AN: Na początku chciałam dziś umieścić tzw. "disclaimer", a więc:

1) Nie posiadam ani nie roszczę sobie praw do świata Harry'ego Pottera. Pani Rowling była pierwsza i za to należy się jej szacunek.

2) Wyniki meczów, fragmenty wywiadów i niektóre wydarzenia okołosportowe pochodzą ze świata realnego. Wątki uczuciowe łączące i dzielące poszczególnych bohaterów tego opowiadania to wyłącznie mój wymysł i nie mają żadnego, ale to absolutnie żadnego związku z osobami prawdziwych sportowców.

Serdecznie dziękuję za komentarze i wyjątkowe zainteresowanie poprzednim rozdziałem oraz zapraszam na kolejny.

Letö : )


Real Madryt – 2 : 0 - Celta Vigo


Port lotniczy Barajas tętnił życiem. Turyści w kolorowych koszulach i z okularami przeciwsłonecznymi tłoczyli się do odprawy. Kierunek: Wyspy Kanaryjskie. Biznesmeni w ciemnych garniturach nie odklejali swych komórek od uszu. Grupa azjatów szturmowała sklep z pamiątkami z Madrytu i sąsiadujące z nim stoisko z winami. Kilkoro młodych, niczym nie wyróżniających się ludzi z wypchanymi plecakami, porozrzucanych po tej części poczekalni, skupiało się na własnych tabletach lub czytało zabraną w podróż książkę. Poruszali się samotnie, dwójkami lub trójkami, przyjaciele, którzy zdecydowali się na wspólną wyprawę na drugi koniec Europy, a może i świata. Ci nie szukali wyłącznie ciepłego morza i zatłoczonych plaż, nie stać ich było na oferty All Inclusive w renomowanych hotelach. Oni docierali do ukrytych między pagórkami sennych wiosek i miasteczek omijanych przez biura turystyczne. Zamiast nocnego klubu wybierali muzeum i wieczór przy piwie w knajpie, którą kiedyś im polecił znajomy znajomego.

Neville trochę im zazdrościł. Kiedyś, obiecywał sobie, kiedy wreszcie przestanie grać, a jeszcze nie będzie mieć dzieci, wybierze się z Hannah w taką podróż. Bez pośpiechu, po to, by poobserwować życie innych ludzi a nie po to, by jak najszybciej dotrzeć do celu. Zerknął na zegarek. Do odprawy pozostało ponad pół godziny. Rozejrzał się za kawiarnią. Do baristy ustawiło się w kolejce kilka osób. Z nadzieją, że jeszcze zdąży wypić coś ciepłego, zajął jeden z nielicznych wolnych stolików. Zajęty poszukiwaniem portfela w czeluściach podręcznej torby usłyszał odgłos stawianego na stole papierowego kubka.

- Duża czarna, z cukrem, bez mleka – Harry Potter wśliznął się na ostatnie wolne krzesło – Poprosiłem, by sypnęli trochę chili.

W jego uszach lśniły małe, złote kolczyki. Zdjął z głowy czapkę-bejsbolówkę z logiem znanej sportowej firmy i położył ją obok swojego kubka z kawą. Wewnątrz dymiła jasna mikstura o wyraźnie malinowym zapachu.

- Dzięki – Neville pozbierał się – Widzę, że próbujesz nowości.

- Kiedy będę stary i nieruchawy, będę żałował, że nie spróbowałem.

- Od Seamusa się nauczyłeś takich mądrości życiowych?

Harry odchylił się do tyłu. Przeczesał ręką włosy i dyskretnie rozejrzał się po otoczeniu.

- Chcesz, żebym był taki jak w Bremie? – przeszedł na niemiecki – Nie pozwolę drugi raz się tak potraktować.

Neville zagapił się na niego. Znali się niemal całe życie. W dzieciństwie Harry'ego ciągnęło do nowości. Kiedy coś go interesowało, musiał to dokładnie obejrzeć i poznać. Zarażał otoczenie pozytywną energią. Aż kiedyś, w wieku szesnastu lat wrócił z letniego obozu piłkarskiego i wyznał, że się zakochał. Uśmiech zniknął na wiele tygodni z jego twarzy. Później wciąż był niespokojnym duchem, obsesyjnie trenował i godzinami oglądał filmiki z trikami wielkich piłkarzy. Chciał kiedyś zbliżyć się do poziomu Ronaldinho lub Remusa Lupina.

Ostatnie miesiące w Bremie spędził kursując między domem a klubem. Nie wychodził z kolegami na miasto. Nikt go nie zapraszał. Zrodzona w szatni plotka zaczęła żyć własnym życiem.

- Słuchaj, Nev… Nie chcę tego stracić – Harry wskazał przestrzeń między nimi – Jesteś dla mnie ważny. Gramy razem w klubie, w reprezentacji… Wciąż pamiętam, jak się cieszyłem, kiedy się dowiedziałem, że mamy w sąsiedztwie jeszcze jednego Angola.

Neville skinął głową.

- Ale?...

- Ale za bardzo się od ciebie uzależniłem – powiedział Harry z pełną powagą – Po tym, jak przyznałem się mamie i tacie… Cholera… W całym domu praktycznie tylko jeden Daniel ze mną rozmawia. Zawsze mogłem na ciebie liczyć, a przecież ty też masz swoje życie.

- Nie jesteś sam – przypomniał mu cicho Neville.

- Czasem chcę być sam, okay?

- Żeby wyskoczyć w środku tygodnia na imprezkę? – nie mógł się powstrzymać przed zadaniem tego pytania.

- Nev, w soboty i niedziele zwykle pracuję, więc kiedy mam wyskakiwać? Mam dwadzieścia dwa lata i nasiedziałem się już dość w domu.

- A Mister?

Neville był absolutnie przekonany, że trener szpieguje piłkarzy, nawet takie niewiniątka jak Daviesa czy Bletchleya. Ostatnio zrobił awanturę Grahamowi o jednego wypalonego papierosa. Montague przyznał się potem, że rzeczywiście zapalił. Podczas rodzinnego grill party w swoim ogrodzie zorganizowanego z okazji urodzin jego dziewczyny.

- Przecież nie przychodzę na kacu na treningi – Harry wzruszył ramionami – Zresztą, gdyby Snape coś do mnie miał, już bym to usłyszał.

Tu Neville musiał przyznać przyjacielowi rację. Uśmiechnął się.

- Też rozmawiałeś z Charliem?

Harry roześmiał się głośno.

- Trochę też o tym myślałem. Wiesz, co zrobiłby nam Firenze, gdybyśmy się tak pojawili na zgrupowaniu?

- Dwie sesje dziennie z jakimś mistrzem Zen by zniwelować wpływ złej energii chi – odpowiedział.

- Harry Potter, por favor

Obejrzeli się na chłopca, najwyżej siedmioletniego, ściskającego białą koszulkę z numerem 23. Kilka kroków dalej stała zapewne jego mama. Mały był tak podekscytowany, że mu odjęło mowę.

- Chcesz autograf?

- ¡Sí!

- ¿Como se llame?

- Victor.

- ¿A tí te interesa el fútbol? – zapytał Harry wypisując dedykację na koszulce.

- Sí, apoyo a los Blancos – zapewnił chłopiec – Gracias... Muchas gracias.

- ¡Que tengas un buen día!

Przywołany przez matkę pomachał im jeszcze na pożegnanie. Neville dopił kawę i wstał.

O, tak, Harry z pewnością miał większe zadatki na gwiazdę sportu. Żeby tylko częściej brał przykład z Raúla Gonzáleza a nie José Marii Gutiérreza.

X X X

Mężczyzna wydawał się sympatyczny. Przypominał Harry'emu tych poczciwych facetów ze sztabu medycznego, którzy mieli zawsze pod ręką chłodzący spray na obrzęki i rozgrzewające plastry na ból pleców. Prezentował otwartą postawę. Po przywitaniu wyciągnął dyktafon i poprosił o pozwolenie na użycie go. Harry zerknął na stojącego w progu Philippa. Kapitan skinął głową i posłał zachęcający uśmiech, po czym zniknął w korytarzu.

- Minął już ponad miesiąc od twojego debiutu w barwach „Królewskich". Jak radzisz sobie z aklimatyzacją w nowym klubie?

- Na początku zawsze jest ciężko. Ludzie mówią w języku, którego nie rozumiesz. Mówią zbyt szybko – przyznał Harry – Wszystko jest inne: jedzenie, klimat, tempo życia.

- Czułeś się z tego powodu wyizolowany?

Potrząsnął głową.

- Ani trochę. Mam tam Neville'a, kolegę z reprezentacji. We dwójkę jest o wiele łatwiej. Poza tym otrzymujemy naprawdę duże wsparcie od kolegów z klubu. Seamus i Charlie bardzo nam pomogli.

Właściwie to Charlie, poza pokrzykiwaniem na nich przy ustawianiu muru i esemesowaniem do swojej dziewczyny w każdej wolnej chwili, nie interesował się poczynaniami nowicjuszy i młodzików. Nawet jego przemowy motywacyjne przed kolejnymi meczami wypadały blado w porównaniu do rozbudowanych analiz taktycznych przedstawianych przez Snape'a.

- Jak znosisz presję i rywalizację grając w jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie?

- Każdy gracz Realu Madryt znajduje się pod presją. Trzeba nauczyć się z tym żyć. W kadrze jest przynajmniej osiemnastu zawodników podstawowego składu, a nie jedenastu. Można przyzwyczaić się do rywalizacji. Tu nie chodzi o Pottera, Coote'a czy Zabiniego ale o drużynę. Dobro drużyny jest najważniejsze.

- Czy media hiszpańskie bardzo różnią się od mediów niemieckich?

O, tak. W Niemczech nikt nie gonił za wiozącym go samochodem przez dwieście metrów z mikrofonem w garści i kamerzystą depczącym po piętach. Swoją drogą jakim cudem panna Parkinson potrafiła w ogóle biegać na szpilkach, pozostawało dla Harry'ego jedną z nigdy nie odkrytych tajemnic kobiecego świata.

- Sposób zachowania mediów w Hiszpanii jest inny niż w pozostałych krajach – odpowiedział powoli – Bardziej krytyczny. Jeśli ktoś nie umie się z tym pogodzić, nie powinien grać w tym klubie.

Dziennikarz popatrzył na niego znacząco. Mógł pominąć tę wypowiedź, wystarczyło tylko jedno słowo. Harry uśmiechnął się ironicznie. Z seniorem Slughornem rozpętującym osobistą krucjatę przeciwko Snape'owi nie musiał się obawiać, że jego wywiad dla niemieckiej gazety spotka się z brutalnym odzewem w Madrycie.

- Jak oceniasz początek sezonu?

- Zawsze walczymy o najwyższe cele. W tym roku jest tak samo. Wiem, że jeszcze brakuje nam płynności w grze i musimy szybko się poprawić. Mamy trochę pecha, nie strzelamy tylu goli, ile powinniśmy.

Bo Zacha Smitha powinien wreszcie przebadać jakiś porządny okulista, a Erniemu MacMillanowi należało zacząć dosypywać do bidonu małe dawki środków uspokajających. Jedynie Draco umiał zrobić na boisku użytek ze stwarzanych przez Harry'ego sytuacji. To dodawało mu sił do dalszych treningów i walki o miejsce w pierwszym składzie.

- Niektórzy kibice martwią się twoją dyspozycją – dziennikarz znacząco zawiesił głos.

To by było tyle próżnych nadziei, że lamenty Sybilli Trelawney nad prowadzeniem się nowego nabytku Los Blancos nie dotrą do Niemiec. To był jeden kryzysowy tydzień. Harry nie zamierzał w najbliższym czasie powtórzyć ciągu wycieczek po madryckich nocnych klubach, ale nie planował też spędzać każdego wieczora przed telewizorem.

- Jestem tylko człowiekiem a nie maszyną. Czy jestem zmęczony? Nie. Jestem świadomy, że na treningach trzeba wcisnąć pedał gazu. Tylko w ten sposób trener będzie umiał prawidłowo ocenić naszą dyspozycję i przydatność w najbliższym spotkaniu.

W tym momencie przeprowadzający wywiad dziennikarz wyglądał tak, jakby ujrzał tęczę. Czy to naprawdę takie dziwne, że sportowiec umie wypowiedzieć poprawnie dwa zdania? Oczywiście miał kolegów, zarówno w klubie jak i reprezentacji, którzy kompletnie baranieli na widok kamery i zmęczeni po intensywnym wysiłku mogli wydukać z siebie jedynie coś w stylu: „Biegłem, biegłem i kopłem". Jednak to nie był powód, by publika uważała ich za przepłaconych półgłówków.

- Jakie masz plany, marzenia, związane z nowym klubem?

- Chcę być ważną częścią tego wspaniałego projektu.

- Co możesz powiedzieć o ostatnim meczu z Irlandią?

To, że wraz z ośmioma kolegami wstrzymał oddech, kiedy po dwudziestu minutach noszowi musieli zabrać poturbowanego Neville'a. Tylko Manuel stał oparty o słupek swojej bramki z tą znaną wszystkim miną, jakby chciał powiedzieć, że panuje nad sytuacją i nie straci tego panowania nawet jeśli zostałby sam przeciwko całej drużynie bojowo nastawionych Irlandczyków.

- Zaliczyłem gola i asystę. Czułem się komfortowo na boisku. Takie mecze pozwalają nabrać pewności siebie.

Odetchnął bezgłośnie. Tematyka rozmowy zeszła na bezpieczniejszy grunt. O reprezentacji i eliminacjach do Mistrzostw Świata mógł mówić godzinami bez obaw, że ktoś wyrwie jego słowa z kontekstu i obróci je przeciwko niemu.

X X X

Ostatni tydzień pozostawił go w nerwowym nastroju. Jadąc do ośrodka treningowego Severus rozważał opcje skulenia się w kącie, histerycznego śmiechu i wyrywania włosów z głowy. W Valdebebas miał szpital a nie drużynę światowej klasy. Obu napastników ścięły drobne kontuzje. Malfoy zszedł z meczu Francji z Hiszpanią utykając. Służby medyczne doniosły mu w wieczornym raporcie, że MacMillan, Thomas, Longbottom i Corner zakończyli reprezentacyjne spotkania z mniejszymi lub większymi bólami. Lee Jordan poleciał specjalnie wynajętym przez klub samolotem prosto z boiska do prywatnej niemieckiej kliniki na operację złamanej kości śródstopia. Severus nie ufał miejscowej firmie oferującej jego piłkarzom opiekę medyczną i zaszczepił tę nieufność swojemu sztabowi. Stracił świetnego lewego obrońcę na pół sezonu i musiał liczyć na Montague'a, który na każdej sesji treningowej wzdychał za Francją.

- Slughorn bredził w nocy, że niszczysz klub – Dołochow w ramach powitania wcisnął mu do rąk plik gazet i kubek z kawą – Twoje zachowanie przeczy zasadom przyzwoitości, stwarzasz złą atmosferę i marnujesz talent zawodników. Aha, i zupełnie nie stawiasz na naszych genialnych wychowanków.

Severus wyjrzał za okno na puste boisko.

- Stara śpiewka.

- Proponuję podać go do sądu.

- Czyż nie piękny mamy dziś dzień?

Antonin podążył za nim wzrokiem.

- Z całym szacunkiem, ale piździ jak cholera – skomentował pogodę zupełnie nie łapiąc ironii w głosie zwierzchnika.

- Mamy w ogóle choć jedenastu zdrowych zawodników?

- Nie na wszystkie pozycje.

Cóż, w sobotę w akcie desperacji mógłby wystawić Zabiniego na stoperze i Higgsa w ataku. Upił trochę kawy i zerknął na pierwszą stronę „Mundo Deportivo". Gazeta wielkimi literami obwieszczała atak „wirusa FIFA" na Bernabeu.

- Wyrwałem Fudge'owi kilku tych naszych genialnych wychowanków, żeby robili na treningu sztuczny tłok.

Skinął głową. Zaczęli iść w kierunku jego biura.

- Malfoy?

Absencja blondyna na boisku przed treningiem oznaczała, że przytrafiło mu się coś naprawdę poważnego.

- Na siłowni. Ból w mięśniu, ale poranne prześwietlenie nic nie wykazało.

- Każ dmuchać na zimne, to może będzie gotowy na Celtów.

Wyznaczył asystenta od przygotowania fizycznego do kierowania ruchem przy szatni. W ciągu pół godziny posegregował przychodzących piłkarzy. Z 23-osobowego składu została nieco ponad połowa.

Nott i Finch-Fletchley mieli niezadowolone miny. Davies przyłączył się do grupy przyjaciół z Castilli. Zabini próbował zagadnąć Montague'a. Potter dryfował jak wolny elektron, dopóki nie przechwycił go Higgs.

Sloper założył idiotyczną czapkę. Za tydzień pewnie już wszyscy jego podopieczni będą straszyć zgromadzonych na tarasie widokowym fotoreporterów identycznymi, czarnymi workami na głowach.

Nie wszyscy zdążyli odpocząć po reprezentacyjnej przerwie. Niektórzy wrócili do Madrytu nocą i nie było sensu męczyć ich forsownymi ćwiczeniami.

Rozgrzewka, trochę zabawy z piłką, rozciągania się w parach. Severus nawet przymknął oko na zorganizowaną przez Slopera mini-sesję zdjęciową podczas krótkiej przerwy.

Na drugim końcu boiska Weasley wyłapywał podrzucane przez trenera bramkarzy piłki. Dobrze, że chociaż w bramce miał kogo wystawić. Uczulał już od roku prezesa, że zespół potrzebuje jeszcze jednego porządnego bramkarza w odwodzie. Marvolo powtarzał w kółko tę samą śpiewkę, że Weasley jest najlepszy i gra zawsze na najwyższym poziomie. Tylko że im dalej w sezon, tym więcej Severus miał wątpliwości co do formy pierwszego kapitana.

Z założenia Weasley powinien pomagać trenerowi, jednak w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, bądź też klątwy rzuconej przez Culés, posada szkoleniowca Realu Madryt należała do najbardziej niepewnych w całej Hiszpanii. Obecny pierwszy kapitan drużyny miał już ich w karierze dziesięciu. Nauczył się nie przywiązywać do zwierzchników.

Trzech piłkarzy o najdłuższym stażu zachowywało się wobec Severusa jak osierocone rodzeństwo umieszczone w kolejnej rodzinie zastępczej. Weasley starał się ignorować problemy, Finnigan próbował zwrócić na siebie uwagę stwarzając je, a Smith najchętniej uciekłby z domu.

Na korytarzach Valdebebas natknął się na pierwszych rekonwalescentów wracających z siłowni i gabinetu rehabilitacyjnego.

- Jak tam, Zach? – zagadnął napastnika.

- Powiedzieli, że będę żyć – Smith posłał mu słaby uśmiech.

To była pierwsza pomyślna wiadomość tego dnia. Wydawało się, że chmury nad Valdebebas zaczęły się rozstępować robiąc miejsce skrawkom nieba.

- Trzymaj się – Severus położył mu rękę na ramieniu – Staraj się odpoczywać w domu.

- Dobrze, sir… - Zach pokiwał entuzjastycznie głową.

Jak sierotki… Wystarczy okazać im trochę uczucia i od razu odżywają.

- Mister! Ja też wracam! – Ernie MacMillan uwiesił się Smithowi na plecach – Razem z Zachem rozniesiemy Celtów w sobotę. Już się nie mogę doczekać.

Napastnik strząsnął z siebie skrzydłowego i przyjął profesjonalny dystans.

- Prześwietlili mnie z każdej strony – MacMillan obrócił się dwa razy wokół własnej osi – Źle się przewróciłem i dlatego bolało mnie biodro.

- Bo za dużo biegasz.

Snape oglądał fragmenty reprezentacyjnych występów swoich podopiecznych. MacMillan biegał całe dziewięćdziesiąt minut i potykał się o własne nogi.

- Trzeba dużo biegać. Bez biegania nic nie wychodzi.

- A ty nie zmieniłeś ostatnio butów? – zapytał go Severus.

- Mówiłem, że te korki nadają się do wyrzucenia – wtrącił się Smith.

- Są fajne…

- Ślizgasz się w nich jak baletnica na lodzie.

- Powiedz swojemu agentowi, by sponsor podesłał ci inne i porównaj – powiedział Snape – Nie możesz się teraz połamać.

W następnym tygodniu mieli bliskie spotkanie z Borussią Dortmund i ich cwaniakowatym trenerem. Postawa niemieckiego okularnika działała Severusowi na nerwy; zapewne dlatego, że dziesięć lat wcześniej zachowywał się podobnie.

- Nie połamię się, Mister – zapewnił solennie MacMillan – Będę uważał. Będę biegał tylko tyle, ile trzeba.

Chłopak również odczuwał powagę sytuacji. Trafili w tym roku na grupę śmierci, aktualnych mistrzów trzech najsilniejszych europejskich lig. Holendrami się nie przejmował. Anglicy wyglądali, jakby uszło z nich całe powietrze. Za to Niemcy szli w nowym sezonie przez swoją ligę jak tornado.

Zagadnął jeszcze kilku zawodników. Zaczepił masażystę doglądającego Longbottoma na dłuższą rozmowę. Już miał wracać do gabinetu, kiedy zza zakrętu korytarza wyłonił się drugi kapitan Realu. Finnigan używał koszulki treningowej jako ręcznika. Całą górną połowę jego ciała ozdabiały tatuaże. Na lewym bicepsie jakieś chrześcijańskie motywy z Matką Boską i drzewem oliwnym sięgającym korzeniami w stronę serca, na prawym pogańskie i dalekowschodnie symbole szczęścia i miłości, z przodu i na plecach jakieś daty, imiona członków rodziny, cytat z wiersza, łacińska sentencja, kilka gwiazdek i bliżej nieokreślonych zawijasów. Dzięki niespodziewanej wizycie u fryzjera znacząco poprawił swój wygląd. Już nie przypominał długowłosego ćpuna wyjętego z lat 70-tych, ale prostego, nieogolonego gangstera szmuglującego nielegalny towar przez Cieśninę Gibraltarską.

- ¡Hola! Mister!

Nawet z prezesem witał się używając słowa: „cześć" i przypominanie mu o okazywaniu szacunku zwierzchnikom trafiało w próżnię. Przeżył dwóch prezesów i siedmiu trenerów w samym Madrycie; i uważał, że wie lepiej.

- Finnigan – Severus przywołał go gestem – Jeszcze jeden taki numer jak we wtorek i kibicujesz przyjaciołom z trybun.

- Coś pan? Nie chcesz pan, bym strzelał gole? – obruszył się obrońca.

Jego zdziwiona mina nie pomagała Severusowi w zachowaniu zimnej krwi.

Seamus zapewnił swojej reprezentacji bardzo ważny remis, ale jego odwaga i brawura mogły być tragiczne w skutkach.

- Mówię o tym, co zrobiłeś po strzeleniu gola – sprecyzował Snape.

- Ucieszyłem się – tamten wzruszył ramionami i przetarł kark podkoszulkiem – Nie, no pan już zbyt upierdliwy jesteś.

Severusowi drgnęła powieka. Czuł niebezpieczne pulsowanie żyłki na skroni.

- Nie będziesz mi tu fikołków robił jak jakiś pajac z podrzędnego cyrku!

- Będę się cieszył tak, jak chcę.

- Nie pamiętasz jak w ubiegłym roku tygodniami grałeś tylko dzięki zastrzykom?

- Pan masz gdzieś moje zdrowie!

Snape wzniósł ręce w geście bezsilności.

- Ty również! Kompletnie nie słuchasz naszych lekarzy! Wiesz, co się dzieje z twoim ciałem, kiedy robisz salto do tyłu? Najpierw ci się wygina kręgosłup, napinają się wspierające go mięśnie. Potem przez ułamek sekundy wisisz nad ziemią głową w dół i możesz skręcić kark, a na koniec lądujesz przeciążając sobie kolana.

Właśnie dolegliwości pleców notorycznie czepiały się madryckiego obrońcy, a nazwiskami piłkarzy, którym karierę przekreśliły kontuzje kolan, można by wybrukować najdłuższą ulicę w mieście. Ostatni z nich grzecznie grzał ławkę rezerwowych w Realu i liczył pomnażające się bez wysiłku na koncie pieniążki.

- Wyluzuj pan – Finnigan poklepał go po ramieniu – Bo panu żyłka na skroni pójdzie.

Popatrzył jednak na trenera zupełnie poważnie.

- Ja wiem, że Dean jest pod formą, a młody nie ma doświadczenia. Postaram się być na sto procent na Celtę i Niemców.

- Wiesz, że mogę cię przesunąć na prawą obronę?

- Spoko! Może znowu ustrzelę gola?

Finnigan puścił mu oko, okręcił mokrą koszulkę wokół szyi i rozbujanym krokiem pomaszerował w stronę szatni.

X X X

Sobotni mecz należał do tych, o których kibice siadając do niedzielnego obiadu już nie pamiętali. Było zimno. „Królewscy" wreszcie poprawili statystykę posiadania piłki, ale nie umieli z niego zrobić użytku. Severus pogratulował sobie w jedenastej minucie. Jeszcze w szatni udało mu się przekonać Smitha, że może być tym, kim zechce. Napastnik wziął do siebie te słowa i postanowił być przez piętnaście minut Draco Malfoyem. Holując piłkę przy nodze, wbiegł z lewego skrzydła za plecy obrońców Celty i huknął z całych sił, aż ubrany w fiolety bramkarz gości zawisł przerażony na słupku.

W drugiej połowie Draco zamienił się z Potterem. Podał piłkę dzieciakowi i zostawił go na pastwę czterech krzepkich obrońców. Dzieciak próbował czarować, ale skończyło się to dla niego upadkiem.

Snape musiał przyznać, że Potter, mimo gęby nadającej się bardziej do reklamy pasty do zębów dla dzieci niż do zastraszania boiskowych rywali, potrafi świetnie się odnaleźć w pobliżu bramki. Upadł inteligentnie, choć nie bez bólu. Tym samym dał szansę kolegom na bardzo łatwe podwyższenie wyniku.

Do wywalczonego przez niego rzutu karnego ustawili się Nott, Coote i Malfoy. Nawet Finnigan wymknął się pod bramkę gości, licząc zapewne na okazję do poprzytulania się. Malfoy nikomu nie pozostawił złudzeń co do formy. Pokierował piłkę w jedną stronę, a bramkarz Celtów rzucił się w drugą.

Zanim sędzia zakończył mecz, Snape był już myślami przy o wiele bardziej wymagających przeciwnikach i ich nakręconym trenerze.

Spotkanie z Celtą Vigo było dla Los Blancos niczym ostatni, głęboki wdech przed zanurkowaniem w głębokiej wodzie.