Liga Mistrzów: Real Madryt – 3 : 2 – Manchester City
Gdyby ktoś kiedyś pofatygował się i stworzył słownik pojęć i zwrotów niezbędnych nowemu piłkarzowi „Królewskich", Harry byłby bardzo wdzięczny. Ułatwiłoby mu to adaptację do nowych warunków i pozwoliło uniknąć kilku przykrych sytuacji.
Pracownicy zajmujący się organizacją meczów nie słyszeli o takim słowie jak alokacja. Owszem, dbali o zakwaterowanie w hotelach i dojazdy na mecze. Koordynowali wizyty znanych osobistości z akcjami promocyjnymi. Chuchali na najmniejszy siniak swoich podopiecznych i cierpliwie rozmasowywali każdy skurcz. Jednak kiedy Neville zwrócił się do Dołochowa o pomoc w znalezieniu mieszkania w Madrycie, otrzymał pełne zdziwienia spojrzenie i radę, że skoro dostali już część wynagrodzenia, to powinni o resztę zadbać sami.
Skeeter była taka sama. Harry któregoś wieczora wykłócał się z nią przez godzinę by na koniec usłyszeć, że z takimi zarobkami to może sobie poszukać agenta od nieruchomości.
Obaj od prawie miesiąca mieszkali w hotelu. Stać ich było na to, ale Harry'ego nie zachwycał fakt, że obcy ludzie codziennie sprzątają jego pokój. Nie lubił tego stanu zawieszenia pomiędzy Bremą a Madrytem, pomiędzy tym, co umiał, a czego jeszcze się musiał nauczyć. Jego życie i kariera zmieniły się drastycznie od pierwszego telefonu Toma Marvolo. Jeszcze kilka tygodni temu miał w perspektywie przeniesienie do znacznie gorszej drużyny, bo władze Werderu nie chciały u siebie kogoś takiego jak on. Teraz wysłuchiwał ostatnich wskazówek trenera przed opuszczeniem szatni.
Snape nie był tak szalony, by zmuszać zawodników do używania miejscowego języka także podczas meczów.
- To mistrz Anglii. Mają niezłą obronę, ale jeszcze nikt nie wymyślił takiego muru, którego nie można zburzyć. Gramy ofensywnie. Starajcie się przechwytywać ich ataki jeszcze w środku boiska.
- Damy radę, panowie – zawołał Charlie – Vamos, Real Madrid!
Podchodził do każdego z wyjściowej jedenastki, klepał po plecach, czasem zagadnął. Przy Draco Malfoyu zatrzymał się z uniesioną ręką nie do końca wiedząc, co zrobić.
Charlie zachęcał innych do rozmów, dzielenia się uwagami i problemami, by nie powstała w szatni przykra atmosfera. Jednak o sobie mówił coraz mniej.
- Nie potrzebuję twojego wsparcia, by dawać z siebie wszystko – powiedział blondyn, posyłając mu cierpki uśmiech.
Finnigan zakręcił się wokół Milesa Bletchleya. Dzieciak miał właśnie rozegrać swój pierwszy mecz w Lidze Mistrzów. Snape jego też rzucał na głęboką wodę. Żadnej Osasuny, Majorki czy innego Valladolidu. Pierwsze kroki na murawie Santiago Bernabeu w tym sezonie i od razu przeciwko mistrzom Anglii.
- Będzie dobrze, młody. Nie jesteś sam.
- Wiem.
- Masz jeszcze Dean'a do pomocy. Oni mają mistrza, ale my też.
Miles pokiwał głową. Na tle pozostałych był prawdziwą oazą spokoju i tylko spojrzenie ciemnych oczu zdradzało jego tremę.
Seamus uśmiechnął się szeroko.
- Poza tym, gdyby Mister nie wierzył w ciebie, to by ciebie nie wystawiał – powiedział głośno, tak, by jego słowa dotarły do Snape'a.
Na koniec dał spokojnemu Belgowi klapsa i pierwszy wymknął się zająć miejscówkę na ławce rezerwowych.
Harry popatrzył pytająco na stojącego najbliżej Zacha Smitha.
- A on, to co?
Napastnik wzruszył ramionami i postukał palcem wskazującym w skroń.
- Jakbyś ty był lepszy – rzucił mu Ritchie Coote.
- Ja umiem założyć kamizelkę na ćwiczeniach.
Ritchie trzepnął go lekko w ramię, w ogóle nie obrażony.
- Ja mam tę samą fryzurę od pięciu lat.
- Potter.
Harry gwałtownie obrócił się słysząc głos trenera. Podszedł bliżej.
Snape na ten wieczór porzucił watowaną kamizelkę i ciemny dresik. W eleganckim, szytym na miarę garniturze, włoskich butach i z włosami zaczesanymi do tyłu wyglądał niemal dokładnie tak, jak na migawkach z poprzedniego sezonu, kiedy Real wydarł Barcelonie ligę, a Hermiona Granger-Pereira porzuciła swój klub.
Harry już słyszał pogłoski powtarzane przez madrycką prasę, że kobieta nie umiała pogodzić się z porażką, że klub ją przerósł i że zwyczajnie nie wytrzymała presji narzuconej przez nowego trenera Realu. Tom Marvolo po to sprowadził Snape'a do Madrytu, by rzucił na kolana dumną Barcelonę i upokorzył jej Entrenadorę.
- Potter, ten mecz będzie oparty głównie na sile. Tego ci brakuje. Urodziłeś się cherlakiem i, jeśli nic nie zmienisz, to cherlakiem pozostaniesz – Harry przybrał neutralną minę wysłuchując słów krytyki.
Snape i tak wyrażał się łagodniej niż na treningach. Na koniec rozgrzewki potrafił ledwie trzymającego się na nogach Harry'ego zabrać na bok i z najczystszym północnoniemieckim akcentem wyjaśnić mu, że ten jest za słaby, za chudy, a siłownię to widział pewnie tylko w szkole na obrazkach.
- Nie wytrzymasz dziś dziewięćdziesięciu minut.
- Przecież i tak jestem rezerwowym – rzucił Harry.
Snape'owi drgnęła powieka. Nie lubił, gdy mu przerywano.
- Nie wytrzymasz dziewięćdziesięciu minut – powtórzył – dlatego wyślę ciebie na ostatni kwadrans. I masz z tego zrobić użytek.
- Postaram się – zapewnił go Harry.
Trener skrzywił się.
- Tu nie ma miejsca na „staranie się".
Tom Marvolo nie należał do cierpliwych ludzi i tę wadę zaszczepił obecnemu klubowi. W Realu trzeba było mieć formę na teraz. Liczył się najbliższy mecz i ostatni wynik. Talenty ze szkółki sprzedawał za pół ceny po całej Europie lub wypożyczał każdemu, kto zechciał przygarnąć niechcianego canterano. Szastał pieniędzmi, sprowadzając gwiazdy, bo chciał mieć jakość na już, nie na jutro.
- Dam z siebie wszystko, Mister – powiedział głośno Harry.
Snape odprawił go ruchem ręki.
Dzieci na murawie potrząsały wielkimi płachtami z emblematami obu klubów. Trybuny były upstrzone białymi koszulkami noszonymi przez kibiców. Niektórzy przywieźli flagi ze swoich krajów. Irak, Maroko, Turcja, cały Bliski Wschód. Z południowej części stadionu grzmiały bębny. Ultrasi wstali, gdy grano hymn Ligi Mistrzów, zupełnie jakby ogłoszono święto narodowe.
Potter zamierzał dyskretnie wtulić się w miękki fotel w drugim rzędzie ławki rezerwowych i czekać na rozwój wydarzeń, ale zatrzymał się w pół kroku. Seamus Finnigan siedział sam. Trzy miejsca po jego lewej i prawej stronie pozostały puste. Dopiero bliżej szatni przycupnął Montague. Harry wahał się ułamek sekundy. Przeprosił Grahama. Seamus uchwycił jego spojrzenie i potrząsnął głową, mówiąc coś, prawdopodobnie po hiszpańsku. Ostatnie takty podniosłej melodii zagłuszały nawet okrzyki kibiców.
- No hablas Español – powiedział przekornie Harry i usiadł obok drugiego kapitana.
- Cabeza hueca.
- Akurat to znam.
Sędzia odgwizdał początek meczu.
- Joder… - westchnął Seamus.
Przeczesał ręką rozpuszczone włosy. Miał nie grać tego wieczora. Wylądowałby pewnie na trybunach obok Zabiniego i Daviesa gdyby nie obawa, że któryś z biegających po murawie obrońców może nabawić się kontuzji.
- To też znam – pochwalił się Harry.
- Nie powinieneś siadać teraz obok mnie.
- Gadasz jak mój stary.
Finnigan roześmiał się.
- Też ci zwraca uwagę, żebyś nie robił głupstw?
- Od kiedy skończyłem 16 lat – przyznał Harry nie wdając się w szczegóły.
Szczegóły te wiązały się ściśle z letnim obozem treningowym, chłopakiem o kręconych, jasnych włosach i motylkami w brzuchu. Historia ta nie zakończyła się dobrze.
- Człowieku… w tej chwili połowa kamer na tym stadionie jest skierowana na mnie. Naprawdę dalej chcesz tu siedzieć?
Racja. Snape posadził na ławce rezerwowych drugiego kapitana Realu, określanego przez wielu ekspertów jako najlepszy obrońca na świecie. Zamiast niego w meczu z trudnym przeciwnikiem postawił na żółtodzioba z Belgii, którego nikt nie widział poza boiskami treningowymi Valdebebas.
Harry poczerwieniał po czubki uszu.
- Jeszcze gorzej by to wyglądało, gdybym cię teraz zostawił – zauważył przytomnie – „Nowy nabytek Los Blancos nie wspiera swojego kapitana w chwili potrzeby".
- Napisane przez nieocenioną Sybillę Trelawney, cytowane przez setki gazet w kraju i za granicą – dorzucił Finnigan i skierował wzrok przed siebie.
Tak naprawdę to nie Charlie dyrygował grą na boisku. Theodore cofał się, kiedy zachodziła potrzeba, ustawiał obrońców i mobilizował kolegów z drugiej linii. W ataku popisywał się Draco. Trener City zastosował wąską formację, co pozwoliło gospodarzom dosłownie rozwinąć skrzydła. Ernie kilka razy na prawej stronie głupio stracił piłkę, ale większość ataków przechodziła lewą stroną. Tam Draco, przy aktywnym wsparciu Lee Jordana, wprawiał w popłoch obrońców The Citizens.
Młodziutki, jasnowłosy bramkarz gości stanął jednak na wysokości zadania i ani razu w pierwszej połowie nie musiał wyciągać piłki z siatki.
W przerwie Snape próbował zmobilizować Zacha Smitha do częstszego oddawania strzałów na bramkę. Charlie gratulował obrońcom udanych interwencji, a Seamus znów przylepił się do Milesa.
- Widzisz, młody? Dobrze jest. Jeśli jutro rano nie spotkasz na progu Pansy Parkinson, możesz zacząć świętować.
Harry chciał podejść do Neville'a, ale dostęp odcięło mu kilku sanitariuszy i drugi asystent. Jego przyjaciel wciąż odczuwał ból w łydce. Nie było to jednak nic na tyle poważnego, żeby zejść z boiska.
Zrezygnowany skupił wzrok na Theo, który wymieniał cicho jakieś uwagi z Cornerem i niezbyt dyskretnie wskazywał na Charlie'go. Obok nich Lee Jordan podskakiwał, robił przysiady i przestępował z nogi na nogę, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Draco był równie nabuzowany i tłumaczył coś Ernie'mu starając się zarazić go swoją energią.
Snape pierwszy opuścił szatnię. Harry znów usiadł przy Seamusie. Odetchnął głębiej chłodnym wieczornym powietrzem. Nie wszystko układało się dziś po ich myśli, jednak nie mogli narzekać.
Draco i Lee ładnie zabrali się za rozgrywanie piłki, którą następnie sprytnie przerzucili na prawe skrzydło do Ernie'go. MacMillan trafił w słupek i w geście frustracji wzniósł ręce do nieba, a goście rozpędzili się z niebezpieczną akcją. Miles na szczęście ustawił się bardzo dobrze i nie dał pomocnikowi Manchesteru City szansy na oddanie czystego strzału.
- Świetny gościu – zauważył wesoło Finnigan – Szkoda, że taki mało rozrywkowy.
- Nie każdemu się chce zaliczyć wszystkie imprezy w mieście w jedną noc – powiedział siedzący za Harry'm Justin.
- ¡Hijo de puta! – Seamus nagle zerwał się z fotela i zaczął wymachiwać rękami.
Przy linii bocznej boiska Snape wykonywał dokładnie takie same gesty. Trenera wzburzył faul kolejnego byłego wychowanka Realu na Neville'u. Przyjaciel Harry'ego upadł i chwycił się za łydkę. Koledzy z drużyny otoczyli go zaniepokojeni. Draco pomógł mu wstać, a sam Neville dał znak, że może grać dalej. Lee Jordan popatrzył z nadzieją na sędziego, ale nie musiał z nim dyskutować. Dawny canterano otrzymał żółtą kartkę.
Kara ta wybiła gości z rytmu. Krócej utrzymywali się przy piłce, a ich akcje ofensywne kończyły się strzałami w niebo i trybuny.
- Potter – Dołochow odwrócił się do tyłu – Leć się porozciągać. Zaraz wchodzisz.
Harry zaskoczony wstał z miejsca i odgarnął opadające na twarz włosy. Snape wpuszczał go dziesięć minut wcześniej, niż zapowiedział.
- Łap!
Odruchowo wyciągnął rękę po lecący w jego kierunku przedmiot. Kiedy rozłożył zaciśnięte palce, okazało się, że trzyma w nich opaskę Finnigana. Wąską, białą i z wyraźnym, czarnym napisem „Seamus 4". Potrząsnął głową. Seamus uniósł brwi, ale bezczelny uśmiech nie schodził z jego twarzy.
- Daj znać naszym sponsorom, że chcesz taką z własnym imieniem.
Harry chciał coś jeszcze odpowiedzieć, ale surowe spojrzenie Dołochowa ostudziło jego nastrój. Truchtając przy bocznej linii boiska mógł z bliska podziwiać wymianę podań między Draco i Lee Jordanem. Konstruowali nową, groźną akcję, Lee uderzył mocno, ładnie i ponad bramką.
Zmienił Ritchie'go Coote w spokojniejszym momencie. Nie zdążył nawet dotknąć piłki, kiedy przeciwnicy znaleźli lukę w ich obronie. Zanim przebrzmiały oklaski grupy kibiców City cieszących się z prowadzenia, Snape ponaglił Los Blancos do ataku.
Te wszystkie poranki, które Draco Malfoy spędzał biegając w Valdebebas, przynosiły wspaniałe efekty. Niestrudzenie, kolejny już raz ruszył z ciemnoskórym kolegą lewą flanką, a na koniec pozostawił mu wykonanie ostatniego ruchu. Podkręcona przez Jordana piłka wylądowała za plecami blondwłosego bramkarza gości.
Harry postarał się zignorować nagłe ożywienie na trybunach. Widywał już bardziej rozentuzjazmowane tłumy grając w Niemczech. Po kilku minutach i kolejnym golu dla gości radosne okrzyki zostały zastąpione gwizdami. To właśnie odróżniało madridistas od kibiców innych drużyn. Krytykowali głośno każdy błąd swoich piłkarzy, brak zaangażowania i woli walki. Nie wybaczali, nie zapominali i niezwykle trudno było zaskarbić sobie ich sympatię.
Rozejrzał się wokół. Dołączył do niego Terry, który wybiegł w miejsce Zacha Smith'a. Starał się traktować obu napastników tak samo, jednak to właśnie z Terry'm miał lepszy kontakt na murawie. Zach był tu prawie wychowankiem. Znał każdy kąt ośrodka treningowego i prawdopodobnie każdą ulicę w Madrycie, jednak nie zaskarbił sobie nigdy sympatii Toma Marvolo. Brak poparcia ze strony prezesa i niepewny status w drużynie zaczęły w tym roku odbijać się na jego grze.
Zachary Smith nie czuł się szczęśliwy w Madrycie.
Harry przyjrzał się ustawieniu obrońców zespołu z Anglii. Przynajmniej jeden zawsze krył Draco, a drugi musiał rozciągnąć grę pomiędzy środek i prawą część boiska. Gdyby nie cofający się defensywni pomocnicy, Terry miałby więcej miejsca. Trzeba było mu to miejsce zrobić. Zasygnalizował podanie do Ernie'go i wskazał, by ten podał dalej do Terry'ego. Obrońcy rzucili się na napastnika, ale Boot sprytnie kopnął piłkę do tyłu prosto pod nogi Harry'ego i pobiegł do przodu uważając, by nie znaleźć się na spalonym.
- Harry!
Posłusznie oddał piłkę Jordanowi. Lee w lot zrozumiał, o co mu chodzi. Długie podanie, taneczny obrót Terry'ego Boota i mieli remis.
Harry przez kilka sekund nie widział i nie słyszał nic. W objęciach Erniego i Terry'ego, z dłońmi Draco Malfoya na głowie, Neville'a na brzuchu i Theo Notta na tyłku jego mózg po prostu się wyłączył.
-… Ja pierdzielę! Świetnie to wykombinowałeś, Harry! – Lee darł mu się do lewego ucha.
- Dalej! – Draco pierwszy odłączył się od grupy i zaczął ponaglać kolegów – Jeszcze mamy trochę czasu! Jeszcze zdążymy!
Jego nie zadowalał remis. Stojących przy linii bocznej obu trenerów także. Goście otworzyli swoją formację skupiając się na rozwinięciu ataku.
Snape nauczył ich, że to, co wydaje się być zagrożeniem, może stać się również szansą. Dlatego Harry został na połowie przeciwnika, ufając, że Theo i Neville pomogą Dean'owi i Milesowi w obronie. Dlatego Draco zatrzymał się na środku boiska ignorując zegar podwieszony pod koroną stadionu, wybijający dziewięćdziesiątą minutę meczu. Udało się im wyłuskać piłkę. Lee podał do Theo.
Ich niezawodny regista wykonał gest zachęcający Harry'ego, Terry'ego i Ernie'go do zbliżenia się do bramki rywali.
- Chłopaki! – Harry zrozumiał, że należy się spodziewać długiego podania, ale nie do nich.
Oni musieli odwrócić uwagę obrońców i bramkarza. Piłka wylądowała przy nodze wyczekującego Dracona.
Została im może minuta, może trzydzieści sekund z doliczonego przez sędziego czasu. Już nie patrzyli na zegar. W tym momencie wzrok wszystkich obecnych na stadionie ludzi skupił się na jednej osobie.
Draco w pełnym biegu ominął dającego mu się we znaki przez cały mecz obrońcę The Citizens. Zaskoczył młodego bramkarza i bardzo mocnym kopnięciem posłał piłkę w róg bramki.
Z rozpędu padł na kolana i krzyknął z całych sił. Lee rzucił się na niego pierwszy, potem Theo, Terry i pozostali. Gdzieś tam w tle sędzia odgwizdywał koniec meczu, a pierwsi kibice wstawali z krzeseł. Błyskały flesze aparatów, a komentatorzy sportowi zdzierali gardła na swoich stanowiskach. Severus Snape wbiegł na murawę i również padł na kolana długim ślizgiem, niszcząc kosztujący kilka tysięcy euro garnitur. Się śmiał, się cieszył, a w oczach miał łzy.
Tego wieczora nie tylko Draco Malfoy był panem wszechświata.
AN: Obiecuję, że w następnym rozdziale się zmobilizuję i przedstawię wreszcie światu synka Draco Malfoya.
Chyba jestem jedną z nielicznych dziewczyn na świecie, które opis wydarzenia sportowego przedkładają nad opis romantycznej sceny, ech...
