Real Madryt – 2 : 1 – FC Barcelona (Superpuchar – rewanż)


W jego rodzinnych stronach wieczory pod koniec sierpnia przynosiły chwile ochłody po upalnym dniu. Zdarzało się też, że pogoda kaprysiła i całymi tygodniami padał deszcz. Tu nie było wytchnienia. Miasto żyło na kilku poziomach – od ekskluzywnych apartamentów na szczytach kilku nowych wieżowców po schowane pod ziemią stacje metra. Wyczekiwało ze spokojem wyników po to, by brutalnie rozliczyć z każdej porażki.

Z trybun widok zapewne był fenomenalny. Kilku kolegów Harry'ego mogło udawać zwykłych widzów objadających się pestkami słonecznika, pijących cienkie miejscowe piwo i robiących zdjęcia, gdy Draco podchodzi wykonywać rzut wolny. Jedenastu zawodników w białych koszulkach miało więcej szczęścia i wybiegło na murawę. Skład prawie bez zmian. Charlie przed rozpoczęciem meczu jak zwykle dotknął poprzeczki bramki. Dean Thomas zdążył się wypisać ze szpitala i wrócić, by bronić ich drużyny przed atakiem rywali. Lee Jordan wykonał kilka wysokich podskoków by lepiej rozgrzać mięśnie. Zach Smith wyszedł na środek boiska ze skoncentrowaną miną. Neville wymienił z Theo porozumiewawcze spojrzenia. Chwilę później piłka poszła w ruch, a trener zawrócił na ławkę rezerwowych by zająć pusty fotel w pierwszym rzędzie pomiędzy Olivieirą i Dołochowem.

Nawet na El Clasico nie zebrał się komplet widzów. Doping też brzmiał średnio. Z południowej trybuny dopływały krótkie kibicowskie przyśpiewki i gwizdy, gdy piłkę przejmowali rywale.

Jego koledzy nie wybiegli na murawę z pospuszczanymi głowami czekając na kolejne lanie, mimo że statystyka nie działała na ich korzyść. Od przyjścia Snape'a do Madrytu Los Blancos nie wygrali ani razu ze swoim najgroźniejszym rywalem. Nie zniechęciło to jednak trenera. Nie musiał też zbytnio motywować podwładnych. Sama perspektywa starcia z Barceloną stanowiła dla większości ubranych na biało piłkarzy wystarczającą motywację.

Harry'emu podobało się, że obie drużyny spotykając się grają w swoich domowych trykotach. Widowisko zyskiwało na tym, bo gracze Barçy nie wyglądali jak zbieranina hawajskich surferów czekających na biały szkwał.

- Więc… jak tam Madryt?

Harry odwrócił wzrok od wydarzeń na boisku i skupił się na siedzącym po lewej Marcusie.

- Okay – odpowiedział powoli.

- Masz już jakieś ulubione miejsca?

- Wciąż krążę między hotelem a Valdebebas. Nie widziałem dużo.

Zza ramienia Flinta Jack Sloper zrobił zdjęcie przemyconą z szatni komórką i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Harry, nie obrazisz się, jak to wrzucę na fejsa?

Potrząsnął głową. Przeczuwał, że Jack i tak umieściłby fotkę na swoim profilu. Dobrze przynajmniej, że przyzwoitość nakazywała mu najpierw zapytać.

Na murawie zamierała kolejna kontra. Seamus wyrzucił piłkę z autu do Theo, ten posłał długie podanie na połowę rywali na lewe skrzydło. Piłkarze z Katalonii obskoczyli Draco jak mrówki, więc podał piłkę wprost pod nogi Zachowi. Zach stracił ją. Los Blancos w kilka sekund zwarli szyki, a Ron Weasley i Anthony Goldstein rozpoczęli dobrze znany taniec składający się z wymiany kilkunastu podań w poprzek boiska.

- Wiesz, znam kilka fajnych klubów w centrum – Marcus Flint nie poddawał się – Niezła muza, laseczki też niczego sobie…

- Nie, dzięki. Na razie nie – wymigał się szybko Harry – Obiecałem już Seamusowi.

Flint popatrzył na niego dziwnie.

Nagle trybuny ożyły. Zach strzelił bramkę po fatalnym błędzie George'a Weasleya. Z dwójki środkowych obrońców Barcelony to on był słabszym ogniwem. Wood, mimo swoich lat, biegał więcej, starał się bardziej i miał lepszą technikę gdy przychodziło do odebrania piłki zagrażającym ich bramce napastnikom. Podstawowym zadaniem George'a od trzech lat było krycie Draco Malfoya i zupełnie się gubił, kiedy ktoś inny wbiegał w pole karne.

Snape zaklaskał kilkakrotnie, wstał i podszedł jak najbliżej linii bocznej. Krzyknął coś i pokazał ręką, by drużyna dalej atakowała. Osiem minut później ta taktyka dała rezultat. Draco strzelił gola. Zanim jego jasna głowa zginęła pod kilkoma warstwami ciał ściskających go kolegów, zdążył pocałować herb na koszulce i posłać śledzącym go kamerom olśniewający uśmiech.

Prowadzili dwoma golami. Justin, Terence i Roger omal nie oszaleli ze szczęścia podskakując w swoich fotelach.

Mieli przewagę psychologiczną i fizyczną. Ich przeciwnicy, po decyzji sędziego, na drugą połowę musieli wyjść w dziesięciu. A jednak Harry wyraźnie widział, że czegoś brakowało. Blaise grał średnio. Wyglądał, jakby nie dojadał i nie spał po nocach. Theo odcięty od kolegów mógł tylko posyłać długie piłki do przodu. Osamotniony Draco nie miał już szans na zdobycie kolejnego gola. Trener rozkazał im przede wszystkim bronić wyniku i skupiali się na duszeniu ataków Barcelony w zarodku.

Harry siedział tuż za Snape'm i był świadkiem jego rozmowy z Dołochowem. Nie rozumiał nic, mógł jedynie skupić się na gestach i barwie głosu. Wydawało się, że asystent upomina się o coś, zwraca uwagę na sytuację na boisku, jednak Snape zbywał go krótkimi zdaniami. Potem nastąpiła dłuższa chwila ciszy.

- Uh oh, znowu się przewrócił – skomentował cicho Marcus upadek Garcii, w wyniku którego Finnigan został obdarowany przez sędziego żółtą kartką.

- Miles, patrz i ucz się – Terence Higgs pouczył siedzącego z prawej strony Harrego młodego obrońcę – Niedługo już nawet nie będziemy mogli ich dotknąć, bo zaczną krzyczeć, że gwałcimy.

Bletchley tylko uśmiechnął się i pokiwał głową. To już trzeci mecz, w którym Miles przysiadał obok Harry'ego. Młody Belg wypadał świetnie na treningach i aż żal było go oglądać na ławce rezerwowych. Nie wyróżniał żadnego z kolegów, ale najczęściej rozmawiał z Francuzami. Harry zazdrościł mu dobrego opanowania miejscowego języka i miał cichą nadzieję, że za rok zrobi podobne postępy.

Neville dostał żółtą kartkę dołączając do szacownego stowarzyszenia trzech obrońców, złożonego z Seamusa, Michaela Cornera i Deana Thomasa.

Jack Sloper zrobił sobie fotkę z kciukiem w górze.

Moment ciszy został przerwany przez Dołochowa. Asystent nawet nie spojrzał za siebie, tylko sięgnął ręką pomiędzy fotele.

- Mochila, daj mi to.

Jack zrobił zaskoczoną i skrzywdzoną minę. Nikt nie zauważył, by Snape wydał polecenie Dołochowowi, a asystent nigdy nie wykazywał się szczególną inicjatywą w stosunku do piłkarzy.

- Dostaniesz za pół godziny – powiedział spokojnie trener – Porobisz zdjęcia jak już będziecie świętować.

To stwierdzenie wywołało uśmiechy na twarzach wszystkich rezerwowych. Jack posłusznie zwrócił komórkę.

- Loro, Papalotilla, zaraz wasza kolej.

Terry i Terence zerwali się z miejsc, by trochę się porozciągać i rozgrzać przed wejściem na murawę. Harry nie pojmował, dlaczego niektórzy jego koledzy z szatni, mają takie dziwne przezwiska. Nazywanie Terry'ego Boota papugą zapewne miało coś wspólnego z osobliwym doborem ubrań przez napastnika, ale dlaczego na Slopera wołano „Plecak", wolał nie wnikać.

Zanim jednak obaj zdążyli zmienić Zacha Smitha i Erniego MacMillana, Ron Weasley pięknie obsłużył Creeveya, który z zimną krwią skierował piłkę do siatki Charliego. Jęk zawodu tysięcy kibiców słychać było zapewne aż na przedmieściach Madrytu. Tylko goście z Katalonii i sam Charlie nie wyglądali na zmartwionych.

Harry zastanawiał się, czy Snape też to zauważył.

Gol uskrzydlił rywali. Przez ostatni kwadrans Dean i Seamus męczyli się okropnie. Nawet Draco i Terry wracali na swoją połowę bronić korzystnego wyniku.

Ostatni gwizdek sędziego zapewne brzmiał w uszach piłkarzy Barcelony jak wyrok. Połowa z nich popadała na murawę tam, gdzie akurat stali. Mniej wyczerpani z pospuszczanymi głowami człapali w kierunku szatni wycierając spocone twarze i pijąc chciwie wodę z bidonów.

Obrońcy Realu stali przez chwilę łapiąc oddech. Lee pierwszy zaczął skakać w górę i świętować.

- Wygraliśmy!

Przygarnął do siebie Draco i Blaise'a. Rezerwowi i asystenci zerwali się ze swoich miejsc i wybiegli na boisko. Jack odzyskaną komórką robił wszystkim i wszystkiemu zdjęcia. Miles był jednym z ostatnich opuszczających błękitny półcień. Zabrał kilka butelek z wodą i izotonikami dla zmęczonych przyjaciół. Harry postanowił zrobić to samo.

Zanim jednak dołączył do kolegów, na jego drodze pojawił się Dennis Creevey.

Harry dopiero teraz miał tak naprawdę okazję przyjrzeć się z bliska największej gwieździe Barcelony. Nosił na plecach ten sam numer, co Zabini, a jednak nie było chyba dwóch bardziej różniących się od siebie piłkarzy. Blaise był wysoki, ciemnoskóry i zawsze miał dla każdego uśmiech i ciepłe słowo, nawet kiedy widać było, że czuje się źle i coś go gryzie. Creevey szedł przed siebie nie zwracając uwagi na otoczenie. Na jego nieco dziecinnej twarzy malowała się frustracja podobna do tej okazywanej przez Malfoya po nieudanym meczu.

- Hej… - Harry spróbował go zagadnąć, jednak otrzymał tylko pełne wściekłości spojrzenie.

Omal nie wypuścił trzymanych butelek. Nie zrobił jeszcze nic, by zasłużyć na tak negatywne traktowanie. Nie przypominał, by w którymkolwiek wywiadzie wyraził się źle o Barcelonie i o samym Dennisie. Starał się podkreślać, że go szanuje i podziwia jego talent. Unikał porównań jak ognia, a i tak już na wstępie był znienawidzony.

Otrząsnął się i wszedł na murawę. I znów zobaczył coś, co go zamurowało.

Charlie pocieszał rywali. Podchodził i rozmawiał z każdym piłkarzem w bordowo-granatowej koszulce, który nie zdążył schować się w szatni. Jakby w ogóle zapomniał o swojej drużynie. Na koniec objął George'a Weasleya i Anthony'ego Goldsteina z zamiarem odprowadzenia ich do wyjścia.

- Nie martw się – pocieszał brata – To tylko jeden mecz. Byliście świetni i jeszcze zdobędziecie swoje puchary w tym roku. Zobaczysz, na pewno wygracie i ligę, i Puchar Króla.

Anthony wyglądał na zażenowanego, George tylko wtulił się mocniej w ramiona Charliego.

Harry już nie słyszał ich odpowiedzi. Stał patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem.

Charlie i George byli rodziną. To zrozumiałe, że jeden dbał o drugiego i chciał dla niego jak najlepiej. Ale czy nawet kosztem własnej drużyny? Czy George kiedykolwiek powiedziałby to samo?

- Co tak stoisz? – z odrętwienia wyrwał go szorstki głos trenera.

Harry wlepił w niego wzrok, rozpaczliwie starając się zrozumieć całą sytuację. Czy Snape też to słyszał? Na pewno. Snape przecież słyszy i widzi wszystko. Przez ostatnie tygodnie nauczył się już, że nic się przed nim nie ukryje.

- Nie patrz na mnie jakbym ci zabił rodzoną matkę. Idź do nich – wskazał ubraną na biało grupę przygotowującą się do oficjalnego wzniesienia pucharu – Idź świętować.

- A pan?...

- To wasze zwycięstwo, nie moje – powiedział krótko.

Zanim Harry zdążył zaprotestować, Snape odszedł w kierunku lóż honorowych, zapewne porozmawiać z Marvolo.

- Harry! Harry!

Wołanie z drugiego końca stadionu przywróciło mu dobry humor. Terry i Ernie wybiegli mu na spotkanie i pociągnęli w kierunku pozostałych piłkarzy. Świadomość, że ktoś tutaj już o nim pamięta i życzy jak najlepiej, dodawała pewności siebie.

Charlie zdążył wrócić i, jako pierwszy kapitan, wzniósł Superpuchar Hiszpanii w deszczu białego konfetti i przy akompaniamencie tysięcy oklasków. Ze stadionowych głośników leciał nieśmiertelny przebój grupy Queen. Seamus wyciągnął skądś hiszpańską flagę i zrobił z niej pelerynę. Draco ściskał się z przyjaciółmi i nawet udało mu się wykrzesać z Blaise'a słaby uśmiech. Nowa łysina Deana Thomasa odbijała intensywne światło stadionowych reflektorów. Theo Nott się śmiał, po raz pierwszy w tym sezonie tak szczerze, z głębi serca.

Potem puchar zaczął przechodzić z rąk do rąk. Zawodnicy podzielili się na mniejsze grupki i zaczęli wędrować wokół boiska pozując do obiektywów kamer i aparatów.

X X X

- Buenos dias, señores.

Seniora Minerva wydawała się być tego ranka w fantastycznym nastroju. Neville ostrożnie zajął swoje miejsce w ławce, obawiając się nadchodzącej lekcji.

Ich nauczycielka miała przewrotne poczucie humoru, ujawniające się od czasu do czasu, kiedy nie była zmęczona albo zmartwiona. Ostatnio wpadła na pomysł, by podszkolić ich ze słówek związanych z opieką nad dziećmi. Do tej pory pamiętał, jak gapiąc się na wywieszony na tablicy obrazek karmiącej matki dukał kolejne zdania czerwieniąc się coraz bardziej z każdą minutą. Jeśli seniora Minerva chciała, by nigdy nie zapomniał zwrotu: „Quiero dar de comer a mi hijo", to się jej udało.

- Jak samopoczucie?

Oho, zdecydowanie należało się bać.

- Cudowne – wymamrotał Harry opierając głowę na otwartej dłoni.

Położył się spać późno i zbudził się z lekkim poślizgiem. Rita Skeeter wmanewrowała go w niezapowiedziany wywiad z samego rana, co nastawiło go defensywnie do całego otoczenia.

Na karcące spojrzenie kobiety wyprostował się lekko.

- …. znaczy… eee… Fenomenal? – zakończył niepewnie.

- Panie Potter, przerabialiśmy to w ubiegłym tygodniu. Niech Pan się wysili i wyobrazi sytuację, że wpada na pana dajmy na to Sybilla Trelawney i zadaje panu pytanie, czy jest pan tu szczęśliwy. Co odpowiadamy?

- Bez komentarza. Proszę się umówić na wywiad z moim agentem – powiedział monotonnym głosem Harry.

- Panie Longbottom?

- Soy muy feliz – wyrecytował Neville współczując w duchu przyjacielowi – Estoy encantado. Estoy muy contento.

- A teraz przejdźmy do bardziej przyziemnych spraw – to mówiąc seniora Minerva zmieniła obrazek na tablicy.

Nowy przedstawiał wnętrze apteki.

- Jak powiemy: „potrzebuję lekarstwo na biegunkę?"

X X X

Na zewnątrz słońce zaczynało dopiekać. Przez okna jego ciasnego gabinetu w Valdebebas wlewał się do środka niesamowity, jasny błękit, który od zawsze kojarzył się Severusowi z hiszpańskim niebem i doskonałą pogodą. Po porannym treningu oddalił się szybko od zawodników. Musiał pozmieniać ustawienia taktyczne na następne cztery mecze ligowe. W pierwszej wersji planował wypuścić Grahama Montague i skupić się spokojnie na próbach frontalnego ataku. Niestety ten tleniony półgłówek nie umiał trzymać języka za zębami. Kto to widział, by dostawać czerwoną kartkę nie wybiegłszy nawet na murawę? Teraz nie miał wyjścia i musiał zdać się na Lee Jordana. Z Jordanem był jednak ten problem, że nieustannie zapominał, że jest też obrońcą. Zapędzał się pod samą bramkę przeciwników zamiast obsłużyć kolegów z przodu.

Snape przeklinał konsole do gier. Taki Finnigan czy właśnie Jordan wracali do domu, włączali kilkusetcalową najnowszą plazmę i ustawiali siebie w ataku. A skoro wychodziło im to tam, to dlaczego by nie spróbować na żywo?

Kolejnym zawodnikiem przyprawiającym go o ból głowy był Zabini. Żadnej motywacji, żadnej woli walki, a dzisiejsze wyrywkowe badanie medyczne wykazało, że schudł o trzy kilogramy od początku sezonu. Włoch nie musiał chudnąć, przy takiej budowie ciała nawet nie powinien, bo tracił na szybkości i sile.

Żałował, że nie wykazał się latem większą stanowczością. Powinien postawić na swoim i sprowadzić do Madrytu Kruma. Nie ważne, jaką cenę zaproponowaliby brytyjscy szejkowie, trzeba było go ściągnąć i już, a nie męczyć się z dogasającą gwiazdą. Zabini znaczył coś pięć lat temu, kiedy wygrywał wszystkie plebiscyty na najpopularniejszego i najbardziej wartościowego sportowca Włoch. Nawet Barcelona zrobiła lepszy interes na Zlatanie opychając go kolejnym naiwniakom po roku imprezowania i gorszenia niczym nie skalanej bordowo-granatowej młodzieży.

Zacisnął szczęki i przestał na moment kreślić teoretyczne schematy kontrataków. Ci dwulicowi sukinsyni mogli oszukiwać cały świat, ale nie jego. Kłamstwo wyczuwał na odległość. Dumbledore siedział już ćwierć wieku w Manchesterze, a ci z Blaugrany, zamiast brać przykład, woleli odsunąć na bok kogoś, kto na nowo zdefiniował ich styl. Nie wierzył w powtarzane przez dziennikarzy bzdury, jakoby Granger sama zrezygnowała z trenowania Katalończyków. Ona nigdy by nie odeszła z własnej woli. Otoczenie pozbyło się jej delikatnie, w białych rękawiczkach i z uśmiechem widocznym na każdym zdjęciu.

Nie powinien o tym myśleć. Już dokonał zemsty wygrywając w poprzednim sezonie ligę. Właściwie nic więcej go tu nie trzymało. Mógł dogadać się z Marvolo albo zerwać wcześniej kontakt i wrócić do rodziny. Synowie wychowywali się bez jego udziału, Persefona pewnie znalazła już sobie kochanka. A on wciąż starał się utrzymać na powierzchni tego wrzącego tygla niespełnionych ambicji rozsadzających stadion Santiago Bernabeu.

Zanim skupił się na rozważaniach dotyczących najlepszego doboru ofensywnego pomocnika, rozległo się zdecydowane pukanie do drzwi.

- Proszę wejść.

Spodziewał się któregoś ze swoich ludzi oddelegowanych do zbierania informacji o przeciwnikach w tegorocznych rozgrywkach Ligi Mistrzów, albo Olivieiry z raportem o stanie zdrowia klubowych bramkarzy. Zamiast nich do gabinetu wsunął się Draco Malfoy.

Snape z przyzwyczajenia zerknął na zegarek. Ten chłopak zdecydowanie za dużo czasu spędzał w Valdebebas.

- Co tam, Draco?

Malfoy zatrzymał się po drugiej stronie zajmującego pół pomieszczenia biurka. Wyglądał na zmieszanego, a to był dość rzadki widok. Największa gwiazda „Królewskich" mogła się cieszyć, wkurzać, nawet publicznie płakać po bardzo ważnym przegranym meczu, ale nigdy nie można mu było wypomnieć nieśmiałości. Draco epatował pewnością siebie, której wystarczyłoby dla dziesięciu ludzi i umiał to robić z wdziękiem zjednującym mu uwielbienie fanów oraz kolegów z drużyny.

- Chciałbym poprosić o dzień wolny.

- Kiedy? – Severus zmarszczył brwi lustrując go uważniej.

- Jutro – powiedział spokojnie Draco – Chciałbym wyskoczyć na kilkanaście godzin do Francji.

- Zdajesz sobie sprawę, że zaraz mamy kolejny mecz, a nasz klub się plącze w dole tabeli?

- Zdążyłbym na mecz – zapewnił – Muszę złożyć tylko kilka podpisów pod urzędowymi dokumentami.

- Od załatwiania urzędowych spraw masz agenta – odparł twardo Severus.

Jeszcze tego by brakowało, żeby każdemu pozwalał na dowolne wypady za miasto i wymigiwanie się od treningów. Obecny skład był równie drogi i utalentowany jak za czasów Galacticos, jednak Severus prędzej uciekłby z Madrytu niż pozwolił im sobą rządzić.

- Akurat to wolałbym załatwić osobiście.

Na twarzy Malfoya odbijało się rozczarowanie. Może takie spojrzenia działały na panienki występujące w reklamach bielizny i pobłażliwych trenerów częstujących każdego cytrynowymi dropsami, ale Snape był uodporniony.

- Nie – powiedział krótko.

- Bardzo mi na tym zależy.

- Nie zgadzam się.

Blondwłosy gwiazdor spuścił wzrok i zawrócił do wyjścia. Mógł jeszcze spróbować swoich szans u prezesa, choć rezultat byłby na dziewięćdziesiąt dziewięć procent taki sam.

- Mogę wiedzieć, czemu ci się tak nagle zachciało wracać w rodzinne strony?

Rocznica śmierci ojca Draco przypadała zimą, matka i siostra miały się dobrze, a młodszy brat wciąż przebywał na detoksie w renomowanej szwajcarskiej klinice. Malfoy nie miał żadnego ważnego powodu, by lecieć do Francji w chwili, kiedy klub potrzebował jego umiejętności.

- Może pan wiedzieć – powiedział Draco uśmiechając się krzywo – Niedługo i tak to oficjalnie ogłoszę. Zostanę ojcem.

Severus jeszcze długo wpatrywał się w zamknięte drzwi starając się z porozrzucanych kawałków układanki zgadnąć, jaki obraz przedstawiają. Niewielu ludziom udało się go zaskoczyć, a Draco Malfoy właśnie dołączył do tego ekskluzywnego grona.


AN: Opowiadanie prawdopodobnie wkrótce zejdzie do podziemia, czyli zmieni rating na M.