Real Madryt – 4 : 0 – Real Saragossa


Wokół Blaise'a panował niekontrolowany hałas. Pod nieobecność Lee Jordana Ernie MacMillan przejął rolę głównego dostarczyciela muzyki. Latynoamerykańskie hity ustąpiły miejsca szybkim, urywanym rytmom, od których uszy czarnoskórego Włocha cierpiały. Pozostali wykazywali się większą tolerancją, bądź otępieniem.

- Więc ja do niego wyskakuję z tekstem: A co ty w życiu osiągnąłeś? Ja jestem piękny, dobry i bogaty – Ritchie zdawał relację z tego, jak wczoraj spławił natrętnego żurnalistę.

Żywo gestykulował, przestępował z nogi na nogę.

- Palnąłeś głupstwo – powiedział spokojnie Blaise.

- Ale to prawda! – protestował jego kolega.

- A jeśli miał w kieszeni dyktafon? Jeśli sprzeda twój tekst Slughornowi do jego radiowego programu, przez miesiąc nie będziesz mógł wyjść do miasta.

- Przesadzasz!

- Pamiętasz, przez co przechodził Zach w maju? – wtrącił się siedzący obok Draco.

Zach Smith po sześciu latach noszenia białej koszulki chciał odejść. Nie krył się z tym, że w Madrycie zaczęło mu się robić duszno. Przez całą dorosłą karierę nie zaznał pracy w innym klubie. Blaise na swój sposób podziwiał napastnika. Sam nie wyobrażał rzucania się na nieznane wody, ponownego przystosowywania się do nowego miejsca, szukania nowego domu. Padmie zajęło pół roku przyzwyczajenie się, że na ulicach nikt nie rozmawia po włosku.

Zach, podczas jednego z tych ponurych momentów, jakie przychodzą w życiu każdego sportowca po poważnej kontuzji, wygarnął jakiemuś Bogu ducha winnemu dziennikarzynie, że ma gdzieś ich pogoń za sensacją i najchętniej wyniósłby się z tego miasta. Przez miesiąc wszystkie media w stolicy o tym huczały. Kibice gwizdali na Zacha, Ultrasi przynosili na stadion obraźliwe transparenty. W Madrycie mogłeś chlać, ćpać, palić papierosa za papierosem i na każdą noc sprowadzać sobie do łóżka nowe towarzystwo, ale żaden z tych występków nie mógł równać się ciężarem gatunkowym ze zbrodnią popełnioną przez Smitha. Z Realu się nie odchodziło. Marzeniem każdego piłkarza na świecie było założenie białej koszulki i prężenie muskułów przy dźwiękach klubowego hymnu, a nie szukanie dla siebie miejsca w zubożałej Serie A, czy tonącej w deszczu Anglii. Żaden kibic „Królewskich" nie rozumiał, że Smith wolałby grać ze Stoke City w zimną, deszczową noc, niż z Getafe w ciepły, wiosenny wieczór.

Blaise'a wyrwał z rozmyślań krzyk kapitana dobiegający spod pryszniców.

- Seamus! Na litość boską, załóż chociaż ręcznik!

Finnigan nie pierwszy i nie ostatni raz po intensywnym treningu i gorącym prysznicu prezentował kolegom swoje wdzięki. Wszyscy wiedzieli, jak nisko sięga wytatuowana na jego brzuchu głowa ryczącego lwa i że na wewnętrznej stronie lewego uda ma buddyjski symbol pomyślności – jeden z pierwszych tatuaży, zrobiony zanim władze klubu zaczęły ubezpieczać im nogi.

Z łazienki wyszedł zniesmaczony Miles Bletchley w samej bieliźnie. Za nim pojawił się Potter w ręczniku mocno owiniętym wokół bioder i z rumieńcami wypełzającymi na całe rozgrzane wodą ciało. Niedokładnie wytarte włosy sterczały we wszystkich kierunkach i zakręcały się na końcach. Dzięki popołudniowym sesjom na siłowni zaaplikowanym przez Snape'a na jego brzuchu zaczął się pojawiać delikatny zarys mięśni.

- Zapomniałem ubrania na zmianę – wyjaśnił Erniemu, kiedy dopadł do swojej torby zepchniętej pod ławkę pod nogami skrzydłowego.

Na twarzy młodego piłkarza zagościł wyraz głębokiego zażenowania, kiedy zdał sobie sprawę, że musi wrócić do łazienki by się przebrać.

Blaise zerknął w bok i przyłapał Draco na gapieniu się na plecy znikającego za rogiem Pottera. Jego przyjaciel porzucił poprawianie szerokich, czarnych plastrów oblepiających łydki. Za Malfoyem siedział równie przytomny Graham Montague, ale młodszy z Francuzów gapił się w jeden wyimaginowany punkt znajdujący się po przeciwnej stronie pomieszczenia gdzieś nad szafką Terence'a Higgsa.

Blaise wychylił się i pstryknął palcami przed nosem Grahama. Osiągnął zamierzony efekt. Obaj przyjaciele odzyskali ostrość widzenia.

- Znów nie spałeś w nocy?

- Nieeee – Graham potarł opadające powieki i poruszył się niespokojnie na ławce – Moja malutka dziś pierwszy raz była u dentysty, a ja nie mogłem z nią pójść.

- Takie życie. Kiedy mojemu rosły zęby, ja byłem na mundialu. Wszystko spadło na Padmę.

- Lepsze to, niż żeby twoje dziecko wychowywali obcy ludzie – powiedział cicho Draco.

Popatrzył smutno na Blaise'a.

Czarnoskóry Włoch czasem nie wiedział, co myśleć o ich obecnych relacjach. Malfoy jednym gestem uratował mu twarz i małżeństwo. Widać było, że jest mocno przywiązany do dziecka i że wszedł w rolę ojca bez najmniejszych zgrzytów. Jednak gdzieś tam podskórnie Blaise wciąż czuł, że mały Lucjusz jest jego, że powinien nosić nazwisko Zabinich a nie Malfoyów i że to on, a nie blondwłosy gwiazdor, powinien go przewijać, kąpać i układać do snu.

- Najpierw nie chciałem, żeby mama i Danielle się sprowadzały do Madrytu, ale bez nich byłbym zdany wyłącznie na wynajmowane opiekunki – wyznał Draco – Czasem wracam do domu tak późno, że mogę tylko posiedzieć przy jego łóżeczku i popatrzeć jak śpi.

- I będzie ci spał jeszcze przez kilka tygodni – wyjaśnił Graham – Dopiero potem zacznie się jazda, kiedy nauczy się pełzać.

Tymczasem do szatni wsunął się Michael Corner wracający z gabinetu rehabilitacyjnego.

- I co? – Dean Thomas natychmiast znalazł się przy koledze.

Obaj ostatnio bardzo się zżyli podczas wspólnych sesji z rehabilitantami. Michael uniósł kciuk w górę, na co szatnia zareagowała żywiołowo.

Ernie zmienił piosenkę na klasyk Gusttavo Limy.

- Mister pewnie mnie oszczędzi w niedzielę, ale na BvB będę jak nowy.

Justin Finch-Fletchley podbiegł do przyjaciela i przytulił się.

- Rożku mój kochany, jak ja się za tobą stęskniłem!

Koledzy zaczęli się głośno śmiać, a Corner pokazał Justinowi środkowy palec.

- Theo, co mu dałeś?

Wyrwany do odpowiedzi przybrał całkowicie obojętną minę.

- Nic ciężkiego. „Morderstwo w Orient Ekspresie".

Kilku zawodników mających przynajmniej mgliste pojęcie, o czym mówi tych trzech, uśmiechnęło się. Pozostali mogli tylko wzruszyć ramionami. Nott był inny, oczytany, chodził do knajp z dziwnym żarciem i zamiast męskiej bielizny reklamował garnitury. Należało zaakceptować tę inność i żyć dalej.

Gdy pierwsi zawodnicy już ogarnęli się i kończyli pakowanie, do szatni wkroczył Snape.

- Nikt nie zdążył wyjść? – zapytał.

Siedzący bliżej drzwi canteranos zapewnili go, że wszyscy są.

- A chociaż zdążyli się wykąpać?

Napięta atmosfera opadła. Piłkarze powrócili do swoich rozmów, ale Ernie wyłączył muzykę.

Z łazienki powoli wydobywali się kolejni maruderzy. Charlie i Harry byli ubrani. Terry'ego i Neville'a wizyta trenera zaskoczyła w połowie tego procesu. Seamusowi klubowy ręcznik zjeżdżał niebezpiecznie nisko na biodrach ale zamiast go poprawić, uwiesił się całym ciężarem na dwóch półnagich kolegach.

- Jutro zostajecie pół godziny dłużej po porannym treningu.

Przez poszarzałą twarz Snape'a przebiegł grymas.

- Kto przyjeżdża? – zapytał Jack Sloper.

- To dobrze czy źle? – zawtórował koledze Dean Thomas.

- Wiecie, jaki mam stosunek do celebrytów – trener wykrzywił usta.

Wolałby, żeby trenowali i skupiali się na meczu, zamiast na okazjonalnych wizytach różnego rodzaju gwiazdek czy zagranicznych dygnitarzy. Przynajmniej raz w miesiącu Blaise i jego przyjaciele musieli podejmować w Valdebebas znany młodzieżowy boysband, chińskiego ministra, arabskiego szejka lub amerykańskiego gwiazdora.

- To kto tym razem? – podniosły się głosy.

- Fatalne Jędze? – Ernie patrzył na trenera z nadzieją – Proszę, niech to będą Fatalne Jędze.

- Na Julio Iglesiasa nie mamy co liczyć? – zapytał z powątpiewaniem Theo.

- Vlad the Rocker? – wyrwał się Roger Davies.

Wszyscy popatrzyli na niego dziwnie. Dwóch przyjaciół z cantery odsunęło się od młodego napastnika.

Snape westchnął i przewrócił oczami.

- Colin Lieber.

Większość chłopaków ucieszyła się. Ernie wynalazł w pamięci smartfona najnowszy hicior amerykańskiego piosenkarza. Draco posłał Blaise'owi uśmiech.

- Nie jest tak źle.

Michael Corner uderzył głową w najbliższą szafkę okazując światu swoją rozpacz.

- Sir, czy mogę coś sobie złamać?

- Odmawiam – odpowiedział tym samym, pozbawionym modulacji głosem, Snape – Macie być jutro wszyscy w komplecie i ładnie się uśmiechać do wspólnych fotografii. Okazuje się, że Colin jest wielkim fanem „Królewskich" i jego marzeniem jest osobiste spotkanie z naszą legendą.

Dopiero teraz, skierowawszy wzrok na Charliego Weasleya, wykrzesał mały, złośliwy uśmiech.

X X X

Celebryta okazał się niewysokim, chudym chłopakiem w obcisłych czarnych jeansach i koszulce klubowej. Po obowiązkowej sesji fotograficznej, wymianie uścisków i grzeczności Colin Lieber mógł spróbować swoich sił sam na sam z Charliem Weasleyem. W mocnym madryckim słońcu sztywna fryzura dwudziestolatka wyglądała dziwnie. Chodził w korkach jak kaczka, a piłka ciągle uciekała spod jego nóg.

Charlie starał się nie okazywać wyraźnej niechęci zauroczonemu piosenkarzowi. Lata doświadczenia nauczyły go bycia dobrym gospodarzem wobec różnych dziwnych gości zapuszczających się na boiska treningowe Valdebebas.

Piłkarze stali grzecznie i patrzyli, jak Lieber męczy się z piłką byleby jakoś wypaść przed kamerami. Z boku menager piosenkarza rozmawiał z wysłannikiem Toma Marvolo. Snape otoczony bezpiecznym kordonem swoich ludzi miał morderczą minę. Hiszpańskojęzyczni zawodnicy szeptali między sobą. Harry łapał z ich rozmów niektóre słowa o płytach z autografem, zdjęciach z dedykacją dla młodszego rodzeństwa i narzekanie, że chłopak na żywo ma zupełnie inny głos.

Zach Smith pochylił się do Harry'ego i zakrył usta ręką.

- Rok temu w Barcelonie nosił koszulkę Katalońców, robił fotki z Ronem Weasleyem i zapewniał, że kocha Creeveya.

- U nich w futbolu się używa rąk – odparł ironicznie Harry – Za rok włoży koszulkę Manchesteru City i będzie rozpowiadać, że Kun Aguero to najlepszy napastnik na świecie.

Zach parsknął śmiechem i obejrzał się na Draco Malfoya, otoczonego najbliższymi przyjaciółmi. Przed nimi stali Dean Thomas i Michael Corner. Obaj defensorzy założyli ręce za plecami i przyciszonymi głosami wymieniali między sobą uwagi.

- Kiedyś nastolatki starały się wyglądać jak dorośli – powiedział Dean – Dziś dorośli chcą wyglądać jak dzieci.

Rzeczywiście, Colin Lieber, mimo dwudziestu lat na karku, miał twarz grzecznego ministranta.

- Kiedyś psy szczekały. Teraz tylko otwierają pyski – zauważył filozoficznie Michael.

- Przynajmniej ubiera się lepiej od naszego cesarza – wtrącił się Justin Finch-Fletchley.

Finnigan właśnie patrzył na piosenkarza jak na święty obraz, zapewne nie mogąc się doczekać wymiany koszulek na single z osobistymi dedykacjami.

- Każdy się ubiera lepiej od naszego cesarza – odpowiedział Michael.

- Muszę przyznać, że nawet ubiera się lepiej od Terry'ego.

- Każdy, oprócz Seamusa, ubiera się lepiej od Terry'ego.

- Hej! – napastnik wcisnął się między obrońców – On ma stylistę, ja nie!

Starsi koledzy popatrzyli krytycznie na niego.

- Akurat takiego przydupasa mógłbyś zatrudnić – doradził mu Dean.

Harry stłumił śmiech wierzchem dłoni. Niestety Snape widział wszystko.

- Potter.

Niechętnie opuścił grupę i podszedł do trenera. Popatrzył na niego pytająco.

- Widzę, że się nudzisz.

- W ogóle, sir.

Coś podobnego do błysku uznania zjawiło się na moment w oczach mężczyzny.

- Dawno jedenastek nie ćwiczyłeś. Idź z Jesusem i Antonem na pierwsze boisko. Dzieci z Alevínu już powinny skończyć trening.

Dołochow przywołał trzeciego bramkarza i zabrał ich obu jak najdalej od amerykańskiego gwiazdora próbującego strzelić bramkę legendzie klubu.

Na pierwszym boisku pracownicy zbierali sprzęty po treningu. Dołochow zagarnął kilka piłek i ustawił Jesusa w bramce. Ćwiczenie wyglądało dokładnie tak samo, jak te, narzucane przez Snape'a. Prawie nie rozmawiali, ale zarówno Dołochow jak i Jesus wydawali się być ucieszeni faktem, że nie muszą wykonywać przykrego obowiązku wysłuchiwania zachwytów kolejnego znanego gościa w Valdebebas nad potęgą i historią klubu. Historia była gdzieś daleko. Nie oni ją przeżywali i tworzyli. Liczyła się przyszłość i teraźniejszość.

Po kwadransie Dołochow pozwolił im wcześniej wyjść. Bramkarz szybko pożegnał się i pobiegł wymoczyć się w jacuzzi. Harry odrzucił zaproszenie. Spodziewał się, że amerykański piosenkarz, gdy już się zmęczy przewracaniem się o własne nogi, zajrzy do ich szatni.

Przytulił jedną z piłek i popatrzył w niebo. Słońce wciąż wisiało wysoko. Wróble ćwierkały w żywopłotach. Na drugim boisku włączyły się zraszacze. Niedaleko ze świstem przemknął samolot zniżający się do lądowania w Barajas. Temperatury, jak na początek listopada, były wyjątkowo łagodne. W Bremie kwiaty w przydomowym ogródku pewnie ścięły przymrozki, a tata gonił Daniela do grabienia liści.

Westchnął i przykucnął. Położył piłkę między nogami i dotknął dłonią murawy. Miliony źdźbeł trawy dawały złudzenie intensywnie zielonego kaszmiru okrywającego boisko. Harry wyrwał kilka i uniósł do nosa. Tu wszystko było takie zadbane, niemal sterylne. Łazienki wysprzątane, podłogi wypolerowane na wysoki połysk. Nawet koszulki czekające na nich co rano w szatni ktoś układał dokładając należytej staranności. Tylko trawa nie poddawała się próbom zmienienia jej w sztuczny twór. Wciąż miała intensywny zapach i po roztarciu krótko przyciętych źdźbeł brudziła dłonie.

Harry wyprostował się i uniósł piłkę na lewej nodze. Posłał ją w powietrze na głowę. Odbił i pozwolił jej spaść w dół na prawe kolano i z powrotem na lewy but. Kopnął ją wyżej i pochylił się tak, by spadła mu na wgłębienie na plecach między łopatkami. Opuścił prawą rękę i piłka posłusznie potoczyła się wzdłuż niej na murawę. Spróbował wykonać trik zapamiętany jeszcze z młodzieżowych treningów w Bremie, kiedy z Nevillem mogli godzinami wymieniać podania. Ścisnął futbolówkę między stopami i podskoczył wprawiając ją jednocześnie w ruch rotacyjny. Poleciała do tyłu i musiał odwrócić się. Podbił ją jeszcze raz prawą stopą, potem kolanem by przeleciała nad głową i opadła na wystawioną piętę, potem znów do góry i do przodu. I tak kilka razy, aż usłyszał za plecami oklaski.

- Joga bonito!

Przy linii bocznej boiska przycupnął chłopiec, najwyżej dwunastoletni. W dłoniach ściskał niebieski bidon. Wiatr rozwiewał jego rozczochrane, jasnobrązowe włosy.

Harry ukłonił się lekko.

- Gracias…

- Um… zapomniałem bidonu – wyjaśnił chłopiec śpiewnym, południowym akcentem – Fajne triki.

- Dzięki.

Wytarł dłonie o spodenki i wyciągnął do Harry'ego rękę.

- Jestem Ted. Gram w Alevínie A – przedstawił się.

- Harry.

- Jesteś tym nowym czarodziejem.

Harry znieruchomiał. Otworzył szeroko oczy słysząc to określenie z ust nieznajomego chłopca.

- Nie jestem – po dłuższej chwili potrząsnął głową.

- Jesteś.

- Nie jestem. Jestem tylko niezłym kopaczem z odrobiną szczęścia.

- Jesteś Czarodziej Harry Potter – upierał się przy swoim dzieciak – Czasem podglądam was z kolegami zanim tata po mnie przyjedzie. To ty złamiesz klątwę madryckiej dziesiątki.

Akcent, który Harry rozpoznał jako francuski, nie zniekształcał słów przyszłego piłkarza, jednak mimo to zlepione razem przedstawiały całkowicie niezrozumiałą dla Niemca treść. To prawda, że według sztywnej terminologii Harry grał na pozycji za środkowym napastnikiem określanej jako „dziesiątka", jednak w klubie ten numer był zarezerwowany dla Blaise'a Zabiniego – drugiego z najdroższych piłkarzy w historii – który niedawno zakończył rehabilitację po poważnej kontuzji kolana. A kto przed Blaisem nosił na plecach dziesiątkę? Harry mimowolnie zaczął szukać w głowie nazwisk słynnych piłkarzy „Królewskich". Ostatnim, którego sukcesy kojarzył, był Remus Lupin.

- Powodzenia! – Ted dotknął jego ręki i pobiegł w kierunku części kompleksu sportowego przeznaczonej dla młodszych użytkowników.

X X X

Po wyjeździe amerykańskiego idola nastolatek z Madrytu nieszczęścia w dalszym ciągu prześladowały zespół. Wieczorny trening przyniósł bardzo złą wiadomość. Theo Nott nie będzie grał w meczu z Realem Saragossą. Najbardziej wyedukowanemu i oczytanemu zawodnikowi przytrafiła się jedna z najbardziej prozaicznych kontuzji. Nikt w sztabie trenerskim nie mówił tego głośno, ale podejrzewano, że bez operacji się nie obejdzie. Blaise nie przypuszczał, że najbardziej zmartwiony tym faktem okaże się Harry Potter.

Corner i Finch-Fletchley mieli lepszy kontakt z registą i wiedzieli już wcześniej o drobnych dolegliwościach przyjaciela. Pottera, mimo postępów w nauce hiszpańskiego, wiele omijało. Od kilku tygodni nie miał rodaka na treningach i dryfował między kumplami Finnigana a grupą Theo Notta. Tego wieczora, gdy ubrani w tanie peleryny przeciwdeszczowe kibice powoli zapełniali stadion, młody Niemiec w klubowej szatni wyglądał na osamotnionego.

- Vamos, chicas! – Charlie klasnął w dłonie i próbował podnieść nastroje – Mamy piękny, listopadowy wieczór. Na dworze jest 16 stopni, 95% wilgotności powietrza, wiatr 12 metrów na sekundę.

- Widywałem bardziej seksowne pogodynki – wtrącił się Dean Thomas.

- Cóż, wybacz, że się dziś nie ogoliłem – odparował szybko kapitan.

Na twarzach piłkarzy pojawiły się uśmiechy.

- Skupmy się na pozytywach – kontynuował swoją przemowę Charlie – Jak już zauważyliście, nasi kochani panowie opiekujący się Bernabeu, zaczęli nam podgrzewać murawę.

- Jeszcze jakieś plusy, szefie? – zapytał wesoło Jack Sloper.

- Mamy dziś ładniejsze stroje od gości.

Tym stwierdzeniem Charlie Weasley zasłużył na porcję żywiołowych oklasków.

Blaise obejrzał się na Dracona. Skrzydłowy z małym uśmiechem na ustach metodycznie przewiązywał lewy ochraniacz. Siniaki i zadrapania pokrywające łydkę zniknęły przykryte kawałkiem białego plastiku i taśmami mocującymi. Draco następnie okręcił wokół niej dla większego komfortu jeszcze rolkę elastycznego bandaża.

- Nie forsuj się dzisiaj.

- Obiecuję.

Blaise wątpił w to zapewnienie. Jego przyjaciel nigdy nie oszczędzał się na boisku. Dla niego futbol był grą totalną. Każdy mecz traktował jak ostatni, jakby za kilka dni nie czekało ich następne starcie na tym samym stadionie.

- Nie będę się szarpał – odezwał się po chwili Draco – Zach i Terry też powinni dziś coś ustrzelić.

Seamus Finnigan wyszedł z pomieszczenia przeznaczonego dla sanitariuszy. Ze skrzywioną miną rozcierał prawy pośladek.

- Co się stało? Co ci jest? – Potter natychmiast znalazł się przy obrońcy.

- Zastrzyki… Znowu plecy? – zagadnął stojący obok Dean Thomas.

Finnigan potrząsnął głową.

- Tyłek – wyjaśnił krótko – Za dużo seksu.

- Hijo de puta – wymamrotał Niemiec usuwając się spod ręki drugiego kapitana, który chciał rozczochrać mu włosy.

Na domowe stroje założyli dziś białe koszulki z napisem: Ánimo Lee!. Pomysł wyszedł od Charliego. Wszyscy czuli brak Jordana zarówno w szatni jak i na boisku. Nikt nie potrafił tak pogodzić rożnych gustów muzycznych i rozweselić kolegów jak czarnoskóry pomocnik. Niestety widywali go ostatnio tylko kiedy przyjeżdżał do Valdebebas na badania kontrolne.

Ustawili się w tunelu oddzieleni cienką ścianką od dzisiejszych rywali. Blaise pożegnał się z Draco i ominął pozostałych w drodze na ławkę rezerwowych. Zaraz dołączył do niego Miles Bletchley. Seamus pewnie kończył rytuał wycałowywania Charliego i defensorów oraz klepania po tyłkach chłopaków z Castilli, których trener przygarnął prawdopodobnie tylko po to, by Blaise'owi nie było smutno samemu.

Patrzył, jak ubrani w żółto-czarne stroje rywale podają ręce jego kolegom. Tylko nazwisko Heldera Postigi mogło coś mówić mniej obeznanym kibicom spoza Hiszpanii. Pozostali stanowili w większości mieszankę wychowanków i graczy zgarniętych w ramach wolnych transferów. To samo działo się w całej lidze, poza gigantami z Katalonii.

Jeszcze wspólne zdjęcie kapitanów z arbitrami i minuta ciszy dla uczczenia ofiar niedawnych zamachów w Iraku. Snape i jego współpracownicy również wstali i przybrali poważne miny. Jednak po pierwszym gwizdku trener zawinął się w szary płaszcz i wrócił na swój fotel.

Drużyna z Saragossy starała się wykorzystać słabość obrony Los Blancos, przemodelowanej w ostatniej chwili przez trenera. Brak większości zawodników w linii pomocy zmusił go do podjęcia radykalnych kroków i wystawienia z lewej strony powracającego Cornera, a z prawej naszprycowanego środkami przeciwbólowymi Finnigana. Środek pola wyglądał jeszcze bardziej egzotycznie. Tam, gdzie od początku sezonu Blaise przyzwyczaił się do obecności niezawodnego duetu Notta i Longbottoma, grali Justin i Ritchie. Miejsce za napastnikiem zajmował Harry Potter i nie zanosiło się na to, by trener chciał tu cokolwiek zmienić.

Blaise nie żywił do dzieciaka urazy. Biorąc pod uwagę kompletną zmianę otoczenia i młody wiek, Potter znosił przeprowadzkę do Madrytu nadzwyczaj dobrze. Nigdy w szatni nie dało się usłyszeć, że tęskni za rodziną, czy że zostawił w Niemczech dziewczynę. Czasem narzekał na swoją agentkę i na nauczycielkę hiszpańskiego. Kilka razy dał się przyłapać paparazzim w nocnych klubach w objęciach biuściastych blondynek i poza tym dziennikarze dali mu spokój.

Czarnoskóry Włoch odnosił wrażenie, że Snape specjalnie go pomija i wpycha niedoświadczonego chłopaka na siłę do pierwszego składu. Nigdy nie dawał wielu szans młodym zawodnikom, nawet w meczach o pietruszkę. Dzieciaki z drużyny B, Roger Davies czy Miles Bletchley musieli ostro trenować dzień w dzień, by pozwolił im zagrać ogony w meczach o Puchar Króla. Załapawszy się na treningi z pierwszą drużyną tracili dużo młodzieńczego optymizmu i energii. Pod surowym nadzorem Snape'a dorastali szybko.

Końcowy produkt takiego chowu siedział właśnie obok Blaise'a i nie spuszczał na moment wzroku z murawy. Miles przez dwadzieścia minut chyba ani razu nie mrugnął, choć nie działo się nic poza nudnym przerzucaniem piłki w poprzek boiska. Dopiero gole Zacha Smitha i Erniego MacMillana, które padły w odstępie trzech minut, ożywiły nieco atmosferę.

Na drugą połowę Snape wpuścił dwóch chłopaków z Castilli, którzy na treningach zrobili największe postępy.

Blaise kolejny raz nie dostał szansy by choć dotknąć piłkę.