Rayo Vallecano – 0 : 2 – Real Madryt


Wiatr rozwiał grzywkę Danielle, gdy przed nią wychodziła z samolotu. W oddali rozłożył się terminal T2 i T3 Barajas, równie szary o tej porze dnia, co przycupnięte w rzędzie odrzutowce. Z tej strony nie widziały samego miasta, ale pewnie było wciąż wyprane z kolorów. W Madrycie słońce wschodziło późno. Miały jeszcze przynajmniej godzinę.

Narcyza ostrożnie zeszła po schodach, przyciskając do piersi niewielkie zawiniątko. Dziecko zakwiliło zestresowane podróżą, ale tylko tak mogli najszybciej tu się dostać. Podróż samochodem czy pociągiem nie wchodziła w rachubę. Zanim by zobaczyły przedmieścia Madrytu, zdjęcia chłopca gościłyby już na pierwszych stronach większości gazet. Przyzwyczaiła się do popularności najstarszego syna już lata temu.

Wydawało się jej czasem, że przez całe życie musiała przyzwyczaić się do zbyt wielu rzeczy.

- Popatrz, mamo – powiedziała głośno Danielle – co słońce robi z ludźmi.

Narcyza nie musiała szukać go wzrokiem. Jasne włosy Draco stanowiły jedyną plamę koloru w hiszpańskim przedświcie. Zatrzymał się nieco dalej od wynajętego odrzutowca, zaraz obok szarego nie wyróżniającego się niczym samochodu. Miał na sobie ciemnozieloną bluzę z kapturem i wytarte jeansy – ulubiony strój jeszcze z czasów, gdy jako dzieciak wymykał się z ciasnego mieszkania by pograć z kolegami w piłkę. Uciekł na ulicę już pierwszego dnia po przeprowadzce. Nie zatrzymały go ani jej prośby, ani twarda ręka ojca, ani nawet burza przechodząca nad Marsylią. Zastanawiała się, ile w ciągłym dążeniu do celu było ucieczki od dna, a ile potrzeby udowodnienia całemu światu, że jest najlepszy. Z wiekiem uspokoił się, a może to Madryt nauczył go trzymać nerwy i uczucia na wodzy. W Anglii był bardziej wybuchowy, niecierpliwy, ekspresyjny. Po przenosinach do Hiszpanii dojrzał, być może nawet do tego, by samemu zostać ojcem.

Nie wyszedł im na spotkanie. Nie zdradził się żadnym ruchem, że czeka na nie, że wynajął samolot za kilkadziesiąt tysięcy euro, a jedno z jego kont bankowych uszczuplało w ciągu dwóch tygodni o okrągły milion. Że w ogóle mu na czymkolwiek zależy.

Razem z nim stał potężny, brodaty mężczyzna, zapewne jeden z kierowców opłacanych przez klub. Danielle nie wytrzymała długo. Podbiegła do nich i puściła uchwyt toczącej się za nią walizki.

- Draco! – rozłożyła ramiona i wpadła z impetem na brata – Tyle czasu cię nie widziałam! Za rzadko do mnie dzwonisz.

- Ostatnio miałem dużo spraw na głowie – objął ją jedną ręką i podniósł wzrok na Narcyzę – Jak zniósł podróż?

- Raczej dobrze – powiedziała – Wydaje się, że będzie spokojnym dzieckiem.

Danielle odstawiona na bok uśmiechnęła się do kierowcy, by pomógł jej wstawić walizkę do bagażnika.

Przez twarz Draco przemknął cień. W jego oczach odbijało się uczucie, którego nie widziała nigdy wcześniej i w związku z tym nie umiała go nazwać. Wyciągnął ręce.

- Daj mi go.

Żadnego pytania w stylu: „Czy mogę go potrzymać?", „Co mam zrobić?". Mówił jak rodzic, który zgodził się, by ktoś obcy wziął na chwilę jego dziecko i teraz chciał je z powrotem.

Oddała mu zawiniątko. Draco przytulił natychmiast noworodka, chroniąc go przed podmuchami wiatru. Odgarnął opadający na twarz dziecka rąbek koca.

Narcyza znieruchomiała na ułamek sekundy wypatrując reakcji syna. Chłopczyk miał ciemnobrązowe, kręcące się włosy i skórę koloru kawy z mlekiem. Nie wyglądał jak Malfoy. Nikt nie uwierzy, że mógłby być potomkiem Draco.

Blondyn jednak uśmiechnął się i delikatnie pogłaskał główkę chłopca. Mały otworzył oczy, a Draco uśmiechnął się jeszcze szerzej.

- Storm – wtrąciła się Danielle, zaglądając bratu przez ramię.

- Słucham? – Draco ocknął się z transu i przypomniał, gdzie jest i z kim.

- No wiesz, on jest jak Halle Berry z X-Menów. Cera, za którą każda aktorka dałaby się pokroić i takie oczy – wyjaśniła rozmarzona – Storm.

- Danielle – Narcyza zganiła łagodnie młodszą latorośl.

- Cholibka, to pański, panie Malfoy? – zapytał wreszcie kierowca.

Rozmawiali po francusku, więc ich nie rozumiał. Draco szybko przeszedł na hiszpański.

- Tak, Hagridzie. To mój syn. Ma już tydzień.

Brodata twarz mężczyzny rozpromieniła się.

- Gratulacje! Oczy ma po ojcu.

- Dziękuję. Hagridzie, zawieź nas teraz do domu, okay?

- Oczywiście, panie Malfoy. Toż pan wszystkich dziś zaskoczy.

Draco ponownie uśmiechnął się i popatrzył na dziecko.

- Najbardziej zaskoczyłem sam siebie.

W samochodzie ponownie przeszli na francuski.

Danielle łamaną hiszpańszczyzną próbowała dogadać się z Hagridem, wypytać o miasto, dojazd na uniwersytet, najciekawsze miejsca i dobre restauracje z francuskim jedzeniem. Narcyza niezadowolona zerkała na córkę z tylnego siedzenia. Nie podobała się jej ta rozmowa. Danielle miała za sobą rok studiów na najlepszej paryskiej uczelni technicznej i tam powinna zostać, a nie snuć niepraktyczne plany na przyszłość. To, że Draco pracował w Madrycie, automatycznie przekreślało jakiekolwiek szanse na normalną egzystencję każdemu, kto nosił nazwisko Malfoyów.

- Jak ona wygląda? – zapytał cicho.

- Hmm?...

Narcyza odwróciła wzrok od misternego warkocza Danielle, który pomagała jej splatać podczas podróży samolotem. Przez dwie godziny czuła się znowu jak samotna matka próbująca jakoś wiązać koniec z końcem, odprowadzająca do szkoły pełne energii bliźnięta i usiłująca opanować huśtawkę nastrojów najstarszego syna stawiającego pierwsze kroki w szkółce miejscowej drużyny piłkarskiej. Paradoksalnie, były to najszczęśliwsze lata jej życia.

- Nereida. Jak wygląda?

- Jak ty – wyrwało się jej bezwiednie.

Widok Draco tulącego malutkie dziecko burzył jej wewnętrzną równowagę. Życie znów ją zaskoczyło.

- Mam jej zdjęcie – wyjęła telefon komórkowy i odszukała lekko rozmazaną fotografię dziewczyny w szpitalnym ubraniu.

Piękna platynowa blondynka o bardzo jasnej karnacji, niebieskich oczach i klasycznej północnoeuropejskiej urodzie. Mogłaby być siostrą Danielle. Mogła być córką jej męża, gdyby nie jej młody wiek.

Draco dopiero teraz wyglądał na zaskoczonego i zmieszanego. Nareszcie z jego twarzy zniknął uśmiech. Narcyza nigdy nie widziała, by jej najstarszy syn w dorosłym życiu tak często się uśmiechał. Objął mocniej rozbudzone dziecko.

- Pora karmienia?

- Za godzinę – powiedziała – Podróż pewnie wybiła go z rytmu.

Pokiwał głową i skupił całą uwagę na rozweseleniu małego.

Danielle odwróciła się do nich, gdy wjeżdżali już pomiędzy białe zabudowania burżujskiej dzielnicy, zamieszkiwanej przez najlepiej zarabiających biznesmenów i hiszpańskie gwiazdy.

- Umieram z ciekawości już tydzień. Powiedz wreszcie, jak mu dasz na imię.

Draco podniósł na moment wzrok. Przytrzymał dłonią główkę dziecka.

- Lucjusz. Lucjusz Draco Malfoy.

Danielle przygryzła dolną wargę i odwróciła się przodem do kierunku jazdy. Narcyza zamknęła oczy i odchyliła głowę. Nie spodziewała się tego. Nie po Draco. Myślała, że już dawno pogrzebał duchy zmarłych i zapomniał o przeszłości. Pierwsze lata w Marsylii były koszmarem. Wcześniej, życie w położonym pod Paryżem pałacyku także nie wyglądało różowo. Nie powinien do tego wracać nadając dziecku, z którym związał swoją przyszłość, imię upadłego człowieka.

- Draco, to chyba nie jest…

Potrząsnął głową.

- Mamo, to ja wybieram imię dla mojego syna.

- Lucjusz…

- On będzie zupełnie inny. Nie popełnię błędów ojca. Jeśli ci się to nie podoba, Hagrid może was z Danielle odwieźć wieczorem na lotnisko.

- Nie zostawię ciebie samego z dzieckiem.

- Już wynająłem dla niego surogatkę. Może się nim zająć, kiedy gram i trenuję.

Narcyza zacisnęła dłoń na oparciu siedzenia.

- Obcy ludzie nie będą wychowywać mojego wnuka.

- Ja nie ruszam się z Madrytu – wtrąciła się Danielle.

- Masz studia – przypomniał jej surowo Draco.

Zawsze zachęcał młodsze rodzeństwo do nauki. Sam musiał rzucić szkołę by całkowicie poświęcić się treningom. Nie dało się pogodzić jednego z drugim i wciąż tego żałował.

- Poproszę o transfer do Madrytu.

- Nie zgadzam się.

- Jeśli to ciebie uspokoi, to przefarbuję włosy na czarno, żeby nie wyglądać jak Malfoyówna.

- Madryt to nie miejsce dla ciebie. Dziennikarze zaczną krążyć za tobą jak sępy. Zrobią wszystko, żeby mi dopiec. Co będzie, jak zechcesz się z kimś umówić na randkę?

- To się umówię.

- A jak wyjdziesz ze znajomymi do dyskoteki i za dużo wypijesz?

- To wynajmę taksówkę. Draco, chyba nie chcesz zostawić małego Luca na głowie mamy.

- Nie będzie wyłącznie na głowie mamy. Umiem opiekować się małymi dziećmi.

Danielle wyciągnęła do niego rękę, ale udało się jej tylko dotknąć kolana brata. Uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

- Wiem, Draco. Wiem, że jesteś najlepszy.

X X X

Terry Boot siedział od dłuższego czasu na ławce z głową schowaną w dłoniach. Nie przebierał się, jak inni. Nie pozował Jack'owi Sloperowi do kolejnej porcji zdjęć, które miały się znaleźć po treningu na jego instagramie. Jack nie wydawał się zresztą obrażony. Wystarczyło mu upozowanie dwóch Niemców, z których wyższy jeszcze się nie przebrał, a niższy zdążył założyć jedynie spodenki i czerwienił się jak dojrzały pomidor. Nieznajomość hiszpańskiego grała na ich niekorzyść. Nie mogli się od niego opędzić, a w Valdebebas wciąż trwał zakaz posługiwania się innymi językami.

Michael podszedł do Charlie'go z niezadowoloną miną.

- Zachowujesz się jak dzieciak – powiedział.

- Nie wiem, o co ci chodzi – odparował szybko Weasley.

Nawet nie podniósł wzroku znad sznurowanych butów.

- Dobrze wiesz. Dlaczego wyrzuciłeś mnie ze swoich znajomych na fejsie?

- I tak masz to gdzieś. Aktualizujesz profil raz na miesiąc.

- I dlatego już się nie lubimy? – Michael podniósł nieznacznie głos zaskoczony słowami kapitana.

- Nie lubię twoich znajomych. Spamują mnie.

- Zawsze się znajdzie kilku takich. Jak kuzyni Seamusa napiszą, że twoja dziewczyna jest brzydka, to też go usuniesz?

Charlie milczał. Michael pokiwał głową.

- Pięknie. Tak myślałem.

Theodore Nott udawał, że jest zajęty wyłącznie sobą. Głośna muzyka z telefonu Deana Thomasa zagłuszała skutecznie większość wypowiadanych słów.

Finnigan coś planował. Gdy Theo wszedł do szatni, ich drugi kapitan był już przebrany i nucił pod nosem najnowszą piosenkę swojej obecnej dziewczyny. Zagadywał niektórych piłkarzy, starannie omijając kontyngent francusko-belgijski. Załapali się Lee Jordan i Ernie MacMillan, a także kilku pracowników – tych, co zajmowali się kontaktami z prasą i załatwiali zawodnikom wyjazdy na mecze. Do Theo nawet nie podszedł.

Drużyna miała na koncie jedno spektakularne zwycięstwo, jeden wygrany mecz z Dumą Katalonii i kilka nieprzyjemnych porażek w lidze. Czyżby szykował się pucz? Co poniektórym woda sodowa uderzała do głowy. Seamus nie krył się ze swoim zachowaniem. Zresztą, nigdy nie należał do subtelnych facetów. Jeśli coś się mu nie podobało, oznajmiał to od razu najbliższemu otoczeniu.

Theo wolał się do tego nie mieszać. Za Tottenham oddałby życie, ale Real Madryt powinien się zadowolić tymi pięcioma latami zapisanymi w kontrakcie. Nic ponad to. Tylko Snape'a mu było żal. Trener miał odpowiedni charakter, by ogarnąć szatnię, ale wymagał zbyt wielu poświęceń zarówno od piłkarzy jak też od prezesa. Marvolo miał swoje zachcianki i swoją wizję tego klubu. Jeżeli jego wizja będzie kolidować z tą Snape'a, ten ostatni zostanie zmuszony do ustąpienia.

Michael Corner grawitował kilka minut w pobliżu. Próbował wraz z Zachem wyciągnąć coś od Terry'ego, ale ten uparcie milczał, albo wciąż był w szoku. W końcu przysiadł przy Theo.

- Nie czytałem jeszcze dzisiaj gazet. Co mu?

- Przespał się z 15-latką.

- Serio!

- Na zdjęciach wygląda, jakby była dwa razy starsza – poinformował go Theo – Oczywiście nie prosił jej o dowód osobisty. I oczywiście jej alfons to wykorzystał. Panna Esmeralda ma teraz swoje pięć minut, podobnie jak włoska prokuratura.

- Włoska?

- Miki – Theo nachylił się do niego i zniżył głos – Nigdy, ale to przenigdy nie spędzaj urlopu nad Adriatykiem. Bądź patriotą i wybierz Ibizę.

- Wolę Lanzarote. Rodzina Luizy ma tam domek nad morzem. Marca jeszcze go nie namierzyła.

- Hej, Justin! – Theo przywołał drugiego przyjaciela – Co robisz dziś wieczorem?

- Teściowie do mnie przyjechali. A co?

Michael położył mu dłoń na ramieniu i popatrzył ze współczuciem.

- Ja lubię swoich teściów. Stary Katariny to dobry gościu. Przynajmniej nie narzeka, że jego księżniczka poleciała na futbolistę.

Michael zacisnął szczęki i cofnął rękę.

- Ja nie mam planów – powiedział szybko.

- To chodź ze mną na kolację – zaproponował Theo – Dawno nie byliśmy w tej baskijskiej knajpie w Chamartin.

Justin westchnął zazdrośnie.

- Teraz? – obejrzał się za siebie Michael – Nie chcę oglądać zębów Pansy Parkinson przyklejonej do frontowej szyby.

Theo uśmiechnął się.

- Parkinson będzie dziś czatować przed inną restauracją.

Przynajmniej tyle wywnioskował z rozmów Finnigana. Dwóch klubowych kolegów spędzających razem czas reporterzy mogą nie zauważyć. Czternastu piłkarzy i pracowników Realu jedzących razem kolację w ekskluzywnej restauracji na obrzeżach miasta będzie się bardziej rzucało w oczy.

Do szatni weszli Draco i Blaise. Dziś byli ostatni. Piłkarze tak przyzwyczaili się do porannych przebieżek ich najlepszego strzelca, że do tej pory nie zauważyli jego braku. Nikt nie widział, że komplet treningowych ubrań wyłożony przy jego szafce tego ranka pozostał nietknięty. Młodzi, siedzący bliżej wejścia, pierwsi przywitali się z nimi. Roger Davies patrzył na niego jak na święty obraz. Ciekawe, jak to jest, gdy chodzi się na treningi ze swoim idolem.

Theo skinął obu kolegom głową i śledził ich wzrokiem. Co też się stało, że Draco omal nie spóźnił się na trening?

Zabini szybko pozbył się prostych spodni i białej koszuli, natomiast Malfoy podszedł do Terry'ego Boota.

- Hej – przykucnął przed nim i położył mu ręce na kolanach.

Napastnik nareszcie podniósł głowę.

- Wszystko będzie dobrze – powiedział Malfoy neutralnym tonem – Za kilka lat będziesz miał przynajmniej o czym pisać w swojej autobiografii. Tu masz namiary na dobrego adwokata – wcisnął mu w dłonie wizytówkę – Pomógł mi kiedyś. Tobie też pomoże. Jak będziesz potrzebował tłumacza włoskiego, albo pomocy kogoś tam na miejscu, daj znać Blaise'owi. Poleci ci kogoś zaufanego.

- Dzięki… - wymamrotał zaskoczony Terry.

- Nie ma sprawy.

Draco ostatni raz uścisnął jego kolano i wstał.

- Koledzy! Chcę się czymś z wami podzielić – zawołał zwracając na siebie uwagę pozostałych piłkarzy.

Dean ściszył muzykę.

- Procentem praw do wizerunku? – zapytał głośno Zach Smith, wywołując tym falę śmiechu.

- Nie, Zach, zarabiasz całkiem przyzwoicie i nie będziesz potrzebował mojego wsparcia tak długo, jak długo nie będziesz grać w pokera.

Kolejna fala śmiechu przetoczyła się przez szatnię. Tylko młodzi Niemcy nie rozumieli żartu i nie wiedzieli o pociągu drugiego napastnika do kart.

Draco spoważniał.

- Mam syna. Urodził się tydzień temu i ma na imię Lucjusz.

- Czemu nie powiedziałeś wcześniej?! – Seamus pierwszy znalazł się przy Malfoyu, oczywiście z ramieniem udrapowanym na jego plecach – Człowieku, gratulacje!

- Masz zdjęcia? – Charlie nie był gorszy.

Draco wydobył z plecaka komórkę.

- Nie chciałem mówić o tym, dopóki nie sprowadziłem go do Madrytu.

- Bożesz ty mój! – dźwięk, który wydobył się z gardła Ernie'go nie brzmiał zbyt męsko – Normalnie jakie cudo!

Gdyby Theo nie spotkał się z podobną reakcją trzy lata temu po narodzinach córki, pewnie przewróciłby oczyma. Teraz jednak dołączył do tłumu kolegów gratulujących Malfoyowi.

Terence liczył coś na palcach.

- To było po meczu z Lyonem, zgadza się?

Draco skinął głową, wywołując na twarzy obrońcy nieco obleśny uśmiech.

- A mówiłeś, że chcesz odwiedzić mamusię.

- Zatrzymałem się po drodze – wzruszył ramionami – Nie planowałem tego. Stało się.

- Mogę zrobić zdjęcie?! – Jack Sloper machał dramatycznie najnowszym modelem amerykańskiego smartfona – Mogę wstawić na fejsa?!

- Draco powinien być pierwszy – zwrócił mu uwagę Blaise.

Umieszczenie wiadomości na profilu zajęło Francuzowi kilka sekund.

- Nie myślałem, że kręci cię czekolada – wtrącił się Terence – Pokazujesz się zwykle w towarzystwie latynosek.

- Znasz mnie. Wiesz, że lubię ładne cycki – odparował Draco – Ta miała bardzo ładne.

Wśród ogólnej radości tylko Harry Potter wyglądał na chorego. Dołączył do cieszących się kolegów i uścisnął rękę Malfoyowi, ale każdy ruch wykonywał mechanicznie, na autopilocie.

X X X

Dźwięki gitary dopływały stłumione z drugiego końca wypełnionego po brzegi pomieszczenia. W powietrzu roznosił się zapach różnych przypraw. Theo zrelaksowany czekał, aż jego przyjaciel skończy ostatnie danie. Kelner miał zaraz pojawić się z deserem.

- Jakim cudem udało ci się znaleźć miejsce przy oknie? – Michael rozkoszował się ostatnimi kęsami ryby.

- Przedstawiłem się – odpowiedział leniwie Theo.

- Ostatni raz byłem tu, kiedy twój brat rok temu przyleciał do Madrytu.

- Możesz wpadać tu częściej z Luizą. Ja i Beatriz jemy tu przynajmniej raz w miesiącu.

- Luiza nie może patrzeć na młode węgorze z jajecznicą – skrzywił się Michael.

- Powiedz jej, że to kiełki – poradził wesoło Theo.

Wiedział, że wybranka jego przyjaciela jest wegetarianką i bardzo dokładnie sprawdza, co ląduje na jej talerzu. Niejeden raz zaglądała do kuchni w renomowanej restauracji, by upewnić się, że jej jedzenie nie miało kontaktu z produktami mięsnymi. Na szczęście stół był jedynym, co dzieliło to małżeństwo.

Michael roześmiał się.

- A ty, co tak skromnie? Tylko zupa i merluza?

- Ile można jeść kalmary w sosie z dodatkiem naturalnego atramentu?

- Jesteś bardziej hipsterski od hipsterów.

- Poczekaj. Wypiję wino i zacznę śpiewać w twoim kabriolecie „Desafinado".

- Tak bardzo ci się spieszy na rozkładówkę Mundo Deportivo?

Theo potrząsnął głową.

- Nie dzisiaj – upił trochę wina – Dziś, mój przyjacielu, wszystkie obiektywy są wycelowane na Casa Doli, więc jesteśmy bezpieczni.

- Mamy się szykować na wielkie zmiany?

Przyniesiono im po kawałku lekkiej tarty z owocami. Podziękował kelnerowi za obsługę i zapatrzył się na biało-zielone ściany. Dopiero po dłuższej chwili wrócił do rozmowy.

- Zależy, jakiego typu zmiany masz na myśli.

- Nie przedłużasz kontraktu…

- Nawet nie zamierzam do końca sezonu o tym rozmawiać. Asystenci Marvolo mogą do mnie wydzwaniać, ile dusza zapragnie. Zanim podejmę jakąkolwiek decyzję, muszę mieć pełny obraz sytuacji.

- Myślisz, że Wujek Tom jeszcze zimą wykopie Sev'a z powrotem do Anglii?

- Sev pewnie chciałby zostać. Po meczu z City nawet ja chcę tu zostać. Ale jestem realistą i wiem, że niektórzy z nim nie wytrzymają.

- Seamus? – zapytał ostrożnie Michael, nachylając się ku niemu ponad okrągłym stolikiem.

- Seamus wykrzyczy, co go boli i się uspokoi. Słyszałeś najnowsze plotki wypuszczane przez tego dziada, Slughorna?

Pokręcił głową. Oczywiście Michael unikał zaglądania do miejscowej prasy. W wolnych chwilach zaczytywał się w podsuwanych mu przez Theo książkach i marzył o osiedleniu się w kupionej dwa lata temu winnicy. Łączyły ich niechęć do kontaktów z mediami, tenis i zainteresowanie skandynawskimi kryminałami.

Theo powoli zaczynał uświadamiać sobie, że wpadł w niebezpieczną pętlę. Unikał rozgłosu, ale dokładnie czytał wszystkie piłkarskie plotki. Zwracał uwagę młodszym zawodnikom na to, co mogą poprawić. Czasami przyjeżdżał nieco wcześniej do Valdebebas by popatrzeć jak chłopaki z Juvenilu C kopią piłkę. Często słyszał, że jest idealnym materiałem na trenera, jednak, patrząc na Snape'a, miał wątpliwości, czy warto wybrać tę ścieżkę rozwoju.

- „Charlie Weasley jest takim piłkarzem, który uczyniłby Barcelonę idealną drużyną" – zacytował.

Michael skrzywił się i wypił resztkę wina ze swojej lampki.

- Boisz się, że Wujek Tom zatrudni grubego kelnera – oświadczył.

- Nie takie idiotyzmy się rodzą w głowach prezesów. Dlatego czekam.

- A… - zawiesił głos – Gdybym na przykład ja chciał się gdzieś przeprowadzić. Na trzy, może cztery lata. Dłużej niż do trzydziestych drugich urodzin nie chce mi się grać.

Theo też się czasem nie chciało, a był o dwa lata starszy od przyjaciela.

- Włochy – powiedział bez zastanowienia – Podobny klimat, cały czas gadają o futbolu. I mają świetne jedzenie.

- Rano mnie przed nimi ostrzegałeś – przypomniał mu wesoło Michael.

- Nie zdradzaj Luizy, a włos ci z głowy nie spadnie.

X X X

W niedzielę wieczorem dojechali autokarem na przedmieścia stolicy, zmobilizowani na tyle, na ile było to możliwe, gdy przeciwnik plątał się w ogonie tabeli. Stadion w Vallecas był pogrążony w ciemności.

O godzinie 21.00 okazało się, że ktoś poprzecinał kable od reflektorów.

O godzinie 22.00 wyszli z szatni na krótką rozgrzewkę. Nad nimi stygło madryckie niebo. Prowizoryczne oświetlenie wydłużało cienie piłkarzy, jak w tanim horrorze. Z zaciemnionych trybun dochodziły gwizdy i przyśpiewki.

W szatni Dean włączył cicho muzykę. Draco Malfoy pokazywał Grahamowi i Blaise'owi nowe zdjęcia syna. Seamus Finnigan zaczął opowiadać kawały, by rozruszać kolegów. Charlie wysyłał sms-y do dziewczyny, a Jack Sloper reorganizował zdjęcia na instagramie.

O 23.30 ponownie zajrzał do nich Snape.

- Jest oficjalna decyzja Związku Piłkarskiego. Mecz jutro o 19.45. Możecie się zbierać.

Zawodnicy zaczęli pakować porozrzucane drobiazgi i zdejmować granatowe, wyjazdowe stroje.

Harry Potter oparł się całym ciałem o chybotliwą, metalową szafkę.

- Czy tutaj jakiś mecz może być normalny? – jęknął cicho.

Pytanie było retoryczne. Chciał po prostu dać upust frustracji. Zadał je po niemiecku zapomniawszy o drobnym, ale istotnym szczególe.

- Potter, czy naprawdę chcesz usłyszeć na to odpowiedź? – zapytał go ponuro Snape.

Następnego dnia światła już działały.


AN: MargotX – musisz się uzbroić w cierpliwość. Jeśli moje opowiadanie można luźno powiązać z sezonem 2012/2013 Realu, to poważnego wątku romantycznego należy się spodziewać dopiero w okolicach pierwszego meczu z Galatasaray'em.