Borussia Dortmund – 2 : 1 – Real Madryt (Liga Mistrzów)


- Czarno to widzę. To będzie nieszczęście! Wielkie nieszczęście!

Oczy Sybilli Trelawney, powiększone stukrotnie dzięki specjalnym okularom, zajmowały pół ekranu tableta. Wymysły starej baby nazywającej siebie dziennikarką sportową były czasem tak absurdalne, że jej program przypominał kabaretowy show. Nic dziwnego, że zaraz po emisji telewizyjnej kopie jej wywodów mnożyły się w Internecie jak grzyby po deszczu.

- Severus Snape nie ma sposobu na niemieckie drużyny. Nigdy z nimi nie wygrał. Nigdy! To jego przekleństwo… Zła karma, jak to mówią… Napastnicy nie mają formy, obrona opatruje rany. Dlaczego?! – dziennikarka podniosła dramatycznie głos, po czym zniżyła go do szeptu – Dlaczego, zapytacie… Bo zajechał tych biednych, wymęczonych chłopców w presezonie. Źle się dzieje w Realu Madryt, kolejny już rok. Czy Tom Marvolo, świetny biznesmen i dobroczyńca tego klubu nie widzi, jaka nam, wiernym kibicom, dzieje się krzywda?! Severus Snape nigdy nie był godzien stąpać po świętej murawie Santiago Bernabeu…

Na dole ekranu wyskoczyła ikonka komunikatora.

Theodore kliknął na nią. Zamiast obrazu nawiedzonej specjalistki pojawiła się uśmiechnięta twarz Michaela Cornera.

- Cześć, chłopaki! Co robicie?

- Koncentrujemy się.

- Właściwie to generał się dołuje oglądając występy seniory Trelawney – wtrącił się siedzący na drugim łóżku Justin.

Theo obejrzał się na niego. Postanowił, że na kolejnym zgrupowaniu wybierze Charliego na współlokatora. Nie, chwila, nie wybierze. Ostatnim razem Charlie zamknął się w łazience i przez godzinę zapewniał swoją Tracey, że ją kocha i że nigdy w życiu nie patrzył na nogi hostess na spotkaniu organizowanym przez sponsora.

- Auć! Wiedziałem, że z Tottenhamu wyniosłeś skłonności masochistyczne, ale nie przypuszczałem, że jest z tobą aż tak źle.

Splótł ręce na piersiach i popatrzył krytycznie na wypoczywającego w Madrycie przyjaciela.

- Londyn to wspaniałe miejsce.

- Która część? Czerwona, niebieska czy biała?

- Cały Londyn. Nie jestem rasistą. Jak stopa? – Theo szybko zmienił temat.

- Boli.

- To niech przestanie – polecił mu Justin – Sam tego burdelu z tyłu nie ogarnę.

- Wróćmy do naszej poprzedniej filozofii – odparł rozluźniony Corner.

- „Galacticos"?

- Chrzanić obronę! Wszyscy lecą za piłką!

Theo rozbawiony potrząsnął głową.

- No co? – Michael chyba wzruszył ramionami, bo obraz się przechylił – W Barcelonie to działa od lat.

X X X

Nogi się pod nim na moment ugięły. Theodore'a i jego przyjaciół otaczał ogromny rój kibiców. Trybuny nie mieniły się setkami kolorów jak na innych stadionach. Na Stamford Bridge wśród królewskiego błękitu zawsze się dało dostrzec ludzi ubranych inaczej. Na Old Trafford nie wszyscy chcieli wkładać czerwone koszulki, szczególnie gdy pogoda nie dopisała. Na Camp Nou głębokie odcienie bordo i granatu mieszały się z jaśniejszą czerwienią i złotem.

Na Signal Iduna Park wszystko było jednolite – żółte lub czarne. Nic pomiędzy. Nawet trener Dortmundczyków się nie wyróżniał – włosy koloru blond i czarna kurtka.

Theo obejrzał się na Charliego. Kapitan wyglądał, jakby miał zaraz zwymiotować. Z Thomasem było podobnie. Przy młodszym o dziesięć lat Bletchleyu doświadczony obrońca denerwował się jak nastolatek przed swoim wielkim debiutem.

- Więcej życia! – krzyknął do nich Nott.

Jego głos został wchłonięty przez ścianę dźwięku. Z trybun dobiegał ryk, który w Hiszpanii kojarzono by ze zdobytym golem. Tutaj sędzia właśnie uniósł gwizdek do ust by rozpocząć mecz.

Pierwszą akcję Borussii przerwali Neville i Ritchie. Trzy podania i piłka trafiła pod nogi rozpędzonego Erniego. Przeciwnicy jednak dobrze przygotowali się do tego spotkania. MacMillan uciekł jednemu obrońcy, ale pozostałym dwóm już nie.

Niemcy przejęli inicjatywę. Wymuskany laluś, który, wedle przedstawionych przez Snape'a danych powinien być obrońcą, korzystając z tego, że defensywa Realu zajęła się jego bardziej znanymi kolegami, zapędził się aż pod bramkę Charliego i strzelił. Na szczęście prosto w jego wyciągnięte dłonie.

Charlie wznowił grę, ale podał niecelnie. Neville wyłuskał piłkę spod nóg kolegów z reprezentacji i zapoczątkował atak z kontry. Draco przedryblował pomiędzy dwoma obrońcami i dośrodkował do przyczajonego Harry'ego. Za mocno.

Theo niezadowolony zacisnął zęby. Kiedy Potter obsługiwał bardziej egoistycznych kolegów z przodu i na skrzydłach, robił to z chirurgiczną precyzją, a czasem i fantazją. Kiedy jednak ich role odwracały się, nikt nie umiał posłać mu dokładnego podania. To mogła być piękna szansa, być może decydująca o pozycji Realu w grupie. Ilu już takich nie wykorzystali od początku sezonu?

Dobrze, że przynajmniej nowych nabytków Realu Madryt ogólna atmosfera nie przerażała, bo hałas nie zmniejszał się ani trochę. Czasem przybierał bardziej zorganizowane formy stadionowych przyśpiewek:

- Ale ale ale ale oh BvB 09! Ale ale ale ale oh BvB 09!

W przeciwieństwie do tych wymyślanych przez Ultrasów, ich celem bardziej było podnoszenie morale własnej drużyny niż deprecjonowanie wroga. Z pewnością na wszystkich przyjezdnych taka manifestacja poparcia robiła piorunujące wrażenie.

Gdy piłka w końcu dostała się pod nogi Pottera, Theo Nott mógł zatrzymać się na chwilę z rękoma na biodrach i wziąć głęboki oddech. Harry przemknął przez niemiecką linię obrony, jakby zawodnicy byli nieruchomymi drzewami w lesie. We czterech zdołali jednak zepchnąć go do linii bocznej. Draco był za daleko, Erniego zasłonił defensywny pomocnik, a Terry Boot kompletnie zniknął. Osamotniony Harry wykonał jeszcze sprytny ruch nogą, by piłka odbita od łydek rywali wypadła na aut.

Theo przeklął wybraną przez trenera-okularnika taktykę. Borussia nacierała środkiem, nie pozwalając mu i Neville'owi na moment dekoncentracji. Kiedy ich atak napotykał zbyt duży opór, kierowali się na lewą lub prawą flankę. A wszyscy podstawowi i rezerwowi gracze z tych pozycji pozostali w Madrycie i lizali rany po występach w reprezentacjach.

Thomas nie umiał poradzić z napastnikiem BvB, który raz wyskakiwał ponad niego, a innym razem niemal kładł się na murawie posyłając piłkę za piłką w kierunku bramki Charliego.

W dwudziestej minucie meczu Theo już wiedział, kto go wygra. Uważał się za mądrego faceta, nawet koledzy z Londynu jak i z Madrytu podziwiali jego wiedzę i umiejętność logicznego myślenia. Mimo poganiania bocznych obrońców, by zacieśnili szyki, mimo wołania Erniego, by przynajmniej on udzielał się więcej w pressingu w środku pola, teraz mógł tylko stanąć i patrzeć bezsilnie, jak Borussia Dortmund wyłącza z gry jedno z najmocniejszych ogniw w drużynie „Królewskich". Neville Longbottom przyjął piłkę, będąc pomiędzy Benderem, Kehlem i Grosskreutzem. Spróbował podać ją Erniemu, ale w walce bark w bark i pewnie przy dyskretnym pociąganiu za koszulkę, stracił równowagę i upadł prosto na buty leżącego już Niemca.

Sędzia przerwał grę. Medycy rzucili się w kierunku leżącego chłopaka. Snape kazał Flintowi rozgrzać się i zaniepokojony oczekiwał na wieści przy bocznej linii boiska.

Jeden z medyków uniósł koszulkę Neville'a ukazując publiczności zawiły wzór krzyżujących się niebieskich plastrów. Dotykali go, ktoś przeczesywał mu palcami włosy w poszukiwaniu guza.

Hummels i Reus podeszli ze zmartwionymi minami. Pytali go po niemiecku. Theo zdążył ponad ich głowami uchwycić przerażone spojrzenie stojącego na środku boiska Pottera i wepchnął się pomiędzy Niemców. Nie było czasu na tkliwe rozmowy.

- Jak się czujesz?

Neville siedział, ale na jego twarzy malował się grymas bólu.

- Dasz radę biegać przez siedemdziesiąt minut?

Theo przykucnął i popatrzył młodszemu koledze prosto w oczy. Chłopak sam powinien najlepiej wiedzieć ile wytrzyma jego ciało. To tylko faza grupowa. Dla jednego punktu mniej lub więcej nie warto ryzykować kilku miesięcy na rehabilitacji.

Neville zrozumiał przekaz. Potrząsnął głową.

Wstał, korzystając z wielu pomocnych dłoni. Wspierany przez dwóch medyków opuścił boisko. Marcus, wysłuchawszy ostatnich podszeptów Snape'a, pozwolił sędziemu technicznemu obejrzeć podeszwy swoich korków, przeżegnał się i pobiegł na lewą stronę. Przekazał Ritchiemu instrukcję, by ten zajął opuszczoną przez Longbottoma pozycję.

Theo realnie oceniał szanse drużyny w starciu z niemiecką machiną oblężniczą. Pięć minut wcześniej mieli szansę na remis. Teraz liczyło się wyjście z twarzą z Signal Iduna Park.

Na początku nie wyglądało to tak źle. MacMillanowi udało się aż trzy razy wbiec ze skrzydła w pole karne przeciwników, ale wszystkie jego strzały mijały się z celem. Również Draco i Terry'emu zabrakło precyzji, albo zwyczajnego szczęścia.

A potem Dean dał się ogłupić ubranemu w czarno-żółtą koszulkę napastnikowi, który znalazł się na czystej pozycji do oddania strzału i posłał piłkę obok słupka. Charlie nie dosięgnął.

Stadionem zatrzęsło. Mężczyznę z czarną dziewiątką na plecach otoczyli koledzy. Wszyscy zebrani na trybunach kibice wstali z krzesełek i zaczęli skakać.

Ile to decybeli? Chyba niewiele ciszej niż na stadionie Galatasarayu podczas derbów Stambułu. Jeśli oficjalny rekord głośności należał do obiektu tureckiej drużyny, to Dortmund nie pozostawał zbyt daleko w tyle.

W każdej, nawet beznadziejnej sytuacji istnieje zawsze pole manewru umożliwiające, może niekoniecznie wyjście z kłopotów, ale na pewno zadanie rywalowi bolesnego ciosu.

Theo wiedział doskonale, jak taki cios zadać. Szybko ustawił kolegów.

Charlie wznowił grę od bramki, podając do Seamusa. Seamus oddał piłkę Theo, który posłał ją przez pół boiska ponad głowami wciąż uśmiechniętych Dortmundczyków. Każdy ruch dokładnie w tempo, jak dźwięki melodii uporządkowane dzięki wahadłu metronomu. Theo zawsze słyszał tę melodię. Towarzyszyła mu, kiedy wchodził na murawę i cichła dopiero po ostatnim gwizdku sędziego. Czasem zdarzało się, że jego koledzy również ją słyszeli. W tych rzadkich chwilach nie byli zbieraniną sportowców z różnych części świata, lecz idealnie zsynchronizowaną orkiestrą.

Piłka znalazła się dokładnie tam, gdzie tego sobie zażyczył, czyli przy nodze Pottera, który wbiegł za plecy obrońców Borussii. Bramkarz rzucił się do przodu ratować sytuację, ale nie wiedział tego, co doskonale wiedział Theo.

Harry nigdy nie odda strzału na bramkę przeciwnika, jeżeli jest przekonany, że Draco Malfoy znajduje się na czystej pozycji. Lekkie podanie w lewo, zupełnie nie markowane, tak jakby od niechcenia. Bramkarz się wyciągnął na całą swoją wysokość, ale Draco przerzucił piłkę ponad jego rękoma.

Po dwóch minutach znów był remis.

Snape w przerwie niewiele miał do przekazania. Rzucił kilka uwag, by nie dali się zamknąć na własnej połowie i starali się bardziej grać skrzydłami.

Charlie wyglądał na najbardziej zmęczonego z całej wyjściowej jedenastki. Mimo zmiany stron głosy tysięcy ubranych w czarno-żółte barwy kibiców przytłaczały go. Wygrywający latami wszelkie plebiscyty na najlepszego bramkarza kapitan Realu nie umiał wykrzesać z siebie kompletnie woli walki ani zmobilizować przyjaciół. Zadanie to spadło na Finnigana.

Theo był pełen obaw. Potwierdziły się one szybko. Seamus zaczynał się denerwować. Nie radził na prawej obronie tak, jak by tego chciał. Nie nadążał za kręcącymi się jak osy przeciwnikami. W akcie desperacji ściął prującego jak niemiecki czołg Schmelzera. Chciał wślizgiem wybić mu piłkę, ale trafił w nogi. Nawet nie kłócił się z sędzią za żółtą kartkę. Nie miał sił.

Piłkarze Borussii wiedzieli, co robią. Coraz częściej wyłączali Theo z gry. Od początku drugiej połowy pilnowało go przynajmniej trzech zawodników, żeby tylko nie dostał piłki, żeby – jeśli już ją miał – nie zdążył spreparować drugiego idealnego crossa przez pół boiska pod nogi któregoś z ofensywnych graczy Realu.

- Ritchie! – krzyknął do kolegi i wykonał gest sugerujący, by zamienili się pozycjami.

Coote pokiwał głową i szybko wykonał polecenie. Theo przez moment miał tyle swobody by przyjąć piłkę od Marcusa i przekazać ją dalej Erniemu. MacMillanowi udało się wreszcie odnaleźć Terry'ego Boota, o którym zapomnieli chyba już wszyscy, łącznie z dortmundzkimi obrońcami. Terry wypuścił się do przodu, przymierzył się i trafił w dobrze ustawionego Weidenfellera.

Rozbiegani Niemcy sprawnie skonstruowali nową akcję. Znów wykorzystali słabość lewego skrzydła Realu Madryt. Theo mógł tylko patrzeć jak we dwójkę ogrywają samotnego Marcusa, a potem Deana Thomasa. Tylko dzięki Charliemu utrzymywali wyniesiony z pierwszej połowy remis, ale jak długo?

Kolejne minuty ograniczyły się do przepychanek w środku pola. Piłka co kilka sekund zmieniała właścicieli. Theo próbował się uwolnić spod opieki rywali, pomagać dziurawej obronie. Z czterech grających za jego plecami kolegów jedynie ten najmłodszy zachował zimną krew. Gładko wybijał piłkę spod nóg Dortmundczyków, nie faulował, poruszał się świetnie w swoim sektorze i nie dawał sędziom najmniejszego pretekstu do zwrócenia mu uwagi. Bletchley wkrótce odeśle Deana Thomasa na ławkę rezerwowych. Ciekawe, jak duma ciemnoskórego obrońcy to zniesie?

Dzięki zachowaniu Finnigana ich przeciwnicy zyskali rzut rożny. Z powodu źle wybitej przez Charliego piłki otrzymali następny. Tym razem bramkarz „Królewskich" dobrze ustawił kolegów. Theo stanął obok słaniającego się na nogach Pottera i chwycił go z tyłu za koszulkę, żeby dzieciak się wyprostował.

- Masz wytrzymać – powiedział mu prosto do ucha – Masz, cholera, wytrzymać, bo dziś nikt ciebie nie zmieni.

Snape z ławki rezerwowych ani razu nie spojrzał w stronę przycupniętego w fotelu Zabiniego. Nie mógł wzmocnić defensywy, bo już nie miał nikogo więcej.

Harry pokiwał głową na znak, że rozumie i słabo uścisnął jego rękę. Razem wyskoczyli do góry. To Bletchley wybił głową piłkę daleko od bramki. Draco rzucił się do niej, ale czujny pomocnik BvB zablokował mu drogę. „Królewscy" nie zdążyli jeszcze rozejść się na swoje pozycje, kiedy mały blondynek z twarzą przedszkolaka i grzywką zaczesaną na bok w podskokach skierował się do bramki Charliego.

Taka lekkość ruchów i cicha pogarda dla przeciwników widoczna jedynie w spojrzeniu, skojarzyły się Theo od razu z Dennisem Creeveyem. Instynktownie przeciął mu drogę. Chłopak odbił się od jego klatki piersiowej jak szmaciana lalka. Przewrócił się na bok i chwycił się za kostkę.

- Wstawaj! – Theo krzyknął, kiedy sędzia odgwizdywał faul.

Splunął w drugą stronę, choć miał wielką ochotę napluć dzieciakowi w twarz. Z takich małych gwiazdeczek wyrastali potem zepsuci ludzie żerujący na pracy całej drużyny. Takich nie niszczyły pieniądze, bo z reguły nie wywodzili się ze skrajnej biedy. Ich korumpowała sława. Wieczny poklask, blask reflektorów, uwielbienie milionów kibiców – uzależniali się od tego jak od najsilniejszego narkotyku. Za kilka lat, może nawet miesięcy, ten dzieciak przestanie oglądać się na pracujących z nim kolegów. Większy klub, bardziej charyzmatyczny trener, uwiodą go obietnicami Złotych Piłek i wyższych umów sponsorskich.

Malfoy, Zabini i Finnigan byli również do pewnego stopnia zepsuci. Jednak Blaise miał świadomość, że jego czas mija i przyjmował ten fakt z pokorą. Seamus wierzył, że nie ma większego klubu niż Real i to go trzymało w Madrycie. Natomiast Draco się zmieniał. Nie widać tego było na boisku, ale na treningach garnął się do ludzi, szanował pracowników ośrodka treningowego, doceniał pracę rehabilitantów i wszelkich asystentów. Stał się jakby łagodniejszy, spokojniejszy.

Sędzia wyciągnął z kieszeni żółty kartonik.

- Agresywne wejście w przeciwnika – wyjaśnił sztywną angielszczyzną.

- Niezamierzone – zapewnił go Theo i przystopował gestem nadbiegającego Finnigana gotowego do kłótni – Celowałem w piłkę.

- Jasne – arbiter popatrzył na niego z powątpiewaniem zanim wznowił grę.

Ludzie na trybunach zdzierali wciąż gardła. Nie znał niemieckiego, ale sama różnorodność melodii i słów mogła imponować. Pewnie nie doszli nawet do połowy śpiewnika kibica, choć mecz powoli zbliżał się ku końcowi.

Nagle za plecami Theo zrobiło się za dużo pustej przestrzeni. Miles asekurował Marcusa z lewej strony. Dean w pogoni za napastnikiem BvB zapędził się mocno w prawo. Seamus powinien cofnąć się, nawet pod samą bramkę, jednak źle ocenił sytuację.

Napastnik Borussii ograł Deana i wykonał wrzutkę w pole karne prosto do nadbiegającego kolegi. Charlie wypiąstkował piłkę, ale przejął ją inny z rywali. Kopnął bez wahania.

Theo ogłuchł na kilka długich sekund. Piłkarze Borussii zebrali się w ciasną grupkę. Stadion eksplodował kolejną pieśnią:

- Olé, jetzt kommt der BVB! Olé, jetzt kommt der BVB! Olé, jetzt kommt der BVB!

Zanim wybrzmiały ostatnie słowa, stadionowy spiker zaczął entuzjastycznie wykrzykiwać nazwisko strzelca. Tłum dołączył do tych okrzyków. Zafalowały żółto-czarne flagi.

Na nic się zdały kolejne zrywy. Znów odcięty przez przeciwników Theo mógł tylko szarpać się i patrzeć jak jego ofensywni koledzy próbują wyrównać wynik. Skończyły im się pomysły. Widział jak, czasem zupełnie bezmyślnie, wbiegający pomiędzy obrońców Malfoy czy Potter narażają Real na niebezpieczne kontry. Kolejne ataki Draco, Erniego i wchodzącego z ławki Zacha Smitha nie przynosiły skutku. Borussia zwarła swoją obronę, przecinała każdą akcję, zanim ta zdążyła nabrać rozpędu.

Walczyli do końca, do ostatniej sekundy ostatniej z pięciu doliczonych minut, do ostatniej wrzutki w pole karne, dopóki porzucona przez piłkarzy futbolówka nie potoczyła się za wykreśloną na trawie białą linię pół metra od bramki.

Kiedy z pochylonymi głowami schodzili do szatni, chyba wszyscy czuli się podobnie. Jakby nie przegrali meczu w grupie, ale co najmniej półfinał. Jeszcze jeden półfinał, tylko tym razem z niemiecką drużyną noszącą żółto-czarne, a nie czerwone koszulki.

Olivieira z resztą zabranych do Dortmundu pracowników próbowali ich jakoś pocieszać. Dołochow przypominał, że mają jeszcze rewanż u siebie i że na pewno dadzą radę.

Snape notował coś w czarnym notesie. W kieszeni jego kurtki dzwoniła komórka.

- Nie odbierze pan? – Theo podszedł do niego.

Zmarszczki wokół oczu trenera w surowym, zimnym świetle wydawały się jakby głębsze, cera poszarzała.

Kiedy podniósł wzrok, Theo zrozumiał, że Snape również przeżywał tę porażkę, być może mocniej od nich.

Ktoś z drugiego końca Europy nie dawał za wygraną. Monotonny, standardowy dźwięk gubił się w szumie ludzkich głosów.

- Nie odbierze pan telefonu? – zapytał ponownie Theo.

- Nie.