AN: Blaise Zabini to nudziarz. Przepraszam.


Real Madrid – 2 : 2 – Borussia Dortmund


Poniedziałek nie był jego najlepszym dniem. Wieczór zapadł zbyt szybko. Samochody z hałasem mknęły ulicą, a irytujące, pomarańczowe światło latarni wdzierało się przez każde okno.

Harry najchętniej zakopałby się pod kołdrę i wyszedł dopiero w weekend, ale niedługo miał po niego przyjechać Zach. Tak jakby. Jeśli znajdzie czas z połową rodziny zwalającą mu się na głowę z Valparaiso czy innego Buenos Aires. Mieli się zdzwonić, ale godzina rozpoczęcia zgrupowania zbliżała się nieuchronnie, a Zach nie odzywał się.

Jednak w mieszkaniu Diggorych nie było cicho. Przyrośnięty do kanapy w salonie kryminalista cały dzień oglądał wiadomości sportowe. Żeby zrobić na złość swojemu chrześniakowi, wybrał niemiecki program, gdzie kolejny eksperci rozpływali się nad walorami rywali „Królewskich", a Harry nie miał problemu ze zrozumieniem ich.

Pakując się w sypialni zgarnął trochę niezbędnych drobiazgów do skórzanej, bardzo męskiej kosmetyczki. Do większej torby z emblematem klubu wcisnął kilka ubrań i założył na siebie zimową wersję ohydnego zielonego dresu sprezentowanego w tym roku przez sponsora.

Neville jeszcze nie wyleczył kontuzji, Terry też ograniczał aktywność do masaży i siłowni, a Seamus więcej czasu spędzał u lekarzy niż we własnym domu. Tylko z tego powodu zwrócił się do Zacha o pomoc w dotarciu na zgrupowanie. Wciąż pamiętał zaskoczoną i ucieszoną minę napastnika, zupełnie jakby Smith nie miał w drużynie bratniej duszy a klubowe szychy traktowały go lekceważąco. Harry słyszał o prośbie o podwyżkę i o nieugiętym stanowisku prezesa i zastanawiał się, co by było, gdyby za rok to Rita Skeeter wystąpiła w jego imieniu o wyższy kontrakt.

- Nie w tym życiu… - pokręcił głową i ostatni raz ogarnął wzrokiem sypialnię.

Sprawdził kieszenie i torbę, ale znalazł tylko portfel. Zawrócił i przeszukał łazienkę. Nic.

Wziąwszy dwa głębokie wdechy na uspokojenie zajrzał do salonu. Syriusz wybrał ten moment na przełączenie telewizora na stołeczny kanał sportowy i siorbnął łyk słabego, hiszpańskiego piwa.

- Pijesz dziś barcelońskie – zauważył z przekąsem Harry – Jak miło, że mnie wspierasz.

Odpowiedziało mu wzruszenie ramionami.

Wypuszczony z więzienia natręt pojawiał się i znikał w różnych momentach. Mógł rano ze szlugiem w zębach smażyć w kuchni obrzydliwie tłuste śniadanie i wrócić za pięć dni ze zgrzewką piwa do wieczornych wiadomości.

- Gdzie moja komórka?

Syriusz znów wzruszył ramionami, nie spuściwszy na moment wzroku z ekranu.

- Wiesz, że mam zgrupowanie. Zach miał po mnie przyjechać.

- Weź tego waszego wielkiego szofera co się od dzieciństwa nie golił.

Harry poczuł silne pulsowanie krwi w skroniach. Zacisnął szczęki.

- Zadzwoniłbym, gdybyś mi, do ciężkiej cholery, oddał telefon!

- Dlaczego uważasz, że to ja ci go podwędziłem, synek?

- Może dlatego, że dwa lata siedziałeś w więzieniu – odparował szybko.

Syriusz poruszył się na kanapie i znowu zmienił kanał.

- Nie dwa, tylko półtora roku. I nie za kradzież komórek, tylko za pobicie.

Harry zasłonił sobą obraz z telewizora i wycelował oskarżycielsko palec w ojca chrzestnego.

- Jeśli będziesz jeszcze tutaj, kiedy wrócę jutro po meczu, to Bóg mi świadkiem, wezwę policję.

- Wiesz, ilu madryckich krawężników zna niemiecki albo angielski?

Mężczyzna uniósł w górę jedną brew. Nie wiedzieć, czemu, ta mina jeszcze bardziej grała Harry'emu na nerwach.

Kolejna osoba, która uważała, że młody piłkarz nie poradzi sobie w wielkim świecie. Syriusz Black nie różnił się niczym od jego rodziców.

- Słowo zawodnika Realu Madryt jest ważniejsze od wymysłów bezdomnego lumpa.

- Uważaj, synek! – mężczyzna zaczął mu wygrażać palcem.

- To ty uważaj! – Harry podniósł głos – Siedzisz tu jak pieprzona pijawka od kilku tygodni. Jesz moje żarcie i kradniesz moje ciuchy. I nawet nie próbujesz być miły!

- Miłe to są dziewczyny, które będą próbowały cię uwieść i ludzie, którzy chcą cię oszukać.

Do jego uszu dobiegł piskliwy głos Pansy Parkinson. Obejrzał się z ciekawości na ekran. Dziennikarka na trwającym pięć minut wydechu wypluwała z siebie zastraszającą liczbę słów. Jej monolog był przerywany migawkami z jakichś włoskich gazet z bardzo młodziutką i bardzo opaloną blondyneczką na okładkach. Dziewczyna miała zabiedzoną minę i cycki nieproporcjonalnie duże w stosunku do reszty skąpo ubranego ciała. Panna Parkinson dała sobie chwilę na złapanie tchu i zaprezentowała telewidzom krótkie dementi Draco Malfoya nakręcone kamerą ze smartfona.

- Mówi, że zapłacił i jeszcze ma pretensje – zbulwersował się Syriusz.

Prawie zwalił ze stołu butelkę.

- Za każdym razem, kiedy widzę, na jaki plastik lecą w dzisiejszych czasach futboliści, coś we mnie usycha – wyznał zniesmaczony – Zrób chrzestnemu przysługę i, jeśli kiedyś będziesz musiał się pokazać publicznie w obecności kobiety, wybierz taką, która nie poprawiała sobie cycek na dwunaste urodziny…

Syriusz przerwał swój wywód, ale wysłuchiwanie mądrości życiowych nie było w tej chwili na liście priorytetów życiowych Harry'ego. Kolejna dziwka otrzymała od losu to, czego on nigdy nie osiągnie i jeszcze narzekała prasie.

- Oddawaj komórkę – syknął.

W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Popatrzyli na siebie, po czym młody piłkarz pobiegł otworzyć.

W progu Zach Smith odgarniał z oczu jasną grzywkę.

- Twoja sąsiadka mnie wpuściła – wyjaśnił, jednocześnie zaglądając do środka.

- Ta… – odpowiedział szybko Harry – Jest trochę dziwna.

Nie umiał opisać ulgi wywołanej obecnością napastnika.

- Nie mieszkasz sam?

- Się ma! – z salonu dobiegł radosny głos Syriusza.

Znów przykleił się do kanapy, pilota i butelki katalońskiego piwa.

- To tylko natręt – wymamrotał pod nosem Harry – Zaczekaj moment, wezmę swoje rzeczy.

- Napastuje ciebie?

Omal się nie przewrócił słysząc pytanie.

- No wiesz, stalker – Zach wykonał ręką nieokreślony gest – Każdy z nas miał kiedyś przynajmniej jednego. Mogę zadzwonić po policję, jak chcesz.

- Nie mamy czasu. Mister zacznie na nas wrzeszczeć.

- Spoko – napastnik ani na moment nie podniósł głosu.

Zawsze wydawał się Harry'emu jednym z bardziej wyluzowanych piłkarzy w szatni, kompletnie obojętnym na drobne kłótnie i wybuchy radości innych zawodników.

- Terry dziś na trybunach. Snape mnie nie ukarze, a ty jesteś ze mną.

- Syriusz… - Harry popatrzył błagalnie na kolegę.

Kolejne słowa przechodziły mu przez gardło z oporami.

- … To moja rodzina… Taka, z którą nawet na zdjęciach lepiej się nie pokazywać.

Zrozumienie zagościło na twarzy napastnika. Harry ścisnął go za ramię i pobiegł po swoją torbę przekonany, że Zach Smith będzie się trzymał od byłego kryminalisty z daleka.

Niestety poniedziałek nie był jego dniem. Wystarczyło kilka sekund by napastnik „Królewskich" nawiązał z ojcem chrzestnym nić porozumienia. Młody Niemiec zastał ich pogrążonych w rozmowie. Zach się uśmiechał a Syriusz kiwał głową.

- Idziemy! – głos Harry'ego zabrzmiał zbyt sztucznie i donośnie.

- To zgoda? – zapytał jeszcze cicho Zach.

Były kryminalista skinął głową i podał mu rękę.

- Zach!

- Twoja komórka – napastnik podał mu odzyskany przedmiot.

Harry posłał jeszcze ojcowi chrzestnemu ostrzegawcze spojrzenie i zatrzasnął drzwi.

X X X

Ze stadionowych głośników sączyły się najnowsze hity, ale nawet tutaj, pod trybunami, Blaise'owi wydawało się, że słyszy niemieckie przyśpiewki.

Theo Nott słuchał uważnie słów trenera i szturchał co chwila Justina i Ritchiego, by przypadkiem coś ich nie ominęło.

- Na razie to oni mają więcej do stracenia. Będą się bronić. Będą próbować złapać was na kartki. Tak, jak mówiłem wam wczoraj, jeśli się cofną głęboko, to na nic się da gra z kontry. Musicie cały czas zachować czujność i nie dać się nabrać na ich gierki, szczególnie we własnym polu karnym. Lewa przed oddaniem strzału rozkłada się, jakby miał odlatywać. I choć wiem, że kilku z was chciałoby go kopnąć – tu Snape spojrzał znacząco na Thomasa – Ręce trzymać przy sobie.

Stoper uśmiechnął się półgębkiem. Za to rozcierający kark Seamus nie zaśmiał się od rana ani razu.

Blaise wyobrażał sobie, że drugi kapitan wciąż żyje koszmarem z poprzedniego sezonu zakończonego fatalną serią rzutów karnych.

- Draco – Snape zwrócił się do ich najjaśniejszej gwiazdy – Gdy masz piłkę, dopada do ciebie przynajmniej dwóch defensorów. A to oznacza, że jeden z naszych nie ma chwilowo ogona. Znajdź go i podaj. To jest gra zespołowa.

Zach Smith zakaszlał w rękaw, ale Draco zignorował go i posłusznie pokiwał głową.

- Nie jesteś egoistą – powiedział z naciskiem Blaise.

- Na boisku muszę być. To ja ciągnę tę drużynę.

- Nie myśl za dużo – poradził cicho, wyczuwając podirytowany nastrój przyjaciela – Wiesz, jaki jest Snape.

- Czasem chcę, żeby odszedł – wyszeptał Draco.

- Ekhem.

Nad nimi stanął Theo Nott i znacząco pochylił głowę w stronę Harry'ego Pottera.

Ofensywny pomocnik siedział sam na końcu szatni pod szafką ze swoim zdjęciem. Założył opaskę na włosy i frotki na nadgarstki. Poprawił sznurowadła w zielonych butach.

- Już idę – Draco podniósł się z ławki i podążył za Theo.

Blaise musiał się skupić, by usłyszeć ich rozmowę. Widział za to doskonale, jak Malfoy przykucnął przy młodym piłkarzu i położył mu dłoń na kolanie.

- Harry, musimy ustalić, kto wykonuje wolne i jedenastki.

Niemiec popatrzył na nich zaskoczony.

- Przecież ty zawsze podchodzisz do jedenastek i wolnych zza linii pola karnego, a Ernie i Theo biorą te z większej odległości.

- Ernie dziś nie strzela – powiedział krótko Theo – Podejdzie razem z Draco, ale tylko dla zmylenia Dortmundczyków.

- Wolne z prawej są twoje – oświadczył Draco, posyłając młodszemu koledze uśmiech, który miał zapewne dodać otuchy.

Potter wyglądał, jakby miał zaraz zemdleć.

- Zbieramy się – ponaglił obu Theo – Charlie dziś się ogolił. Będzie się działo.

X X X

Znów miał najlepszą miejscówkę na stadionie. W przerwie między fotelami z pierwszego rzędu mignęła mu głowa Snape'a. Trenerowi w zastraszającym tempie przybywało siwych włosów, ale pewnie nikt z drużyny tego nie zauważył. W końcu to Blaise Zabini w obecnym sezonie najczęściej oglądał plecy ponurego Anglika.

Czerwony gwizdek tureckiego sędziego wyglądał jak plama świeżo rozlanej krwi na stadionie, na którym dominującymi kolorami od zawsze były biel, zieleń i błękit.

Kapitan gości z Niemiec miał na twarzy czarną maskę. Charlie miał niepewność w oczach.

Blaise nie rozumiał, jak miłość może działać wyniszczająco na człowieka. Jemu samemu obecność Padmy dodawała skrzydeł. W dniu ślubu był pewien, że może dotknąć nieba. Będąc przy niej nie przejmował się drobnostkami, a wyjeżdżając na zgrupowania cierpiał. Znajomość z Tracey Davies działała na kapitana zupełnie inaczej.

Drużyna w czarno-żółtych strojach rozpoczęła mecz, ale to Los Blancos naciskali od pierwszych minut. Grali u siebie, Bernabeu było ich domem i twierdzą. Przynajmniej tego nauczyli się od trenera: za wszelką cenę nie dopuścić do porażki.

Theo był wyjątkowo aktywny. Z braku Longbottoma grał praktycznie jako jedyny defensywny pomocnik i w ciągu dziesięciu minut zdążył rozdać kilka długich piłek kolegom z przodu. Jednak obrońcy Borussii przerywali każdą ich akcję i pilnowali Malfoya jak stado czujnych owczarków alzackich pokazujących zęby, gdy niewrażliwy na ostrzeżenia intruz podejdzie zbyt blisko.

Ciekawie zrobiło się, kiedy w trzynastej minucie Draco zderzył się z kapitanem BvB i sędzia przyznał „Królewskim" rzut wolny. Za daleko od bronionej przez wysokiego Niemca bramki. Normalny piłkarz po upadku rzadko podchodzi do piłki. Malfoy zignorował wcześniejsze porozumienie, by wolne z większej odległości zostawić Nottowi. Theo wraz z pozostałymi zawodnikami ustawił się przed bramką Weidenfellera by w ewentualnym zamieszaniu pomóc piłce wpaść między słupki. Niestety to Dean Thomas dotknął jej ostatni wybijając poza boisko. Zupełnie jakby grał nie dla swojej drużyny.

Dortmundczycy w ciągu kilku sekund wyszli z kontrą. Młodziutki Niemiec z twarzą dziecka znalazł się nagle w pobliżu Charliego. Podał piłkę koledze, ale Weasley czujnie wybił ją w prawo pod nogi Finnigana. Seamus, naszprycowany przed meczem środkami przeciwbólowymi, przerzucił futbolówkę na lewą stronę boiska do Michaela Cornera, a ten oddał ją nabuzowanemu Theo Nottowi. Generał ruszał się tego wieczora wyjątkowo żwawo. Gdyby Blaise miał opisać jego styl gry, porównałby Theo do wybrednego pająka godzinami przędącego sieć i czekającego cierpliwie na ulubioną ofiarę. Dziś natomiast biegał po całej szerokości boiska od lewej do prawej flanki, pokrzykiwał na obrońców i dystrybuował długie podania. Jedno z takich podań otrzymał Draco, ale, jak przewidział to wcześniej trener, obskoczyło go trzech defensorów i szybko stracił piłkę.

Snape po kwadransie spędzonym w fotelu podszedł do linii boiska i zaczął pokrzykiwać na biegającego z tej strony Seamusa, by nie zapominał, że jest przede wszystkim obrońcą. Tymczasem Weidenfeller posłał piłkę ze swojego pola karnego szerokim łukiem przez prawie całe boisko. Miała trafić na głowę Goetzego, ale Finnigan był tuż obok. Odzyskaną futbolówkę Potter kopnął lekko i zgrabnie prosto w pole karne. Za słabo, by sprawić problemy bramkarzowi, ale na tyle wolno, by Zach Smith zdążył do niej dobiec. Defensywa BvB odgadła szybko ich zamiary. Zrobiło się trochę zamieszania w środku pola, kiedy Finnigan zażarcie walczył z dortmundzką dziesiątką o futbolówkę, aż dostał słowne upomnienie od sędziego. Przynajmniej posłuchał Snape'a i chwilowo nie próbował szarżować na prawym skrzydle. To Ernie miał z tej strony stwarzać zagrożenie, lecz na razie, poza dwoma spektakularnymi wywrotkami, mało wnosił do gry.

Gracze BvB pozwolili „Królewskim" na kilka minut przejąć inicjatywę, nie na tyle jednak, by zdołali stworzyć realne zagrożenie.

- Nie rozciągać defensywy! – krzyknął Snape.

Nott zaczął stopować wybiegających przed niego kolegów, by nie dali się boleśnie zaskoczyć jakąś sprytną kontrą. Wykopał piłkę do Smitha, który znalazł się w pustej przestrzeni po prawej stronie bramki Weidenfellera.

Gdyby byli zupełnie inną drużyną, nie mającą w składzie tak sensacyjnego gracza, jakim był Draco Malfoy, Zach Smith zachowałby się jak rasowy napastnik i zdecydował się na samotny atak na bramkę przeciwnika. Jednak nosili na piersiach herb Realu Madryt i istnieli tylko po to, by Draco Malfoy mógł błyszczeć. Dlatego też Zach nie próbował strzelać. Podał piłkę do wbiegającego z lewej strony Malfoya, który pod takim kątem nie miał prawa uderzyć celnie.

Blaise nie należał do najmądrzejszych ludzi, ani nawet do najmądrzejszych piłkarzy. Nie pokończył wyższych szkół, a nawet w tej średniej utrzymał się tylko dzięki naciskom władz rodzinnego klubu. Nie znał się na matematyce, ale wiedział, że zna się na tym Padma oraz jego agent. Nie znał się też na fizyce, ale grał w futbol na tyle długo by wiedzieć jak się zachowa piłka w każdej sytuacji. Ta poleciała prosto w ręce uśmiechającego się ironicznie bramkarza.

Zach uniósł w górę kciuk podziękowawszy Theo za dokładne podanie. Sfrustrowany swoją nieskutecznością Draco wrócił na lewe skrzydło. Sędzia wznowił grę.

Los Blancos się cofnęli, bo horda czarno-żółtych pomocników poderwała się do ataku, motywowana wykrzywioną miną ich trenera. Sytuację wyjaśnił szybko Theo wybijając piłkę spod nóg dortmundzkiej dziesiątki. Podał ją do Dracona i zaczął pokrzykiwać na kolegów. Blaise słyszał go pomimo głośnego dopingu z trybun.

- Czego tak stoisz jak śpiący rycerz?! – uwaga ta była skierowana do Erniego – MacMillan, do jasnej cholery, masz być z przodu!

Prawy skrzydłowy wyrwał się za Malfoyem, który otoczony przez obrońców, musiał się nieco wycofać i oddać mu piłkę. Ernie wystrzelił ją w niebo, ale wcześniej zahaczył o Schmeltzera.

Nott przewrócił oczyma i zabrał się za hamowanie Finnigana, który już w podskokach biegł do bramki przeciwników, widząc, że Potter ustawia piłkę do rzutu rożnego.

Seamus został z tyłu. Dean Thomas i Miles Bletchley powoli weszli między rywali w polu karnym. Piłka odbiła się od kilku zawodników, poleciała do tyłu, a za nią czarnoskóry obrońca. Wyłuskał ją spod nóg graczy BvB, ale sędzia nie pozwolił na dalsze rozgrywanie akcji. Okazało się, że skacząc do piłki Dean zahaczył rękoma o Lewego na tyle mocno, że napastnik Borussii przez dobrą minutę trzymał się za policzek i liczył zęby.

Gdy w dwudziestej piątej minucie Smith zmarnował kolejną wypracowaną przez Notta i Pottera akcję, Blaise mógł tylko w myślach się solidaryzować z młodym pomocnikiem. Harry grał pięknie, aż do bólu. W kilka miesięcy pod nadzorem Snape'a utracił nieco z tego piękna na rzecz skuteczności. Nauczył się odbierać piłki, zastawiać się ciałem. Był bardziej umięśniony i nie przewracał się łatwo pod naporem obrońców. Kondycja wciąż mu siadała pod koniec każdego spotkania, ale to też dałoby się w przyszłości poprawić. Potter zasłużył, by grać w Realu Madryt.

Nie zasłużył tylko na grę z pozbawionymi pewności siebie patałachami marnującymi stwarzane przez niego okazje.

Zarówno Zach jak i Terry nie byli złymi napastnikami. Sprawdziliby się w każdym innym klubie. Tu zawsze pierwszym wyborem rozdających piłki pomocników był Draco, a publika spodziewała się po obu piłkarzach skuteczności na poziomie Raúla albo Juanito. Dodatkowo Zach wyznał kilka miesięcy wcześniej, że chciał odejść i tylko koledzy nakłonili go do zmiany decyzji, a Terry wplątał się w skandal z nieletnią prostytutką i jej alfonsem.

Tymczasem Dortmundczycy po dłuższej chwili klepania na własnej połowie przekazali piłkę swojemu napastnikowi. Ten wysforował się do przodu. Minął Theo i Michaela, minął Deana Thomasa, ale po drodze miał jeszcze Milesa Bletchleya i Charliego ustawiającego się kilka kroków przed bramką. Lewa sprytnie podał piłkę Reusowi i ten długim kopnięciem skierował ją obok kapitana „Królewskich".

To był naprawdę ładny gol. Strzelec przyjął owacje przybyłych z Niemiec kibiców i radosne okrzyki kolegów ze skromnością charakteryzującą wszystkich klasowych pomocników. Trener BvB nie miał takich zahamowań. Zaczął wymachiwać pięściami w stronę niezadowolonych fanów „Królewskich".

W ciągu następnych kilku minut Blaise się czuł, jakby zwiedzał zupełnie inny stadion. Pogrążone w ciszy trybuny, mimo obecności kilkudziesięciu tysięcy kibiców, wyglądały surrealistycznie. Nad Santiago Bernabeu unosiły się słowa niemieckiej piosenki.

Przy tych właśnie dźwiękach jego koledzy rzucili się do odrabiania strat.

Kiedy obrońcy BvB odcięli Realowi oba skrzydła, kiedy jedyny w miarę zdrowy napastnik stał bez celu zamiast włączać się do akcji, Potter po wybiciu piłki przez Dortmundczyków poza ich pole karne, odzyskał ją i skierował do przodu na głowę Deana Thomasa. Los Blancos jeszcze nie zdążyli się rozejść na swoje nominalne pozycje po kolejnym stałym fragmencie gry, a defensorzy okazali się skuteczniejsi od wielomilionowej formacji ataku stworzonej dzięki książeczce czekowej Toma Marvolo.

Ernie ucałował czarnoskórego kolegę w łysinę. Ten wsadził sobie kciuk do ust, dedykując tym samym bramkę swojej najmłodszej latorośli. Szybko jednak wytarł ręce i klepnął Pottera w tyłek za sprytną asystę.

Trybuny odżyły. Kibice podchwycili słowa znanej piosenki „Como no te voy a querer". Świat nagle nabrał jaśniejszych barw, a potem w czterdziestej piątej minucie meczu Michael Corner musiał zepsuć wynik, strzelając samobója.

Kwadrans przerwy minął błyskawicznie. Snape, niczym przedśmiertne widmo, zawisł nad sanitariuszami obmacującymi nogę Zacha Smitha. Gdy zaczęli kręcić głowami, a napastnik cicho pojękiwać, zaklął cicho i wysłał Jacka Slopera na rozgrzewkę. Blaise czuł się w kącie jak chłopiec do podawania piłek, bo życie toczyło się tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Jego koledzy polewali się wodą. Nott łyknął jakąś tabletkę przeciwbólową a Draco i Ernie wysysali małe, przeładowane glukozą drinki w różowych saszetkach. Potter oparł się o ścianę niedaleko i dyszał. Włosy przylepiły mu się do skroni i karku. Drżał w przesiąkniętej potem koszulce.

- Zmieniaj to! – warknął do niego Snape – Nie mam zamiaru zwalniać ciebie z ćwiczeń z powodu przeziębienia.

Następnie odwrócił się do czterech obrońców ze skwaszoną miną i spróbował zmobilizować ich po głupio straconej bramce.

Blaise nie umiał wykrzesać z siebie większych emocji oglądając drugą połowę spotkania. Widział jak asystenci podrywają się niepotrzebnie po wbiciu przez Jacka piłki do bramki. Tylko sam Sloper i Nott nie mogli uwierzyć w odgwizdany spalony. Theo może i wierzył, ale spierał się chwilę z sędzią dla zasady. Za to minutę później Turek zagwizdał dla nich rzut rożny, którego znów nie wykorzystali. Dortmundczycy zwarli szyki przed własnym polem karnym i nie dopuszczali żadnego z graczy „Królewskich" dalej niż na dwudziesty metr od bramki. Za to w środku boiska mogli robić, co chcieli. Niestety piłkarze Realu nie umieli tak efektywnie klepać kolejnych podań i nabijać pustej statystyki posiadania piłki jak ich odwieczni rywale z Katalonii.

Jack się rozbiegał i nie mógł już przestać. Radził sobie wcale nie gorzej od napastników. Dawał się równie często złapać na spalonym, co Zach Smith w statystycznym ligowym meczu.

W pięćdziesiątej siódmej minucie doszło do niezwykle rzadkiego wydarzenia. Finnigan, klubowy rekordzista w zbieraniu żółtych i czerwonych kartek, został sfaulowany przez Grosskreutza. Niemca ukarano żółtym kartonikiem, a Seamus pomaszerował pod bramkę BvB przygotowany na dobitkę z rzutu wolnego. Arbiter kazał ustawić piłkę daleko, niemal na środku boiska. Theo przegonił kolegów i został z nią sam. Otarł pot z czoła, ujął się pod boki i popatrzył przeciągle na przepychających się piłkarzy. Kopnął mocno i dokładnie. Tak dokładnie, że Finnigan i Thomas zapatrzeni na lecącą piłkę nie dostrzegli ani siebie nawzajem, ani wyskakującego do niej razem z nimi Niemca. Ten ostatni najmniej ucierpiał na zderzeniu i szybko wstał. Snape zaklął głośno, a Dołochow dorzucił kilka niecenzuralnych słów po rosyjsku. Medycy wbiegli na murawę. Zaniepokojony Draco pierwszy próbował dogadać się z leżącymi na trawie kolegami, ale ci wstali dopiero po wstępnych oględzinach i zapewnieniu fachowców, że będą żyć, biegać i się rozmnażać.

Głowa to nie nogi. Ją łatwiej wyleczyć. Blaise westchnął i odruchowo roztarł kolano. Na ciemnej skórze nie pozostała nawet blizna po operacji, ale uraz sprzed kilku miesięcy omal nie przekreślił jego kariery i pozostawił w psychice niepewność. Tak samo musiał się czuć Cedric Diggory w Londynie, a nawet gorzej. Od Blaise'a oczekiwano pięknej gry i kreatywności, i, przy odrobinie wysiłku, był w stanie oszukać wciąż wierzących w niego ludzi, że nie stracił iskry bożej. Od napastnika, jakim był Diggory, oczekiwano przede wszystkim bramek, a te nie przychodziły.

Chłopak w żółtej koszulce z czarną dziesiątką na plecach musiał w poprzednim życiu nastąpić Theo Nottowi na odcisk. Wydawało się, że już na sam jego widok defensywny pomocnik ma ochotę kopnąć dzieciaka, napluć na niego albo przełożyć przez kolano i kilka razy zdzielić pasem. Nott z reguły nie chował długo urazy, nie był konfliktowy i nawet rywale czuli przed nim respekt. Ale nie Goetze. I zapłacił za to kontaktem z trawą. „Królewscy" wybronili przyznany Dortmundczykom rzut rożny i rozsypali się po całym boisku.

Snape patrzył na grę pustym wzrokiem, wsadziwszy ręce głęboko w kieszenie puchowej kurtki. Blaise zastanawiał się, gdzie też ich trener przebywa teraz myślami, bo na pewno nie w Madrycie.

Tymczasem na boisku napastnik BvB wybiegł do przodu i wywalczył zdecydowanie za dużo miejsca. Miles i Dean byli rozstawieni niebezpiecznie szeroko na bokach obrony zamiast blokować dostęp do bramki, ale za to Theo Nott zdążył dobiec do niego i brutalnym wślizgiem odebrać piłkę.

- Gdzie stoisz?! – zanim zdążył się podnieść z trawy, już upominał obrońców – Gdzie patrzysz?!

Środki przeciwbólowe wzięte w przerwie sprawiały, że wciąż wytrzymywał tempo gry. Z Nevillem rozumiał się prawie bez słów i nie musiał przypominać mu co chwila o ustawieniu i założeniach taktycznych, ale mając wokół siebie tak niezdyscyplinowanych i gorącokrwistych kolegów jak Ritchie i Seamus, oraz będącego wyraźnie pod formą Michaela, Nott poczuł się w obowiązku przyjąć na siebie rolę autorytarnego dowódcy a nie tylko dyrygenta.

Nawet biegając po murawie w białym stroju piłkarskim zachowywał się bardziej jak trener, niż samotny mężczyzna w ciemnej kurtce zawracający właśnie na ławkę rezerwowych.

- Zabini, pobiegaj trochę. Zaraz wchodzisz.

Nawet trzymający się zawsze blisko trenera Dołochow otworzył usta zaskoczony. Olivieira tylko uniósł w górę brwi, ale nie skomentował decyzji Snape'a. Blaise również zacisnął szczęki i posłusznie wyszedł na rozgrzewkę. Sześćdziesiąta siódma minuta. Cholerny Angol próbował z niego zrobić drugiego Gutiego, jokera wychodzącego na końcówkę meczu, który miał ratować wynik. Nie pozwalał mu złapać formy w lidze, ale nie zawahał się wystawiać Włocha w meczu decydującym o miejscu drużyny w grupie śmierci. Snape szykował już sobie alibi na wypadek przegranej.

Truchtanie pomiędzy koczującymi przy boisku fotoreporterami i przedstawicielami kilkudziesięciu stacji telewizyjnych czekających na wielką porażkę Severusa Snape'a, stanowiło wyzwanie samo w sobie. Chwilowo przestał się interesować poczynaniami kolegów. Jednostajny szum dobiegający z trybun oznaczał brak zmiany wyniku. Blaise kątem oka wyłapał jeszcze szarżę Draco i zmianę w drużynie niemieckiej. Czas upływał, a Snape wciąż nie przywoływał go do siebie i wstrzymywał ostatnią zmianę.

Wreszcie, po prawie dziesięciu minutach, Blaise mógł wbiec na murawę Santiago Bernabeu. Wszedł za Cornera i od razu załapał się na wykonanie rzutu rożnego. Trener próbował zwiększyć potencjał ofensywny drużyny kosztem jednego z obrońców.

Na twarzach kolegów odbijało się zmęczenie i stres wywołany wagą meczu. Tylko Draco posłał mu mały uśmiech, zadowolony z obecności przyjaciela na boisku. Szybko zorganizowali akcję z własnej połowy. Blaise ominął drugą linię zawodników BvB zaskoczonych, że w ogóle może wciąż tak szybko biegać. Dostał się w pole karne i podał piłkę Draconowi. Ten przymierzył się mocno, ale odbiła się od obrońcy. Blaise spróbował jeszcze skierować ją do siatki, ale ktoś podstawił mu nogę. Przypomniały mu się okoliczności, w których trafił na stół operacyjny, ale tym razem ból trwał krótko. Wstał i włączył się do gry. Potter oddał mu pozycję za napastnikiem, a sam przesunął się bardziej w prawo wspomóc niewidocznego Erniego MacMillana.

Starali się, naprawdę chcieli lepszego wyniku, ale za każdym razem brakowało czegoś. Mieli więcej strzałów na bramkę, więcej rzutów rożnych i wolnych, nikt z nich nie otrzymał żółtej kartki ani nie został wyrzucony z boiska. Jednak telebim nad wschodnią trybuną wyświetlał tylko jeden rezultat: Real Madryt – 1 : 2 – Borussia Dortmund.

Ernie wreszcie błysnął ładnym dryblingiem na małej przestrzeni między zawodnikami BvB, jednak strzelił prosto w bramkarza, który wybił piłkę. W zamieszaniu prawy skrzydłowy został przewrócony i lekko przydepnięty. Sędzia zlitował się nad nimi i przyznał w związku z tym rzut wolny. Dwadzieścia siedem metrów do bramki to dystans bardziej dla Theo Notta, ale generał zostawił wykonanie go Malfoyowi. Draco potrzebował zdobycia bramki w tak ważnym meczu. Może Złota Piłka znów została w tym roku daleko, poza jego zasięgiem, jednak dla niego liczył się również ranking Castrola, a w dzisiejszym meczu nie nazbierał zbyt dużo punktów. Brakowało mu efektywności.

Dortmundczycy kolektywnie bronili bramki. Nie musieli już dużo biegać. Wystarczała im tylko czujność we własnym polu karnym. Czasem któryś zapędził się na połowę Realu, ale szybko wracał do kolegów. Odbierali piłkę „Królewskim" zanim ci mogli zagrozić ich bramce. Blaise znalazł się właśnie dzięki jednemu z nich w pozycji embrionalnej na trawie, rozcierając stłuczoną kostkę. Sędzia zagwizdał rzut wolny.

Piłkarze ustawili mur. Blaise odszedł dalej. I tak nie mieliby z niego pożytku przy stałym fragmencie gry. Turecki arbiter kazał umieścić piłkę z prawej strony za polem karnym. Odmierzył krokami odległość. Draco i Potter stanęli najbliżej. Rozmawiali cicho, zakrywając usta dłońmi, by kamery nie wychwyciły ruchu warg. Blondyn przyjął charakterystyczną postawę, a Ultrasi zaczęli już wołać jego imię.

Ostatnia minuta i być może ostatnia okazja na wywalczenie remisu. Weidenfeller pokrzykiwał na swoich piłkarzy by się przesunęli w prawo. Rozbiegane spojrzenie Draco na ułamek sekundy spoczęło na Zabinim. Blaise uniósł brwi niedowierzając. Jego przyjaciel jednym gestem mógł zahamować karierę dzieciaka z Niemiec w Madrycie. Przerzucił na jego barki odpowiedzialność za losy meczu.

Po gwizdku Potter podszedł do piłki, przerzucił ją ponad murem. Odbiła się od ziemi przed wyciągającym po nią ręce bramkarzem, tuż obok słupka i wpadła do siatki. A zaraz za nią Finnigan.

Harry wydał z siebie triumfalny okrzyk. Szybko otoczyły go ramiona Theo, Deana i Erniego. Draco roześmiał się i przybił mu piątkę. Ludzie na trybunach wstali i zaczęli entuzjastycznie wymachiwać szalikami.

Zaraz potem trener BvB zdjął Goetzego z boiska. Blaise dostrzegł jak zmęczony Potter odprowadza chłodnym wzrokiem kolegę z reprezentacji. Nagle przypomniał sobie, że Harry i Mario wcale nie musieli być kolegami. Rywalizowali o jedno miejsce w drużynie narodowej, w której grało wielu błyskotliwych pomocników.

Dwadzieścia dwa spotkania bez porażki na własnym stadionie. Tego wieczora obronili Santiago Bernabeu przed inwazją z Niemiec.

Blaise szybko się rozebrał po powrocie do szatni. Harry Potter był dziś bohaterem poklepywanym i chwalonym przez kolegów. Widać było, że nie wie, co robić z nagłą popularnością. Czerwienił się słysząc komplementy. Chciwie przyssał się do butelki z wodą. Był wyczerpany ale szczęśliwy.

Kiedy część piłkarzy poszła pod prysznice, a pozostali zaczęli pakować swoje rzeczy i rozmawiać już spokojniej w mniejszym gronie, ponad ich głosy wybił się okrzyk Seamusa.

- Hej, Bambi!

Blaise zaciekawiony podniósł wzrok. Mający szafkę po drugiej stronie pomieszczenia Potter wyprostował się.

- Łap!

Instynktownie wyciągnął rękę po lecące w jego kierunku kluczyki od samochodu.

- Udanej jazdy! – życzył mu Finnigan.

- Dzięki – Potter spuścił wzrok i schował kluczyki do kieszeni.