Rozdział dedykuję mojej przyjaciółce Uli. Przeżywamy teraz ciężkie chwile i mogę mieć tylko nadzieję, że nasza przyjaźń przetrwa pomimo zawirowań losu.
Real Madryt – 5 : 1 – Athletic Bilbao
Neville nareszcie mógł wziąć udział w normalnym treningu. Żadnych masażystów i ćwiczeń rozciągających na macie, koniec z rozgrzewkami po drugiej stronie boiska, kiedy cała ekipa żartuje sobie grając w dziadka, albo prowadzi mokrą wojnę na amunicję z bidonów.
Gdyby nie Lee Jordan rozciągany przez rehabilitanta na macie obok, Neville umarłby z nudów. Okazjonalnie pojawiali się na siłowni i inni: Zach Smith, Theo Nott, Jack Sloper czy Justin Finch-Fletchley. Trzy razy w tygodniu dołączał do nich Blaise Zabini, by wzmocnić kolana, oraz Draco Malfoy. Francuz miał poważną obsesję na punkcie własnego wyglądu. Korzystał ze sprzętów pod okiem specjalisty, by utrzymać idealne proporcje między szybkością i siłą, muskulaturą i elastycznością.
Neville jednak najbardziej przyzwyczaił się do Lee Jordana. Obrońca nigdy nie siedział cicho. Nadawał jak ogólnokrajowa rozgłośnia radiowa o wszystkim. Młody Niemiec poznał zastraszającą liczbę hitów latynoamerykańskich piosenkarek, obejrzał setki zdjęć Jordana Juniora z burzą czarnych, kręconych włosów, w towarzystwie uroczej mamy i pulchnej babci. Dowiedział się też, że teściowie nie przepadają za rodzicami piłkarza, nienawidzą jego psa, ale ogólnie da się z nimi wytrzymać, bo rzadko wyjeżdżają z Fortalezy. Dostał recenzje najlepszych hiszpańskich reality show i kilka streszczeń popularnych seriali komediowych. Zauważył również, że Lee upodobał sobie wrzucanie ich wspólnych zdjęć na swoje profile w portalach społecznościowych.
W szatni w Valdebebas natężenie decybeli było chyba mniejsze niż na siłowni i w gabinecie rehabilitacyjnym, mimo rytmicznych dźwięków dobywających się z telefonu Grahama Montague okraszonych pojękiwaniami francuskiej piosenkarki.
Gdy razem z Terry'm Bootem weszli do środka, zastali Deana Thomasa udzielającego nieszczególnie zainteresowanemu Milesowi Bletchleyowi porad życiowych i sercowych. Pod pierwszą szafką siedział naburmuszony Charlie, a nad nim stał z zatroskaną miną Seamus Finnigan.
- Nie jestem – upierał się przy czymś kapitan – Mówiłem ci, że nie jestem.
- To mu to powiedz – obrońca przeczesał krótkie włosy w geście zakłopotania.
- Ha! Myślisz, że mi uwierzy? On już wszędzie wietrzy spiski. Jakaś paranoja…
- Może zwołaj konferencję prasową. Jakiś wywiad dla Marcy. Pogadaj z Pansy Parkinson.
Charlie zaśmiał się gorzko.
- Przecież on i tak wierzy, że gadam z Pansy.
- Terry! Nev!
Jack Sloper rzucił się na wchodzących. Nie wiedział, któremu uwiesić się najpierw na plecach.
Charlie Weasley błyskawicznie się rozchmurzył. Wydobył z torby komórkę i zrobił im zdjęcie.
- Nareszcie trochę zimnej krwi w szatni – jego uśmiech jednak nie sięgał oczu.
- Hej! Przecież ja też jestem opanowany! – zawołał Dean Thomas.
Wszyscy wybuchli śmiechem. Dean w szatni był facetem, którego można do rany przyłożyć. Kolegom by nieba przychylił. Niestety podczas meczów bardzo przejmował się swoją rolą i dawał się łatwo ponieść negatywnym emocjom.
- A kto leciał w niedzielę za Bellesterosem i groził, że, cytuję: dostanie wpierdol? – zapytał Michael Corner unosząc brwi.
- Cesarz! – Dean wskazał palcem Seamusa.
Spowodował tym jeszcze większy śmiech.
- Byłeś zaraz za mną – przypomniał mu drugi kapitan – Prawda, że był zaraz za mną? – zaczął szukać popleczników wśród tych, którzy widzieli całe zdarzenie.
- Dobrze być znowu z powrotem – powiedział cicho Neville.
Terry posłał mu uśmiech, klepnął po plecach i schował się w łazience. Za to pojawił się przed nim Harry.
Jego najlepszy przyjaciel miał już na sobie spodenki i koszulkę, ale czarnych klapek i uciskowych podkolanówek nie zamienił na obuwie sportowe.
- Cześć… - Neville wyciągnął do niego rękę.
Nie umiał do końca rozszyfrować nastroju Pottera. Przez pierwsze tygodnie w Madrycie mieli siebie praktycznie na wyłączność, a teraz nawet hiszpańskiego uczyli się oddzielnie. Neville został przydzielony do czteroosobowej grupy z Grahamem i dwoma koszykarzami Realu, a Harry wylądował w bardziej egzotycznym towarzystwie rosyjskiego tenisisty, Milesa Bletchleya i jego kolegi z belgijskiej reprezentacji, który trafił do Hiszpanii na wypożyczenie. Potter wolał towarzystwo Finnigana, MacMillana i kilku chłopaków z Castilli.
Ale teraz Harry wpatrywał się w niego z niespotykaną intensywnością. Dolna warga drżała mu lekko. Nagle chwycił dłoń Neville'a i przyciągnął go do siebie.
- Tęskniłem za tobą – wyszeptał Harry po niemiecku.
Neville zamarł w jego objęciach. Nie wiedział, co powiedzieć. Odchrząknął tylko.
Potter odsunął się nieco i przybrał przepraszającą minę.
- Wierz mi, bez ciebie to tutaj jest czasem istny dom wariatów.
- To co? Teraz zamiana? – Draco wyrósł obok nich i ścisnął Neville'a za ramię.
Uśmiechnął się lekko, ale część jego twarzy wydawała się wciąż sparaliżowana. Nad okiem wyrósł mu ogromny, kolorowy siniak, podkreślający sterylną biel plastra.
- Na to wygląda. Boli?
- Da się wytrzymać – Draco wzruszył ramionami – To tylko trzy szwy, ale Mister nie chce mnie wpuścić na trening.
- No to zostaje ci siłownia i Lee Jordan FM.
Zaśmiał się donośnie i drugą ręką objął Harry'ego.
- Liczę na to, że odciągniesz jego uwagę – wyznał i oddalił się od nich w kierunku Grahama i Deana.
- Licz na siebie – wymamrotał pod nosem zdruzgotany Harry.
Towarzystwo Malfoya w obcisłym podkoszulku, zlanego potem i prężącego mięśnie musiało być dla młodego pomocnika udręką.
- Poproś o sesję w gabinecie rehabilitacyjnym – zasugerował cicho Neville porzuciwszy znaną wszystkim w szatni w różnym stopniu angielszczyznę.
- Prześwietlili mnie. To tylko drobny uraz kostki – Harry pokręcił głową – Nie mam co liczyć na sesję za zamkniętymi drzwiami.
- Ej! Żadnych nazistowskich języków w szatni! No German! No German!
Harry posłał ich kolegom przepraszający uśmiech.
- Lo siento. Pardon. Me olvidé.
X X X
Spojrzał w niebo, odetchnął czystym powietrzem i włożył słuchawki do uszu. Listopadowe poranki trwały krótko, ale dawały mu poczucie anonimowości. Właściciele małych sklepików i kierowcy samochodów dostawczych nie interesowali się gwiazdami sportu. Ludzie sprzątający ulice nie zawracali sobie głowy krążącym po ich dzielnicy obcym chłopakiem.
Harry zaczął wychodzić na samotne spacery jeszcze zanim Syriusz zniknął z Madrytu. Wcześniej wyganiała go z mieszkania obecność ojca chrzestnego, a teraz dusząca cisza. Może po prostu brakowało mu kogoś, na kogo mógłby bezpiecznie ponarzekać. Negatywne emocje starał się trzymać z daleka od Valdebebas. I bez tego tarcia pomiędzy trenerem i kapitanami zagęszczały atmosferę.
Pustki w parku i przytłumione odgłosy przejeżdżających niedaleko samochodów pomagały Harry'emu nieco się wyciszyć. Odkładał na bok wydarzenia w pracy, dziennikarskie plotki i myśli o Draco. Malfoy w szatni okazał się całkiem inną osobą, niż kreowana w mediach francuska gwiazda. Bardziej wyrozumiały, lojalny, mocno związany z przyjaciółmi. Wciąż miewał humory i czasem zachowywał się jak panicz z arystokratycznego domu, ale chwilę później uśmiechał się do Zabiniego, albo zapraszał rodzinę Thomasów na obiad. I wtedy Harry'emu ściskało się serce, bo wiedział, że nigdy nie będzie częścią jego świata.
Nie zapuszczał się daleko. Preferował wydeptaną ścieżkę biegnącą równolegle do ogrodzenia, z której korzystali tylko poranni biegacze, lub staruszkowie. Po dwóch kwadransach zawrócił do domu. Kiedy zbliżał się do znajomych budynków, usłyszał za sobą wołanie.
- Hej! Hej!
Zdjął słuchawki i wepchnął je do kieszeni spodni razem z kluczami. Obejrzał się.
Blondwłosa sąsiadka tym razem nie dźwigała żadnych niewymiarowych pakunków. Nawet nie miała torby w indiańskie wzorki czy plecaka w pacyfki.
Harry powoli wypuścił powietrze z płuc. Spodziewał się już napaści zbirów wynajętych przez Slughorna, albo zatroskanej figury Sybilli Trelawney sunącej z drugiego końca ulicy, mamroczącej pod nosem katastroficzne proroctwa dotyczące Toma Marvolo. Na szczęście zobaczył przyjazną twarz, choć wzrok młodej kobiety wędrował niespokojnie na boki. Pewnie zapomniała kluczy.
- Hola! – przywitała się i natychmiast nerwowo przygryzła dolną wargę – Ty… jesteś znanym futbolistą, prawda?
Jej angielski brzmiał dziwnie. Miała ciężki akcent charakteryzujący kontynentalnych Europejczyków, którego nie mogli zrozumieć rodowici Anglicy, ale który nie sprawiał absolutnie problemów w komunikacji Bułgarów z Flamandami, czy Szwedów z Portugalczykami. Rodzice Harry'ego nienawidzili takiej profanacji ojczystego języka. Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu na samą myśl.
- Harry. Potter – chyba już najwyższa pora, by się przedstawić.
Dziewczyna wyprostowała się i z nową energią wyciągnęła na powitanie rękę.
- Luna Amorbuena.
I kiedy już ją ściskał i miał po dżentelmeńsku otworzyć drzwi, jego młoda sąsiadka nagle wypaliła.
- Myślę, że potrzebujesz dziewczyny.
Zastygł na ułamek sekundy.
- Nie. Nie potrzebuję dziewczyny – zapewnił szybko.
- Jesteś gejem. Grasz w piłkę. Potrzebujesz dziewczyny.
- Nie jestem gejem.
Otworzył drzwi i wciągnął ją do wnętrza budynku. Obejrzał się, ale w pustym hallu panował spokój. Ochroniarz z nocnej zmiany krzątał się po przeszklonej portierni i robił sobie kawę.
Harry nachylił się nad Luną i zniżył głos.
- Nie jestem gejem – powtórzył – I nie potrzebuję dziewczyny.
Jego sąsiadka próbowała stłumić pełen politowania uśmiech.
Dał się podejść jak małe dziecko. Zaklął cicho.
- Nie martw się. To nie jest takie oczywiste – zerknęła w kierunku portierni, ale łysiejący mężczyzna nie zwracał na nich uwagi – Po prostu widzę to, czego inni nie widzą.
- Ja nie…
- Za mało się wściekasz i za mocno się przejmujesz – skwitowała – Nie zamierzam rozpowiadać o tym na lewo i prawo.
Wsadziła dłonie do kieszeni spodni i przybrała pełną oczekiwania pozę.
Harry westchnął, przejechał palcami po włosach i niechętnie zaprosił sąsiadkę do siebie. Musiał jakoś wybrnąć z kłopotów.
- Kawa, herbata, piwo? – zaproponował kręcącej się po salonie dziewczynie.
- Nie chciałam cię szantażować – powiedziała cicho.
- Nie? – uniósł w górę brwi – Kurczę, po prostu jakoś ci tak wyszło. Jestem nowy w Madrycie, jestem Niemcem. Może po prostu chciałem być kulturalny?
Luna podeszła do niego i wzięła jego dłoń w swoje dłonie. Oglądała ją z dziwną fascynacją.
- Jesteś sam. Musisz zacząć się pokazywać publicznie z kobietą, bo zaczną o tobie krążyć plotki.
- Mam ci zapłacić? – zapytał twardo.
Skrzywiła się, ale przynajmniej zostawiła jego rękę w spokoju.
- Nie chcę pieniędzy. Samo towarzystwo znanego sportowca pomoże mi podreperować budżet.
Jeszcze raz ogarnęła wzrokiem przestronny salon.
- Duże mieszkanie… To kiedy mogę się wprowadzić?
- Nigdy? – Harry zagrodził jej drogę.
Przyznał w myślach, że blondynka ma trochę racji. W Bremie niektórzy piłkarze zmieniali towarzyszki jak przepocone podkoszulki, które straciły zapach nowości i nieprzyjemnie lepiły się do skóry. Harry'ego nigdy nie widziano w towarzystwie egzotycznych tancerek, modelek czy piosenkarek z podrzędnych barów próbujących się wybić w świecie dzięki bardziej znanemu partnerowi. W klubie zaczęto spekulować, szeptać za jego plecami, aż w końcu zaplanowano się go pozbyć. Dla dobra ogółu.
- Jesteś za mało przekonujący – stwierdziła krótko Luna.
- Dobrze mi z tym.
Jej mina wskazywała dobitnie, że nie wierzy w zdolności aktorskie Harry'ego, ale jest na tyle zdeterminowana, by mu pomóc. Nie wyczuwał w niej złej woli, raczej cień desperacji. Cichą nadzieję, że i ona przez te kilka tygodni będzie mogła liczyć na jego wsparcie.
X X X
Trener nie ryzykował jego zdrowia. Mimo zapewnień Neville'a, że czuje się dobrze, od pierwszej minuty obok Theo Notta wystawił Ritchie'go Coote'a. Przynajmniej rotował składem, na tyle, by nikt nie poczuł się zapomniany.
Snape z upływem dni stawał się coraz bardziej kąśliwy. Potrafił ostro skrytykować swoje gwiazdki. Szczególnie upodobał sobie Charliego, Seamusa i Draco. Kapitanom zarzucał brak formy, a blondwłosemu Francuzowi wypominał niechęć do współpracy w defensywie. Czepiał się Erniego za bezmyślne bieganie po boisku i Deana Thomasa za głupie faule. Wzdychał nad rozpieszczonymi beztalenciami ze szkółki i ciągle zwracał uwagę Harry'emu by nie bujał w obłokach. Gdyby jednak przymknąć oko na codzienne złośliwości, to okazałoby się, że trener doskonale się orientuje w problemach prywatnych zawodników, monitoruje postępy kontuzjowanych i pieczołowicie przygotowuje treningi.
Neville zachował spokój. Za przykładem Snape'a otulił się puchową kurtką i wcisnął się w fotel w drugim rzędzie ławki rezerwowych. Czekał na obiecane dwadzieścia minut w końcówce meczu i wymieniał z Ernie'm MacMillanem uwagi na temat przebiegu gry. Obaj nie mogli jednoznacznie zadecydować, czy to Real gra tak dobrze, czy też Athletic Bilbao tak źle. Baskijskie „Lwy" nie miały pomysłu nawet na skuteczną obronę. Spodziewał się więcej po zawodnikach tak rygorystycznie dobieranych przez klub. W Athletiku grali przede wszystkim wychowankowie. Egzotyczne imiona na koszulkach świadczyły o baskijskim pochodzeniu ich właścicieli. Nienawiść do wszystkiego, co kojarzy się z hiszpańską stolicą powinni mieć we krwi, jednak w tunelu ciepło przywitali się z Theo i Charlie'm.
Koledzy Neville'a z ławki rezerwowych zachwycali się zagraniami Malfoya. Draco jednak grał tego wieczora równie pięknie, co nieskutecznie. Inni mieli więcej szczęścia. Finnigan w trzydziestej minucie wyskoczył do piłki, którą Harry posłał z rzutu rożnego. Zanim ucieszeni golem koledzy zdążyli go dopaść, Seamus w podskokach zgarnął Pottera i ścisnął go tak mocno, że młodemu pomocnikowi oczy prawie wylazły na wierzch.
Chwilę później Terry Boot całował herb klubu wyhaftowany na koszulce i pozdrawiał kibiców.
Drugą połowę rozpoczęli z trójbramkową zaliczką i Severusem Snape'm łypiącym na murawę niczym sęp na ogołocone kości. Żadnego optymizmu, zero zaangażowania w wydarzenia na boisku.
Nie mrugnął okiem nawet kiedy Harry, Terry i Draco przeprowadzili koronkową akcję zakończoną golem Harry'ego. Nim jego przyjaciel wyswobodził się z objęć kolegów i zdążył posłać buziaka w kierunku trybun, Neville już truchtał przy linii bocznej. Wprawił w ruch mięśnie i rozgrzał ciało.
Dołochow zagadnął sędziego technicznego i Harry Potter, żegnany przez kibiców zasłużoną owacją, zszedł z murawy.
Gdyby przeciwnik był bardziej wymagający a spotkanie decydowało o awansie w ważnych rozgrywkach, w szatni na Bernabeu pojawiłaby się pizza i słabe piwo. Snape utemperował jednak nastroje przypomnieniem o czekającym zawodników meczu z mistrzami Anglii. Zanim Finnigan skończył podrywać dziennikarki w strefie mieszanej, a Michael Corner wygłosił przed kamerami deklarację wierności trenerowi i klubowi, część piłkarzy zdążyła dyskretnie się ulotnić. Wyświetlacz w komórce Neville'a wskazywał pierwszą w nocy, gdy wychodzili z Harry'm na parking. Byli zmęczeni ale szczęśliwi. Obaj wpisali się tego wieczora na listę strzelców.
Potter wciąż miał kluczyki od srebrnego auta drugiego kapitana i często z niego korzystał. Neville przyjmując propozycję podwiezienia do domu nie spodziewał się tylko, że na masce samochodu będzie na nich czekać piękna blondynka w obcisłych jeansach i krótkiej kurtce.
- Harry!
Podbiegła do jego przyjaciela, uwiesiła się mu na szyi i cmoknęła w policzek. Ręce Pottera objęły ją w talii.
Neville nie wiedział, czy czuć się jak piąte koło u wozu, czy się uszczypnąć.
- Hej… - Harry uśmiechnął się do niej – Podobało ci się?
- Jeszcze nigdy nie widziałam meczu z tak bliska. Byłeś super!
- Jutro znowu napiszą, że tylko stałem i gapiłem się jak trawa rośnie – wymamrotał spuszczając wzrok.
Zarumienił się lekko.
- Ty nie stoisz. Ty szukasz sobie miejsca – powiedziała nieco ciszej dziewczyna – I dzięki za buziaka po golu.
Harry nabrał mocniejszych kolorów. Odchrząknął. Odsunął się trochę od blondynki, ale wciąż obejmował ją w pasie.
- Luno, to Neville. Mój najlepszy przyjaciel.
- Miło mi cię poznać – wyciągnięta w kierunku Neville'a dłoń była gładka, ciepła i zaskakująco mocna.
- Nev, to Luna. Moja dziewczyna.
AN: Chcę zapewnić, że nie zamierzam opuszczać tego opowiadania. Nowe rozdziały będą pojawiać się rzadziej niż rok temu, ale myślę, że uda mi się coś wrzucić przynajmniej raz w miesiącu.
Pamiętajcie, że autorzy nie wiedzą, ilu mają czytelników. Mamy oczywiście statystyki wejść, ale nie mówią nam one, czy zyskaliśmy trzech wiernych czytelników komentujących i wchodzących na opowiadanie, by sprawdzić, co nowego, czy też sto przypadkowych osób zaglądnęło do pierwszego/ostatniego rozdziału i nie wytrzymało przerostu „drama" nad „romance". Miłość na koniec odnajdzie Harry'ego, ale chodzi krętymi ścieżkami i często jej z naszym czarodziejem nie po drodze.
