AN: Como no te voy a querer, como no te voy a querer, si fuiste campeón de europa por décima vez!


Real Betis – 1 : 0 – Real Madryt


Ze wszystkich kolegów z szatni Harry Potter wybrał Deana Thomasa. Nie żeby Neville narzekał na towarzystwo Terence'a Higgsa. Sportowy staruszek znał mnóstwo sprośnych dowcipów i na tyle kiepsko grał w bilarda, by wyleczyć Neville'a z kompleksów. Spodziewał się tylko, że konserwatyzm wszechobecny w klubie przeniesie się i tym razem na proces doboru współlokatorów na zgrupowaniu.

Raz ustalony porządek naruszały jedynie kontuzje lub brak powołania przez trenera. Charlie Weasley od ośmiu lat dzielił pokój z Seamusem Finniganem. Theodore Nott pomieszkiwał z Michaelem Cornerem, a Graham Montague z Milesem Bletchleyem. Blaise Zabini natomiast trwał wiernie przy Draco Malfoyu i razem stworzyli chyba najdroższy sportowy duet, jaki kiedykolwiek spędzał noc w angielskim hotelu.

Z Manchesteru drużyna wróciła bogatsza o jeden punkt, a Theo i Seamus dodatkowo o żółte kartki. Michael Corner został odesłany przez sędziego wcześniej do szatni.

W godzinach wczesnoporannych, gdy zaspani piłkarze wychodzili z samolotu na Barajas, Neville już nie dał się wykiwać. Wepchnął się za Potterem do samochodu Hagrida.

- Mogę u ciebie przekimać? – zapytał szybko przyjaciela – Masz bliżej, a nie chcę Rubeusa ciągać po całym mieście.

Harry zaskoczony tylko przytaknął i wskazał kierowcy adres w centrum miasta.

Hagrid posłał obu chłopcom ciepły uśmiech i pogratulował Neville'owi występu.

Na pierwszy rzut oka pokój dzienny i łazienka dla gości w mieszkaniu wynajmowanym przez Harry'ego nie zdradzały obecności kobiety. Gdyby chodziło o innego kolegę, Neville cieszyłby się razem z nim i gratulował sympatycznej dziewczyny. Przedstawicielki płci pięknej otaczające młodego sportowca prędzej lub później sprowadzały na jego głowę kłopoty i dlatego w przypadku Harry'ego Nev był podwójnie podejrzliwy.

Spędził z Luną zaledwie jeden kwadrans po meczu z Athletikiem, w dodatku w towarzystwie przyjaciela. Przez ten czas nie udało mu się jej zakwalifikować do żadnej kategorii. Blondynka nie zachowywała się jak gwiazdka myśląca o wybiciu się w wielkim świecie kosztem sławnego chłopaka. Nie traktowała też Harry'ego jak kolejny okaz do kolekcji sławnych byłych partnerów i najważniejsze – nie próbowała mu matkować. Neville byłby nieco spokojniejszy, gdyby dziewczyna nie wyglądała jak zaginiona siostra Draco Malfoya. Zdążył się dowiedzieć, że pochodziła z przedmieść Sewilli, ale to przecież nic nie znaczyło. Tata Malfoy, kiedy żył, mógł sobie przecież wyjeżdżać do Hiszpanii na wakacje nie mówiąc nic w domu.

- A więc… - Neville znacząco zawiesił głos – Luna…

Harry spojrzał na niego jak spłoszone zwierzę. Z zaczesanymi do tyłu włosami i wachlarzem gęstych rzęs osłaniającym wielkie, zielone ślepia nie wyglądał na lidera reprezentacji, która miała się bić w Brazylii o mistrzostwo świata. Żadne pochwały Firenze tego nie zmienią.

- Ma 20 lat. Uczy się na Uniwersytecie Sztuk Pięknych. Studiuje malarstwo i design…

- Kiedy planowałeś pokazać ją światu?

Potter wzruszył ramionami.

- Kiedy odzyskam władzę nad moim kontem na twitterze – odpowiedział z przekąsem.

- To czeka cię długa batalia, którą i tak przegrasz – westchnął Neville.

Sam zastanawiał się, jak przekonać Ritę Skeeter do przekazania mu hasła dostępu do swojego konta. Agentka wrzucała na nie głównie zdjęcia butów sportowych i linki do reklam.

- Ale powiedz mi, skąd ją wytrzasnąłeś – zagadnął przyjaciela.

Obaj byli zmęczeni, ale druga okazja do rozmowy w cztery oczy mogła się prędko nie powtórzyć.

- To moja sąsiadka. Mieszka obok – Harry ziewnął i potarł wierzchem dłoni powieki – Chyba nielegalnie. Nie wnikam. Po prostu wykombinowała, że mam awersję do dziewczyn. A ponieważ wybrałem sobie taką karierę, to powinienem jednak mieć dziewczynę. Pokażę się z nią kilka razy. Madrytczycy się zachwycą, że wybrałem Hiszpankę, a Luna znajdzie kupców na swoje bohomazy.

Zaskoczony Neville chwycił przyjaciela za ramię.

- A Punto Pelota?! Skąd możesz wiedzieć, że nie sprzeda cię tym hienom?

Nie mógł uwierzyć, że Harry Potter zachował się tak naiwnie.

- Nev… - odczepił powoli jego palce ze swojego podkoszulka – Luna jest sama. Ja też jestem sam. Możemy być sami razem.

- Nie jesteś sam. Masz mnie.

Harry uśmiechnął się.

- Tobą muszę się dzielić z całą szatnią, a o nią mogę być spokojnie zazdrosny.

Neville prychnął. Jeśli któryś z nich miał być zazdrosny, to prędzej on. Przecież Harry nie chciał go mieć nawet za swojego współlokatora na zgrupowaniu w Manchesterze.

X X X

Dzień przed meczem z Betisem Severus Snape zaserwował podopiecznym najbardziej podstawowe ćwiczenia. Bieg od linii bocznej do linii bocznej z piłką i bez piłki, bieg do linii środkowej zakończony podaniem oraz ulubiony przez Malfoya bieg po obwodzie boiska. Blaise po pierwszym okrążeniu zaczął uważniej stawiać stopy. Trawa była mokra, a chłód szukał każdego odkrytego miejsca na jego ciele. Włoch założył nawet cienkie rękawiczki i długie spodnie dresowe. Niestety Dean Thomas podkradł mu czapkę. Obrońca biegał za nim i ciągał za czarny materiał, aż modne, sportowe nakrycie głowy zaczęło przypominać zużyty worek na buty. Potem zaczął robić zabiedzone miny i jęczeć, że mu w łysinę zimno, że przecież latem doznał wstrząsu mózgu, że od tamtej pory jest zupełnie innym, wrażliwym człowiekiem. Blaise, będąc dobrym przyjacielem, wreszcie pogodził się ze stratą czapki.

Czarnego, modnego, sportowego szalika już nie oddał.

Na koniec, przed rozejściem się, Snape poczuł się w obowiązku wygłosić pogadankę taktyczną o najbliższym ligowym rywalu. Materiały poglądowe składały się z czterominutowego filmiku i teczki zawierającej dwie kartki zadrukowanego kolorowego papieru. Na pierwszej kartce znalazły się zdjęcia przewidywanej wyjściowej jedenastki Betisu i ich cechy charakterystyczne, na drugiej – założenia taktyczne, które, w mniemaniu Snape'a, miały Królewskim przynieść zwycięstwo na obcym gruncie.

Po wybrykach defensywy w meczu z Manchesterem City trener nie zapomniał poruszyć jeszcze jednej istotnej kwestii.

- Złość sportową można wykorzystać w pozytywny sposób – zaczął przechadzać się między siedzącymi zawodnikami – Na Etihad Stadium prawie się to nie udało.

Snape doszedł do ostatniego rzędu. Skonfiskował komórkę bawiącemu się nią Jackowi i zawrócił z dramatyzmem godnym amerykańskiego superzłoczyńcy.

- Co zrobić, żeby nie zalewała was krew, kiedy Amaya czy Martinez opowiadają dowcipy o waszej starej? Niektórym wystarczy jedno słowo i już mają czerwoną mgłę przed oczami – zatrzymał się na dłuższą chwilę nad Seamusem Finniganem.

Drugi kapitan udawał, że nie rozumie aluzji do ostatnio zdobytej żółtej kartki, choć znając go już kilka lat Blaise mógł przypuszczać, że Finnigan rzeczywiście nie widzi związku między słowami Snape'a a swoim zachowaniem.

- Wtedy nie potrafią siebie kontrolować, a tym samym ryzykują osłabienie własnej drużyny. Mam rację, Michael?

Siedzący po drugiej stronie niewielkiej salki wraz z Theo prawy obrońca wyprostował się na swoim niewygodnym krześle i odsunął w bok przykręcony do niego blat.

- Tamten faul był konieczny – nie dało się wyczuć w jego słowach skruchy.

Blaise oglądał występy kolegów w niebieskiej części Manchesteru i mógł o zachowaniu Cornera powiedzieć to samo.

- Był głupi… - Nott szturchnął przyjaciela łokciem.

- Był głupi – zgodził się z nim Snape.

Prawie się uśmiechnął.

- A kto mi powie, dlaczego był głupi?

- Bo sędzia go odgwizdał – odpowiedział spokojnie Blaise.

- Zgadza się.

- Wolę określenie „ofiarny" – stwierdził Michael.

- Ofiarne to kiedyś składali dziewice na ołtarzach – wtrącił się Higgs – Chciałbyś jedną?

Zawodnicy zaczęli się śmiać. Tylko Graham Montague prawie spał skulony na krześle za Draconem.

- Agresja jest dobra kiedy daje wam siłę. Nie po to, by kopać przeciwników po kostkach, ale by pokazać, że jesteście od nich lepsi. Futbol to nie gra dla starych babć spacerujących po trawniku – To mówiąc trener zawisł nad Potterem – Osoby lubiące spacery i podziwianie widoków wokół powinny wybrać sobie inny zawód.

Niemiec zacisnął usta w wąską kreskę, ale nie odzywał się. Snape z rozczarowaną miną popłynął do przodu.

- Jak więc znaleźć równowagę? Jak nie dać się zawładnąć emocjom a jednocześnie umieć wykorzystać płynącą z nich energię? – zawiesił głos dla większego efektu – Dyscyplina i samoświadomość.

Blaise nigdy nie nudził się na przemowach motywacyjnych Snape'a. Przyzwyczaił się we Włoszech do szkoleniowców mruczących coś niezrozumiale pod nosem i rysujących zawiłe schematy kolorowymi flamastrami, a także do krewkich starszych panów wykrzykujących polecenia w stanie permanentnego wkurzenia światem. Ponury Anglik traktował te spotkania jako rodzaj wyreżyserowanego przedstawienia, które miało zapaść widowni w pamięć.

- Dzięki tym dwóm czynnikom będziecie mogli przekuć swój gniew na asertywność. Tym właśnie piłkarz asertywny różni się od piłkarza agresywnego. W ostateczności, Michael, możesz zacząć nosić na nadgarstku gumkę recepturkę.

- Ale po co? – zawołał zdumiony obrońca.

- Żebyś następnym razem widząc na przykład takiego buraka, jak Costa u naszych sąsiadów znad Manzanares, mógł zrobić tak.

To mówiąc Snape wyciągnął z kieszeni różową gumkę, naciągnął ją i strzelił tak, by Cornerowi zapiekła ręka.

Pogadanka taktyczna zakończyła się w momencie, gdy do pomieszczenia wszedł jeden z sekretarzy prezesa w towarzystwie trzech pięknych pań. Panie miały kuse stroje z logiem sponsora klubu – znanej firmy samochodowej i naręcza katalogów z najnowszymi modelami.

- O! Ja paniom chętnie pomogę – Finnigan natychmiast zaofiarował się i wskoczył pomiędzy dziewczyny.

Zgarnął kilka ulotek, zapatrzył się na uśmiechającą się nieśmiało szatynkę.

- Może chcesz autograf? Będzie z dedykacją.

- Cały rok na to czekałem! – cieszył się Roger.

- Pora zmienić brykę. W tym roku chcę czerwoną – powiedział Jesus.

Blaise i Draco wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Coroczna dostawa nowych aut na Bernabeu była jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu trzeciego bramkarza. Rezerwowi najczęściej korzystali z oferowanych przez sponsora samochodów. Większość piłkarzy podstawowego składu zarabiała na tyle dobrze, by kupować droższe cacka z indywidualnie dobranym wyposażeniem. Malfoy preferował sportowe kabriolety, a Blaise masywne terenówki, jednak obaj byli przygotowani na to, że znów dostaną jakieś czarne karawany, które przez najbliższy rok będą stały i kurzyły się w garażu.

- Proszę, katalog – jedna z hostess uśmiechnęła się do Dracona.

Blaise rozbawiony patrzył jak jego przyjaciel wyuczonym odruchem wstaje, by wziąć go od dziewczyny, odpowiada nieśmiałym uśmiechem i spuszcza wzrok na wysokość jej dekoltu. Jeśli obsługująca go hostessa była wystarczająco urocza, Draco zagryzał dolną wargę. Całość dawała piorunujący efekt. Blaise był przekonany, że Francuz po pięciu minutach subtelnego flirtowania konwertowałby najzagorzalszą kibickę Barçy na madridismo.

- Dziękuję.

Dziewczyna zarumieniła się lekko.

- Mamy jeszcze wersję elektroniczną z interaktywną prezentacją – powiedziała wskazując na trzymany w drugiej dłoni tablet.

- Jeśli to nie będzie kłopot… - Draco spojrzeniem wybrał drugą opcję.

- Ależ skąd – oddała mu tablet i już z bardziej neutralnym uśmiechem zwróciła się do Blaise'a – Proszę, katalog.

- Nie, dziękuję – odpowiedział Blaise i wskazał na przyjaciela – Obejrzymy razem.

Rozbudzony Graham puścił do nich oko.

- Marca – poruszył wargami.

- Cadena SER – odparł Blaise.

- Zakład, że Marca?

Często podczas wszelkich akcji organizowanych przez sponsorów zakładali się, które z madryckich mediów pierwsze skomentują zachowanie Dracona. Przegrany przez tydzień woził zwycięzcę na treningi.

Już nawet sam zainteresowany traktował ich zabawę z przymrużeniem oka. Kiedyś, zaraz po transferze z Manchesteru, bardziej brał do siebie komentarze w miejscowej prasie, ale teraz uodpornił się na krytykę.

- Dobra. Stawka ta sama?

Montague pokiwał głową i pochylił się nad mrugającym kolorami tabletem Malfoya.

- Muszę wziąć coś mało rzucającego się w oczy. Bo potem znowu będą pisać, że przyszedłem do Madrytu dla forsy.

- Możesz brać nawet kanarkowy żółty. Nikt ci nie zabroni i nie będzie miał nic do gadania – stwierdził Draco.

- A potem nasz agent będzie jęczał, że robię z siebie pośmiewisko – odpowiedział kwaśno Graham – Powinienem brać z ciebie przykład.

- Zacznij reklamować bieliznę i szampon przeciwłupieżowy.

Montague zaniósł się śmiechem i przejechał dłonią po swoich dwukolorowych włosach. Na wierzchu miały intensywny, słomkowy odcień, a spod spodu wystawały ciemne, naturalne pasma. Fryzura sprawiała wrażenie, że piłkarz sam stanął któregoś ranka z nożyczkami przed lustrem, ale wszyscy wiedzieli, że skrzywdził go fryzjer polecony przez Charliego.

- Młody, a ty to w ogóle zrobiłeś już prawko? – siedzący blisko nich Terence zagadnął Milesa Bletchleya.

- Tata będzie mnie woził. Zapiszę się na kurs po sezonie.

- Co ty?... – Finnigan przywarł do młodszego kolegi jak bezbrzeżnie zdumiona wielkim światem pijawka – Ty jeszcze nigdy?... Nawet sam na prostej drodze do Pozuelo?...

Bletchley potrząsnął głową.

- Po co mam jeździć do Pozuelo? To ponad pół godziny do Valdebebas.

Czasem nawet godzina. Ale Blaise nie żałował osiedlenia się w luksusowej, zamkniętej dzielnicy na obrzeżach Madrytu. Za wyblakłymi na słońcu murami i pod ochroną kamer nie groził mu najazd niezadowolonych fanów, a tylko najbardziej zdeterminowani dziennikarze wdzierali się na strzeżony przez prywatną firmę teren.

- Właśnie po to, żeby jeździć, człowieku! – jęknął Finnigan – Żeby jeździć!

- Seamus! – Charlie Weasley na szczęście odciągnął jego uwagę od młodego obrońcy – Wybrałbyś z podgrzewanymi siedzeniami, czy bez?

Drugi kapitan pewnym krokiem eksperta motoryzacyjnego posunął na drugi koniec pomieszczenia by udzielić fachowej porady przyjacielowi.

Blaise już uśmiechał się na samą myśl o czekającej ich za dwa tygodnie prezentacji prawdziwych aut i próbnej jeździe. Liczył też, jak połowa jego kolegów, na obecność jakiegoś prawdziwego kierowcy rajdowego, którego na tę okazję sponsorzy mogli zaprosić do Madrytu.

X X X

Gdyby to od niego zależało, w ogóle nie pojechaliby do Sewilli. Miał w perspektywie kolejny uroczysty lunch z drużyną i prezesem, losowanie par jednej ósmej Ligi Mistrzów, urodziny pierworodnego i dwa mecze o honor, których nie mogli przegrać.

- Mamy grać w piłkę, a nie odstawiać szopki reklamowe – narzekał Severus patrząc jak obsługa stadionu rozstawia wokół gospodarzy makiety i banery z nazwą firmy ubezpieczeniowej.

- Królewscy przyjechali do Sewilli. Jaka może być lepsza okazja dla ich sponsorów? – zapytał półgębkiem Olivieira.

- Narzekałeś już dziś na drogę, twarde ławki, brud w szatni, stroje gospodarzy i formę Charliego – zauważył Dołochow – Jest w ogóle coś, co się ci dziś podoba?

- Główny arbiter – powiedział bez mrugnięcia Snape – Dopiero zadebiutował w La Lidze.

A to oznaczało, że może łatwiej ulegać presji zawodników. Wiedział z doświadczenia, że Finnigana sędziowie nie słuchają, choć jest zawsze pierwszy do dyskusji. Za to Charlie Weasley i Theodore Nott mogli wcisnąć takiemu każdą boiskową półprawdę.

- Poza tym każdy sędzia jest lepszy od Muniza i Undiano Mallenco.

- Jesteś uprzedzony – stwierdził Olivieira.

Dziadek prawie się uśmiechał patrząc na rozpoczynających grę piłkarzy.

- Nie lubisz tych samych arbitrów, co Finnigan.

Severus postanowił zignorować ten komentarz.

Nie podobał mu się rozwój akcji. Formacja ataku wyglądała źle. Terry Boot ruszał się z wdziękiem pijanego trzmiela, Draco Malfoy uważał, że piłka należy tylko do niego, a Ernie MacMillan nie wiedział, na jakim świecie żyje. Niemiecki kontyngent w Realu okazał się dziś wyjątkowo nieskuteczny. Snape nie mógł patrzeć, jak Potter zalicza stratę za stratą. Zdjął go po przerwie i wystawił Zabiniego. Na Włocha ciągle tracącego piłkę patrzyło mu się już nieco lepiej, a poza tym wejście najlepszego przyjaciela obudziło w Malfoyu mikroskopijną iskierkę altruizmu. Przypomniał, że czasem może podać kolegom futbolówkę.

Wszyscy wyglądali na znużonych fizycznie i psychicznie. Nott grał z ciągłym bólem. Weasley z powodu wpuszczenia w pierwszej połowie meczu babola wpadł chyba w depresję. Montague i Corner zdyscyplinowani pilnowali swoich pozycji na bokach obrony. Tylko jeden Finnigan podciągnął za kolana granatowe getry, by ukryć przed kamerami siniaki i otarcia na łydkach, i popędził do przodu, jakby grali nie kolejny mecz ligowy z Betisem, ale nieszczęsną dogrywkę z Bayernem Monachium w półfinale Ligi Mistrzów.

Nie zdobyli w Sewilli nawet punktu. Mecz byłby do wygrania, gdyby jego zawodnikom się chciało. Ale skoro im nie zależało na wynikach, to i Severusowi powoli przestawało na nich zależeć. Miał już dosyć walki z całym światem. Wszyscy, od dziennikarzy poprzez kapitanów a skończywszy na prezesie, zaczynali kwestionować jego działania i umiejętności. W takich warunkach nie dało się odnieść sukcesu. Z powodu takiej właśnie atmosfery przed laty opuścił Barcelonę i unikał przyjmowania ofert z klubów w głębokim sportowo-organizacyjnym kryzysie. Pokusie wyciągnięcia Realu Madryt z okowów polityki „Zidanes y Pavones" jednak się nie oparł i teraz to się na nim mściło. Powinien był zignorować posłańców Toma Marvolo. Zostawić go z wielkimi gwiazdami kupowanymi za jeszcze większe pieniądze i z całym piłkarskim showbiznesem, który tak dobrze mu wychodził. Severus jednak zignorował swój instynkt dla kilku konfrontacji z Barceloną Hermiony Granger i zakupów niemieckich kopaczy w promocyjnej cenie.

Z ostatnim gwizdkiem arbitra znów zaczęła dzwonić w kieszeni Snape'a komórka. Znów ją wyłączył.


AN: Serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze pod poprzednim rozdziałem. Wasze słowa naprawdę podnoszą na duchu.