AN: Rozdział-monstrum: wielki, zły i brzydki. Ale za to rehabilituje trochę Seamusa, stawia w złym świetle Ginny i objawia światu istnienie pewnej nieco oderwanej od ziemi blondynki.


Real Madrid – 5 : 1 – Deportivo la Coruña


W Valdebebas zrobiło się zimno. Temperatura wciąż oscylowała w okolicach 20 stopni, ale nagrzane hiszpańskim słońcem ciało nie znosiło najlepiej coraz chłodniejszych podmuchów wiatru.

Harry wybrał na trening koszulkę z długim rękawem i ciemne rybaczki. Z zazdrością i żalem patrzył jak Draco w drugiej linii biega w krótkich spodenkach i podkoszulku.

Po rozgrzewce grali w „dziadka". Olivieira decydował, kiedy kolejny piłkarz wejdzie na środek utworzonego przez kolegów okręgu, zapewne by ci słabsi w obronie także mogli trochę poćwiczyć. Lee Jordan podśmiewał się z kolegów i głośno komentował brak ich umiejętności. Trzy razy przechwycił śmigającą pomiędzy zawodnikami piłkę, zanim pozwolono mu do nich dołączyć.

- Tak! Jestem niepokonany! – zawołał i podniósł do góry ręce.

- To się okaże – powiedział spokojnie Dean Thomas.

- Potter, zmiana – Olivieira wywołał go na środek – Na dwa kontakty.

Z niechęcią musiał przyznać, że sposób nauczania stosowany przez seniorę Minervę działał. Harry może nie umiał sklecić dwóch zdań po hiszpańsku, jednak rozumiał coraz więcej. Przestał się czuć kompletnie odizolowany od reszty kolegów, zaczynał wczuwać się w panującą na treningach atmosferę.

W drugim kółku, któremu bacznie przyglądał się Snape, Seamus głośno opowiadał o ostatnich przebojach z Sybillą Trelawney.

- Hej! Śpiąca księżniczko! – Lee zawołał go, gdy Harry kompletnie zignorował czwarte podanie między kolegami.

- Zamknij się – doradził mu spokojnie Terry.

- Chyba królewno – powiedział cicho Jack Sloper.

- Jak mawiają w Tottenhamie… - zaczął Theo Nott i urwał na moment, widząc, że wszyscy przewracają oczami – Jak mawiają w Tottenhamie, lepiej mądrze stać niż głupio biegać.

- Tak, mistrzu Yoda! – zawtórował mu Lee krztusząc się ze śmiechu.

Jordan zawsze był w dobrym humorze.

Theo podał mu na ukos piłkę.

- Niech Moc będzie z tobą, padawanie – odpowiedział, powiększając tym samym uśmiech na twarzy czarnoskórego kolegi.

Harry wykorzystał chwilę nieuwagi i przeciął podanie kierowane do Rogera Daviesa. Terry Boot gwizdnął cicho.

Harry tymczasem przytrzymał piłkę, podbił ją piętą w górę, by przeleciała nad głową i wylądowała dokładnie na czubku buta.

Nie rozumiał pełnego podziwu spojrzenia Theo. Kiedy czasem na treningach udało mu się poprawnie wykonać jakieś ćwiczenie, sekwencję ruchów z piłką, czy przebieżkę między pachołkami zakończoną podaniem piłki znajdującemu się na końcu koledze, oczy Notta szkliły się, jakby widział w nim co najmniej drugie wcielenie Alessandro del Piero albo Remusa Lupina. Było to tym bardziej absurdalne skojarzenie, że obaj legendarni piłkarze wciąż żyli, a ten pierwszy nawet jeszcze czynnie kopał piłkę.

- Na jeden kontakt – w tle usłyszał polecenie asystenta.

Oddał piłkę Rogerowi. Dzieciak zawsze patrzył na niego z zachwytem i jednocześnie tęsknotą. Mieszanka ta sprawiała, że wyglądał jak szczeniak zbyt długo pozostawiony przez właścicieli sam w domu. Pomiędzy nimi był tylko rok różnicy, jednak młody napastnik wciąż miał w sobie coś z dziecka, jakąś taką naiwność i wiarę, że gdzieś na świecie jest sprawiedliwość. Pewnie wyniósł ją z domu.

Harry ostatnio wyniósł z domu pięć zmian czystej bielizny i ostrzeżenie, żeby nie wracał z podkulonym ogonem ze swojej wielkiej przygody, bo to pewne, że będzie żałował.

- Starajcie się nie podawać piętą – mówił im Olivieira – Czubkiem stopy. Szybciej.

Później ćwiczyli stałe fragmenty gry. Dołochow podzielił piłkarzy na dwie drużyny: broniącą i atakującą. Rzut rożny z prawej strony wykonywał Theo. Żadnych zbędnych ruchów, piękno w najprostszej formie. Piłka poleciała w sam środek pola karnego pomiędzy ubranych w pomarańczowe i zielone kamizelki zawodników. Draco wyskoczył najwyżej i skierował ją głową do siatki. Zabrzmiały oklaski.

- Ty to masz chyba sprężyny w nogach – stwierdził Dean Thomas.

- Też byś miał, jak byś tyle trenował – odpowiedział mu Draco.

- Jestem wolny?

- Nie, jesteś gruby – wyjaśnił mu wesoło Blaise.

Obrońca uniósł w górę brwi i położył rękę na sercu.

- Ja? Ja jestem tylko dobrze odżywiony. Pomacaj mój biceps. Czysty mięsień, ani grama tłuszczu.

- To tak, jak mój mały palec prawej stopy – zauważył Draco szczerząc do niego zęby.

- Nie chcę grać przeciwko tobie na Mundialu – Charlie pokręcił głową i oddał wydobytą z siatki piłkę Terry'emu.

- Zmasakrowaliby was w karnych – powiedział napastnik.

- Najpierw Anglicy muszą się na Mundial załapać – wtrącił się Finnigan.

- Potter, lewa strona – Dołochow pokierował Harry'ego w róg boiska – Pomarańczowi bronią.

Charlie klasnął w dłonie. Materiał rękawic stłumił dźwięk.

- Dawaj, młody! – Finnigan wyskoczył w górę zanim Harry zdążył przymierzyć się do piłki – Pokażmy mu, że jest cienki jak sik pająka!

- Pajac! – odpowiedział mu Charlie.

Harry zrobił krok do tyłu i kopnął piłkę. Poleciała trochę za daleko. Justin przyjął ją na klatę i podał do stojących bliżej bramki kolegów. Seamus rzucił się szczupakiem i piłka ponownie wylądowała w siatce.

- Ha! Jestem mistrzem!

Przybił piątkę Justinowi.

- Potter, jeszcze raz – polecił trener – Skup się. Jak będziesz ciągle myślał o swoim kacu, to ci nigdy nie wyjdzie.

Harry poczerwieniał słysząc gwizdy. Skąd Snape mógł wiedzieć, co robił poprzedniego wieczora?

- No, no – Zach pokiwał głową z uznaniem – Cicha woda.

Piłka znów znalazła się za daleko. Tym razem Ernie spróbował skierować ją do bramki, ale Charlie wyciągnął się na całą swoją długość i wybił ją ponad poprzeczkę.

- Weasley, wyjdź choć raz naprzeciw – Snape skrytykował bramkarza – Złap ją, zanim wpadnie przeciwnikom pod nogi.

- Przecież wybroniłem – odparł Charlie.

- W sytuacji jeden na jeden nie ma lepszego od ciebie – zgodził się trener – Ale tu miałeś pięciu potencjalnych strzelców w promieniu jednego metra. Nie przewidzisz, jak się każdy z nich zachowa. Piłka może odbić się rykoszetem, ktoś z twojej drużyny może strzelić samobója.

Bramkarz wzniósł wzrok ku niebu. Nie brał specjalnie słów Snape'a do siebie.

- Weasley, kiedyś z tego powodu możesz przegrać najważniejszy w życiu mecz.

- Tak. Ma pan rację – mina Charlie'go przeczyła wypowiadanym słowom.

On nie musiał niczego udowadniać. Wiedział, jak to jest podnosić srebrny puchar z wielkimi uszami przy akompaniamencie chóru śpiewającego: Die Meister, die Besten, les meilleurs equipes, the champions". Ten najważniejszy mecz był już za nim.

X X X

Z dużych okien widać było wciąż zielone drzewa w Parku Retiro. Rzut beretem do najważniejszych kulturalnych atrakcji stolicy – muzea, zabytki, fontanny, urocze kafejki. Okolica wydawała się wprost stworzona dla Theodore'a Notta albo Michaela Cornera. Rano pewnie na chodnikach panowała kompletna pustka. Harry'ego już pierwszego dnia po przylocie do Madrytu zaskoczył spokojniejszy tryb życia tubylców. Miasto wstawało po ósmej rano i przeciągało się przynajmniej dwie godziny by nabrać właściwego rozpędu.

W mieszkaniu mogła rozlokować się wygodnie duża rodzina. Państwo Diggory kupili je pewnie z tego powodu. Było za obszerne dla Harry'ego i jego dwóch walizek. Gustowne meble i nienahalna, beżowo-zielona kolorystyka stwarzały przyjazną atmosferę. Raz dziennie, w porze treningu, zaglądała tu gosposia, by posprzątać i podlać kwiaty.

Harry zajął jeden z gościnnych pokoi i, z pomocą internetowego translatora, nabazgrał Roselicie notatkę z prośbą o zrobienie zakupów do lodówki. Zostawił ją na stole w kuchni razem z pieniędzmi. Założył świeży podkoszulek, skórzaną białą bluzę i wybrał z włosów trzymające je wsuwki. Wyszedł na korytarz i wyciągnął z kieszeni spodni kartkę z kodami zabezpieczeń do mieszkania. Nigdy by nie przypuszczał, że Cedric Diggory ma takiego fioła na punkcie ochrony swojego mienia.

- Buenas noches.

Obejrzał się usłyszawszy lekko schrypnięty kobiecy głos.

Dziewczyna, około dwudziestoletnia, podeszła do drzwi sąsiedniego mieszkania. Z ogromnej, wyszywanej w afrykańskie wzory torebki, wyciągnęła pęk kluczy i najzwyczajniej otworzyła swoje drzwi. Jej jasne włosy były skręcone w niedbały kok, a ubranie wydawało się trochę za luźne. Wzrok przyciągała najbardziej duża teczka, do jakiej architekci wkładają swoje szkice.

- Buenas noches – odpowiedział Harry.

Zamknął mieszkanie i wyszedł w rozświetloną latarniami noc. Odnalezienie zamówionej dziesięć minut wcześniej taksówki zajęło mu dosłownie chwilę. Kierowca wyglądał na przybysza z Bliskiego Wschodu.

- Chicas y musica – rzucił mu krótko Harry, ufając, że taksówkarz zrozumie jego intencje i znajdzie w Madrycie odpowiednie rozrywki.

X X X

Przełknął ślinę odwracając wzrok od Zacha Smitha. Przez ostatni kwadrans wymieniali między sobą podania. Harry miał wspierać napastnika, tworzyć mu przestrzeń przed bramką i tak podawać piłkę, by Zach nie znalazł się na spalonym. Dołochow jednocześnie tłumaczył obrońcom, jak stworzyć skuteczną pułapkę off-sajdową.

Potterowi jednak nic nie wychodziło. Nie mógł się skupić, za długo przetrzymywał piłkę. Nie pomagał mu ćmiący ból z tyłu głowy spowodowany zarwaniem nocy, ani tym bardziej widok mokrej, prześwitującej koszulki przylepiającej się do torsu Zacha. Smith był bardzo dobrze zbudowany, dużo ćwiczył, szybko się poruszał. Patrzyło się na niego z przyjemnością.

- Potter! Czemu nie strzelałeś?! Miałeś pustą bramkę!

Ah, Snape i jego uwagi. Szkoda, że facet znał większość europejskich języków. Harry nie mógł ukryć się za wymówką, że go nie rozumie, bo trener przechodził wtedy bez zająknięcia na niemiecki. Każde wypowiadane przez Snape'a po niemiecku słowo było jak kamień rzucony na głowę. Bolało.

Jeszcze raz Zach rozpoczął akcję. Wbiegł między Milesa Bletchleya i Terence'a. Posłał Harry'emu piłkę, a ten na pełnym biegu skierował się ku bramce.

- Potter! Czemu nie podawałeś?! Smith był na lepszej pozycji!

Gdyby jeszcze nie padało, zniósłby sesję treningową lepiej. Niestety nic nie wskazywało na to, że w ciągu najbliższych godzin wyjdzie słońce. Na murawie, mimo dobrego drenażu, utworzyła się kilkumilimetrowa warstwa wody. Wyrwane butami źdźbła trawy kleiły się do nóg i spodenek. Przemoczeni piłkarze biegali z nieszczęśliwymi minami, ale u Snape'a trenowało się bez względu na pogodę.

Wszyscy przyjęli z ulgą gwizdek Olivieiry kończący sesję treningową i uciekli do szatni.

- Potter!

Harry zacisnął zęby i odwrócił się na pięcie przywołany przez trenera. Starał się nie okazywać rozczarowania, że nie może wejść pod prysznic i zmyć z siebie warstwy brudu.

- Tak, Mister?

Snape w czarnej, nieprzemakalnej kurtce z głębokim kapturem wyglądał jak postać z horroru stojąca na wypielęgnowanym trawniku. Jednak zamiast kosy, siekiery czy piły mechanicznej w dłoniach trzymał oblepioną trawą piłkę.

- Jedenastki – powiedział krótko.

Harry rozejrzał się wokół. Na opuszczonym boisku dwóch mężczyzn z obsługi zbierało pozrzucane sprzęty.

- Na pustą bramkę – Snape rzucił mu piłkę i dał znać, by przyniesiono ich więcej.

Wydawać by się mogło, że nie ma prostszego ćwiczenia. Czasem jednak ofensywni zawodnicy wpadali w dołek. Zdarzały się okresy, że mimo chęci, umiejętności i formy fizycznej zanikała w nich ta boża iskra i tygodniami obijali słupki i poprzeczkę bramki. Brakowało milimetrów, a ciągnący się za piłkarzem pech z każdym meczem odbierał coraz bardziej poczucie własnej wartości.

- Lewy górny – Snape wydawał mu polecenia – Środek pod poprzeczkę. Prawy górny, prawy dolny.

Harry posyłał kolejne piłki we wskazane miejsca, aż ósma z nich odbiła się od słupka.

Trener niespiesznie przyciągnął dwa manekiny na rolkach i ustawił je między piłkarzem i bramką.

- Z woleja.

Harry zrobił kilka kroków do tyłu i kopnął pierwszą piłkę. Snape dorzucał mu kolejne. Tak minął kwadrans. Koledzy z zespołu pewnie już wychodzili z szatni, odświeżeni, w czystych i suchych ubraniach, opowiadając o swoich dziewczynach, rekordach w grach konsolowych i nowych knajpach w mieście. A on tu moknął zupełnie sam, zdany na łaskę zgryźliwego, starzejącego się dupka.

- Potter… - Snape podszedł do niego.

Chyba po raz pierwszy nie patrzył na młodego piłkarza z niechęcią i rozczarowaniem. Harry'emu takie spojrzenia przypominały o rodzinnym domu.

- Grałeś w Bremie z Borussią?

- Kilka razy… - odpowiedział zaskoczony.

Niemiecki klub był jednym z ich grupowych rywali w Lidze Mistrzów.

- Na wyjeździe też?

- Tak…

Nie rozumiał, skąd te pytania. Trener miał kilku ludzi od zbierania informacji o rywalach. Oni jeździli na mecze, przygotowywali profile poszczególnych piłkarzy i szkoleniowców,

- Jak to jest, tam na boisku? Z punktu widzenia futbolisty.

- Głośno – przyznał Harry – Bardzo głośno. Są szybcy.

Snape minimalnie skinął głową i odprawił go ruchem ręki.

X X X

W mieszkaniu panowała przyjemna cisza. Podobało mu się, że może odciąć się na kilka godzin za zabezpieczonymi elektronicznym zamkiem drzwiami od zewnętrznego świata. Decydował, kiedy chce widzieć innych ludzi.

Przygotował ubranie do wyjścia, wziął długi, gorący prysznic i ze szklanką jabłkowego soku w dłoni przeglądał zawartość swojej poczty elektronicznej, kiedy zadzwonił telefon.

Harry spodziewał się tej rozmowy. W końcu wynajmował mieszkanie u najdroższego piłkarza ligi angielskiej.

- Harry Potterze! – przywitał go ciepły, kobiecy głos.

Cho Diggory, żona Cedrica sprawdzała, jak mu się mieszka.

- Podoba ci się mieszkanie?

- Tak. Bardzo – zapewnił i ściszył pilotem muzykę.

- Masz wszystko?

- Tak…

- Roselita chętnie ci pomoże.

- Cieszę się, że robi mi zakupy – zaśmiał się kulturalnie – To bardzo ułatwia życie.

- Wiem.

W tle odezwały się głosy dzieci.

- Mamo! Mamo! Wujek Seamus?

- Nie, Izabello. To nie wujek Seamus. To kolega wujka.

Słyszał szamotaninę i zmęczony głos młodej matki usiłującej wytłumaczyć czteroletniemu synowi, że powinien już o tej porze spać.

Harry zgadzał się z nią absolutnie. Za kilka minut miała po niego przyjechać taksówka.

- Panie kolego wujka Seamusa! – dziewczynka wykorzystała to, że jej matka zajmuje się młodszym bratem – Ja tak bardzo, bardzo proszę, żeby wujek poszedł do fryzjera. Tata zawsze chodzi. Ja też byłam tydzień temu i wyglądam teraz bardzo ładnie. A wujek Seamus, jak mu mówię, to się ze mnie śmieje.

Przez moment gapił się na stojącą w kącie roślinę i usiłował poskładać wypowiedź w sensowną całość.

- Izabello! Wracaj do łóżka. Tata obiecał ci opowiedzieć bajkę – Cho szybko zmieniła ton głosu – Najmocniej cię przepraszam, Harry.

- Nic nie szkodzi.

- Izabella uwielbia Seamusa i całą Hiszpanię. Gdy Cedricowi skończy się kontrakt w Londynie, planujemy wrócić tu na stałe.

- Kto jeszcze mieszka na tym samym piętrze? – zapytał z czystej ciekawości.

- Z lewej strony emerytowany wojskowy z żoną. Mieszkanie z prawej należy do inżyniera, ale on wyjechał z rodziną do Arabii Saudyjskiej. Zajmuje się budowaniem dróg.

- Naprawdę jestem wdzięczny pani i mężowi za pomoc...

- Jestem Cho, „pani" tylko dla dziennikarzy. Dobranoc!

Nie tracił więcej czasu. Przebrał się i sprawdził kieszenie. Komórka i portfel na miejscu. Wyszedł na korytarz.

- Buenas noches.

Tym razem jego wzrok przykuła para kolczyków w kształcie marchewek. Duża teczka, torba w afrykańskie wzory. Dziewczyna posłała mu grzeczny uśmiech i otworzyła drzwi na prawo od mieszkania Diggorych.

- Buenas noches.

X X X

Rudowłosa była boginią parkietu. Świetnie wczuwała się w rytm muzyki. Znów ją spotkał, choć co noc zmieniał klub. Miała zgrabne nogi, za krótką sukienkę i jakąś taką desperację w oczach. Mogła mieć każdego faceta, który pojawił się tutaj tego wieczora, jednak ponownie zwróciła uwagę na Harry'ego. Doskonale wiedział, dlaczego – nie był najprzystojniejszy, najsławniejszy ani najbogatszy, ale grał w Realu Madryt. Zach miał na to teorię, że widok białej koszulki piłkarskiej działa na niektóre dziewczyny jak afrodyzjak.

- Hej, dziś też postawisz mi drinka? – przysunęła się do niego.

- Jeśli tylko chcesz.

Łatwo się z nią rozmawiało. Znała angielski i nie musiał przy niej za bardzo się wysilać, by zrozumieć każde słowo. Wiedział o niej tylko tyle, że ma na imię Ginny, przyjechała z Anglii i chce się zabawić. To mu wystarczyło.

Tańczył z nią kilka godzin, ale wypił tylko dwa drinki. W niedzielę mieli mecz z Deportivo, a tydzień przed ligowym El Clasico zapowiadał się na szalony. Najchętniej zamknąłby się w czterech ścianach i nie pokazywał nikomu na oczy. Czasem odnosił wrażenie, że wszyscy wiedzą o jego uczuciach do Draco i śmieją się z tego.

Znów pojawił się ćmiący ból głowy. Harry zwalił winę na zarwane noce, ale potrzebował ruchu. Gdy przystawał w miejscu, zaczynał myśleć, a myśli były tylko natrętami psującymi mu humor.

Snape go nienawidził, Neville traktował jak naiwne dziecko, a rodzonej matce nawet nie przyszło do głowy by choć raz do niego zadzwonić. Na ojca nie liczył. Przestali ze sobą normalnie rozmawiać, gdy Harry miał szesnaście lat. Chciał mieć syna, z którego mógł być dumny.

Zadbane ręce przesunęły się po jego torsie i szyi. Otworzył oczy i zobaczył z bardzo bliska twarz Ginny. Jej wargi były pomalowane czerwoną szminką i wyglądały na bardzo miękkie. Otrząsnął się i zrobił krok do tyłu. Rudowłosa została z pustymi rękoma.

- Spasuję na dzisiaj – wyjaśnił jej – Może spotkamy się za tydzień?

Wyglądała na rozczarowaną.

- Za tydzień jadę do Barcelony.

- To zabawne, bo ja też – roześmiał się, ale ból głowy pozbawił ten uśmiech oznak szczerości.

W drodze powrotnej było jeszcze gorzej. Czuł uderzenia gorąca, widział mroczki przed oczami. Myślał, że zemdleje na schodach. Na szczęście jakoś udało mu się otworzyć drzwi i dotrzeć do sypialni. Do łazienki już nie zdążył.

Upadł na kolana i zwymiotował na biały dywan. Czarne plamy nie ustępowały sprzed oczu. Żołądek zawiązał się w supeł. Jednak to nie ból był najgorszy, a postępujące osłabienie. Doczołganie się do łóżka stanowiło wyzwanie ponad siły. Ułożył się na podłodze, starając się odsunąć głowę jak najdalej od własnych wymiocin. Ich zapach tylko pogarszał sprawę.

Przecież nie jadł dziś nic podejrzanego, a dwa drinki to za mało, by zatruć się alkoholem. Gdy ogarnęło go zimno, zrozumiał, że sam nie przetrwa do końca nocy. Drżącymi rękoma wyciągnął z kieszeni kurtki komórkę. Zaklął, gdy wypadła na podłogę. Lodowatymi palcami przesunął po ekranie i zbliżył telefon do ucha.

- Seamus… proszę, przyjedź… Coś spieprzyłem.

Obudził się, gdy ktoś przewrócił go na plecy. Otworzenie powiek nie wchodziło w grę. Zdał się na słuch, ale nawet dźwięki dobiegały stłumione, jakby rozmazane.

- Harry! Cholera…

Musiał się zarzygać. Kwaśna wydzielina z żołądka zatykała mu nozdrza, skleiła włosy i rozmazała się po twarzy.

- Co ty sobie zrobiłeś?!

Mimo to szorstkie dłonie bez wahania odgarnęły z jego czoła brudne kosmyki.

- Nie ja… - wyszeptał.

- Harry! – głos Seamusa wybił się ponad intensywny szum krwi w uszach.

- Cholibka, panie Finnigan, to nie wygląda dobrze.

- Wiem. Wieziemy go do doktora Mungo.

- Czy aby to…

- On nie może się teraz tak pojawić w klinice – zadecydował Seamus – Podjedź pod wejście.

Na moment zapanowała cisza. Wilgotna chustka oczyściła mu twarz. Świat przewrócił się do góry nogami, gdy drugi kapitan podniósł Harry'ego i przerzucił go przez ramię. Teraz liczyła się szybkość, a nie delikatność.

- Nie odlatuj. Zostań ze mną.

X X X

Wracał do świata żywych na kilka sekund po to, by pogrążyć się w ciemności. Otaczały go głosy, dotykały cudze ręce. W tle pracowały jakieś urządzenia. W zgięcie łokcia wkłuto mu igłę. Stracił poczucie czasu. Mógł zasnąć i już się nigdy nie budzić.

Kiedy wróciła mu przytomność i otworzył oczy, powitał go znajomy widok. Wypchany jeleń patrzył na niego z wyrzutem. Nie wiedzieć czemu, zwierzę kojarzyło mu się z tatą. Tak samo dumne i niezależne, znało tylko jeden sposób na życie i nie znosiło najlepiej zmian zachodzących w jego naturalnym środowisku.

Czarna pościel otulała jego ciało. Harry czuł pustkę, jakby był poobijaną porcelanową figurą wypełnioną w środku jedynie powietrzem. Leżał tak dłuższy czas. Zza okien wpływało do pokoju coraz więcej światła. Cisza, w jakiej był pogrążony dom ich drugiego kapitana, wydawała się nienaturalna. Pootwierane na korytarz drzwi odzierały z prywatności, zupełnie jak w szatni. Tam też nie dało się niczego ukryć, nie było miejsca na nieśmiałość. Ktoś zawsze wyczuwał jego humor. Objawiało się to w zaniepokojonych spojrzeniach canteranos, wąskiej linii zaciśniętych ust Charliego lub żartach Lee Jordana próbującego rozerwać zajętych swoimi zmartwieniami kolegów.

- Który to już raz? – pytanie stojącego w progu Finnigana wytrąciło go z letargu.

Popatrzył na niego nie rozumiejąc.

- To, że czasem się napijesz, jeszcze ujdzie. Ale w nocy byłeś napruty w trzy dupy. Mungo nie wiedział, co wziąłeś. Chciał już ci robić płukanie żołądka.

- Ja nic… - Harry przełknął ślinę – Nic nie zrobiłem…

- Joder… - Seamus zaklął i schował na moment twarz w dłoniach.

Potem usiadł w nogach łóżka.

- Jak się czujesz?

- Przeżyję…

- Ty zawsze mówisz, że wszystko jest w porządku. Nie jest – podniósł nieco głos.

- Nic nie brałem – upierał się Harry – Poszedłem do nocnego klubu, trochę potańczyłem i wypiłem dwa drinki.

Seamus zmarszczył brwi. Myślał nad czymś intensywnie.

- Poszedłeś sam? Nikomu nic nie mówiłeś?

- A ty mówisz?

- Ktoś zawsze wie, gdzie wychodzę. Mój brat, tata, czasem Charlie. Tutaj musisz mieć zawsze przy sobie kogoś zaufanego.

Harry w tym momencie poczuł się jak skończony idiota.

- Przepraszam…

Finnigan ścisnął mu łydkę i wstał.

- Powiem Francesce, żeby zrobiła nam śniadanie. Co chcesz?

- Coś lekkiego – Harry nie przełknąłby konkretnego posiłku.

Seamus posłał mu oszczędny uśmiech i wyszedł z sypialni.

X X X

Bramkarze rozgrzewali się już ponad pół godziny w rytmie najnowszych przebojów puszczanych przez ludzi od nagłośnienia. Stadion zapełniał się powoli. Pierwsi zjawiali się kibice z zagranicy. Miejscowi przychodzili nawet z kilkuminutowym opóźnieniem i wychodzili przed końcem meczu. Reflektory zalewały wilgotną murawę potokami sztucznego światła.

Do bramkarzy dołączyli zawodnicy obu drużyn.

- Słaby przeciwnik – skomentował Antonin – Możemy ich zmieść samymi skrzydłami. Marvolo liczy na dobry wynik.

- Marvolo zna się tylko na biznesie, nie na piłce nożnej.

- Możemy spokojnie pokombinować z grą środkiem.

- Albo pomóc Malfoyowi poprawić statystyki – zauważył Severus.

Głosowanie na Złotą Piłkę zbliżało się wielkimi krokami. Draco Malfoy znów był jednym z faworytów i prawdopodobnie znów przegra, bo jest za mało sympatyczny.

Piłkarze zawrócili z boiska do szatni. Ostatni łyk wody, ostatni rzut oka na rozrysowane przez trenera schematy taktyczne.

- Mister? – Finnigan niespodziewanie pociągnął go za łokieć na bok.

W tunelu było niewiele miejsca. Ponad nimi rozlegała się już znajoma, pompatyczna melodia „Hala Madrid!".

- Co tym razem?

- Proszę dziś za długo nie męczyć Harry'ego.

Brwi Severusa poszybowały w górę.

- Chcesz mi coś powiedzieć?

Obrońca zacisnął szczęki.

- Wiesz, że wyjściowy skład podaliśmy sędziom godzinę temu.

- Więc proszę go szybko zdjąć.

Dwa razy powtórzył magiczne słowo. To się nigdy nie zdarzało drugiemu kapitanowi, nie za jego kadencji. Severus mógł mu zaliczyć na plus to, że w ogóle chciał rozmawiać o taktyce, zawodnikach i rywalach. Ta cecha charakteru sprawiała, że, mimo częstych kłótni, Snape minimalnie lepiej znosił obecność Finnigana niż milczącego Weasleya. Dziewczyna bramkarza za to ostatnio mówiła za ich oboje.

- Nie ty ustalasz taktykę.

Obrońca skrzywił się, ale posłusznie wybiegł z tunelu. Był ostatni.

Drobne urazy przetrzebiły w tym tygodniu defensywnych pomocników. Finch-Fletchley narzekał na ból pleców, Sloper naciągnął mięsień łydki, Cornera i Notta zachowali na Barcelonę, a Montague wciąż pauzował za czerwoną kartkę. Severus załatał dziury tym, co miał. Dał Ritchiego Coote na środek razem z Longbottomem, Finnigana na prawą pomoc, a w jego miejsce na stoperze ustawił Bletchleya. Chciał oszczędzać młodego Belga, by w odpowiednim czasie mógł zabłysnąć w tym, do czego był przygotowywany od miesięcy.

Mecz zaczął się w trybie spacerowym. Od jednej bramki do drugiej. Po „Hala Madrid!" Ultrasi z południowej trybuny zaczęli swoje tradycyjne przyśpiewki. Severus mógł wedle nich ustawiać zegarek.

Siódma minuta i stadion zagrzmiał:

- Illa, illa, illa, Juanito Maravilla! Se ve, se siente, Juanito está presente!

Duch Juanito jednak się spóźniał tego wieczora z nawiedzeniem stadionu. Dean Thomas się zagapił, Bletchley się pogubił i tylko jeden Finnigan zachował przytomność umysłu i pobiegł za Rikim, ale nie zdążył. Weasleyowi zabrakło wzrostu, ale też i chęci. Zamiast koncentrować się na meczu pewnie zastanawiał się nad menu na swój ślub.

MacMillan poleciał odrabiać straty. Otrzymał dobre podanie od Pottera i nawet, w przeciwieństwie do dwóch poprzednich akcji Smitha, nie wpadł w pułapkę off-sajdową.

Po pierwszych dwudziestu minutach meczu Snape wyciągnął pierwsze wnioski. Zach Smith urodził się na spalonym. Erniemu MacMillanowi w życiu zawsze przeszkadzała jakaś poprzeczka. Malfoy zawraca, kiedy mu się chce. Potter tego wieczora nie ma sił nawet by biegać przez pierwszą połowę.

Na szczęście MacMillan dał się czysto sfaulować i przeturlał się po trawie na tyle efektownie, że sędzia główny dał im rzut karny. Do piłki podszedł Malfoy, a z tyłu za nim smętnie się snuł Potter.

Publiczność ożywiła się, niektórzy zaczęli klaskać i skandować:

- Draco! Draco! Draco!

Malfoy bez mrugnięcia wpakował futbolówkę do siatki ku uciesze tłumu.

Ultrasi zmienili ton.

- Como no te voy a querer? Como no te voy a querer? Si fuiste campeón de Europa...

Ta piosenka przynajmniej miała miłą uchu melodię.

MacMillan znów wyrwał się do przodu. Żeby choć połowie ofensywnych piłkarzy chciało się tak biegać, wynik byłby dawno wyjaśniony. A tak nie miał do kogo podać piłki.

Snape zirytowany wstał z fotela i podszedł do linii bocznej.

- Potter! Rusz się!

Młody mediapunta usłyszał go, skinął głową, ale dalej bezużytecznie człapał.

- Potter! – Severus wykorzystał chwilową przerwę w grze i przywołał dzieciaka.

Ten ledwie stał na nogach.

- Do cholery, jak ci nie wychodzi gra do przodu, to przynajmniej wracaj po piłkę! Po stracie masz być pierwszym z obrońców!

Zamglone spojrzenie zielonych oczu nie wzbudziło w nim zaufania. Potter był świetny. Powinien kosztować trzy razy tyle, ile Marvolo za niego zapłacił. Braki wytrzymałościowe i w grze defensywnej łatwo da się wyeliminować. Skubańcy z Bremy wiedzieli, co robią, umieszczając klauzulę w jego kontrakcie. Dzieciak miał zadatki na przyszłego zdobywcę Złotej Piłki, ale Severus nie zamierzał mu tego mówić. Szczególnie że zdarzały się takie mecze jak ten, w których Potter był zupełnie bezużyteczny.

Pod koniec pierwszej połowy Coote czysto podał piłkę do MacMillana. Ten kopnął ją. Odbiła się od bramkarza, od słupka i kuriozalnie potoczyła po ziemi. MacMillan rzucił się ją dobić. Ultrasi poderwali się z miejsc.

Skrzydłowy posłał w trybuny całusa i przybił piątkę z Malfoyem.

Defensywa rozluźniła się po tym golu, ale ubrany w biało-niebieską koszulkę napastnik Deportivo minął się z bramką. Weasley kopnął piłkę po ziemi do Finnigana.

Severus przewrócił oczyma. Weasley zawsze podawał do Finnigana. Zachowanie przewidywalne do znudzenia. Drugi kapitan posłał długie podanie do MacMillana. Ten wykopał ją w pole karne, gdzie aktualnie znajdowało się ośmiu piłkarzy Deportivo, zagubiony Potter i Draco Malfoy. Taka decyzja była w tej sytuacji głupia, ale Ernie zapewne chciał zobaczyć, co się stanie.

Malfoy wyskoczył ponad przepychających się chaotycznie obrońców i wbił głową piłkę do siatki. W burzy oklasków wsadził kciuk do ust, jak każdy piłkarz, któremu się właśnie powiększyła rodzina. Smith i Jordan przytulili się do niego i poklepali po głowie.

Severus odwrócił się do siedzących za nim rezerwowych. Kolejne słowa z trudem przechodziły mu przez gardło, ale dobro klubu było ważniejsze od osobistej chęci wyeksmitowania bezużytecznego Włocha do Mediolanu.

- Zabini, zmieniasz Pottera w drugiej połowie.

Oczy piłkarza rozjaśniły się. Jego koledzy zadowoleni schodzili z murawy.

X X X

Snape nie liczył na niego. Harry przybity wszedł do szatni. Olivieira uśmiechając się przepraszająco wyjaśnił mu, że zostanie zmieniony. Nie było sensu spieszyć się z przebieraniem w czystą koszulkę. Gdy inni wysłuchiwali uwag trenera i sugestii na poprowadzenie gry w drugiej połowie, Harry spokojnie gasił pragnienie. Wszystko go bolało. Czuł się kompletnie wyprany z energii. Stać go było tylko na kilka zrywów na początku meczu. Dwa razy udało mu się dokładnie podać piłkę Draconowi, ale ten zamienił na bramkę dopiero podanie Erniego.

Obejrzał się na kolegów. Terry miał poważną minę, pewnie przed końcem meczu znów się zamieni z Zachem. Theo profesjonalnym tonem wtrącał swoje uwagi i przytakiwał trenerowi. Seamus oblał się wodą z bidonu, wytarł nagi tors klubowym ręcznikiem i chwycił czystą koszulkę z długim rękawem. Potem coś mu się przypomniało. Odwrócił się na pięcie i skierował się do Harry'ego.

- Wyskakuj z koszulki – rzucił krótko.

- C…co?

- Już. Zdejmuj.

Pełna determinacji mina drugiego kapitana nie nastrajała do dyskusji. Harry błyskawicznie pozbył się górnej części stroju.

Gdy wreszcie zrozumiał intencje Finnigana, głos uwiązł mu w gardle. Seamus włożył jego brudną, przepoconą i o rozmiar mniejszą koszulkę, a na wierzch zarzucił swoją. Położył mu dłoń z tyłu głowy i przyciągnął tak, że ich czoła zetknęły się.

- Mój pierwszy gol w tym sezonie będzie dla ciebie – powiedział cicho.

Zanim Harry zdążył zareagować, Dołochow wołał już zawodników na drugą połowę.

Seamus nie strzelił tego wieczora gola, ale grał bardziej ofensywnie niż Zach i Terry razem wzięci. Ciągle był w polu karnym, nie dawał spokoju bramkarzowi Deportivo i kompletnie zignorował przekazaną przez wchodzącego na boisko Theo wiadomość od trenera. Rzadko wracał pod swoją bramkę. Z uporem parł do przodu. Snape nawet nie silił się na przywoływanie go do porządku. Przeciwstawianie się żywiołowi nie miało sensu.

Po ostatnim gwizdku sędziego Harry chwycił butelkę z izotonikiem i czekał na drugiego kapitana przy wejściu do tunelu. Wygrali pięć do jednego, Draco uzbierał hattricka , a Finnigan schodził z murawy w nastroju jak po przegranej z Barçą. Pozostali jeszcze wymieniali się koszulkami z przeciwnikami i oklaskiwali wspierających ich kibiców. Pansy Parkinson zaczepiła Charliego na krótki wywiad.

- Przepraszam – odezwał się ponuro Seamus.

Harry potrząsnął głową i podał mu butelkę. Nie ufał w pełni swojemu językowi.

Nie pamiętał, kiedy ostatni raz ktoś tak zdecydowanie się za nim wstawił. Bezinteresownie, bezkrytycznie, po prostu dlatego, że grali w jednej drużynie.

- Dziękuję – wyszeptał.

Nagle Seamus objął go mocno.

- Ja zawsze dotrzymuję obietnic. Mój pierwszy gol będzie dla ciebie – powtórzył.

Harry walczył ze łzami. Atmosfera na stadionach często zmieniała największych twardzieli w rozklejające się beksy. Tak to sobie tłumaczył. Dobrze było poczuć się częścią większej całości.


AN: Chcę podziękować za wszystkie komentarze, także te krytyczne (wybrałam tematykę budzącą wiele emocji i muszę się z tym pogodzić).

Jestem pod wrażeniem, że czytają je także inni czytelnicy. Tym bardziej jestem wdzięczna za słowa wsparcia od Silverrain i MargotX.