„To nie będzie proste, to nie będzie długie,
zajmie tylko chwilę, zajmie twoje myśli,
zajmie twoje serce, odbierze ci oddech.
Tak to będzie krótkie, to nie będzie proste."

Adrienne Rich – „Ostatnie Zapiski"


Ajax Amsterdam – 1 : 4 – Real Madryt (Liga Mistrzów)

oraz

FC Barcelona – 2 : 2 – Real Madryt


Zawodnicy wysypywali się z autokaru radośnie. Zanim Neville zdążył zejść po schodkach, Ernie, Jack i Zach znikali już za zakrętem. Theodore z niewymuszoną elegancją ciągnął za sobą gustowną walizeczkę. Za jego plecami hałaśliwa grupa rozdzielała między sobą bagaże.

- Nie, no normalnie, z czego je dzisiaj produkują? – narzekał Lee Jordan, przekraczając normy dźwięku nawet na amsterdamskim lotnisku – Szajs kompletny! Żeby piłka pękła po trzech kopnięciach?!

- Dwie piłki, Lee. Dwie – poprawił go Justin.

- No! – lewy obrońca przytaknął mu z entuzjazmem – Mówiłem, że szajs!

Mecz z Ajaxem w środową noc mogli zaliczyć sobie na plus. Zdecydowane zwycięstwo na obcej murawie, bardzo piękne bramki i dwie przebite piłki.

Neville potrząsnął głową.

- Czy tutaj kiedykolwiek jest normalnie? – wymamrotał do siebie.

Wiedział, że jeszcze wiele przed nim. Był dopiero na początku kariery. Jednak w ciągu jednego miesiąca z Realem Madryt widział więcej niepojętych zjawisk niż przez rok w Bremie. Tam bramkarze nie wysyłali obrońców do szpitala ze wstrząsem mózgu, na stadionach Bundesligi zawsze świeciło światło, a piłki były napompowane.

- Jeśli pytasz o Real, to nie. U nas nic nie jest zwyczajne – wyjaśnił mu Charlie.

Neville zapomniał, że bramkarz także nie spieszył się dziś z opuszczaniem autokaru.

- Kto jest dzisiaj crackiem?! – cieszył się Finnigan, obściskując już ledwie żywego ale uśmiechniętego Terry'ego Boota – Kto jest dziś crackiem?! Ale brameczka! Jak nic będziesz w top 5 najładniejszych goli roku, stary!

Napastnik popisał się wyjątkowej urody zakończeniem akcji. Po podaniu piłki przez Zabiniego wykręcił się jak mistrz wschodnich sztuk walki, ogłupiając obronę Ajaxu.

- Za kilka tygodni jest głosowanie – powiedział Michael – Myślę, że załapiesz się do pierwszej trójki.

- Nasz Terry nareszcie błyszczy!

Seamus dalej paplał w mieszaninie angielskiego z hiszpańskim, będącej głównym językiem w szatni Realu. Słychać było wyraźnie, że hiszpański to pierwszy język obrońcy, do angielskich słów wypowiadanych z południowym akcentem należało się przyzwyczaić, a dopiero potem próbować zrozumieć. Pewnie dlatego Finnigan w otoczeniu piłkarzy z różnych stron świata bardziej bazował na gestykulacji. Zawsze prezentował otwartą i szczerą postawę, nawet kiedy manifestował światu, że coś go wkurza.

Harry śmiał się z boku z wymiętoszonego i już lekko zażenowanego napastnika. Zagrał wieczorem tylko piętnaście minut. Po meczu z Deportivo trener wciąż nie ufał kondycji Pottera.

Neville przez szybę autokaru widział, jak Michael pomaga wyciągać pozostałe bagaże.

- Dzięki – Harry wziął swoją torbę.

- Wiesz, jak wyglądasz? – zagadnął go spokojnie prawy obrońca.

Znacząco popatrzył na jego nogi. Im obu lekarze drużyny zalecili noszenie podkolanówek kompresyjnych. Podobno polepszały ukrwienie i zmniejszały tym samym ryzyko urazów. Corner powinien je nosić, bo biegając tyle za piłką w tym wieku mógł nabawić się kontuzji. Harry – bo tak utalentowane młode nogi należało chronić.

- Jak ty – odpowiedział mu Harry.

Michael pokręcił głową.

- Ale ja jestem stary.

- Żadna z ciebie modelka. Trzydzieści lat to nie koniec świata.

- Jeszcze nie mam trzydziestki – pospieszył z wyjaśnieniem Michael, co tylko bardziej rozbawiło Pottera.

Wesoła grupa minęła Draco, Blaise'a i Deana, którzy zatrzymali się na widok kilkudziesięciu witających ich fanów. Cierpliwie rozdawali autografy i wysłuchiwali wyznań miłosnych z ust rozhisteryzowanych nastolatek oraz zaokrąglonych czterdziestokilkuletnich fanów w oryginalnych, białych koszulkach. Sport naprawdę nie zna granic.

Neville ze swojego miejsca na schodkach autokaru uchwycił wzrokiem ruch Malfoya. Draco skończył mazać autograf na podstawionej piłce, odwrócił się słysząc głosy kolegów i popatrzył na plecy mijającego go Harry'ego. Trwało to ułamek sekundy, zanim Blaise objął go ramieniem i kazał się uśmiechnąć do zdjęcia.

- Nie wiem, co jest między wami, ale wyjaśnijcie to między sobą zanim zespół zacznie cierpieć – odezwał się szybko Charlie.

Neville zatrzymał się w pół kroku i spojrzał za siebie na kapitana.

- Nie wciskaj mi, że wszystko jest w porządku. Po przyjeździe byliście jak papużki-nierozłączki, wszystko robiliście razem. Od tygodnia ani razu nie dobieraliście się do ćwiczeń w parach. Nie rozmawiacie – zauważył Charlie – Zmień to.

- Dlaczego ja? – Longbottom natychmiast przyjął postawę obronną.

Od zawsze wiedział, że Harry będzie ważniejszy. To się czuło tak samo jak czuje się podmuch wiatru na twarzy. Miał większy talent, większe serce do gry i wewnętrzną potrzebę udoskonalania się.

- Bo on jeszcze długo nie pomyśli o wyciągnięciu do ciebie ręki – odpowiedział cicho Charlie.

- A jeśli wina jest po jego stronie? – zasugerował sztywno Neville.

- Tym bardziej będzie mu głupio, że nie miał racji.

Skinął głową. Faktycznie, ich kapitan dobrze rozgryzł charakter Pottera. Harry miał cały czas coś do udowodnienia. Chciał pokazać rodzicom, że umie żyć po swojemu, a władzom Werderu, że tragicznie się pomylili próbując zatrzymać jego sportową karierę. W Madrycie starał się pokazać rządzącym z jak najlepszej strony, a w tym, paradoksalnie, pomagał mu Snape, coraz bardziej redukując rolę Zabiniego w zespole.

Wydostali się obaj z autokaru. W luku bagażowym pozostały tylko ich torby. Dołochow i Olivieira rozmawiali o czymś cicho, a Snape co chwila zerkał na zegarek.

- Mister! – Charlie podszedł do niego zaniepokojony.

Trener wyprostował się, dając tym samym znać, że kapitan ma jego uwagę.

- Mister, Milesa jeszcze nie ma. Nie odzywał się?

- Nie – Snape pokręcił głową i przerzucił swoją sportową torbę na drugie ramię – Próbowałeś się dodzwonić?

- Zaraz zobaczę – wymruczał Charlie wysupławszy z kieszeni bluzy komórkę – Mam nadzieję, że jej nie wyłączył, jak Graham w ubiegłym roku.

Odwrócił się od nich i przyłożył ją do ucha.

- Dobrze, że nie gramy w Lidze Mistrzów z Werderem, co? – Snape skupił się na Neville'u – Pewnie też byście chcieli się wymknąć na dwie godziny do rodzinki.

- Z moją babcią to nawet nie warto – Neville wzruszył ramionami – Po dwóch godzinach dopiero zaczyna się rozkręcać. A Harry raczej nie chciałby się spotkać z rodzicami w środku sezonu.

Trener uniósł w górę brwi, ale Neville nie drążył tematu. Mógł chwilowo nie rozmawiać z Harry'm ale wciąż byli przyjaciółmi.

- Miles! Dzięki Bogu – Charlie nawiązał kontakt z młodym obrońcą i włączył tryb głośnomówiący – Gdzie jesteś?

Asystenci i Neville skupili się wokół jego komórki.

- Dlaczego na mnie nie zaczekaliście? – w głosie spokojnego zazwyczaj Belga dało się wyczuć nutkę paniki – Jak wyszedłem na parking, autobusu już nie było.

- Bletchley, ile można się witać z dawnymi kolegami z klubu? – zapytał niezadowolony Snape.

- Przepraszam, Mister! Straciłem poczucie czasu. Naprawdę mi przykro.

- Przykro to ci będzie, jak za dziesięć minut nie zjawisz się na lotnisku.

- Już jadę! Złapałem taksówkę.

- Wiesz, że nie możemy czekać na ciebie w nieskończoność. Samolot musi odlecieć o czasie.

- Nie zostawiajcie mnie, proszę!

Młody obrońca rozłączył się.

- Czy naprawdę straszenie go jest konieczne? – zapytał zniesmaczony Charlie.

- W tym sporcie samodyscyplina to podstawa. Albo ją masz, albo musisz się jej nauczyć, Weasley.

Rozpędzona taksówka wjechała na parking i zatrzymała się obok autokaru. Wyskoczył z niej Miles.

Charlie przywitał się z uśmiechem i objął go ramieniem.

- Nie zostawilibyśmy ciebie – zapewnił – Pamiętaj, że jesteśmy drużyną.

Snape wymruczał coś pod nosem. W uszach Neville'a brzmiało to jak:

- „Chyba że prezes postanowi inaczej".

Dołączyli do Blaise'a i jego kolegów. Grupka kibiców niemal oszalała ze szczęścia widząc Charliego. Bramkarz musiał podpisać kilka zdjęć i koszulek. Dwie mocno zawstydzone nastolatki poprosiły Neville'a o wspólną fotografię. W Bremie nigdy mu się to nie przydarzyło. Widać, że noszenie białej koszulki czyni cuda.

X X X

Harry wrócił z wieczornego treningu. W Valdebebas odliczano już nie dni, ale godziny do starcia tytanów. Prasa podgrzewała emocje. Kto okaże się lepszy? Dawid czy Goliat? Klub z królewską koroną w herbie, czy „więcej niż klub"? I najważniejsze z zadawanych w programach sportowych pytań: Draco Malfoy czy Dennis Creevey?

Z wprawą odbezpieczył zamek, gdy usłyszał z tyłu znajomy już głos.

- Hola!

Skinął głową swojej młodej sąsiadce. Tym razem jej długie, jasne włosy trzymały się w niedbałym koku, do którego użyto dwóch ołówków. Na policzku pozostał ślad po niedomytej zielonej farbie.

- Hola!

Dopóki nie uganiała się za nim i nie robiła maślanych oczu, nie przeszkadzała mu. Nie wnikał, co robi w mieszkaniu opuszczonym przez budującego drogi inżyniera. Mimo słabej jakości ubrań i dziwnych dodatków wydawała się całkiem sympatyczna i porządna. Każda inna na jej miejscu już dawno sprzedałaby ten adres Sybilli Trelawney.

Wszedł do środka i zatrzymał się w pół kroku. W salonie był włączony telewizor. Sądząc po dźwiękach, kanał dla dorosłych. Harry ostrożnie przesunął się do przodu. Przedsionek rozszerzał się na większą przestrzeń. Właściciele umeblowali ją w taki sposób, by sofa stała dokładnie naprzeciwko wejścia.

Na skórzanym, szerokim meblu siedział zarośnięty typ. Właściwie to prawie leżał, z nogami zarzuconymi na stolik do kawy. Po wypolerowanym metalowo-szklanym blacie walały się dwa opakowania po pizzy i kilka puszek. Typ miał na sobie poobcierane czarne jeansy i jeden z ulubionych podkoszulków Harry'ego. Już od progu czuć go było alkoholem.

Znał tę gębę.

- O! Sie ma, synek! – mężczyzna uniósł puszkę piwa w powitalnym geście.

Harry odwrócił się na pięcie i czmychnął z mieszkania.

- Scheiße! Fuck! Joder! Niech to szlag!

Na dworze wyrzucił z siebie wiązankę słów, które tylko minimalnie różniły się znaczeniem. Gdyby nie był tak wkurzony na intruza, pogratulowałby sobie postępów w nauce. Dzięki kolegom z szatni znał już wiele równie pożytecznych zwrotów w różnych językach. Tylko po włosku nie umiał kląć, bo Blaise nigdy nie przeklinał.

Zdesperowany sięgnął po komórkę.

- Seamus? Cześć, co robisz? Mogę wpaść?

Wolał spędzić noc pod czujnym okiem wypchanego jelenia niż wracać do domu.

- O, hej, młody!

- Jesteś zajęty?

- Wiesz, tak jakby….

Harry zdusił jęk frustracji i oparł się o ścianę budynku. Dlaczego ludzie budujący rezydencję w Valdebebas nie mogli się pospieszyć? Jak będą pracować w takim tempie, to nie zdąży się nacieszyć atrakcjami dla piłkarzy.

-… Mogę zmienić plany. Wpadaj – zaprosił go Seamus.

Odetchnął z ulgą po skończeniu rozmowy i zamówił taksówkę do najbardziej ekskluzywnej madryckiej dzielnicy.

Finnigan przywitał go szklanką pomarańczowego soku i dwoma kontrolerami do gier.

- Znowu FIFA?

- Biorę Hiszpanię – poinformował Seamus rozłożywszy się wygodnie przed wielkim telewizorem.

Harry przewrócił oczyma. Usiadł obok.

- Ty leniu, zawsze bierzesz Hiszpanię.

- Wiesz, co w sercu, to i na ekranie – drugi kapitan odpowiedział natychmiast.

- To ja biorę Niemcy – zapowiedział Harry.

Zanim uruchomili grę, coś mu się przypomniało.

- A wiesz, dzwoniła do mnie w ubiegłym tygodniu Cho Diggory.

- Sama Cho? Ed i Bella nie dorwali się do telefonu?

- Właściwie…. – zaciął się.

Seamus patrzył na niego ze zrozumieniem.

- Powiedz, dlaczego nosisz długie włosy?

Pytanie wywołało salwę śmiechu. Seamus najpierw niebezpiecznie pochylił się do przodu, potem do tyłu, aż wreszcie wsparł się na ramieniu Harry'ego.

- Moja mała Bella!... Dzieciak jest niesamowity. Już w tym wieku okręciła sobie starych i pół Chelsea wokół małego palca. Aż strach myśleć, co z niej wyrośnie.

Harry zachował skupioną minę. Zwykle kiedy Seamus się śmiał, cała szatnia śmiała się z nim.

- No, dlaczego?

- Zawsze takie miałem.

- Jak byś się ostrzygł tak, jak Draco, to pół Hiszpanii by się za tobą oglądało.

- Zgoda! – obrońca wyciągnął do niego rękę.

Harry natychmiast nabrał podejrzeń.

-… Na co?...

- Pójdę do fryzjera, kiedy i ty pójdziesz.

- Wiesz… to nie jest najlepszy pomysł… Moja rodzina ma taką złośliwą wadę genetyczną – bronił się – Czekaj, pokażę ci zdjęcie mojego brata, to zrozumiesz.

Znalazł w telefonie odpowiedni folder z fotografiami z Bremy. Na kilku pojawiała się wiecznie nadąsana twarz Grety, ale większość stanowiły zdjęcia miasta, stadionu i Daniela.

- O, matko… - Seamus wyrwał mu komórkę i przyglądał się uważniej jej zawartości – Faktycznie, katastrofa… Ale na wszystko jest sposób.

Harry przezornie odsunął się. Pomysły drugiego kapitana Realu mogły wywoływać przyspieszone bicie serca, wzrost ciśnienia i inne, nie dające się przewidzieć skutki uboczne.

- Pomogę ci podwędzić butelkę z żelem Draco!

Ukrył twarz w dłoniach, poddając się fali przygniatającej rozpaczy. Wiedział, że Seamus dopnie swego. Tylko czy potem Harry będzie mógł spojrzeć Malfoyowi w oczy nie czerwieniąc się jak pomidor ze wstydu.

X X X

Oliver Wood krążył po szatni jak niespokojny lew. Yaxley już skończył swoją przemowę, tak nudną, że rezerwowym zaczęły kleić się powieki. Teraz rolę motywatora przejął kapitan. Ron, jak na jego funkcję przystało, stał z założonymi na plecach rękami i skupioną miną. Wspomnienia z Gran Derbi zawsze miały słodko-gorzki posmak. Spektakularne zwycięstwa i upokarzanie odwiecznych rywali podnosiły na duchu, ale od kiedy kierował nimi ponury Angol, Los Blancos śmieli podnosić głowy. Kopali piłkarzy Dumy Katalonii z większą premedytacją, wyzywali i nie liczyli się z decyzjami sędziów. Snape przed każdym ze spotkań mieszał ich z błotem.

Ale to właśnie podczas Gran Derbi entrenadora rozkwitała.

Mecze ze słabymi przeciwnikami i treningi stanowiły szarą codzienność. Ciągłe starcia z zarządem i ludźmi z otoczenia klubu przytłaczały Hermionę. Nie dostawała tyle pieniędzy na transfery, ile chciała; nie sprowadzano jej piłkarzy, którzy byli potrzebni, lecz takich, którzy byli medialni; starała się ograniczyć wpływ Dennisa na drużynę. Niestety, jak Barcelona była więcej niż klubem, tak Creevey był już kimś więcej niż piłkarzem.

Lucian Bole szczęśliwy, że nareszcie może się pokazać w tak ważnym spotkaniu, podciągał getry i poprawił bieliznę. Facet ruszał się z większą klasą, niż połowa żółtodziobów promowanych ze szkółki. Wspaniale rozwinął się w Londynie i wrócił po czterech latach do domu z jędzowatą dziewczyną i szafą designerskich ubrań. Yaxley po objęciu sterów nad drużyną częściej kierował go jednak na ławkę niż na murawę. Bo Dennis go nie lubił.

Z boku Pike nakręcał się do rytmu własnych myśli. Rozluźniał mięśnie, otrzepywał rękawice, przecierał ręką po starannie przystrzyżonym zaroście.

- Mamy nad nimi przewagę. Osiem punktów to jest naprawdę coś – tłumaczył kolegom Oliver.

- Prędzej trafią szóstkę w totka, niż z nami wygrają! – zaśmiał się Garcia.

- To oni muszą się wysilić. Muszą nas gonić. Ale wiecie również, że są przyparci do muru. Ranne zwierzęta są groźne, jeśli ktoś nie umie się z nimi obchodzić. Bądźmy dobrymi myśliwymi i dobijmy ich miłosiernie!

Przemowa pierwszego kapitana wywołała ogromny aplauz.

Wood skinął głową i cofnął się pod szafkę. Ron wystąpił na środek i klasnął w dłonie.

- Pamiętajcie, że jesteśmy lepsi, byliśmy lepsi i pozostaniemy lepsi! Naprzód, Blaugrana!

Każdy kolejny krok polepszał mu nastrój.

Przywitał ich ryk największego stadionu w Hiszpanii, morze ludzi w granatowo-purpurowych koszulkach wymachujących flagami w barwach senyery.

Królewscy przyjęli wrogą im atmosferę z podniesionymi głowami. Ich odwaga granicząca z arogancją grała Ronowi na nerwach. Starając się nie zgrzytać zębami ściskał dłonie kolejnych piłkarzy: Terry Boot – patałach sypiający z dziewczynkami, Draco Malfoy – z ego większym niż cała Barcelona z przedmieściami, Ernie MacMillan – jeździec bez głowy, Potter – dzieciak, który przypadkiem znalazł się w Madrycie i pewnie w ciągu sezonu zostanie stłamszony przez dumne gwiazdki, Longbottom – kolejny pseudoniemiec, wielki i sztywny jak kłoda drewna, Theodore Nott z tą wkurzającą miną – jakby chciał podkreślić, że pozjadał wszystkie rozumy i nic go nie obchodzi, Michael Corner – jego najlepszy koleżka, Lee Jordan – którego zwoje mózgowe ginęły we włosach, Dean Thomas – rzeźnik napastników, Seamus Finnigan – z nową, pedalską fryzurą i starymi tatuażami, wreszcie stary, dobry Charlie.

- Powodzenia – starszy brat klepnął go w ramię.

- Tobie również – odpowiedział Ron.

Kapitanowie ustawili się z sędziami do pamiątkowej fotografii.

Jeszcze tylko rzut monetą, gwizdek i piłka w grze.

Real zaczął tak, jak na nich przystało. Dwa podania w środku pola, do przodu do Pottera. Ofensywny pomocnik zrobił trzy kroki i oddał piłkę mknącemu jak gepard Malfoyowi. Ron podziękował niebiosom, że George'a tego dnia bolała stopa i trener wystawił do pary z Woodem przypakowanego Goyle'a. Rezerwowy obrońca, na szczęście bez towarzyszących mu niemal wszędzie okularów przeciwsłonecznych, dostrzegł, co się dzieje i zablokował drogę skrzydłowemu Królewskich.

Tu nie było miejsca na błędy. Neville Longbottom jeszcze tego nie wiedział i Ron wykorzystał jego niewiedzę z zimną krwią. Krótkimi podaniami do kolegów przybliżył akcję do bramki Charliego i przekazał piłkę Dennisowi. Creevey tańczył ładnie, ale nawet dla niego było teraz za mało przestrzeni wśród ubranych na biało obrońców. Wrócili praktycznie wszyscy, nawet MacMillan i Boot. Dennis mógł oddać piłkę biegnącemu z lewej strony Lucienowi, jednak wybrał podanie w prawo. W dalszym ciągu nie przepadał za ex-Gunnersem i nie miał zamiaru pozwolić mu błyszczeć.

Ron zanotował sobie, że musi porozmawiać z ich gwiazdką i przypomnieć mu, że w meczu najważniejszy jest wynik, a nie nazwisko strzelca.

Następna akcja Madrytczyków przypominała małe dzieło futbolowej sztuki. Malfoy zagrał piętką do Terry'ego Boota, ten zablokowany, poszukał MacMillana. Macmillan zbiegł do środka i oddał piłkę Jordanowi po to, by wiecznie uśmiechnięty lewy obrońca posłał ją do przodu. I nikt, kompletnie nikt, łącznie z Woodem i Goylem nie widział, że na pustej przestrzeni między nimi, tuż przed linią spalonego, stoi Harry Potter w luźnym białym trykocie i z opaską z nadrukiem HP23 podtrzymującą przydługie włosy.

Jordan kopnął piłkę za mocno. Pike popatrzył z wdzięcznością w ciemne niebo. Ron zaklął i krzyknął do kolegów z obrony, by bardziej uważali. Tak grało się w Barcelonie a nie w Madrycie.

Walczyli o każdy centymetr, byle bliżej, byle znaleźć dla siebie choć trochę miejsca. Niestety Dean Thomas wieczorami w ramach odprężenia przed snem oglądał chyba filmiki z Creeveyem i znał wszystkie jego ruchy. Większy nacisk na sektor boiska, w którym bronili Corner i Finnigan powinien przynieść lepsze rezultaty.

Nikt nie wiedział, jak to się stało, a z pewnością nie wiedzieli Oliver i Goyle. W dwudziestej trzeciej minucie futbolówka znalazła się znów pod nogami Pottera. Normalny zawodnik parłby do przodu, jednak on zastawił się przed obrońcami. Obrócił się tyłem do bramki i wyczekał ułamek sekundy by przekazać piłkę zbiegającemu ze skrzydła Malfoyowi.

Komentatorzy z Madrytu właśnie zdzierali sobie gardła. Ron wyłączył się na pięć sekund, dopóki Pike nie wygrzebał piłki z siatki i nie wznowił gry.

Na szczęście Dennis poprawił mu humor dziesięć minut później. Kolejny dzieciak wyciągnięty ze szkółki i przyuczony do podawania piłek spisał się wzorowo. Wyskakujący w powietrze Dean Thomas nie zdołał przeciąć podania, a Finnigan skosić kręcącego się przed polem karnym Creeveya.

Po drugim golu Dennisa, znów wypracowanym przez innego dzieciaka z La Masii, wśród najbardziej zagorzałych cules podniosły się okrzyki:

- Madrid, cabrón saluda al campeón!

Głupcy tylko podgrzewali atmosferę. Ron zatoczył sie z bólu i upadł na trawę.

- Przepraszam. Nie chciałem tak mocno.

Theodore Nott podał mu rękę i pomógł wstać, ale z oczu Madrytczyka wyzierało coś obrzydliwego i niebezpiecznego. Na nic się zdało upominanie go żółtą kartką. Nott nie ogłaszał tego w mediach ani nie zwierzał się na portalach społecznościowych, ale i tak wszyscy wiedzieli, że nienawidzi Barcelony.

Podczas drugiej połowy meczu Yaxley zdjął utykającego Olivera i postawił w jego miejsce Crabbe'a. Ron sprawnie przeorganizował całą drugą linię i defensywę. Musieli grać teraz na czas i zwiększać posiadanie piłki. Przeciwnicy wymienili Boota na Smitha, ale nie poprawiło to ich gry.

Crabbe przydał się pięć minut później, trącając łokciem biegnącego w kierunku bramki Pottera. Sędzia patrzył akurat w inną stronę. Facet w ogóle niewiele widział tego wieczora, a mimo to rozdawał żółte kartki, jak Święty Mikołaj prezenty.

Dzieciak nie przyjął do wiadomości wcześniejszej nauczki. Gdy piłka znów znalazła się przy jego nodze, zakręcił obrońcami i wypracował Malfoyowi idealną sytuację do oddania strzału. Pike nie był Charlie'm. Nie był godzien nawet butów Charliemu czyścić. Jeżeli w jego polu widzenia znajdował się zawodnik rywali i żadnego z obrońców Barçy, wpadał w panikę i nie raz zachowywał się kuriozalnie. Tym razem nie wywinął orła, nie zrobił szpagatu ani nie padł na kolana przed przeciwnikiem. Po prostu przepuścił piłkę między rękoma, dając tym samym pretekst Królewskim do zbiorowego uścisku.

Draco Malfoy padł na ziemię i przygarnął Pottera. Na nich zwalił się Lee Jordan, a potem połowa wyjściowej jedenastki.

Ron odwrócił wzrok. Spiker zaanonsował zmianę w ich drużynie. Garcia za Luciena Bole'a.

Napastnik szybko zrobił to, co powinien, czyli kilkoma na pozór niewinnymi odzywkami sprowokował Deana Thomasa. Za podeptanie go obrońca Los Blancos dostał niestety tylko żółtą kartkę. Wszyscy liczyli na coś więcej – gospodarze na usunięcie Thomasa z boiska, goście na ślepotę sędziego.

Na koniec, wymieniając szybko koszulki z Longbottomem, Ron zdobył się na refleksję, że jednak remis nie był taki zły. Spotkanie na pewno przebiegło lepiej, niż ubiegłoroczny maraton klasyków, kiedy to sędziowie wykartkowali połowę merengues, Hermiona Granger schudła chyba o dziesięć kilogramów po nocach spędzonych na dopieszczaniu taktyki, a Severus Snape zafundował Yaxleyowi wizytę u dentysty.

Dziś mogli przegrać. Cykl sukcesów i porażek mógł się zacząć od nowa, ale udało im się kupić trochę czasu.


AN: Kolejny rozdział pojawia się nieco później niż zwykle, za co przepraszam czytelników. Wena jest kapryśnym zjawiskiem i jedno niespodziewane zdarzenie może ją przepłoszyć. To był smutny tydzień, ale mimo to pozostawił nadzieję na wspaniały rok.