AN: Najmocniej przepraszam za tak długą przerwę. Wiele się dzieje wśród ludzi i nie zawsze dobrego. Dlatego też wolałam nie zalewać internetu swoim pesymizmem.
Najserdeczniejsze uściski (i mokry Theo Nott) dla MargotX za jej cierpliwość i komentarze.
Levante UD - 1 : 2 - Real Madryt
To był sen. Krople wody ze zraszaczy załamywały promienie porannego słońca. Wiatr niósł zapach nieodległego morza i gwar miasta. Pike dopiero kończył rozgrzewkę ze swoim trenerem, a pozostali grali w „dziadka". Piłka toczyła się pomiędzy nogami. Jaskrawe kolory butów odcinały się od statecznej zieleni.
Wszyscy byli w dobrych humorach. Śmiali się. Nawet Julien. Chłopak przez kilka długich lat walczył o to, by wrócić do domu. Doskonalił się na boiskach Anglii z marzeniem, by znów przywdziać bordowo-granatowy trykot, a teraz z rozczarowaniem spoglądał na znajome widoki. Ron wolał myśleć, że to Julien się zmienił. Oni pozostali tacy sami jak w czasach, gdy przepychali się między sobą biegnąc do stołówki na obiad. Nie sprzedawali się innym klubom, pozostali wierni.
Chłopak nigdy nie był w Barcelonie pupilkiem kibiców i trenera, ale to właśnie on, jako jedyny, wciąż miał w szafce w szatni zdjęcie Hermiony Granger.
Jak też musiała wyglądać w czasach, kiedy sama grała w piłkę? Z burzą włosów związanych w kucyk, zagrzewająca swoje koleżanki do walki z drugiej linii. Swoją wytrwałością i charyzmą ciągnęła kobiecą drużynę Blaugrany w górę. Jednak trofeów mistrzyń kraju ani repliki medalu olimpijskiego nie eksponowano w gablotach klubowego muzeum. Po latach tułaczki wróciła, by ich również wznieść na wyższy poziom. Ze sportu uczyniła sztukę.
Choć włosy miała teraz krótkie, a oczy bardziej zmęczone, wciąż potrafiła podkręcić piłkę lepiej niż Dennis. Teraz też zaopiekowała się uciekającą z kręgu zawodników futbolówką. Podbiła ją w górę i lekko kopnęła w stronę Anthony'ego. Jej uśmiech powinien zawstydzić samo słońce.
Nigdy nie żywiła do Creeveya matczynej miłości. Ich stosunki w najlepszym wypadku przypominały symbiozę.
- Trenuję najlepszego piłkarza na świecie i mam najlepszą drużynę na świecie – komplementowała ich.
Jednak Ron pod koniec sezonu odnosił wrażenie, że jej pochwały były tylko środkiem prowadzącym do niedostrzegalnego dla nich celu. Kiedyś odważył się o to zapytać.
- Tylko mając najlepszych piłkarzy mogę stać się najlepszym trenerem na świecie – powiedziała po ostatnim treningu przed meczem z Realem.
- Już jesteś najlepsza.
A potem Snape wydarł im zwycięstwo w lidze.
Ron obudził się tuż przed świtem. Na szafce obok łóżka telefon komórkowy wabił go skoczną melodią i jasnym ekranem. Zubi naprawdę mógł wybrać inną porę na kontaktowanie się z zawodnikami.
- Halo… - niechętnie odebrał połączenie.
- Weasley, zrób wreszcie porządek ze swoim bratem-pajacem. Znowu nie trzyma języka za zębami.
Rozmowa zakończyła się gwałtownie.
Ron westchnął i rozmasował policzek. Co też nowego wymyślił George? Przerabiał już samochodowe stłuczki, nielegalne turnieje pokera i spektakularne kłótnie z byłymi dziewczynami.
Na fejsbuku pojawiło się kilka nowych słitfoci z szatni i stonowane zdjęcie z Angeliną. Na stronach internetowych katalońskich gazet jeszcze spokój – dziennikarze późno położyli się spać.
XXX
03GeorgeW_Official o 3.27 napisał: „Draco Malfoy to najciężej pracujący piłkarz, jakiego znam."
X X X
Noc była za krótka. Rano miał ciemne wory pod oczami i odrobinę więcej siwizny we włosach. Odczuwał ciągłe zmęczenie. Było jak ból głowy towarzyszący mu już tak długo, że się przyzwyczaił do niego i nie pamiętał innego życia.
Wypad na osiem godzin do Londynu nie należał do najlepszych pomysłów. Nie żałował tych kilku chwil spędzonych z chłopcami, nawet kłótni z Alexem. Wolałby jednak nie oglądać łez bezsilności spływających po policzkach najmłodszego syna.
Postanowił pozwolić Antoninowi poprowadzić poranny trening. Wszyscy asystenci zapoznali się z całorocznym planem, a dodatkowo co tydzień dostawali od niego szczegółową rozpiskę.
- Mamy przechlapane – powitał go na korytarzu Dołochow – Na całej linii.
Wcisnął Severusowi filiżankę espresso i poszedł za nim do gabinetu.
- Marvolo chce obejrzeć trening.
- To niech sobie ogląda – Snape wzruszył ramionami .
Zmarszczył brwi szukając natchnienia na dnie filiżanki.
- Dlaczego my mamy mieć przechlapane?
- Nie przyszedłeś na pokaz projektu przebudowy Bernabeu.
- Jestem od trzymania jego pupilków w ryzach a nie od wdzięczenia się do potencjalnych sponsorów. Nie mów, że i do ciebie ma pretensje.
Dołochow pokiwał głową. Zmarszczki w kącikach jego oczu pogłębiły się w ostatnich miesiącach. Im obu ten sezon dawał się we znaki.
- Nie żyjemy w średniowieczu – obruszył się Severus.
- Z całym szacunkiem, Sev – Antonin wyprostował się – Ja tu pracuję trochę dłużej. Wcześniej grałem tu przez kilka lat w piłkę. To jedyny klub w Hiszpanii, w którym są częstsze rotacje w sztabie szkoleniowym niż w pierwszej jedenastce.
- Zdążył już na ciebie nawrzeszczeć za to, że mam gdzieś jego pokazówki? – Severus potarł skroń.
Nagle ciśnienie skoczyło mu w górę i nie miało to nic wspólnego z dopiero co wypitą kawą.
Wyciągnął rękę po plik gazet. Dołochow zawahał się.
- Żadna bzdura mnie nie zdziwi – zapewnił asystenta.
El Confidencial grzmiało o wypadzie trenera Los Blancos do Anglii, kataloński AS lamentował nad brakiem profesjonalizmu i prywatą szerzącą się na Bernabeu. Redaktorka z Marcy dla odmiany na drugiej stronie z charakterystyczną dla gazety agresją próbowała wyśledzić dziewczynę Harry'ego Pottera, którą ten podobno znalazł w Madrycie.
- A to od Fletchera – Dołochow wsunął mu do ręki zaklejoną kopertę z plikiem zdjęć i kilkoma zadrukowanymi kartkami papieru.
- Sporo tego dzisiaj. Ktoś miał chyba ciekawą noc – zauważył ponuro Severus.
X X X
Charlie przechadzał się nerwowo po szatni. Theo zerkał na niego kątem oka bardziej zainteresowany rozmową z przyjaciółmi. Polecił Michaelowi serial kryminalny i obrońca po obejrzeniu ostatniego odcinka z zapartym tchem relacjonował swoje wrażenia.
- A potem strzelił w rzuconą kamizelkę z trotylem. Wszystko wybuchło, a jego kumpel wepchnął ich obu do basenu.
Theodore spojrzał w sufit, a następnie po przygotowujących się do treningu kolegach. Trzy komplety zielonkawych dresów wciąż pozostały nietknięte. Kapitan coś desperacko wystukiwał palcem na komórce. Jedna z zatkniętych w spodenki rękawic bramkarskich wysunęła się na podłogę.
- Mógł też strzelić w tego złego. Gość naprawdę był taki denerwujący, że sam bym go zastrzelił.
- Nikt nikogo nie zastrzelił. Rozeszli się w spokoju – Theo wyjaśnił krótko.
- Nie! - zaskoczenie i jednoczesne rozbawienie odjęły na moment Cornerowi kilka lat - Niby dlaczego mieli się rozejść?
- Bo przyjechała policja z jego bratem? Wiesz, tym z MI6 – wtrącił całkiem sensownie Justin.
- Ale to był ostatni odcinek! Czarny charakter zawsze ginie w ostatnim odcinku.
- Po świętach pokażą drugą serię.
Weasley nareszcie zebrał się i podszedł do ich grupy.
- Theo, zaraz musimy wychodzić, a Seamusa wciąż nie ma. Marvolo dziś nas ogląda.
A pierwszy kapitan kompletnie nie wie, co robić w takiej sytuacji.
Nott jeszcze pamiętał Raula. El Siete, wbrew powszechnej opinii, nie był aniołem, ale jego charyzma i poczucie obowiązku trzymały drużynę w kupie. Charlie także był żywą legendą, także zapisał swoje imię złotymi zgłoskami w historii klubu, ale nigdy nie umiał być przywódcą. Theo nie zamierzał go jednak w żaden sposób chronić ani wyręczać. Wierzył, że ludzie powinni się uczyć na własnych błędach, choć i od tej reguły zdarzały się wyjątki. Na przykład Seamus Finnigan.
- Znowu pożrą się z Misterem – zaintonował zgryźliwie Michael.
- Ty też nie pomagasz – odparował Charlie.
Lada moment zacznie powtarzać jak zdarta płyta śpiewkę o jedności i poświęceniu, o tym, że powinni być jedną wielką rodziną. Ciekawe, czy jego młodszy brat powtarza to samo w szatni Barcelony?
X X X
Gumowane podeszwy nowych tenisówek wydawały piskliwe dźwięki na zakrętach. Podkoszulek Harry'ego wciąż miał słabą woń wody kolońskiej poprzedniego właściciela.
Skupił się na plecaku biegnącego przed nimi Rogera Davisa. Coś mu wyleciało z głowy. Dziś mieli przyjść wcześniej. Jakaś pogadanka taktyczna Snape'a i kogoś z biura prasowego klubu. Po treningu każdy rozjeżdżał się w swoją stronę. Mieli swoje zobowiązania względem sponsorów, agentów i najbliższych, więc trener wolał porozmawiać z drużyną, zanim poszczególni zawodnicy zaczęli mu się wymykać i używać dziecinnych wymówek.
Nocą prawie nie spał. Mandy usiłowała subtelnie wyciągnąć od niego coś więcej na temat wyimaginowanej dziewczyny, a Harry wysilał wszystkie szare komórki, by nie wydać się chamem lub żałosnym idiotą.
Dlatego teraz nie zauważył, że Roger zatrzymał się gwałtownie przed wejściem do szatni. Niemiecki pomocnik wylądował na jego plecach. Seamus Finnigan zdążył w ostatniej chwili wyhamować i tylko zaczepił ręką o nich obu.
Na korytarzu stał Dołochow. Asystent trenera miał taką minę jak kot pogłaskany pod włos.
- Dwadzieścia tysięcy euro, Finnigan – poinformował cierpkim głosem.
- Za co?!
- Za spóźnienie i głupotę. Potter i Davies po pięć tysięcy. Za to, że poszliście za nim.
Roger otworzył usta. Szybko przetrawił wiadomość, spuścił głowę i przygarbił się.
- Chyba sobie żartujesz, koleś – Seamus wysunął się do przodu – Nie decydujesz o karach. Jesteś tylko przydupasem Snape'a.
Jakimś cudem ich nocne eskapady znalazły się w kręgu zainteresowań trenera. Nie wróżyło to dobrze, a zachowanie Seamusa tylko podgrzewało atmosferę po niedawnym, nieudanym meczu.
Harry położył koledze dłoń na ramieniu. Miał mu zasugerować, że wykłócanie się o pieniądze nie jest dobrym pomysłem, szczególnie kiedy dniówka podstawowego zawodnika Realu Madryt wynosi znacznie więcej.
- I kolejne dziesięć tysięcy za obrażanie członków sztabu trenerskiego – odezwał się za ich plecami zimny głos ponurego Anglika.
Harry zacisnął usta. Wczepił palce w plecak Rogera i pociągnął go lekko do siebie. Chłopak jednak zamiast się wyprostować, skulił się jeszcze bardziej.
- Panie Davies, nie spodziewałem się po panu tak lekkomyślnego zachowania. Do tej pory wydawał mi się pan odpowiedzialnym, młodym człowiekiem i obiecującym sportowcem. Nieprzestrzeganie diety, włamywanie się na obcy stadion i zadawanie się z towarzystwem o wątpliwych intencjach nie świadczy dobrze o tobie, chłopcze – Snape cedził każde słowo powoli, by zdążyło nasiąknąć odpowiednią porcją jadu – Być może niepotrzebnie dałem ci szansę…
Roger pobladł.
- Hej! – Seamus podniósł głos.
- Proszę pana, to nie tak… - zaczął wyjaśniać Harry.
Nie chciał być świadkiem kłótni, której skutki odbiłyby się na jego kolegach.
- Do szatni, Potter – pospieszył go cicho Dołochow.
Dwa razy nie trzeba było mu powtarzać.
- Hej, Harry!
Powitało go kilka głosów. Jack wyściskał go jakby nie widzieli się całe wieki.
Chłopców z Castilli było tego ranka jakby więcej. Otoczyli natychmiast Rogera. Charlie Weasley podniósł wzrok.
- Harry, widziałeś może Seamusa?
Zdążył tylko wskazać na drzwi, przez które wepchnął się poczerwieniały obrońca.
- Jesteś pan bezużyteczną szmatą! Nawet Katalońce pana nie chcieli! Nasz prezes musiał paść na głowę, że pana zatrudnił!
- Zachowujesz się, jakbyś miał dziesięć lat mniej – za nim nadciągnęła gradowa chmura w postaci Severusa Snape'a – Mój syn jest bardziej dojrzały od ciebie, Finnigan.
- Nieszczęśliwy musi być dzieciak, któremu się trafił taki pizdowaty ojciec.
Dołochow przezornie zagrodził wejście, by nikt z obsługi nie zobaczył, co się dzieje w szatni.
- Nie obchodzi mnie, co robisz w wolnym czasie, dopóki nie szkodzisz klubowi.
- To pan szkodzisz Realowi!
Snape miał ochotę zabić obrońcę. Miał morderstwo w oczach.
- Seamus! – zawołał kolegę Dean Thomas – Co tym razem odwaliłeś?
- Włamaliśmy się na stadion Rayo – wymruczał przycupnięty niedaleko Harry'ego Ernie MacMillan, na tyle cicho, by nie zwrócić na siebie uwagi trenera.
Dean zaniósł się śmiechem, a siedzący obok niego Miles Bletchley popatrzył zdegustowany na kolegów.
- To ty zadajesz się z dziwkami, którym płaci Slughorn. Po tylu latach w Madrycie mógłbyś się wreszcie nauczyć trzymać swój interes w spodniach.
Sądząc po minach większości zebranych, fakt korzystania przez klub z agencji detektywistycznych nie zrobił na nich wrażenia. Byli ciągle na świeczniku mediów. To zrozumiałe, że ludzie z biura prasowego nie chcieli dać się zaskoczyć miejscowej prasie.
- Masz pan tupet – Finnigan pokiwał głową z uznaniem, ale jego gniew nie osłabł ani trochę – Od jak dawna nas śledzą? Tak nam pan ufasz? I jeszcze nalega Pan byśmy to my zaufali.
- Seamus, daj spokój – Charlie Weasley stanął obok przyjaciela i dotknął jego ręki.
- Nie.
- Nie prowokuj. I tak on wkrótce odejdzie.
Snape zmarszczył brwi i popatrzył przeciągle na kapitana. Na jego twarzy wykwitł brzydki uśmiech.
Charlie uniósł hardo głowę i nie odwracał od niego wzroku.
- Czyżby miał pan jakieś nowe plotki od Pansy Parkinson? W końcu chodzi tak często z Tracey na zakupy. Chce pan się ze mną czymś podzielić?
- Trenerzy się zmieniają, drużyna zostaje – powiedział spokojnie bramkarz.
- Piłkarze też się zmieniają – zasugerował lodowatym tonem Snape.
- Nie ruszy mnie pan.
- Marvolo zatrudnił mnie po to, bym stworzył zespół.
- Jesteśmy zespołem. Jesteśmy zjednoczeni – zapewnił Charlie – Dobro Realu Madryt leży każdemu z nas na sercu.
- A jednak… - czarnowłosy mężczyzna popatrzył na niego przeciągle – … sam kapitan stawia towarzystwo dziennikarzy ponad własny klub.
Charlie pierwszy odwrócił wzrok. Zacisnął dłonie w pięści.
Harry śledził wymianę zdań z zapartym tchem. Pierwszy raz słyszał o powiązaniach kapitana z madryckimi mediami. Weasley nawet temu nie zaprzeczał.
- Nie jestem kretem. Wiem, kiedy mam milczeć.
W szatni zapadła cisza.
- Właśnie – podchwycił Seamus – Chętnie w ogóle bym się do pana nie odzywał.
- Ależ proszę, Finnigan, zrób mi tę przyjemność.
Michael Corner zakaszlał znacząco, by zwrócić na siebie uwagę trwających w impasie mężczyzn.
Złożył dłonie i posłał przepraszający uśmiech.
- To co? Możemy już iść na boisko?
Dołochow otworzył drzwi. Piłkarze nie potrzebowali większej zachęty. Z ulgą wydostali się z szatni. Świat poza nią wydawał się jaśniejszy i oddychało się lżej.
Harry ostatni raz zerknął na trzech stojących pośrodku pomieszczenia mężczyzn i wybiegł na dwór.
X X X
Wilgotność powietrza przed meczem wynosiła sto procent. Harry czekając w tunelu i ściskając dłoń chłopczyka równie nieszczęśliwego jak pozostałych dziesięciu, dowiedział się od kolegów jeszcze kilku ciekawostek. Że, jak na Katalończyków przystało, miejscowi nie przepadają za gośćmi z Madrytu, mają stroje łudząco podobne do Blaugrany i są pieszczotliwie nazywani „żabami". Gospodarze pałętali się w ogonie ligowej tabeli, ale u siebie nikomu nie odpuszczali.
W trakcie meczu przekonał się o prawdziwości tych informacji.
Po wyjściu z tunelu runęła na niego ściana zimnej wody. W ciągu sekundy miał mokre całe ubranie, z bielizną włącznie. Stadion miejski Walencji przypominał ogromną wannę. Pogoda na szczęście nie odstraszyła kibiców, którzy zapełnili większą część trybun.
Piłkarze byli podenerwowani, że główny sędzia nie odwołał spotkania. Mieli w perspektywie dwie godziny taplania się w błocie.
Harry nie kojarzył ich twarzy, ale wyczuł, że trzeba na nich bardzo uważać. W czerwono-niebieskich podkoszulkach wyglądali jak trochę więksi i masywniejsi gracze Barçy.
Choroby i kontuzje znów przetrzebiły Królewskich. Żałował, że nie ma z nim Neville'a, Terry'ego i Zacha. Nominalnym napastnikiem tego dnia został Draco.
Harry szybko podłączył się pod pierwszą akcję. Kilka krótkich podań wszerz boiska i do przodu, do Malfoya. Nagle blondyn upadł ścięty łokciem jednego z obrońców gospodarzy.
Mokra koszulka opinała jego idealnie wyrzeźbione ciało. Getry, podciągnięte do kolan, już zdążył pobrudzić trawą i błotem. Deszcz nie zniszczył jeszcze jego fryzury, ale spływająca po wykrzywionej z bólu twarzy woda zaczęła mieszać się z krwią.
- Medycy! – zawołał donośnie Theo, zanim jeszcze sędzia zdążył przerwać mecz.
- Stary! Jak się czujesz?
- O rany… Ale ci przygrzmocił!
Harry podbiegł z kolegami bliżej. Szybko musieli zrobić miejsce sanitariuszom zaopatrzonym w nosze i duże torby.
- Mogę grać… - jęczał cicho Malfoy – Mogę grać. Tylko zróbcie coś, żebym widział…
Snape dreptał niespokojnie przy linii bocznej boiska.
- To oko… Siatkówka mogła ci się odkleić.
Jeden z sanitariuszy zaświecił mu małą latarką po oczach, drugi próbował zatamować krew. Draco wyglądał jak ofiara wypadku samochodowego, w brudnym ubraniu i z twarzą umazaną na czerwono.
- Mogę grać… - upierał się.
- Możesz stracić wzrok – martwił się Graham.
- Zabierajcie go stamtąd! – krzyknął Snape i kazał Daviesowi rozpocząć rozgrzewkę.
Harry patrzył bezradnie, jak Draco daje się zaciągnąć poza obszar boiska, gdzie mogli nim się zająć medycy. Dopadł do niego również trener, ale obaj szybko zniknęli wśród otaczających ich ludzi ze sztabu trenerskiego.
- Ballesteros! – zawył groźnie Seamus i ruszył na sprawcę wypadku.
- Opanuj się, człowieku!
Zawodnicy obu drużyn natychmiast ruszyli ich odseparować.
- Chcesz być bokserem, co?! To nie ring tylko stadion!
- Seamus, to nie czas i miejsce – Theo odciągnął gorącokrwistego obrońcę od równie nabuzowanego piłkarza gospodarzy – Gramy. Wracaj na pozycję.
Harry również posłuchał tej rady. Próbował podawać piłkę, ale w obecnych warunkach nie chciała się toczyć po trawie.
Kilka minut później dziewczęcy pisk obwieścił powrót Malfoya na murawę. Draco wciąż wyglądał okropnie. Prawie nie widział na lewe oko. Na łuku brwiowym założono mu kilka prowizorycznych szwów i opatrunek, aby powstrzymać krwawienie. Musiał zmienić koszulkę na czystą, a wszystko na oczach kibiców i reporterów.
- Guapo! Guapo!
Kilka dziewcząt ubranych w barwy miejscowej drużyny, zachwyciło się nagim torsem madryckiego piłkarza. Harry przystanął na moment by skoncentrować się ponownie na grze.
Musiał uważać na każdy krok. Zawodnicy ślizgali się i przewracali. Każde bardziej agresywne zagranie mogło zakończyć się kontuzją. Widok Draco z twarzą we krwi wstrząsnął nie tylko niemieckim pomocnikiem. Ich koledzy poruszali się nerwowo, coraz bardziej sfrustrowani niemożnością przeprowadzenia składnej były tak fatalne, że Theo przestał podawać piłkę dołem. Posępnym spojrzeniem odstraszał zbliżających się do niego przeciwników i trzymał w ryzach kolegów z obrony. Nawet Seamus nie odważył się wyłamać z szyku.
Wymiana pozycji pomiędzy Malfoyem i MacMillanem oraz próba dryblingu po grząskiej nawierzchni zakończyły się upadkiem wielu zawodników i dziwną kombinacją fragmentów ciał wystających ponad warstwą wody. Draco i jego niedoszły zabójca zostali obdarzeni przez sędziego głównego żółtymi kartkami i poradą, by ochłodzili głowy.
Dwie minuty po tym zdarzeniu Theo Nott podszedł do wykonania rzutu wolnego. Ujął się pod boki, łypnął złośliwie w kierunku bramki Munuy i mocno kopnął piłkę. Wśród walczących o nią zawodników nie mogło zabraknąć Draco. Skrzydłowy nie przepychał się pod samą bramkę, ale piłka odbiła się od kogoś z muru i poleciała w bok. Sprawnie przyjął ją i ładnym wolejem skierował ponownie między słupki.
Do końca pierwszej połowy utrzymali prowadzenie. Zeszli z murawy usatysfakcjonowani wynikiem, choć wciąż podirytowani przebiegiem spotkania.
- Ruchy, ruchy! – poganiał ich Dołochow – Wyskakiwać z ubrań.
- I tak zmoknę! – żalił się Ritchie – Zmoknę i zmarznę.
Charlie wykręcił rękawice z wody.
- Czuję się, jakby moje ręce ważyły tonę. Ciężko jest wyłapywać futbolówkę.
Trener oddał Dracona pod opiekę sanitariuszy. Nie zanosiło się na to, by francuski skrzydłowy miał wrócić na drugą połowę meczu.
- Finch-Fletchley, wychodzisz po przerwie – oznajmił Snape – Zacieśnić obronę i utrzymać wynik. Nie chcę mieć tu więcej połamańców.
Druga połowa meczu okazała się dla Harry'ego równie frustrująca. Deszcz nie zelżał ani trochę. Co prawda zabrakło Draco w półprzeźroczystym, mokrym podkoszulku, ale podkoszulek Theo Notta wyglądał równie interesująco. Do tego podnoszący się po kolejnym bliskim kontakcie z murawą Michael Corner udowadniał przed kamerami, że trzydziestolatek też może mieć zgrabny i jędrny tyłek.
W sześćdziesiątej drugiej minucie stracili głupio bramkę, co podniosło ciśnienie obrońcom. Musieli wygrać w Walencji. Każda inna opcja oddalała ich od Barçy i od mistrzostwa.
Snape zdjął Cornera i wprowadził Blaise'a Zabiniego. Normalnie Harry podryfowałby na prawą stronę, ale czarnoskóry Włoch gestem kazał mu zostać pośrodku formacji. Przekazał Jackowi Sloperowi i Erniemu polecenia trenera i zajął pozycję napastnika.
Lewa strona boiska okazała się dla Jacka nieszczęśliwa. Gdy po zmianie otrzymał piłkę i wypuścił się sprintem w kierunku Munuy i jego bramki, Navarro wpadł na niego od tyłu. Jack zwinął się z bólu. Taki faul przy grze na przesiąkniętym wodą podłożu mógł zakończyć karierę madryckiego wychowanka.
Navarro otrzymał od sędziego żółtą kartkę i ostre słowne napomnienie, a Real Madryt dostał na pocieszenie rzut karny. Biała plama z kredy na trawie prawie się rozmyła. Do jedenastki podszedł zły i zmoknięty Theo Nott. Munua odczytał jego zamiar bezbłędnie i złapał piłkę.
Od tej chwili mecz zaczął przypominać rozgrywki tenisa. Jedyną różnicę stanowiła liczba graczy na murawie. Harry nie był szczególnie wybitnym specjalistą w grze górą. Nie miał takiego wzrostu jak Ernie czy Justin, ani tak mocnego odbicia jak Dean czy Seamus. Do tego po jednym z fauli, poznał, jak smakuje deszczówka na stadionie miejskim w Walencji i zaczęła mu dokuczać stopa. Ukłucie pomiędzy palcami towarzyszyło przenoszeniu ciężaru ciała na prawą stronę. Dał znać Blaise'owi, który aktualnie biegał bliżej trenera. Snape i tak planował jeszcze jedną zmianę. Roger Davies już truchtał i machał rękoma.
Z głośników stadionowych dobiegł komunikat:
- Real Madryt. Ostatnia zmiana. Wchodzi Roger Davies za Harry'ego Pottera.
Niemiec ucieszył się, że pomimo gróźb trener jednak dał młodemu napastnikowi szansę, by pograł choć przez dziesięć minut.
- Strzel bramkę – Harry klepnął go w tyłek schodząc z boiska.
Roger wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Poznaj mnie z twoją dziewczyną – odparł wesoło.
Snape poklepał Harry'ego po głowie bojąc się pewnie pobrudzić kurtkę bardziej wylewnym gestem.
- Do szatni – polecił.
- Gorący prysznic, suche ciuchy i rentgen stopy – dodał senior Olivieira.
Zgarnął Harry'ego pod ramię i zabrał go z deszczu.
- Gdybyśmy nie dbali o ciebie, wasz selekcjoner pogoniłby mistera do samego Monachium – zażartował.
Jorge, masażysta o anielskich dłoniach i przyjaznym uśmiechu, już czekał na niego z dużym ręcznikiem i butelką napoju izotonicznego. Gdzieś tam w strugach deszczu Roger Davies świętował strzelonego gola.
Dla Harry'ego wieczór kończył się optymistycznie. Ominęły go wydarzenia ze strefy mieszanej tuż po meczu. Dopiero w autokarze z kubkiem gorącej kawy i równie gorącymi hitami kolumbijskiej piosenkarki płynącymi z odtwarzacza kierowcy wysłuchiwał od kolegów relacji o starciu Deana Thomasa z Ballesterosem, złośliwych komentarzach Seamusa Finnigana pod adresem gospodarzy, mściwych spojrzeniach Theo Notta skierowanych na piłkarzy, którzy śmieli faulować jego kolegów i narzekaniu Snape'a na sędziowanie.
