AN: Rozdział przegadany, tym razem zero akcji.
Getafe CF – 2 : 1 – Real Madryt
Pogonił Nestora, Dołochowa i resztę asystentów do autokaru. Z własnymi porażkami należy się uporać samodzielnie. Nie można liczyć na dobroć innych ludzi, choć ci, którzy go naprawdę znali, nigdy nie życzyli mu źle.
Jeśli hieny żądały kozła ofiarnego, to go dostaną.
Severus Snape opanował oddech i przywołał ostatnie pokłady cierpliwości. Wszedł na salę konferencyjną w blasku fleszy. Zajął miejsce przy mikrofonie i przygotował się na najgorsze.
- Jakie słowa chciałby pan przekazać dzisiejszym przeciwnikom?
- Chcę złożyć im gratulacje. Zasłużyli na trzy punkty. Zagrali dobry mecz i na koniec okazali się lepsi.
Dobór odpowiednich słów zabierał mu ułamki sekund i reporterzy mogli uznać to za słabość. Wolał jednak być w stu procentach pewien, co mówi i jak to zabrzmi.
- Czy pamięta pan, w swojej dotychczasowej karierze, drugą taką czarną serię?
- Nie – odpowiedział twardo – Nie pamiętam, bym kiedyś miał tak fatalny początek sezonu. Kiedy jest się w tym zawodzie tyle lat, to ciągle przytrafiają się nowe rzeczy. Człowiek ciągle się uczy. Mogę tylko powiedzieć, że ta sytuacja nie jest normalna. Na sześć możliwych punktów w pierwszych dwóch kolejkach zdobyliśmy tylko jeden.
- Czy skupiacie się teraz wyłącznie na rewanżu w Superpucharze?
Znaczy, czy grupka przepłaconych egoistów domaga się odpuszczenia rozgrywanego za kilka dni El Clasico, bo im się zwyczajnie nie chce?
Na ostatnim treningu rozmawiali tylko o pieniądzach, które Marvolo zarobił wysyłając ich na tournee po Stanach Zjednoczonych. W kraju kryzys i szalejące bezrobocie, a im się marzy kolejny samochód, który bezkarnie mogą rozbić, i kolejna dziewczyna, którą mogą obsypać złotem. Przerośnięci chłopcy, którym nie zależy na dobrej grze.
Dziś nawet Malfoyowi się nie chciało. Snape był zaskoczony kompletną niemocą swojego najlepszego zawodnika. Draco grał w piłkę przede wszystkim dla sławy. Na obecnym etapie kariery pieniądze były dla niego tylko bonusem, liczyły się trofea. Tego wieczora wydawało się, że przestał już marzyć o Złotej Piłce i pogodził się ze statusem „tego drugiego".
- Superpuchar to zupełnie inna sprawa. Przygotowujemy się do niego niezależnie od rozgrywek ligowych.
Terry Boot zapomniał, jak strzelać bramki, Ernie MacMillan zaciął się kompletnie i przez całe dziewięćdziesiąt minut próbował w kółko tej samej sztuczki z wrzutką w pole karne. Ale najgorszy z nich wszystkich był Zabini. Severus doradzał prezesowi, by go sprzedać jeszcze w sierpniu z powrotem do Włoch. Włosi nie sprawdzali się poza własną ligą, nie asymilowali się z obcym krajem, a nawet jeśli im się to udało, ich nogi kruszyły się, jakby były ze szkła. Blaise połowę swojego kontraktu spędził na operacjach i rehabilitacjach. Jak nie naciągnięty mięsień, to cysta. Jak nie skręcona kostka, to chroniczny ból pleców, aż wreszcie te nieszczęsne kolana.
Kiedy wreszcie sztab medyczny go podleczył, Zabini odwdzięczył się klubowi nie trafiając z pięciu metrów do pustej bramki. Przez cały mecz grał, jakby miał 80 lat. Nie nadążał za podaniami, czasem wydawało się, że w ogóle nie widzi lecącej w jego kierunku piłki. Był najsłabszym ogniwem drużyny. Ofensywny pomocnik powinien ciągnąć do przodu cały atak, kierować piłkę do napastnika i na skrzydła, wyszukiwać luki w obronie przeciwnika i umieć strzelić gola, kiedy tylko nadarzy się sposobność. Zabini nie wykonał żadnej z tych czynności. Człapał po murawie i zaliczył chyba 15 strat.
Coś mu zaprzątało głowę, a Severus postanowił za wszelką cenę dogrzebać się do prawdy.
- Jakie ma pan odczucia po dzisiejszym spotkaniu?
- Było tragiczne – stwierdził krótko.
Jeśli ta siksa z twarzą mopsa z Punto Pelota spodziewała się, że będzie się usprawiedliwiał i bronił, to się grubo pomyliła. Już nie miał o co wykłócać się z dziennikarzami. Udowadnianie wyższości Realu nad Barçą nie miało sensu. Podczas ostatniego starcia kilka dni temu nie czuł nic, żadnego dreszczyku emocji. Końcowy wynik był mu całkowicie obojętny.
Dziennikarze poprosili go o szczegóły. Zupełnie jakby sami nie oglądali meczu.
- To był zły początek. Getafe okazało się świetne. Byli bardzo konsekwentni przy stałych fragmentach gry. Nasza porażka jest w pełni zasłużona.
Severus prawie się uśmiechnął. Ciekawe, czy któryś z tych prężących muskuły idiotów obejrzy tę konferencję i zrozumie jego przekaz? Theodore Nott i Justin Finch-Fletchley na pewno, może jeszcze Michael Corner. Oni czytają coś więcej niż etykiety na opakowaniach szamponu, ale są tylko wyjątkami potwierdzającymi regułę.
- Czy rozmawiał już pan o tej porażce z piłkarzami?
- Nie dyskutowałem jeszcze z nimi – przyznał – Mieliśmy zbyt mało czasu na prawdziwą analizę wydarzeń. Na razie wysłuchałem tylko, co mieli do powiedzenia. Mówili, że przy drugiej bramce dla Getafe arbiter powinien odgwizdać rękę. Mówili, że Graham nie powinien dostać tej czerwonej kartki, bo nie powiedział w stronę sędziego liniowego nic obraźliwego. Przede wszystkim nie chcę, by moi zawodnicy dowiadywali się o tym, co myślę, z prasy. Dziękuję.
X X X
Harry w autokarze zachowywał się potulnie. Nie odzywał się do nikogo, trzymał nerwy na wodzy. Wybuchł dopiero, gdy zamknęły się za nimi drzwi hotelowego apartamentu.
- Widziałeś to?! Chryste! – jęknął i schował twarz w dłoniach – Myślałem, że to się tu nie zdarza… Nie na takim poziomie…
- Nie przesadzasz?... – zapytał ostrożnie Neville.
Nie chciał wyciągać pochopnych wniosków. Miał nowych kolegów, nowego, wymagającego trenera i powoli przyzwyczajał się do gwarnego miasta.
- Sprzedali mecz! Ritchie, Ernie, Seamus… przecież kilka razy oni wykopywali piłkę prosto pod nogi tych z Getafe!
Harry zaczął krążyć po salonie niczym zabłąkany radziecki satelita z nuklearnym ładunkiem na pokładzie. Kilkakrotnie przesunął palcami po włosach, pociągnął mocno za długie kosmyki. Musiało zaboleć.
- Może się ci tylko tak wydawało… - Neville usiadł na sofie i bezradnie wodził wzrokiem za wzburzonym przyjacielem.
- Nie wydawało mi się!
Jakoś nie mógł uwierzyć, by klub ze światowej czołówki zniżył się do poziomu bankrutującego trzecioligowca. Piłkarze zarabiali za dobrze, by się skusić na trochę grosza. Za duże ryzyko, zbyt wiele do stracenia.
- Z ławki widać wszystko! – krzyczał Potter – Snape w ogóle nie reagował… Oni się kompletnie nie ruszali.
- Może są zmęczeni presezonem? Przeciążeni po mistrzostwach?
- Neville, my też byliśmy na tych mistrzostwach – zatrzymał się gwałtownie przed dużym oknem z widokiem na ruchliwą ulicę – I zaszliśmy dalej od większości z nich. Dlaczego ty miałeś siłę biegać, a Blaise już nie?
Fryzura Harry'ego przypominała już nieszczęśliwe, czarne zwierzątko porażone prądem.
- Nie wiemy wszystkiego. Nie znamy dobrze języka, a Charlie czy Seamus nie muszą nas we wszystko wtajemniczać – odparł stanowczo Neville – A ty od razu zakładasz najgorsze.
- Wiem, co widziałem.
- Nie znamy kontekstu. Równie dobrze Snape może ustawiać zespół pod La Decimę.
Harry wydał z siebie nieokreślony dźwięk i wyrzucił w górę ręce.
- La Decima!
- Wiesz, że tutaj wszyscy mają obsesję na jej punkcie. Od prezesa począwszy, a skończywszy na facecie koszącym trawę.
- A ja chcę Mistrzostwo Świata. I Złoty But! I Złotą Piłkę!
- Myślałem, że Złotej Piłki życzysz komuś innemu – odparł spokojnie Neville.
„I nie próbuj mi wmówić, że Diggory'emu" – dodał w myślach.
Obserwował, jak z jego przyjaciela gwałtownie uchodzi negatywna energia. Harry osunął się na najbliższy fotel i załkał sucho. Za bardzo przeżywał porażki. Zawsze bolało go, kiedy koledzy z boiska nie starali się równie mocno jak on. Sportowy światek nie zepsuł go wielkimi pieniędzmi i ulotną sławą, ale też nie zdążył zahartować jego młodego serca.
- Spodziewałem się po nim więcej… - wydukał przez zaciśnięte zęby – Był genialny na Euro. A w Anglii grał tak, jakby nie dotykał trawy… I tutaj, w poprzednim sezonie ogrywał wszystkich jak chciał… Był najwspanialszy… Najlepszy… Mógłbym na niego patrzeć bez końca.
- Każdemu zdarzają się gorsze dni – spróbował go pocieszyć Neville.
Harry tylko potrząsnął głową i jeszcze bardziej skulił się w sobie.
- Dalej chcę na niego patrzeć… ale boję się, że jak podniosę wzrok, to on się domyśli. I znienawidzi mnie.
- Nie sądzę, żeby należał do tych uprzedzonych macho. Wygląda raczej na dobrego faceta.
- On nie jest taki jak ja – odparł gorzko.
Neville westchnął bezgłośnie. Podszedł do przyjaciela i położył mu dłonie na ramionach.
- Harry, powinieneś wreszcie to przemyśleć i zdecydować, czy podziwiasz go jako piłkarza, czy też jest to coś więcej.
- Ja już dawno zdecydowałem.
Potrząsnął głową. Niestety jego najlepszy przyjaciel należał do beznadziejnych przypadków.
- I co z tym zrobisz? – zapytał surowo.
Postanowił obrać inną taktykę. Rozzłoszczonego Harry'ego jeszcze potrafił znieść, na pogrążonego w smutku nie mógł patrzeć.
- Nic – tamten wzruszył ramionami.
- Nic? To nie w twoim stylu.
- A jaki niby jest ten mój styl?
Neville prawie się uśmiechnął.
- Omijanie każdej, nawet największej przeszkody w drodze do celu.
Harry zamyślił się. Znieruchomiał w fotelu i wreszcie skupił się na sobie, a nie na tym, co działo się wokół. Za bardzo przejmował się lekcjami hiszpańskiego i ostrymi słowami krytyki, którymi ich trener raczył go przy każdej okazji.
Rita Skeeter odzywała się tylko by umówić któregoś z nich na kolejny wywiad. Neville miał przynajmniej Hannah. Zawsze mógł być pewien, że jego zapracowana dziewczyna znajdzie kwadrans pomiędzy sesją zdjęciową i wizytą u kosmetyczki, by dodać mu otuchy. Dwa razy zdobył się nawet na rozmowę z babcią.
Tymczasem przez ostatnie trzy tygodnie telefon Harry'ego nie zadzwonił ani razu.
X X X
Blaise obsłużył się sam w kuchni i skierował kroki w stronę południowego patio i błękitnego basenu. Miał ten przywilej, że mógł bez ograniczeń poruszać się po wymuskanym, ascetycznym domu Draco Malfoya. Meble w głównym salonie były minimalistyczne i funkcjonalne. Pośród kilku odcieni bieli i szarości jedyną kolorową plamę stanowiła fotografia nieco młodszego Draco w trójkolorowej koszulce, zagubiona na szklanej szafce. Nic nie burzyło równowagi. Żadnego przepoconego podkoszulka rzuconego na sofę, żadnej zapomnianej szklanki z niedopitym sokiem, żadnego okruszka czy zeszłotygodniowej gazety.
Dom Blaise'a znajdował się w tej samej dzielnicy, ale równie dobrze mogli mieszkać na różnych kontynentach. W jego salonie zawsze znalazła się jakaś zabawka, na ścianach wisiały fotografie bliższej i dalszej rodziny, a Padma dbała o świeże kwiaty w wazonach.
Życie Draco wydawało się poukładane i nudne. Pomiędzy treningami i udziałem w reklamach co kilka miesięcy wybuchał skandal z kolejną rzekomą dziewczyną gwiazdora, a potem wszystko wracało do normy. Dziennikarze starali się znaleźć najmniejszą rysę na jego wizerunku, ale Malfoy był inteligentny i ostrożny. Nikt nie dowiedział się, czy Draco co noc kładzie się do łóżka sam, gdzie imprezuje i czy zażywa coś niedozwolonego.
Ten dom był na pokaz, tak samo jak wypracowany przez lata uśmiech, którym jego właściciel witał obcych ludzi.
Blaise mógł się uważać za kogoś wyjątkowego, gdyż dane mu było poznać zupełnie inną twarz najdroższego sportowca Europy.
Przez szklaną ścianę widział Grahama moczącego nogi w basenie. Montague miał nos zwieszony na kwintę, a Draco usiłował go pocieszyć.
- Przysięgam, że nic takiego wczoraj nie powiedziałem!
- Wierzę ci – zapewnił cicho.
- Zapisali w protokole meczowym, że nazwałem go sukinsynem. Między sukinsynem, a zwykłym dupkiem jednak jest różnica, prawda? Za dupka nie powinni dawać od razu czerwonej kartki. Nawet nie zdążyłem wbiec na boisko.
- W ogóle nie powinieneś się do niego odzywać – stwierdził poważnie Draco.
- Ale on naprawdę jest dupkiem – żalił się dalej Montague – Jak mógł nie zauważyć ręki?
- Nie pierwszy i nie ostatni raz.
- Zawsze faworyzują Katalońców, a my… tylko czekają, żeby nas dobić.
Draco przysiadł obok niego i podsunął szklankę wody z lodem.
- Jesteśmy ponad to, okay? Następnym razem jak ktoś cię wkurzy, pomyśl, że jesteś ponad to wszystko.
- Łatwo ci mówić, to nie ciebie nazywają transferowym niewypałem dekady.
Blaise ze swojego miejsca nie widział dokładnie wyrazu twarzy Dracona, ale z pewnością nie promieniował w tej chwili optymizmem.
Cóż, każdy ma swoje demony. Blaise jeszcze kilka tygodni temu nie wierzył w nie i gdyby nie telefon z Francji, nie wierzyłby do tej pory.
- Graham, ludzie mnie nienawidzą. Wszędzie, gdziekolwiek gramy. Nawet na Bernabeu, kiedy przyszedłem, część tych zjadaczy słonecznika pluła jadem.
Montague przysunął się bliżej i przyjął pokrytą rosą szklankę. Słońce nagrzało wodę, a brzegi basenu nie dawały o tej porze żadnego schronienia przed upałem.
- Za to we Francji cię uwielbiają – powiedział.
- Ciebie też.
- Czasem nie chcę tu być – wyznał Graham – Za rok albo dwa zabiorę swoje dziewczyny i wrócę do domu.
Montague nie radził z ciągłą presją. Blaise widział już tutaj takich jak on – młodych, świetnych technicznie, prawdziwe perełki w młodzieżowych reprezentacjach, zmuszanych przez zmieniających się trenerów lub przez przeciwnika do gry defensywnej. Po przeprowadzce do Madrytu przygasali jak samotne meteory na nocnym niebie. Tutaj liczył się tylko sukces. Jeśli nie podniosłeś pucharu, byłeś niczym, nawet nie osobą lecz kolejnym nazwiskiem w kronikach stadionowego muzeum. Graham wytrzymał już jeden sezon i nikt nie zamierzał go sprzedawać. Nawet nie zdawał sobie sprawy, w jak komfortowej jest sytuacji.
Blaise'a naszła ponura refleksja, że gdyby za niego ktoś zaoferował choć 5 milionów euro, Snape wziąłby je z pocałowaniem ręki. Ratowała go tylko sprzedaż koszulek z jego nazwiskiem.
Wyszedł na dwór i dołączył do wygrzewających się kolegów. Draco posłał mu zaniepokojone spojrzenie. Od powrotu z Barcelony nie mieli okazji by porozmawiać sam na sam. Blaise mógł w nieskończoność wymyślać kolejne wymówki.
- Jak się chowa Naiara? – zagadnął młodszego z Francuzów.
- Świetnie! – Montague rozpromienił się, całkowicie zapominając o czerwonej kartce i porażce z Getafe.
Wyciągnął z kieszeni kwiecistych kąpielówek telefon i zaczął pokazywać zdjęcia zadziwionej światem trzylatki, która oczy odziedziczyła po ojcu, a owal twarzy po pięknej matce.
- Podrzuć ją kiedyś do nas. Jest w tym samym wieku, co mój Luigi.
Blaise udawał, że nie widzi przygnębionej miny najlepszego przyjaciela, który odsunął się nieco, by nie przeszkadzać dwóm młodym ojcom w rozmowie. Akurat w tym temacie nie mógł się podzielić własnymi doświadczeniami.
Montague wkrótce pożegnał się i pojechał w swoją stronę.
Draco wystarczyła minuta, by zaciągnąć czarnoskórego Włocha z powrotem do klimatyzowanego i bezosobowego salonu.
Nie zwracał uwagi na wodę kapiącą z mokrych włosów na designerski dywan. Podniósł wzrok i zapytał prosto z mostu:
- Jak mogę ci pomóc, Blaise?
- Skąd ta pewność, że potrzebuję pomocy? – odparował.
- Ja przed tobą nic nie ukrywam – powiedział cicho Draco – Byłeś pierwszą osobą w Madrycie, która naprawdę mnie doceniła. Formalności, przeprowadzka, aklimatyzacja… Bez ciebie nie poradziłbym sobie tak dobrze. Więc jeśli teraz mogę ci jakoś pomóc, powiedz.
- Nic mi nie jest – zapewnił, instynktownie szukając wzrokiem najlepszej drogi ucieczki.
- Uważasz, że jestem za głupi, by być ze mną być szczerym?
Och, Malfoya na pewno nie można nazwać głupim. Wpędzanie w poczucie winy było o wiele efektywniejszą techniką wyciągania niechcianych sekretów niż zgrywanie dobrego kumpla. Draco rzadko uciekał się do manipulowania ludźmi, choć i do tego miał talent.
Blaise zamknął oczy i głośno wypuścił z płuc powietrze.
- Siadaj – rozkazał mu gospodarz, więc posłusznie zajął najbliższą kanapę.
- Zostanę ojcem.
- To wiem.
- Dziewczynki…. – przełknął ślinę - … i chłopca.
W szarych oczach odbiło się zaskoczenie.
- A ten chłopiec?... – Malfoy znacząco zawiesił głos.
Już chyba każdy mieszkaniec Madrytu i wszyscy sportowi dziennikarze z Europy wiedzieli, że państwo Zabini po trzech latach starań spodziewali się dziecka. Padma Zabini, z domu Patil, stała się nawet wzorem dla pełnych życia trzydziestolatek walczących z bezpłodnością. Wcześniej, po wielu wizytach w renomowanych klinikach, doczekali się syna, ale oboje chcieli mieć dużą rodzinę.
Blaise skrzywił się wracając myślami do pochmurnego jesiennego dnia.
- Pamiętasz, jak w listopadzie ubiegłego roku graliśmy z Lyonem?
Draco skinął głową. Jak mogliby zapomnieć? Stade de Gerland był od wielu lat niezdobytą twierdzą dla ich drużyny. Nie takie gwiazdy, jak oni, ponosiły tam klęskę. Nawet Lupin i Lockhart, będący u szczytu sławy, nie potrafili tam strzelić gola. Dopiero Snape odczarował dla Realu to miejsce. Wygrali. Draco zdobył decydującą bramkę. Wydawało się, że La Decima jest na wyciągnięcie ręki, że wystarczy postarać się jeszcze trochę. Po tym meczu uwierzyli, że Snape wie, co robi i że poprowadzi ich po upragniony, srebrny puchar. Nie martwili się pozostałymi rywalami, bo jedyną przeszkodą mogącą stanąć na ich drodze była delikatna kobieta o zdecydowanym wyrazie twarzy, nosząca czarne spodnie i niebieską bluzkę.
Tak właśnie ją zapamiętał z meczu, w którym pierwszy raz upokorzyła Los Blancos na ich własnym stadionie. Entrenadora otoczona kręgiem facetów w granatowo-purpurowych strojach.
Ale w Lyonie „Królewscy" nie zamartwiali się przeszłością. Przełamali klątwę, a trener pozwolił im rozpocząć świętowanie już w szatni przy napojach izotonicznych i zamówionej na wynos pizzy z najlepszej restauracji w mieście.
- Ty dostałeś od samego Marvolo błogosławieństwo i urwałeś się wcześniej.
- Chciałem odwiedzić mamę, Danielle i Jean-Luca – przypomniał Draco.
Odsunął się i przysiadł na niskim stoliku do kawy. Blaise był wdzięczny za dystans. Odetchnął kilka razy głęboko, ale wciąż miał wrażenie, że brakuje mu tlenu.
Gdyby to był ktoś inny, Blaise Zabini nie zdradziłby się gestem ani słowem. Niestety znał największy sekret Dracona, a typ ich przyjaźni opierał się na bezwzględnym zaufaniu. Draco wierzył, że Blaise nigdy go nie zdradzi. Przyzwoitość więc wymagała, by znał nie tylko jego dobre uczynki, ale też i największe grzechy.
- Seamus dogadał się z Grahamem i w kilka osób poszliśmy imprezować do miejscowej dyskoteki. Higgs i Flint zaczęli na potęgę zamawiać drinki. Były dziewczyny do towarzystwa i jakoś tak wyszło… - Blaise'owi zadrżał głos – Zadzwoniła jeszcze w trakcie mistrzostw. Powiedziała, że wcześniej nie mogła się ze mną skontaktować i nie wiedziała, co robić. Ja… Ja nawet… - przeczesał nerwowo dłonią krótkie włosy – Ona nie ma nawet dwudziestu lat. Gdzie ja miałem głowę?
- W chmurach – podpowiedział neutralnym tonem Malfoy.
- Ja przecież nie mogę tego powiedzieć Padmie. Nie teraz. Ja ją kocham, Draco – popatrzył desperacko na przyjaciela – Nie chcę jej jeszcze bardziej krzywdzić.
- Próbowałeś pogadać z tą dziewczyną? Zapłacić jej, albo założyć fundusz dla małego na Kajmanach?...
Potrząsnął głową.
- Ona nie chce tego dziecka. Jest za młoda. Chciała tylko użyć życia, zabawić się z koleżankami i pójść do łóżka ze znanym futbolistą – zacytował wprost jej słowa.
W jego ustach brzmiały wulgarnie, beztrosko. Kiedy ona je wypowiadała, słyszał tylko żal, wstyd i strach przed zmarnowaniem własnego życia. Nie była panienką do wynajęcia, nie liczyła sobie od godziny. Nie zaplanowała tego, tak samo jak i on, ale stało się.
- Kiedy jest poród?
- Za około dwa tygodnie. Jeśli zdecyduje się na cesarkę, to wcześniej.
Draco nie pytał o nic więcej. Cisza przedłużała się. Niedługo powinni jechać na wieczorny trening, nic forsownego – trochę siłowni, rehabilitacja dla zawodników po kontuzjach i pogadanka taktyczna przed rewanżem z Barçą w Superpucharze.
Blaise podniósł wzrok na skoncentrowaną twarz przyjaciela. Wysychające jasne włosy Malfoya zaczynały się skręcać na końcach. Słaba opalenizna podkreślała kontury mięśni ramion i ujawniała pierwsze, nieśmiałe zmarszczki w kącikach szarych oczu. Kobiety szalały za takimi facetami, jak Draco. Gdyby wtedy był z nimi w Lyonie do końca, Nereida nawet nie obejrzałaby się na czarnoskórego Włocha.
- Draco?...
Blondyn podniósł się.
- Masz numer do tej dziewczyny?
- Tak… Co chcesz zrobić? – zapytał Blaise.
Kompletnie nie mógł wyczuć intencji przyjaciela, tym bardziej, kiedy ten patrzył na niego w taki sposób. Niepewnie, przepraszająco, zupełnie niepodobny do pewnego siebie faceta stawiającego czoła każdej przeciwności losu.
- Tylko to, na co się zgodzisz – to mówiąc Draco sięgnął po swój telefon.
Podszedł do oszklonej ściany zostawiwszy zmieszanego Blaise'a.
- Mamo… wiem, że dziś dzwonię wcześniej, ale mam do ciebie ogromną prośbę. Tak, to coś bardzo ważnego.
AN: Zwykle nie odpowiadam na zamieszczone anonimowo komentarze, bo kolejne rozdziały fika nie są na to najlepszym miejscem i wolę odpisywać każdemu indywidualnie. Tym razem chciałam tylko coś wyjaśnić:
MargotX – Harry nie jest głupi i już w pierwszym rozdziale dawałam znać, że jest wprost przeciwnie. Po pierwsze – żaden z czołowych europejskich klubów nie kupowałby piłkarza, który jest głupi (choć czasem ich zachowanie pozaboiskowe pozostawia wiele do życzenia). Po drugie – Harry gra na pozycji zwanej mediapunta, która wymaga wybitnej wręcz inteligencji. Jego profil sportowy wzorowałam na moim ulubionym piłkarzu. Dość powiedzieć, że gdyby nie młody wiek i obecność Zabiniego, Harry grałby z numerem 10 na plecach, tak jak kilku genialnych futbolistów na przestrzeni ostatnich 15 lat.
