AN: Rozdział z podrodzaju: zapchajdziura.
RCD Mallorca – 0 : 5 – Real Madryt
Okolica tonęła w zieleni. Harry rozglądał się z ciekawością. Budynki skrywające się wśród gęstych drzew miały fasady z ciętego kamienia i szyldy rzeźbione w drewnie. W oddali dało się dostrzec zbocze wzgórza z plantacją równo posadzonych krzewów winorośli. Gdzieś tam było zapewne też słońce, jednak jego promienie nie docierały już do tej części miasta.
Terry przywiózł ich z fasonem, wygrzebawszy w garażu srebrnego Astona Martina. Żółtą corvettę podobno pożyczył kuzynowi, który chciał zaimponować nowej dziewczynie.
Na ulicy robił się coraz większy ruch. Kilku fotoreporterów ulokowanych przy budynku naprzeciwko chciwie wycelowało obiektywy aparatów w stronę wejścia restauracji. Roger i Jack podeszli porozmawiać z grupą fanów dyskretnie ochraniani przez dwóch panów w czarnych garniturach.
Lee Jordan grzebał się z tylnego siedzenia samochodu wykłócając się z kierowcą, że sobie poradzi.
- Cześć, stary! – Terry ucieszył się na jego widok – Nie wiedziałem, że tak szybko cię wypuszczą z domu.
Chwycił kolegę za rękę i postawił go do pionu. Harry wyciągnął i podał jego kule.
- Niech by spróbowali mnie zatrzymać – odgrażał się wesoło lewy obrońca.
- Jak noga? – zapytał Neville – Na zdjęciach wyglądało, że cię nieźle zagipsowali.
Lee postukał palcem w kolano.
- Pokaż mi swój gips, to ja też ci pokażę – puścił do nich oko.
- Oberwało mi się po plecach, nie po nodze.
- Zawsze powtarzałem, że grunt do dobre masażystki – westchnął i uwiesił się Neville'owi na szyi – Jak cię taka wymasuje, to od razu stajesz na nogi.
Terry parsknął śmiechem.
- No co? Widziałeś jaki sztab medyczny mają w Juve albo Chelsea? Takie laski to każdego wyleczą.
Pod restaurację podjechało czarne Audi z czarnowłosą kobietą za kierownicą. Siedzenie pasażera zajmował Charlie. Długo rozmawiał z towarzyszką.
- Nie wiem, co on w niej widzi – przyznał cicho Terry.
- Stary… - Lee znacząco zawiesił głos – Niektóre rzeczy to widać tylko nocą.
Tymczasem Charlie pocałował swoją dziewczynę i wyszedł na ulicę witany owacjami fanów. Tracey odjechała w kierunku centrum.
- El Capitan, witamy – Lee ukłonił się.
- Ty tutaj? – rudowłosy uniósł w górę brwi.
- Żywiołu nie zatrzymasz.
- Wujek Tomek już przyjechał?
- Nie – Zach Smith wyszedł z restauracji – Obsługa daje tylko mineralną. Nie chcą zaczynać bez niego.
- Nie wyskoczyłeś na fajka? – Charlie popatrzył na niego niemal błagalnie – Powiedz, że nie wyskoczyłeś na fajka.
- Odczep się – napastnik wysupłał w kieszeni gumę do żucia – Rzuciłem rok temu.
Poczuł się w obowiązku wyjaśnić tę kwestię nowym kolegom.
- On mi nie wierzy – wskazał palcem pierwszego kapitana – Jak Mister podwyższył kary dyscyplinarne to musiałem rzucić.
- Na zdrowie ci wyszło – stwierdził Charlie.
- Słitfocia z rąsi? – zaproponował nagle Zach.
- Chętnie. Potem zrobię wam wszystkim zdjęcie, zgoda?
Harry i Neville automatycznie pokiwali głowami. Ich kapitan zebrał już wystarczająco dużo materiału, by zrobić dwustustronnicowy album pod tytułem: „Moi nowi koledzy z Niemiec – październik". Harry podejrzewał, że edycja sierpniowa i wrześniowa spoczywają gdzieś bezpiecznie w szufladzie w domu Charliego.
Powoli zjeżdżali się kolejni zawodnicy. Draco przywiózł Grahama w sportowym kabriolecie, wywołując z pewnością kilka omdleń wśród grupy wołających go fanów. Nott i Corner też przyjechali razem. Harry'emu zawsze serce biło szybciej na widok Theo w cywilnym ubraniu. Michael w białych spodniach, podkoszulku i prostej marynarce przypominał mu bohaterów amerykańskiego serialu kryminalnego, który kiedyś oglądała mama. Natomiast Theo byłoby dobrze we wszystkim. W zwykłej, białej koszuli z podkasanymi rękawami i jasnych jeansach podtrzymywanych szerokim paskiem Theodore Nott wyglądał sto razy bardziej elegancko niż większość facetów w formalnych garniturach.
Zaraz po nich pod restaurację podjechały dwa czarne samochody i limuzyna. Z samochodów wysypali się ochroniarze, a z limuzyny dostojnie wysiadł prezes w otoczeniu wianuszka wszelkiego rodzaju sekretarzy i asystentów. Charlie podszedł do niego i razem udali się do środka.
Zach i Lee wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Harry przyłapał ich na tym. Uniósł pytająco brwi, ale obaj szybko odwrócili wzrok.
- Idę – poinformował napastnik – Może wreszcie zaczną nalewać wino.
- I dadzą coś do żarcia – dodał Jordan – Skoro Wujek Tomek co miesiąc stawia nam kolację, to niech się przynajmniej wysili.
Harry też miał pociągnąć najlepszego przyjaciela do środka. Na ulicy zapalały się latarnie. Fani powoli rozchodzili się. I tylko liczba obiektywów aparatów się nie zmniejszała.
Wtedy na ulicę wjechało kolejne srebrne autko. Z powodu tłoku zaparkowało nieco dalej od restauracji. Jednak doskonale słyszeli buchający z głośników głos hiszpańskiego rapera użalającego się nad samotnością. Kierowca wyłączył muzykę i wysiadł, wywołując tym gwałtowną, entuzjastyczną reakcję fanów piłki nożnej. Terry zgiął się we dwoje. Harry i Neville wsparli się o siebie rycząc ze śmiechu.
Seamus Finnigan ukradł buty jakiemuś żołnierzowi, ciemnoczerwone wąskie spodnie – siostrze lub dziewczynie. Brązową, rozchełstaną koszulę znalazł w paczce darów do Afryki.
Uniósł ręce w powitalnym geście jak cesarz wracający z dalekiej wyprawy. Podszedł do kibiców i pozwolił się im obfotografować. Potem wyściskał się z Jackiem i Rogerem. Zagadał do ochroniarzy Toma Marvolo, którzy czatowali na zewnątrz restauracji.
- Z kim przegrałeś zakład? – wypalił Terry, gdy drugi kapitan podszedł do nich.
- Ja nie przegrywam zakładów – odparł dumnie Seamus.
- Wiedziałem, że jesteś daltonistą – powiedział Harry, gdy już złapał oddech po ataku śmiechu.
Jego kolega do stroju dobrał odpowiednie dodatki: złoty zegarek, złoty łańcuch i nabijany ćwiekami pasek z srebrną klamrą w kształcie głowy byka.
- Chyba bratanica ci pomagała – zgadywał Neville.
- To, że nocuje dziś u mnie z matką nie znaczy jeszcze, że pozwalam jej włazić do szafy.
- Nie tłumacz się – doradził mu Terry – I tak ci nie uwierzymy.
Seamus uśmiechnął się i wyciągnął z tylnej kieszeni nieprzyzwoicie wąskich spodni komórkę.
- To… kto chce ze mną zdjęcie?
Harry, Terry i Neville rzucili się do ucieczki. Niestety drugi kapitan zdążył chwycić go za łokieć. Harry poleciał do tyłu, prosto w objęcia Seamusa. Popatrzył z zazdrością na szybszych kolegów, którzy oddaliwszy się na bezpieczną odległość niemal kładli się ze śmiechu.
- Uśmiech!
Uwolniony z uścisku zerknął Seamusowi przez ramię. Na ekranie komórki jego umiarkowanie radosna mina kontrastowała z przytłaczającym uśmiechem obrońcy. Harry wyglądał jak uczeń, do którego szkoły przyjechała gwiazda rocka.
- Jeśli to wstawisz na facebooka, przez tydzień nie znajdziesz czystych ręczników w swojej szafce.
Drugi kapitan wcale tym nie zmartwiony dalej miział palcem po ekranie. Z tyłu Terry i Neville z trudem łapali powietrze.
- Słyszysz? – Harry ostrzegawczo podniósł głos.
- Nie wstawiłem tego na facebooka – uspokoił go Seamus i pokazał komórkę.
Pod wspólnym zdjęciem, obrobionym w pośpiechu i ozdobionym kilkoma gwiazdkami widniał opis po hiszpańsku: „Z przyjacielem przed uroczystą kolacją" i link do twitterowego konta Harry'ego.
- Mogę to wykasować…
- Tak! Tak, proszę – Harry nie miał ochoty występować na fotografiach, na których jego koledzy robili z siebie idiotów.
- Ale.. – Seamus uniósł w górę wskazujący palec – Mam jeden warunek.
- Chodźmy stąd – Harry zagarnął przyjaciół i pokierował ich do wejścia pachnącej szałwią restauracji – Zgłodniałem.
Nie chciał słyszeć o kolejnych genialnych pomysłach drugiego kapitana. Wciąż nie poszedł do fryzjera, choć dał się mu niedawno wmanewrować w tę obietnicę. Grał na czas.
X X X
Firenze nie pochwaliłby takiej aranżacji przestrzeni. Restauracja należała do najdroższych w mieście. Rozproszone światło i dobiegające z tyłu dźwięki pianina zachęcały do spędzenia tu czasu. Obrusy na stolikach były wykrochmalone, stroiki z kwiatów przygotowane przez specjalistę, a fartuszki kelnerek krótkie i urocze. Niestety przy każdym stole mogło się pomieścić najwyżej osiem osób. Żaden trener ani psycholog sportowy w normalnych warunkach nie zgodziłby się, by jego drużyna spożywała posiłek podzielona. Pewnie dlatego Snape siedział obok prezesa ze skwaszoną miną a Charlie wyglądał, jakby połknął kij.
Harry dzielił swój stół z Nevillem, Terrym, Rogerem Davisem, Milesem Bletchleyem i trzema canteranos, których znał jedynie z widzenia. Jego hiszpański był pewnie na poziomie ich angielskiego, więc o jakichkolwiek próbach porozumienia nie mogło być mowy.
Młody napastnik podupadł na duchu, kiedy postawiono przed nimi danie główne: jakiś gatunek miejscowej ryby przyrządzony zgodnie ze starą recepturą ściśle przechowywaną od pokoleń przez właścicieli restauracji.
- O co chodzi? – Harry trącił go łokciem i podejrzliwie lustrował swoją porcję – To coś dziwnego? Mam tego nie jeść?
Roger potrząsnął tylko głową. Po drugiej stronie ich stołu Neville wzruszył ramionami i przełknął pierwszy kęs. Uniósł kciuk w górę, co wywołało uśmiechy na twarzach chłopaków z cantery.
- Nawet tutaj musieli gadać z naszym dietetykiem – westchnął Roger i zaczął dłubać w talerzu – Od trzech lat nie jadłem prawdziwego, dużego steka. Mama zawsze marynuje je dzień wcześniej i potem opieka na ruszcie…
Harry nie rozumiał.
- Ale czemu aż trzy lata?
- Pablo mówi, że ryby są dobre dla kości, a przez wołowinę mogę mieć kłopoty z wagą.
- Dzieciak chodzi głodny – wtrącił się Terry.
Davies popatrzył na nich żałośnie jak wyrzucony na dwór szczeniak.
- Dlaczego im nie powiesz? – zapytał Harry.
- Bo mają rację? – zasugerował cicho chłopak.
Terry tylko potrząsnął głową. W przeciwieństwie do nowej nadziei „Królewskich" nie miał tak silnej motywacji, by podążać za wytycznymi wszystkich klubowych doradców i specjalistów. Czasem ponosił tego konsekwencje.
Wyciągnął telefon z powieszonej na oparciu krzesła bluzy. Ekran rozjaśnił się, a sam napastnik prychnął cicho.
Podsunął Harry'emu pod stołem komórkę, by mógł przeczytać wiadomość od Finnigana.
„Jak tam w kąciku dla najmłodszych?"
Siedzieli pięć metrów od niego, ale drugi kapitan załapał się do bardziej szacownego towarzystwa. Aktualnie wraz z Charliem próbował się śmiać z dowcipu prezesa. Słabo im to wychodziło.
„Lepiej niż w towarzystwie faceta, który opowiada same suchary" – odpisał Terry.
Prawdziwą zabawę to mieli ci szczęściarze, których stolik skrywała częściowo przed Tomem Marvolo zielona aranżacja z roślin w tradycyjnych donicach. Nott, Corner i Finch-Fletchley nie ściszali głosów. Ich rozmowę czasem przerywał śmiech Zacha Smitha i Terence'a Higgsa. Wino się lało, wymieniano doświadczenia z ligi angielskiej i plotki o artystach, których piosenek Harry nigdy nie słyszał.
„I pilnie potrzebuje operacji plastycznej nosa" – brzmiała odpowiedź drugiego kapitana.
Terry opluł się i zaczął ratować ubranie serwetką. Harry także parsknął śmiechem.
- A to cwaniak! Patrzy?
- Nie – Harry zerkał kątem oka w bok.
- Daj znać, jak się odwróci w naszą stronę.
- To… tak jakby… Teraz?
Terry Boot odwrócił się również i pokazał Finniganowi język. Nie przewidział tylko, że obrońca będzie trzymał w dłoni komórkę i zrobi użytek z aparatu fotograficznego.
- Cholera by go!...
Na szczęście Marvolo nic nie zauważył pochłonięty rozmową z Dołochowem. Snape nie był tak nieświadomy wyczynów swoich podopiecznych.
Harry i Terry widzieli ze swojego miejsca, jak trener coś mówi i wyciąga rękę. Seamus pokornie oddał pod stołem komórkę i podkradł drugą z powieszonej na krześle marynarki Charliego.
Tym razem to Harry poczuł w kieszeni wibracje.
Wiadomość była lakoniczna: „Bambi".
Posłał pytające spojrzenie ponad głowami kolegów.
„Bambi, mam plan. Ty, ja, Ernie i Roger. Za tydzień, po meczu z Niemcami."
„Nie jestem zainteresowany" – odpisał szybko.
„Kluczyki do mojej srebrnej strzały na miesiąc?"
Brwi Harry'ego poszybowały w górę. Finnigan oferował wypożyczenie swojego ulubionego samochodu na najbliższe tygodnie w zamian za udział w szemranej przygodzie.
Rozum, głosem zaskakująco podobnym do Neville'a, podpowiadał, by trzymać się od pomysłów Seamusa z daleka. Serce przypominało o obscenicznie wygodnych siedzeniach z jasnej skóry, rozkładanym dachu i silniku mruczącym cicho pod maską jak odpoczywający po uczcie drapieżnik.
„Okay"
Uniósłszy wzrok napotkał lekko zaniepokojone spojrzenie najlepszego przyjaciela.
Nie miał wyrzutów sumienia. Najmniejszych. Ani trochę.
X X X
Przywitał się z sąsiadką. Zamiast dużej teczki niosła kartonową tubę. Na czole smuga białej farby, plecak wyszywany w toporne, indiańskie wzorki i kolczyki w kształcie żółtych, klonowych liści.
Uniosła w górę brwi widząc, że o tej porze Harry dla odmiany wraca do domu a nie wychodzi.
- Buenas noches – powiedziała cicho zanim zamknęła drzwi.
Tym razem telewizor w salonie był nastawiony na stację muzyczną. Obraz dość podobny do kanału z pornosami, jedynie dźwięk bardziej zorganizowany.
- Sie ma, Harry!
- Udam, że ciebie nie widziałem – powiedział w stronę rozłożonego na kanapie mężczyzny – A rano ma cię tu nie być.
- To tak witasz swojego chrzestnego?
- Nie jesteś chrzestnym ale kryminalistą – Harry zrzucił kurtkę i na moment schował twarz w dłoniach.
Sama obecność Syriusza komplikowała mu życie.
- Po prostu zniknij i nie wracaj.
- Nie da rady, synek.
- Nie jestem twoim synkiem! – podniósł głos – Jesteś taki sam, jak moi starzy! Wpychasz się z butami w moje życie i próbujesz mówić mi, co mam robić!
Syriusz wzruszył ramionami i otworzył ostatnią puszkę z piwem walającą się po stoliku.
- Nic ci nie mówiłem.
Przez ostatnie dni pojawiał się i znikał. Harry nigdy nie mógł być pewien, czy zastanie mieszkanie puste, czy też niechcianego gościa. W lodówce pojawiło się piwo, w podręcznym barku – więcej wysokoprocentowych trunków. W menu telewizora, jako najczęściej odwiedzane, kanały sportowe ustąpiły pornosom. Harry starał się żyć, jak dotychczas. Ignorował intruza, udawał, że Syriusz Black nie istnieje i łudził się nadzieją, że wróci szybko tam, skąd przybył, czyli za kratki.
Pamiętał, że dwa lata temu ojciec był bardzo zbulwersowany tym, co stało się jego najlepszemu kumplowi. Nie wiedział o co poszło, ale w efekcie Syriusz Black znalazł się w więzieniu, a James Potter został jedynym właścicielem małej firmy zajmującej się systemami zabezpieczeń. Syriusz na pewno zasłużył na karę. Nigdy nie usiedział w miejscu. Zjeździł chyba pół świata, zadawał się z podejrzanymi typkami, ciągle pożyczał od ojca pieniądze na kolejny fantastyczny projekt porzucany na rzecz następnego jeszcze bardziej fantastycznego projektu.
- Mam ci zapłacić? – zapytał cicho – Czego ode mnie chcesz?
Mężczyzna potrząsnął głową. Wydawał się smutny, ale ciężko było cokolwiek wyczytać z jego zarośniętej twarzy.
- Czemu miałbym od ciebie chcieć forsy?
- Bo wiesz to, czego inni tutaj nie wiedzą – powiedział twardo Harry.
- Synek… - Syriusz wyciągnął w jego stronę rękę, ale szybko ją cofnął – Harry, nic od ciebie nigdy nie wziąłem. Przekimam kilka tygodni w Madrycie i jadę dalej.
- To sobie kimaj gdzie indziej. Rano ma cię tu nie być – Harry zamknął się w swoim pokoju.
Usiadł na łóżku i zacisnął pięści. Miał ochotę wyjść na miasto, trzasnąć drzwiami i przeczekać nieprzyjemny czas, ale nie mógł wiecznie liczyć na to, że Seamus czy Neville przygarną go na kolejną noc.
W salonie wyłączył się telewizor. Pogasły światła.
X X X
Wygrana, nawet z ekipą plątającą się w regionach spadkowych tabeli, była im potrzebna. Po porażce w Dortmundzie podopieczni Snape'a utracili pewność siebie. Przychodzili na treningi ze spuszczonymi głowami. Nie żartowali tak często między sobą. Na szczęście okoliczności przyrody sprzyjały odbudowaniu nadwątlonych ego.
Severus wyszedł z szatni za zawodnikami. Grali dziś w normalnych, białych strojach, a nie tym ohydnym wyjazdowym komplecie, który zafundował im w tym roku sponsor. Weasley w cienkim golfiku pod koszulką, reszta w bluzach z długimi rękawami. Jak na Majorkę o tej porze roku było wyjątkowo zimno i wietrznie. Asystenci schronili się na ławce rezerwowych, wszyscy opatuleni w puchowe kurtki. Snape wziął w podróż tylko stary, krótki płaszcz i musiał pożyczyć od Olivieiry szalik, by w ogóle wytrzymać dwie godziny na dworze.
Wytłumaczył piłkarzom w najprostszych słowach założenia na dzisiejsze spotkanie i skulony w niewygodnym, czerwonym fotelu liczył na to, że przynajmniej połowa go zrozumiała. Niewiele zmienił w wyjściowej jedenastce od powrotu z Niemiec. Dostali lanie i musieli teraz się przełamać. Nie było lepszego i szybszego sposobu. W pierwszym tygodniu listopada znów mierzyli się z żółto-czarnymi natrętami.
Przezornie wyłączył komórkę. Miał dosyć powtarzających się telefonów, a tym bardziej pytań o nie. Nott powinien zamiast tego się skupić na złapaniu piątej żółtej kartki. Następną kolejkę grali na Bernabeu i mogli sobie pozwolić na pauzę podstawowego pivote. Lepiej więc teraz, niż za dwa lub trzy tygodnie.
- Potter znowu stoi – zauważył skulony Antonin.
Z ciemnej, puchowej kurtki wystawał mu tylko czubek nosa. Głębiej świeciły rozgorączkowane oczy.
- Szybciej stoi niż Cynobrowi biegają – wtrącił się Nestor.
Snape spojrzał dalej na ławkę rezerwowych. Właściwie był to jeden rząd czerwonych fotelików osłonięty z trzech stron ściankami z bezbarwnego szkła akrylowego.
- Zimno wam, chłopcy? – zagadnął.
- Tak, panie trenerze! – odezwał się chór zmartwionych głosów.
- To po meczu zapraszam na kawę. Mnie też się przyda coś ciepłego.
Twarze zawodników rozjaśniły się. Zaczęli rozmawiać między sobą. Tak to jest, kiedy zgrupowania przedmeczowe i noclegi w hotelach z daleka od domu są standardem. Każde odstępstwo od surowych norm wydawało się im nagrodą.
Severus manipulował swoimi podopiecznymi bez najmniejszych skrupułów. Jeśli w klubie to oni zaczęliby między sobą ustalać hierarchię, zapanowałby kompletny chaos. Nie obchodziło go, ile Marvolo im płaci. Ustalał skład tak, by dopasować indywidualne umiejętności każdego z grających do potrzeb drużyny i poziomu przeciwników.
Śledził formację obronną. Gole Zacha Smitha i Draco Malfoya nie wywoływały w nim euforii. Za to praca Bletchleya, Thomasa i Finnigana nareszcie przynosiła widoczne efekty. Szczególnie cieszyły go postępy młodego. Na tle bardziej doświadczonych kolegów Bletchley wypadał rewelacyjnie.
Snape obiecał sobie przy najbliższej okazji podziękować Remusowi, za pomoc w sprowadzeniu spokojnego Belga do Madrytu.
Na boisku działo się niewiele. „Królewscy" rozkręcali się z każdą minutą. Potter czarował zagraniami piętą do Smitha i Malfoya. Razem z MacMillanem stworzył niezły duet pod bramką gospodarzy. Ritchie Coote wyglądał dobrze. Nawet Papalotilla na lewej obronie jakby odmłodniał.
Tylko blond gwiazda zachowywała się nieco nerwowo.
Trybuny były przeciwko Los Blancos. Choć stadion zapełnił się do połowy, to głośnie przekleństwa docierały do grających. „Malfoy, ty psi synu!" i „Twoja matka to francuska kurwa!" należały do łagodniejszych. Dracona jednak najbardziej złościło coś innego. Przez całą pierwszą połowę spotkania kibice Mallorci wykrzykiwali nazwisko Dennisa Creeveya.
- Może go zdejmiemy? – zasugerował cicho Dołochow.
- Wkurzony strzela więcej goli.
- To i tak nic nie da…
FiFA upubliczniła listę kandydatów do Złotej Piłki. Z nieoficjalnych przecieków i od znajomych zaufanych kolegów pracujących dla federacji, w klubie wiedziano, że Draco Malfoy nie wygra. Creevey musiałby połamać obie nogi i zgwałcić pół sierocińca, by zmienić wyniki głosowania.
- Wolę, żeby wyładowywał złość na boisku.
- Chyba że kogoś kopnie. Wtedy możemy się pożegnać z ligą.
- Wierzysz jeszcze w ligę? – zapytał ironicznie asystenta.
Nie w tym sezonie, nie z szatnią w której różnorodność emocji, od grobowej ciszy po wyrzucanie sobie wszelkich pretensji, przyprawiłaby o ból głowy najlepszego psychiatrę.
Miał zbyt dużo pracy, by martwić się już w październiku przegraniem ligi. Musiał przygotować się do kolejnego starcia z BvB, doglądnąć indywidualnych treningów Bletchleya, zabrać się za organizację kolejnej pretemporady i przekonać prezesa do swojego pomysłu na przyszłoroczny mecz o Trofeo Bernabeu. Poza tym lepiej zarwać kilka godzin nocą i potem paść bez przytomności.
Znów śniła mu się Barcelona.
