Real Valladolid - 2 : 3 - Real Madryt
W środku nocy już nawet sprzątaczki nie krążyły po Valdebebas. Piłkarze pewnie spali z kochankami w miękkich łóżkach, a ich agenci z telefonem służącym za poduszkę. Tymczasem Severus oglądał już trzeci mecz Malagi z najnowszej edycji Pucharu Króla. Tylko w takich pozwalano grać rezerwowym bramkarzom.
Grudzień był w środowisku futbolowym miesiącem spekulacji, nie tylko w sportowych mediach. Severus przygotowywał raport na temat ewentualnych wzmocnień oraz zawodników, których klub powinien się pozbyć. Drugą część miał gotową. Na niej dwa nazwiska, które prawdopodobnie zostanie wkrótce zmuszony wykreślić. Marvolo nie lubił zimowego okienka transferowego. Za mało czasu na dopieszczanie kontraktów i rozdmuchiwanie strzępków informacji w lokalnej prasie. Gwiazdy pojawiały się w Madrycie z hukiem. Jeśli ktoś przywdziewał białą koszulkę w ciszy, znaczył zbyt mało, był zastępowalny. Za piłkarzem, który przyszedł bez stosownych fanfarów, nikt potem nie płakał ani nie tęsknił, gdy sprzedawano go w inne ręce.
Severus w zamyśleniu obserwował na ekranie sylwetkę wysokiego bramkarza wychodzącego zgrabnie na przedpole do lecącej piłki. Weasley nigdy tego nie umiał. Cały jego geniusz tkwił w umiejętności zachowania się na linii bramkowej i kocim refleksie. Szkoda, że teraz ten refleks zawodził, a Severus nie mógł nic z tym problemem zrobić. Weasley nigdy nie spóźniał się na treningi, nie dąsał się szczególnie. Czasem miał drobne utarczki z Cornerem, ale tylko i wyłącznie z powodu kolizji poglądów: Michael był madryckim radykałem szukającym natchnienia w życiorysach twórców potęgi sportowej Realu, podczas gdy Charlie przyjął postawę ekumeniczną i chciał się bratać nawet z najgorszym wrogiem. Podobno, zanim Severus zawitał do hiszpańskiej stolicy, zachowanie Weasleya nikogo specjalnie nie raziło. Zdjęcia młodszego brata – Ronalda – pocieszającego Charliego po kolejnym przegranym El Clasico stanowiły normę. Ron puszył się przed kamerami zapewniając, że kocha rodzinę, a potem niezdarnie insynuował, że chętnie widziałby starszego brata w Barcelonie.
Kiedy los się odmienił i Real zaczął wygrywać, Charlie zupełnie nie umiał się odnaleźć. Pocieszając brata używał słów, które zraziły do niego radykałów z południowej trybuny. Rodzina rodziną, ale wychowanek „Królewskich" nigdy nie powinien zapewniać zawodnika Blaugrany, że na pewno wygra następnym razem.
Zmęczony wyłączył nagranie. Marvolo i tak nie pozwoliłby dokupić jeszcze jednego bramkarza.
Severus odnalazł nocny program sportowy. Rozlazła twarz Shughorna łypała na niego z ekranu obok karykaturalnych okularów naczelnej madryckiej płaczki – Sybilli Trelawney. Slughornowi chyba spadała słuchalność radiowej audycji, skoro zgodził się na gościnne występy w telewizji.
- … chwali się postawę Cholo Simeone, który z niezachwianą wiarą zapewnia, że Atletico w ciągu najbliższych lat wydrze ligę katalońsko-madryckiemu duopolowi.
- Gdyby Severus Snape miał podobne podejście do pracy, Real mógłby się cieszyć potrójną koroną – narzekał Slughorn – Z takim trenerem nigdy nie zdobędą Decimy. To proste, Snape nie zasłużył na to, by podnieść puchar Ligi Mistrzów.
- Szkoda, że Tom Marvolo tego nie widzi – westchnęła Trelawney – Ci biedni, biedni chłopcy! Codziennie muszą znosić rozkazy tego bezdusznego człowieka. Kiedy przychodził do Madrytu, wszyscy pokładaliśmy w nim tyle nadziei.
Na potwierdzenie swoich słów pokazała krótki montaż urywków wywiadów z piłkarzami tuż po tym, jak Severus podpisał cyrograf z Tomem Marvolo. Finnigan i Smith byli bardzo podekscytowani, Zabini i Malfoy oszczędni w słowach i uprzejmi. Cornerowi przerwano w połowie wywodu o tym, że taktyka preferowana przez Severusa pasuje idealnie zawodnikom Los Blancos. Charlie Weasley dukał wykutą przez dziesięć lat na pamięć formułę o powitaniu nowego „entrenadora" i nie patrzył ani na kamerę ani w oczy zadającej mu pytania dziennikarki.
Na szczęście zebrani w studiu eksperci powrócili do omawiania ostatniej porażki Rojiblancos i Severus przez chwilę skupił się na porządkowaniu biurka.
- …Harry Potter.
Podniósł głowę. Zasapany gówniarz z początkami zarostu i bicepsem pokrytym bojowymi tatuażami zerkał na kamerę.
- Harry Potter – powtórzył – To jego było nam najtrudniej upilnować.
A potem, ciągnięty za język przez próbującą wyglądać poważnie dziennikarkę, dodał:
- Draco też jest groźny.
Severus zatrzymał wzrok na ekranie. Trener Atletico po meczu nie prezentował już poprzedniej bojowej postawy. Przyznał, że jego drużyna ma jeszcze duże braki w doświadczeniu, a spotkanie z rywalami z sąsiedztwa było dobrą lekcją na przyszłość.
Potem Trelawney powróciła do wypowiedzi piłkarzy. Jeden ze starszych, który jakimś cudem utrzymał się już cztery lata na Vincente Calderon potwierdził to samo, co jego młodszy kolega.
- Nigdy nie wiedzieliśmy, co chce zrobić Harry Potter. Nie wiem, jak to wytłumaczyć. Po prostu znajdował miejsce by posłać piłkę, gdzie właściwie nie powinno go być.
- Ale byliście przygotowani? – upewniała się dziennikarka – Trener ostrzegał was na pewno przed najmocniejszymi atutami przeciwnika.
- Obrońcy oglądali filmiki z ostatnich meczów. Wiedzieliśmy, czego się można spodziewać. Mamy dobrą obronę, a jednak straciliśmy dwie bramki. To tak, jakby ktoś dał chłopakowi mapę, by wiedział jak się poruszać między nami po boisku…
Statystyki nie kłamały. Potter po każdym meczu mieścił się w średniej przebiegniętych kilometrów. Procent dokładnych podań miał jeden z najwyższych w drużynie, podobnie jak wykreowanych szans, a jednak oddawał drastycznie mało strzałów na bramkę. Dzieciak umiał zdobywać gole. Ten w ostatnim meczu był po prostu arcydziełem z taktycznego punktu widzenia. Potter ocenił w ułamku sekundy sytuację, odległość od bramki, bramkarza, obrońców i swoich kolegów. Nawet zostało mu coś w głowie o świetnych warunkach fizycznych golkipera gości, o tym, że dobrze się czuje wybiegając do piłki. I dlatego młody Niemiec posłał ją nie prosto do bramki, ale tak, by się jeszcze odbiła od ziemi.
Wyłączył telewizor i oparł podbródek na splecionych dłoniach. Klimatyzator brzęczał w rogu pomieszczenia dmuchając ciepłym powietrzem. Laptop przeszedł w stan uśpienia i tylko światło biurowej lampy pełgało po złoconych ramkach fotografii Severusa w otoczeniu ubranych na niebiesko piłkarzy. Dopiero teraz, o pierwszej nad ranem znalazł chwilę, by pokontemplować słowa Firenze Wildenwalda.
X X X
Obudziło go kilka dźwięków. W kolejności chronologicznej były to: pukanie, dzwonek do drzwi oraz sygnał z wibrującej na stoliku nocnym komórki.
Telefon ucichł, zanim zdążył go dotknąć, ale dzwonek do drzwi nie miał podobnego zamiaru. Harry zerwał się z łóżka i musiał się zatrzymać na pięć sekund. Kiedy przypomniał, dlaczego kręci mu się w głowie, postanowił odwdzięczyć się Terry'emu za skrzynkę niemieckiego piwa jakimś dobrym, południowoamerykańskim trunkiem. Sypialnia powoli przestała przypominać pokład rozbujanego na falach statku, zapewne dzięki temu, że do skrzynki z piwem było, oprócz Harry'ego, jeszcze trzech chętnych. Nie miał nic przeciwko, by Terry Boot zapraszał go co tydzień na wieczór przy konsoli i tapas.
W końcu dotarł do przedpokoju i otworzył drzwi. Wpadły przez nie dwie duże torby, walizka na kołkach, teczka na szablony i plecak wyszywany w egipskie hieroglify.
- Byłam cierpliwa, dałam ci czas i przestrzeń byś się przyzwyczaił do tej myśli – powiedziała stojąca w progu, lekko spanikowana Luna – A teraz przyszła pora, byśmy zamieszkali razem.
To ocuciło go zupełnie.
- Co się stało?!
Wydawało mu się, że Luna należy do tych wyjątkowych osób, które nigdy nie odczuwają strachu. Teraz jednak ściskała kurczowo ulubioną torebkę w indiańskie wzorki. Wciąż miała na sobie koszulkę nocną w odcieniach tęczy, a jej włosy wyglądały zapewne niewiele lepiej niż włosy Harry'ego o tej porze.
- Moi… - zawahała się przez ułamek sekundy – gospodarze wracają dziś z zagranicy.
- Och…
To by wiele tłumaczyło.
- Ale dlaczego?...
- Nie wiem, może tęsknią za churros i corridą?
- Ale skąd wiesz, że dzisiaj?
Przewróciła oczami i popchnęła go w głąb mieszkania.
- A myślisz, że kto odbiera ich pocztę? Muszę się chyba poczesać… - wymruczała do siebie chwytając kosmyk sterczących jasnych włosów – Jeśli wyglądam tak, jak ty, to na pewno muszę.
Przy mocnej kawie i misce płatków z suszonymi owocami moknących w mleku mózg Harry'ego powoli wznawiał funkcję logicznego myślenia. Tęsknym wzrokiem wodził za każdym kawałkiem jajecznicy znikającej z talerza blondynki, ale malutki głosik w jego głowie z ciężkim, rosyjskim akcentem powtarzał mantrę: „cholesterol, cholesterol…"
Siedzieli w kuchni przy stole. Nad ich głowami punktowe światła rozpraszały wszechobecną szarość zimowego poranka. Luna pożyczyła szlafrok z sypialni dla gości, a Harry już był przygotowany do wyjazdu na trening.
- Mogę ci wynająć jakieś mieszkanie. Bliżej miasteczka uniwersyteckiego – zaoferował.
- Nie chcę być twoją utrzymanką – Luna zdecydowanie potrząsnęła głową i nalała sobie drugą porcję soku z pomarańczy.
- A mieszkając ze mną nie jesteś – stwierdził ironicznie.
- Właśnie!
Czasem jej logika była porażająca.
- Mieszkałeś jakiś czas z Neville'm. Wyobraź sobie, że jestem jak taki Neville – doradziła mu wesoło.
- Tylko nikt nie zakładał, że z nim sypiam.
- Widzisz… - Luna wycelowała w niego widelec – Sztuka polega na tym, by wszyscy myśleli, że razem sypiamy.
- Pewnie ja też powinienem poszukać nowego mieszkania – westchnął Harry.
Jeśli Luna coś nabroiła w lokalu sąsiadów, z pewnością zainteresuje się tym policja. A za policją zawsze ciągnęli poszukujący sensacji reporterzy.
- Hmm… nie założyłeś dzisiaj kolczyków.
Odruchowo dotknął lewego ucha.
- Mogę ci pożyczyć swoje.
Pamiętając fosforyzujące marchewki i dorodne plastikowe rzodkiewki Harry poczuł skurcz w żołądku.
- Nie… dzięki, ale nie.
Dziewczyna skończyła swoje śniadanie i popatrzyła na niego. Na jej twarzy gościła mieszanka dziwnej tkliwości i rozbawienia.
- O której jedziesz na trening?
Zerknął na zegarek.
- Nev powinien być u mnie za dziesięć minut.
Luna wstała i zniknęła za jego plecami. Po chwili czuł jej palce przeczesujące wciąż lekko wilgotne włosy.
- Co robisz? – wyksztusił.
- Spokojnie. Jedz śniadanie – poleciła.
Skądś wyczarowała garść czarnych wsuwek i zaczęła cierpliwie upinać włosy Harry'ego.
- Nie musisz… - wybąkał zażenowany – Mam opaskę.
- To żaden problem. Poza tym nigdy nie wiadomo, kiedy mi się nadarzy następna okazja.
- Pogadam z chłopakami – myślał głośno pomiędzy kolejnymi porcjami owsianej papki – Może znają kogoś, kto chce wynająć dom albo mieszkanie w dobrej okolicy… W sumie Pozuelo del Alarcon jest niedaleko miasteczka uniwersyteckiego…
- Hmm… - Luna ignorowała go zupełnie – Nie zdążyłam zamalować muralu w ich głównej łazience. Myślisz, że będą bardzo wkurzeni?
- Co?... ach, zależy, co namalowałaś.
Przerwała upinanie jego włosów by wydobyć z kieszeni szlafroka swoją komórkę. Poszukała odpowiedniego zdjęcia i z dumą zaprezentowała.
Na ścianie ponad wbudowaną w podłogę wanną przewalały się zielono-niebieskie fale. Pomiędzy nimi hasały dziwne kreatury. Wyglądałyby jak syreny, gdyby nie ich groźne twarze i włócznie w rękach. Półprzeźroczysta skóra i włosy splątane niczym wodorosty przypominały postacie z japońskich horrorów.
- To było bardzo pomocne ćwiczenie… malowanie wody w ruchu…
- Wierzę – przerwał jej Harry – Jakiś tytuł?
Luna popatrzyła na niego z wyższością, jakby samo zdjęcie kryło odpowiedź.
- Dlaczego wszyscy chcą wszystko nazywać? Przecież piękna, pasji czy miłości tak naprawdę nie da się ubrać w odpowiednie słowa.
- Większość ludzi nawet się nad tym nie zastanawia – powiedział szczerze – Więc chyba to dobrze, że mają ciebie?
X X X
Dom wyglądał jak jacht arabskiego szejka lub futurystyczna stacja kosmiczna wkomponowana w zbocze wzgórza. Jeden basen na dachu, drugi na tyłach. Dalej płytki staw z nienaturalnie niebieską wodą i dnem wysypanym otoczakami. W lewym skrzydle siłownia, w piwnicy garaż na dziesięć samochodów. Sama główna sypialnia miała więcej metrów kwadratowych niż dom rodzinny Harry'ego.
- Właśnie dlatego nie chciałem sprowadzać się do La Fincy – wyszeptał Harry'emu na ucho Neville.
Luna patrzyła na puste, śnieżnobiałe ściany wzrokiem narkomanki po nieudanym detoksie.
- A tutaj mamy domowe centrum rozrywki! – agentka nieruchomości z entuzjazmem wprowadziła ich to kolejnego pomieszczenia o wysokim sklepieniu i podłogach z szarego marmuru.
Cztery kanapy na trzech poziomach ustawiono naprzeciwko ogromnego telewizora. Za ścianką działową stylizowaną na papierowe przesuwane drzwi japońskiego domu umieszczono stół bilardowy. Wyglądał co najmniej dziwnie na tle wyeksponowanego sprzętu elektronicznego.
- Wszystko, czego sobie zażyczysz – stwierdził optymistycznie Seamus.
- Na pewno nie będzie się pan tutaj nudzić – zapewniła ubrana w przyciasną garsonkę kobieta.
- Poprzednio mieszkał tu Antonio Banderas – wtrącił Seamus.
- Ciekawe, czemu się wyprowadził? – zapytał po niemiecku Harry'ego Neville.
Jego najlepszy przyjaciel w dyskretny i nieco uszczypliwy sposób komentował minusy prezentowanej im nieruchomości.
- Hej, żadnego niemieckiego!
- Nie jesteśmy w Madrycie, ale na planie nowej części Star Treka – odpowiedział drugiemu kapitanowi Neville.
- Mówi pani, że ile to ma metrów kwadratowych? – zagadnął kobietę Harry.
- tysiąc dwieście. Plus domek dla gości po drugiej stronie głównego basenu. Jakby pan chciał upchnąć nieco dalej mniej lubianych krewnych.
Luna była bliska omdlenia. Poznawał po wytrzeszczonych oczach i płytkim oddechu. Tyle pustych powierzchni czekających by zamienić je w psychodeliczne graffiti.
- Spodziewasz się krewnych do upchnięcia? – zapytał wesoło Nev.
- Na pewno nie w domku nad basenem.
Z tyłu Finnigan parsknął śmiechem.
Wyszli na patio od południowej strony. Niski murek oddzielał je od nienagannie utrzymanego trawnika zbiegającego do stawu. Klomby wokół domu skomponowano z białego piasku i na wpół wyschniętych traw. Dopiero przy wyjeździe z posesji rosły dwa mocno przycięte drzewa. Słoneczny blask lał się z nieba pomimo pory roku. Towarzyszący mu dwaj przyjaciele od razu wyciągnęli okulary przeciwsłoneczne i przybrali profesjonalne miny. Ich powagę burzył jednak dobór strojów. Neville miał spodnie w wojskową panterkę i podkoszulek z wielkim logo firmy znanej głównie z szycia garniturów, Seamus miał różowe jeansy, rozchełstaną białą koszulę i żółte klapki-japonki. Pierwszy potraktował zaproszenie do wspólnego obejrzenia nieruchomości jako okazję na spotkanie przyjaciół, drugi zawsze miał niemęski gust poza boiskiem.
Luna przywarła do jego ramienia i gorączkowo wskazała przejście z patio na piętro.
- Widzisz te ściany… A te lampy…
A więc stożkowate, białe konstrukcje porozrzucane wokół domu nie były awangardowymi rzeźbami pozostawionymi w pośpiechu przez znanego aktora.
Miał jednak przeczucie, że ogromna kamienna bryła przed wjazdem do garażu nie świeciła w ciemnościach.
- Dom wygląda nocą po prostu czarująco – zachwalała agentka.
- Ile osób tu pracuje? – zapytał zawsze praktyczny Neville.
- Pięć. Dwie mieszkają na stałe, trzy dojeżdżają codziennie z miasteczka. Dwa razy w tygodniu przyjeżdża ktoś do czyszczenia basenów i stawu.
- Nikt nie piśnie ani słówka – zapewnił ich Seamus.
- Gwarantujemy pełną dyskrecję i profesjonalizm ze strony wszystkich naszych pracowników. Każdy podpisuje klauzulę, a przed zatrudnieniem nowych osób przeprowadzamy z nimi szczegółowy wywiad. Nikt z zewnątrz bez zaproszenia mieszkańców nie wejdzie na osiedle – poinformowała ich kobieta – Mur z każdej strony, ochrona przy wejściach. Na zewnątrz muru mamy kamery i czujniki ruchu. Naszym klientom zależy na prywatności i my im to zapewniamy. Jeżeli jakiś dziennikarz zechciałby tu dotrzeć, to musiałby najpierw wynająć helikopter.
- Jak będę chciał się ukryć przed Slughornem goniącym mnie z mikrofonem i wyzywającym od szwabskiego drewna, schowasz mnie w piwnicy? – zapytał Neville znowu przechodząc na niemiecki.
Harry roześmiał się i poklepał go po ramieniu.
- Nie schowam cię w piwnicy. Upchnę w domku dla gości.
Seamus przypatrywał się im ze zmarszczonymi brwiami. Kiedy jednak skończyli rozmawiać, spojrzał na nich wyczekująco.
- I co? Podoba się?
Neville odwrócił się do nich bokiem i wymownie skierował wzrok ku betonowej bryle zwieszającej się z basenu na piętrze.
- Harry… - Luna pociągnęła go za rękaw – Tyle przestrzeni…
- Właśnie… - zawahał się szukając w myślach odpowiednich słów – Nie macie czegoś mniejszego?
Agentka popatrzyła na niego jak na przedstawiciela obcej cywilizacji. Chyba tutaj piłkarze nie mieszkali w domach o powierzchni poniżej hektara.
- Mniejszego? – zamrugała – W jakim sensie mniejszego?
- Tak maksymalnie pięćset metrów kwadratowych i trochę więcej zielonego wokół – wypalił wreszcie Harry.
- Nie mów mi, że jeszcze basenu nie chcesz? – zawołał Seamus.
Popatrzył na Harry'ego błagalnie.
- Człowieku, nie bądź skromny. Stać cię na to.
- Ciebie tym bardziej stać, a sam się przeniosłeś ze statku kosmicznego do normalnego domu.
Willę z basenem, obszernym garażem i przeszkloną siłownią na piętrze ciężko było nazwać normalnym domem, ale nie przygniatała bywającego tam Harry'ego monumentalnymi rozmiarami i sterylnym wystrojem wnętrz. Wprost przeciwnie, fasada z drewna i kamieni zachęcała gości do odwiedzin. Finnigan miał tylko kucharkę i ogrodnika, dojeżdżających codziennie i dwa razy w tygodniu wizyty firmy sprzątającej. Żadnych obcych ludzi kręcących się po posesji o każdej porze dnia i nocy.
Oprowadzająca ich po rezydencji kobieta już wykonywała telefon. Neville wyglądał na zadowolonego z siebie, a Luna na zdruzgotaną. Seamus pomyślał, podrapał się po tygodniowym zaroście.
- W domu byłego gracza Atletico nie chciałbyś mieszkać… Oczywiście, że nie chciałbyś mieszkać. Jesteś Madridistą.
Rzucony przypadkowo, od niechcenia komentarz przyspieszył mu puls. Seamus zaledwie po połowie sezonu uważał Harry'ego za przyjaciela, a także za kogoś o podobnym statusie. Był przekonany, że chłopak z Niemiec jest na tyle dobrym sportowcem, by zasługiwać na noszenie białej koszulki. Śmieszne, że Charlie nigdy nie powiedział czegoś podobnego ani jemu ani Neville'owi, chociaż grali w jednym klubie od kilku miesięcy.
- Ech, przecież teraz mieszkam u byłego gracza Atletico – przypomniał koledze.
- Cedric już prawie osiem lat siedzi w Anglii – powiedział Seamus, jakby Diggory największych sukcesów nie odniósł w czerwono-białej koszulce madryckiej drużyny.
- Nie jestem szczególnie wybredny.
Twarz drugiego kapitana powoli rozjaśniła się. Wyciągnął z jeansów komórkę.
- Najpierw obejrzyj chatę, okay? Potem zadecydujesz.
X X X
Wizyta w środku tygodnia w Holandii była tylko formalnością. Przy całym podziwie, jaki Severus miał dla szkółki Ajaxu i dla sztabu trenerskiego, piłkarze z Amsterdamu nie byli zbyt wymagającym przeciwnikiem. Real miał zapewnione miejsce w rozgrywkach Ligi Mistrzów i w biurach w Valdebebas czekano tylko na losowanie najbliższego rywala.
W La Liga sytuacja nie wyglądała już tak różowo. Tracili do Barcelony jedenaście punktów. Marvolo się niecierpliwił, Weasley wykazywał podejrzaną obojętność, a cała Katalonia żartowała z zimy w stolicy.
Zebrał tę bandę przerośniętych chłopców i spróbował im wytłumaczyć, że meczu z Realem Valladolid nie mogą przegrać. Powinni być na tyle podbudowani wygraną z Atletico, by choć na dziewięćdziesiąt minut zapomnieć o porażkach. Część z nich nawet go zrozumiała. Szkoda, że nic z tego nie wychodziło na boisku. Mimo rygorystycznych treningów i przygotowania taktycznego defensywa nie umiała utrzymać rywala pod kontrolą. Wyszli z nastawieniem, że wygrają ten mecz z rękami w kieszeniach, a po dwunastu minutach już stracili pierwszą bramkę.
- Czego ja ich uczyłem… - westchnął Severus.
Nie chciało mu się biegać i gorączkować przy linii bocznej boiska. Czasem sam się sobie dziwił, że ogarnęła go taka niechęć. W poprzednim sezonie liczyło się dla niego każde spotkanie i każdy zdobyty punkt, który przybliżał Real do wygrania ligi i tym samym oddalał od tego celu Barcelonę.
Mecz był równie emocjonujący, co najnowszy odcinek latynoskiej telenoweli, ale wynik wskazywał na coś zupełnie przeciwnego.
Severus naliczył przez czterdzieści pięć minut dwa tuziny błędów popełnionych przez jego podopiecznych. Remis, tuż przed zejściem do szatni na przerwę, uratował gościom z Madrytu jeden z najmłodszych i teoretycznie najmniej doświadczonych zawodników. Potter kolejny raz znalazł miejsce tam, gdzie teoretycznie nie powinno być nawet pół metra kwadratowego na rozegranie piłki. Wziął do pomocy Terry'ego Boota wymienił z nim kilka podań usypiając czujność obrońców. W zwyczajnym klubie to napastnik wykańczał tego typu akcje, a ofensywny pomocnik asystował. Tylko u Los Blancos taki schemat nie działał. Boota nie kupiono w celu śrubowania rekordów strzeleckich. Od tego mieli Malfoya, a w dalszych planach Victora Kruma. W wymarzonej drużynie „Królewskich" Severus widział na lewym skrzydle Dracona, na prawym – szybkiego, umięśnionego Bułgara z Tottenhamu, a na szpicy Boota robiącego zamieszanie. Miejsce za plecami tych trzech, tam, gdzie mówiono, że znajduje się mózg każdej drużyny, kiedyś należało do Blaise'a Zabiniego, ale z każdym mijającym weekendem stawało się domem Harry'ego Pottera
Mając w głowie słowa Firenze Wildenwalda Snape zszedł za swoimi piłkarzami z murawy.
Weasley apatycznie sączył wodę z bidonu, jakby nie zawinił przy drugiej straconej bramce. Finnigan się krzątał pomiędzy kolegami i pokrzykiwał, że jeszcze mogą wygrać. Olivieira starał się wytłumaczyć defensorom schematy taktyczne na następne czterdzieści pięć minut, a Dołochow wymieszał się z rezerwowymi.
- Moglibyście wygrać przynajmniej po to, by się z was w Katalonii nie śmiali – powiedział głośno Severus.
Dłuższa przemowa motywacyjna minęłaby się z celem, a uwaga o największych rywalach zawsze skutecznie mobilizowała starszych zawodników.
Pozostawił ich i podszedł do wycierającego się Pottera.
- Wiesz, co o tobie mówią? – zagadnął.
Chłopak zamrugał. Zarzucił ręcznik na ramię.
- Że jestem niemieckim drewnem, które nie umie odebrać rywalowi piłki?
- To o twoim kumplu.
Prawie się uśmiechnął, ale Severusowi nie było do śmiechu i jego nastrój udzielił się szybko młodemu piłkarzowi.
- Że zdradziłem ojczyznę i królową?
- I?...
- Że tylko stoję i znikam w ważnych meczach, a w drugiej połowie już nawet nie mam siły oddychać?
Snape nieznacznie skinął głową i położył mu dłoń na ramieniu.
- To teraz wyjdź tam i pokaż im wszystkim, że się mylą.
To mówiąc Severus zostawił go i poszedł skonsultować się z sanitariuszami co do stanu poobijanych kostek Jacka Slopera. Nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że Potter odprowadza go zdumionym spojrzeniem.
Dwadzieścia minut przed końcem meczu dzieciak znów pokazał, że potrafi zmieścić piłkę tam, gdzie normalny zawodnik nie wetknie nawet igły, a Snape musiał w duchu przyznać niemieckiemu koledze po fachu, że miał rację. Przynajmniej co do Pottera.
X X X
Budynek z zewnątrz wyglądał jak kilka warstw płyt z ciemnego i jasnego piaskowca ułożonych na fundamencie z polnych kamieni. Pięć sypialni, garaż na sześć samochodów, siłownia połączona z kącikiem rozrywki. Najniższy poziom domu wpuszczono częściowo z zbocze wzgórza, ale z drugiej strony można było bezpośrednio wyjść do ogrodu i nad basen. Posiadłość rozciągała się na trzech kilometrach kwadratowych, a sam dom miał więcej niż pół hektara. Harry'ego zapewne nie byłoby stać na takie luksusy, nawet przy obecnych zarobkach, ale przebywający na sportowej emeryturze gospodarz wolał swoją willę na Majorce niż najbardziej burżujskie z miast-sypialni otaczających hiszpańską stolicę.
Luna była niepocieszona brakiem rozległych, białych przestrzeni czekających na muśnięcie pędzlem albo spryskanie farbą w sprayu, ale Harry'emu wnętrze bardzo się podobało. Wyglądało na tyle normalnie, na ile normalny może być dom bogatego ex-sportowca. Czuł się tu dobrze. Mógł wieczorem wyjść na obszerne patio, owinąć się w polarową bluzę i patrzeć na dalekie światła Madrytu. A kiedy mu się już to znudziło, to miał dwa kroki do siłowni i trzy kroki do podgrzewanego basenu. Luna zaadaptowała jeden z pokoi na piętrze na swoje potrzeby, Neville zaakceptował pokój dzienny z kominkiem idealnym na chłodne, zimowe wieczory, a Seamus uznał wyposażenie domowego centrum rozrywki za wystarczające.
Wszystko zaczynało się układać zbyt pięknie. Harry nie wierzył, że taki stan rzeczy może się utrzymać dłużej, nie w jego życiu. Nie przypuszczał jednak, że powracając z Valladolidu w środku nocy zastanie światła pozapalane w salonie, zgrzewkę piwa na stoliku do kawy i ojca chrzestnego wyglądającego jak konik sprzedający bilety pod Bernabeu, miziającego palcem po ultranowoczesnym egzemplarzu smartfona.
Syriusz Black uniósł wzrok usłyszawszy jego kroki i posłał w stronę Harry'ego szatański uśmiech.
- Cześć synek! Patrzę, że wyrabiasz się.
Młody piłkarz odkrył tej nocy, że jego nowy dom ma poważną wadę.
Mimo profesjonalnej ochrony, jaką otoczono całą dzielnicę Pozuelo de Alarcon, jeden bezdomny imigrant zdołał dostać się na teren posiadłości.
