wydawała się taka naciągnięta.
- A co powiesz o przeciwniku?
- Nie chcieli grać w otwartą piłkę. Liczyli tylko na nasze błędy.
- Mówiło się dużo, że odejście Hermiony Granger-Pereiry może oznaczać zmierzch ery dominacji Barçy…
- O żadnym zmierzchu nie może być mowy – odpowiedział szybko – Zdominowaliśmy posiadanie piłki. Byliśmy lepsi.
X X X
Theo włączył świetlówkę nad głową i otworzył książkę na zaznaczonej stronie. Przerabiał od kilku tygodni serię słynnych skandynawskich kryminałów, jednak głośna muzyka dobiegająca ze słuchawek siedzącego przed nim Lee Jordana nie pozwalała się skupić na przygodach głównej bohaterki. Koledzy zajęli sobie miejsca w samolocie. Snape postanowił, że nie będą nocować w Barcelonie. Od kiedy zaczął ich trenować, nigdy nie zostawali w stolicy Katalonii dłużej niż kilka godzin.
Smith, Corner i Montague już drzemali. Terry Boot bawił się komórką. Siedzący obok niego Ernie MacMillan, wciąż podekscytowany zdobytym golem opowiadał, co czuł i myślał biegając po boisku i jak śmiesznie łatwo udało się ograć bramkarza Blaugrany. Skrzydłowy nie zdawał sobie sprawy, że przygnębia nominalnego napastnika.
Charlie chodził w przejściu i robił wszystkim zdjęcia, dopóki Ritchie Coote nie zabrał mu smartfona.
Dwa rzędy dalej Blaise cicho przemawiał do milczącego Malfoya. Draco po każdej porażce przypominał gradową chmurę i lepiej było do niego nie podchodzić. Już schodząc z murawy myślał o tym, co zrobił źle, a co mógł poprawić. Normalnego człowieka takie podejście do wykonywanego zawodu mogło w dłuższej perspektywie wpędzić w depresję. Malfoy jednak funkcjonował znakomicie zarówno w Anglii jak i w Hiszpanii.
Theo zamknął oczy i spróbował oddzielić kojący głos Zabiniego od latynoskiego rapu sączącego się z wściekle zielonych słuchawek Lee Jordana i cichej rozmowy kolegów z Niemiec zajmujących fotele po drugiej stronie przejścia. Zabini mówił po włosku, a Draco najwidoczniej osiągnął na tyle zaawansowany poziom, by go rozumieć.
Ten głód wiedzy obecny w Malfoyu imponował Nottowi. Domyślał się, że to pozostałość z zupełnie innego życia, które miał prowadzić blondwłosy gwiazdor. Niewiele się mówiło o jego przeszłości, znacznie ciekawsze wydawały się plotki dotyczące rzekomych podbojów łóżkowych. Mimo to Theo był przekonany, że za dziesięć czy dwadzieścia lat o jego klubowym koledze będą kręcić filmy. I to te z największym budżetem, happy endem i moralnym przesłaniem. Żaden z nich, nawet siedzący niedaleko Potter, czy uwikłany w iście szekspirowską intrygę Charlie, nie przeżył tak drastycznych wzlotów i upadków. Los zabrał mu ojca i dał ogromny talent, rzucił daleko od rodzinnych stron prosto pod skrzydła wspaniałego mentora, a po ostatniej przeprowadzce Draco znalazł mu idealnego arcywroga i prawdziwego przyjaciela.
Zabini zakończył swój monolog i prawdopodobnie usnął. Potter i Longbottom jeszcze czuwali, wychodząc zapewne z założenia, że nie opłaca im się drzemka pomiędzy Barceloną i Madrytem.
Theo bezskutecznie spróbował wrócić do lektury.
- Nie mogę uwierzyć, że Snape pozwolił mi zagrać w El Clasico – powiedział cicho Harry.
- Zasłużyłeś na to – zapewnił go Neville.
- Jakoś na treningach to tak nie wyglądało. Ciągle na mnie narzeka i wrzeszczy. Połowy z tego nawet nie rozumiem.
- Może to i lepiej?
- Wolałbym wiedzieć, co robię źle.
- Według Snape'a pewnie wszystko.
- Dobrze, że przynajmniej tobie daje święty spokój.
Neville poruszył się niespokojnie. Brak krytyki nie zawsze oznaczał, że coś działa dobrze. Czasem po prostu nie warto marnować słów na coś, czego już się nie da usprawnić.
- Idę do łazienki.
Harry odprowadził przyjaciela wzrokiem. Nie minęło pięć sekund, a na opuszczone miejsce wpakował się Finnigan.
- Świetnie założyłeś siatę. Wood zupełnie nie wiedział, co z tobą zrobić.
Potter zamrugał gwałtownie.
Od czasu incydentu z szafką stosunki między obydwoma nie układały się najlepiej. Finnigan, po zrobieniu kawału młodszym piłkarzom, powrócił do roli najbardziej koleżeńskiego faceta w szatni, jednak Potter omijał go szerokim łukiem i nie ufał ani trochę.
- To nic takiego…
- Mister powinien dawać ci więcej minut.
Seamus poparł swoje stanowisko ziewnięciem.
- Nie jestem jeszcze zgrany z resztą zespołu. Nie znam języka.
- Jeśli pozwolisz mi się w końcu wyciągnąć na miasto, to ci gwarantuję, że po trzech tygodniach będziesz mówić jak rodowity Kastylijczyk.
Harry otworzył i zamknął usta, ale nie miał chwilowo żadnej solidnej wymówki. Spróbował się odsunąć choć trochę, bo drugi kapitan zupełnie nie wiedział, czym jest przestrzeń osobista. Niestety z drugiej strony miał okno odrzutowca i ciemność.
- I furę pomogę ci kupić… - Finnigan ziewnął jeszcze szerzej – I fajną dziewczynę ci znajdę.
Nabiegał się przez cały mecz zagrzewając obronę do walki i kłócąc się z sędzią, kiedy Charlie nie chciał zabierać głosu, choć działa się im niesprawiedliwość.
- Ja… nie przyszedłem do Madrytu szukać dziewczyny. Chcę grać w piłkę.
- Jedno drugiemu nie przeszkadza. Wiesz ile lasek leci dziś na piłkarzy?...
Potarł opadające powieki i przeczesał ręką rozpuszczone włosy. Ledwie trzymał się pionu.
- Wiem – Potter uśmiechnął się wreszcie – W Bremie jest to samo.
- Słuchaj… dlaczego chcieli ciebie sprzedać do drugoligowca?
Kiedy Seamus nie otrzymał odpowiedzi, przykleił się jeszcze bardziej i objął Harry'ego po bratersku.
- Widziałem cię na mistrzostwach. Dwa razy, kiedy nie przygotowywaliśmy się do swoich meczów. Człowieku, byłeś genialny…
- …dzięki…
Wyswobodził się z uścisku i zaczął grzebać po kieszeniach.
- Seamus, zaczekaj. To twoje.
Znalazł nareszcie cienki pasek elastycznego materiału. Na białej opasce widniały misternie wyhaftowane litery: „SEAMUS 4". Dopiero teraz je dostrzegł. Wiedział też, że kamery telewizyjne są bardziej spostrzegawcze. Zrobiło mu się gorąco na samą myśl.
- Dzięki, że mi ją pożyczyłeś przed meczem.
Harry odwrócił się, jednak drugi kapitan jego drużyny już spał. Z rozczochranymi włosami i złagodzonymi przez sen rysami twarzy wyglądał jak duży dzieciak zmęczony dniem pełnym przygód.
Uniósłszy wzrok napotkał pełne zrozumienia spojrzenie Theo Notta.
Gdy Neville wrócił z łazienki, niespełniony architekt i przyszły trener zaprosił go na sąsiedni fotel, zamknął książkę i zaczął cierpliwie opowiadać o swoich początkach w Madrycie. I o tym, dlaczego Tottenham jest najwspanialszym klubem na świecie.
X X X
Blaise powoli jechał przez puste ulice. Światło latarni wydobywało z ciemności zarysy białych ścian i murów otaczających niektóre domy. Unikał wykorzystywania wynajmowanych przez klub kierowców i samochodów. Nawet o tak późnej porze wolał przyjechać swoim autem z Barajas.
- Przeszło ci? – zapytał siedzącego z boku przyjaciela.
- Nie.
- Okey. Zapytam cię drugi raz, jak się wyśpię.
Zaparkował przed posesją z pedantycznie zadbanym trawnikiem i równo przyciętym niskim żywopłotem oddzielającym ją od ulicy.
Draco nie zamierzał się ruszać.
- Nie grałeś dzisiaj pewnie. Nie byłeś sobą na boisku.
Blaise westchnął i położył dłonie na kierownicy.
- Pół roku temu operowali mi kolano. Wciąż muszę chodzić na rehabilitację.
- To nie to.
- Nie mogłem nawet pojechać na mistrzostwa.
W jasnych oczach przyjaciela dostrzegł ból i rozczarowanie. Nie mógł na niego patrzeć.
Draco nigdy nie postąpiłby się tak lekkomyślnie, a już z pewnością nie bałby się ponieść konsekwencji własnego zachowania. On zawsze czuł się odpowiedzialny za swoją rodzinę.
- Blaise, proszę, nie kłam. Coś się dzieje z Padmą? – zapytał ostrożnie – Będą komplikacje?
Z pewnością będą, kiedy jego ciężarna żona dowie się, jakim jej mąż jest łajdakiem.
- Nie przejmowałbyś się niczym innym – Draco drążył temat – Tak chcieliście mieć drugie dziecko. Trzy lata się staraliście.
- Przestań! – Blaise schował twarz w dłoniach.
Na jego idealnym życiu pojawiały się coraz głębsze rysy. Najpierw kontuzja, potem rosnąca niechęć trenera i puste słowa prezesa, który publicznie wyraża poparcie i życzy powrotu do zdrowia, a pod koniec okienka transferowego sprowadza z Niemiec młodszego o siedem lat piłkarza, grającego na tej samej pozycji. Nie wybrał byle zapchajdziury z Castilli, który grzecznie grzałby ławkę rezerwowych i z radością liczył minuty spędzone na murawie. Nie, Marvolo postawił na długoterminową inwestycję, a to mogło oznaczać, że klubowi lekarze nie mówią mu wszystkiego. Nie chciał stać się taką ofiarą losu jak Cedric Diggory, choć wiedział, że nie zasłużył na nic lepszego.
Był łajdakiem, a jego życie powoli, lecz nieuchronnie rozsypywało się.
- Niektóre dzieci są chciane… - wyszeptał – inne nie.
AN: Słowa "El Cant del Barca" cytowane za książką Grahama Huntera - "Barca - za kulisami najlepszej drużyny świata".
