Alfred Tennyson - "Ulisses":

Ruszajmy, przyjaciele,
Wcale nie jest za późno,
By szukać świata ze snów...
A planów mam tak wiele
Ot, choćby przepłynąć horyzont wszerz,
potem wzdłuż...
Nie ma już w nas tej mocy, która za dawnych lat
umiała wstrząsnąć niebem, poruszyć cały świat...
Jesteśmy tym, czym jesteśmy -
zły los, a może zły czas
osłabił w sercu ogień, co łączył niegdyś nas,
lecz wzmocnił naszą wolę i teraz dobrze wiemy,
że trzeba szukać, szukać, szukać,
bez względu na to, co znajdziemy.


Real Madryt – 2 : 2 – Espanyol


Malfoy gapił się na dekolt obsługującej ich hostessy z miną małego chłopca zabranego przez babcię do cukierni. Z tego też powodu Harry wyglądał na chorego. Obaj reprezentanci Niemiec zajęli krzesła w trzecim rzędzie, kilka miejsc na lewo od gwiazdora. Przestrzeń pomiędzy nimi wypełniała jego świta. Tak w myślach Neville nazywał najbliższych kolegów Malfoya. W grupie obowiązkowo znaleźli się Zabini i Montague, a ponadto zawodnicy pierwszej drużyny, w których żyłach płynęła choć odrobina nieeuropejskiej krwi. Draco lubił się otaczać ludźmi pochodzenia afrykańskiego i bliskowschodniego. Choć wydawał się kompletnie do nich nie pasować, to właśnie siedząc pomiędzy Deanem Thomasem i Blaisem Zabinim wydawał się najbardziej zrelaksowany.

Hostessa rozdała wszystkim piłkarzom kluczyki do ich nowych aut. Harry zbył ją niemal wrogim „dziękuję" i nastroszony udawał, że skupia się na przemowie prezesa.

- Co robisz w święta? – zagadnął go Neville.

- Nic.

- Żadnych planów? Nie zabierasz nigdzie Luny?

Odpowiedziało mu wzruszenie ramionami.

- A gdzie miałbym ją zabrać?

Chwilę obaj siedzieli cicho. Ich myśli nie zagłuszały słowa Toma Marvolo o doskonałej współpracy z motoryzacyjnym gigantem. Przedstawiciel sponsora, równie złotousty, dziękował co chwila prezesowi i podkreślał, że czuje się zaszczycony mogąc reprezentować w świecie tak uznaną drużynę.

- Luna zamierza spędzić pierwszy dzień świąt na Dworcu Atocha – Harry poczuł się w obowiązku udzielić bardziej szczegółowych wyjaśnień – Jej mama zginęła w ataku terrorystycznym osiem lat temu.

Neville poczuł się, jakby połknął własny język.

Z boku wiercący się Montague nie wiedział, co zrobić z czapką bejsbolówką. Jako jedyny wrócił z próbnej jazdy z nakryciem głowy i teraz miał problem, bo nie wziął ze sobą żadnej torby czy plecaka, a w najbliższym otoczeniu brakowało choćby małego stolika, by ją zostawić na pół godziny. Graham spróbował najpierw wsadzić ją pomiędzy plecy i oparcie krzesła, ale było mu niewygodnie. Próbował powiesić ją na oparciu, ale ciągle spadała. Zaczął miętosić ją w rękach. Widzący to Draco rzucił do niego kilka słów po francusku, straciwszy zainteresowanie stojącą niedaleko dziewczyną. Montague poczerwieniał, Zabini przygryzł dolną wargę, a siedzący przed nimi dotychczas w całkowitym skupieniu Miles Bletchley parsknął śmiechem.

Zajmujący miejsca w pierwszym rzędzie wraz z całym sztabem szkoleniowym trener obejrzał się na nich niezadowolony. Efekt miało to niewielki, gdyż świtę Malfoya skrywały wypięte dumnie piersi klubowej starszyzny – Notta, Cornera i Finch-Fletchleya, za którymi najczęściej dreptał młody obrońca. Wszyscy czterej przybrali mocno nobliwe miny dając do zrozumienia, że nie widzieli ani nie słyszeli nic, co mogłoby podnieść trenerowi ciśnienie.

- Kupiła mi szalik na święta – kontynuował cicho Harry – Taki porządny, ciepły szalik z żółtym i czerwonym wzorem. Powiedziałem jej, że tu i tak jest wystarczająco ciepło, że nie wiem, kiedy będę go mógł założyć… A ona powiedziała, że to na następną zimę. Że mi się przyda.

Potrząsnął głową, jakby próbował zrzucić z siebie niechciane wspomnienia. Harry pasował do Madrytu, a Madryt do Harry'ego. Znalazł w tym mieście niszę idealnie dopasowaną do jego pragnień i potrzeb. Po raz pierwszy w dorosłej pracy miał przyjaciół i ich szacunek. W Bremie, choć wielu kolegów z szatni podziwiało talent chłopaka, omijali go wyczuwając, że jest inny.

Graham wreszcie położył bejsbolówkę pod krzesłem, a świta Malfoya uspokoiła się. Za to rozłożony przed nimi Finnigan zaczął coś po hiszpańsku tłumaczyć Charliemu i Erniemu. MacMillan poruszył się nerwowo. Kapitan wyglądał na średnio zainteresowanego.

Neville z ich rozmowy wyłapał tylko kilka słów: „świetna ekipa", „Cedric", „Chelsea" i „stary buc". Mógł przysiąc, że Snape znieruchomiał na moment, ale tym razem nie odwracał się. Atmosfera zgęstniała.

Harry lekko kopnął nogę krzesła, na którym siedział Finnigan. Chyba zrozumiał z rozmowy kapitanów więcej, bo na pytające spojrzenie obrońcy przybrał nieszczęśliwą minę. Pokaz pantomimy w wykonaniu ich obu był ciekawszy od tego, co się działo na zaimprowizowanej scenie. Seamus należał do bardzo ekspresyjnych ludzi, a Neville znał Harry'ego na tyle długo, by umieć zinterpretować każde drgnięcie mięśni twarzy.

Kąciki ust Pottera powędrowały w dół. Na to Finniganowi wyraźnie obniżył się nastrój. Harry ściągnął usta i wytrzeszczył oczy w zbolałym i urażonym geście, dzięki któremu zyskał w Madrycie nowe przezwisko. Wyglądał dokładnie tak, jak jelonek Bambi, któremu nogi rozjechały się na lodzie. Dało to efekt natychmiastowy. Finnigan posłał mu pełne skruchy, przepraszające spojrzenie i do końca spotkania nie zająknął się ani razu o przechodzeniu do Chelsea.

Przemówienia ważnych ludzi dobiegły końca i piłkarze zaczęli się podnosić. Harry przyłapał Zacha Smitha, a Neville postanowił podjeść z nimi do wyjścia.

- Gadaj, co zrobiłeś z moim chrzestnym.

- A co? Wrócił? – zapytał wesoło napastnik.

Harry jęknął i przeczesał dłońmi włosy.

- Jak będę wiedział, co z nim zrobiłeś, to zrobię to samo.

- Wyślesz go na Bahamy?

Zach musiał się świetnie bawić widząc ich zdumione miny.

- Moi kuzyni mają domek na plaży, a siedzą tam może dwa miesiące w roku. Kupiłem mu bilet i powiedziałem, że może tam być do świąt.

- Ale… - Potterowi głos uwiązł w gardle – Ale dlaczego?...

- Przecież to tak jakby twój krewny, nie? Sam mówiłeś, że jest natrętny, a przecież nie będziesz z powodu rodziny dzwonić na policję.

Napastnikowi takie zachowanie wydawało się całkowicie normalne i słuszne.

- Nev, jak chcesz kogoś opchnąć na Bahamy, to daj znać po Nowym Roku – puścił do niego oko, ale Neville potrząsnął głową.

Jego babci nikt żadną siłą nie ruszyłby z przedwojennej kamienicy w Bremie.

- Tylko co ja z nim teraz zrobię? – jęknął Harry.

- Znajdź mu jakieś zajęcie – doradził Smith – Facet wygląda na takiego, któremu głupie pomysły przychodzą do głowy, jak nie ma nic do roboty.

Zach nie przeczuwał nawet, jak bardzo prawdziwe były jego słowa. Wśród znajomych Potterów Syriusz Black uchodził za mężczyznę fatalnego, który pomimo przeważnie dobrych intencji, ściągał na siebie kłopoty. To on pomagał Jamesowi w budowie firmy, a kilka lat temu niemal przyczynił się do ich bankructwa. W domu Potterów był chyba równie wyczekiwanym gościem, co ich pierworodny syn.

X X X

Biuro prezesa miało wygląd monumentalny, budzący zarówno lęk jak i szacunek. Ciężkie, mahoniowe meble dzieliły przestrzeń ze szklanymi elementami. Na ścianach wisiały warte kilkadziesiąt milionów obrazy hiszpańskich malarzy stylem przypominające „Guernikę" Picassa. Severus widział tylko raz oryginalne dzieło. W pomalowanym na biało pomieszczeniu obleganym przez turystów z całego świata strzegły go kamery i dwie kustoszki przypominające co chwilę zwiedzającym, że akurat zdjęć tego obrazu nie można robić. Niektórzy, tak jak Snape, zatrzymywali się na dłużej. Nie omamił ich urok sztuki, nie zachwycała dokładność i ilość naniesionych na płótno szczegółów. Wolał myśleć, że, tak samo jak on, ludzie ci nieruchomieli przygnieceni ogromem cierpienia emanującego z szarych twarzy wykrzywionych bólem i rozpaczą.

Tomas Marvolo Riddle rozmyślnie zażądał takiego projektu dla swojego gabinetu. Goście, podwładni i petenci nie powinni czuć się tu dobrze. Ten komfort zarezerwowany był wyłącznie dla prezesa.

- Snape, dobrze, że jesteś.

Usiadł we wskazanym przez gospodarza brązowym, skórzanym fotelu. Nie zaoferowano mu drinka ani nawet kawy, by się ogrzał po jeździe samochodem przez tonący w zimnym deszczu Madryt.

- Widziałeś zachowanie moich chłopców podczas prezentacji samochodów? – zagadnął łagodnie Tom Marvolo.

- Tak samo jak rok temu.

Wolał nie wdawać się w szczegóły. Piłkarzy nie zatrudniano dla ich inteligencji. To, że poza Theodore Nottem, nie umieli nigdy się poprawnie ubrać ani zachować na wszelkich oficjalnych uroczystościach, było normą.

- Nie chcę dłużej oglądać tego chodzącego nieszczęścia Montague – Marvolo sięgnął do kartonowej teczki wypełnionej papierami – Nie dałoby się go jakoś pozbyć?

Severus rozejrzał się dyskretnie. Przywołano go na rozmowę w cztery oczy z prezesem, bez udziału jego zastępców i dyrektora sportowego. Znaczyło to, że czeka go jeszcze jedno dodatkowe zebranie, na którym miał przedstawić swoje propozycje na ruchy transferowe podczas zimowego okienka zaakceptowane wstępnie przez Marvolo. Źle wpływałoby to na ich podwładnych, gdyby dwie najważniejsze osoby w klubie zaczęły kłócić się przy świadkach.

- Lee Jordan wróci do formy najpóźniej pod koniec kwietnia. Zimą nie uda nam się znaleźć nikogo lepszego na lewą obronę.

- Tyle on nas kosztował – skrzywił się prezes – Ciągle narzeka każdemu, kto przystawi mikrofon, jaki to on nieszczęśliwy.

- Sprawdza się w El Clasico – dla Snape'a była to wystarczająca rekomendacja.

Każdy defensywny piłkarz, który potrafił zatrzymać Creeveya, Goldsteina i Rona Weasleya wart był zapłaconych za niego pieniędzy.

- Jego koszulki kupują chyba tylko Francuzi.

- Koszulki Bletchleya kupują tylko Belgowie.

- Młody, perspektywiczny… Lupin podkreśla to na każdym kroku – powiedział z przekąsem Tom Marvolo.

Widział dokładnie to samo, co Snape – że Lupin w bardzo subtelny sposób daje belgijskiemu obrońcy ochronę zarówno przed napastliwymi mediami jak i przed zapędami transferowymi władz klubu. Marvolo najchętniej wypożyczyłby chłopaka albo sprzedał z opcją pierwokupu do Włoch.

- Gra równo. Jest sumienny na treningach.

- Mamy sporo obrońców.

- Zna pan to powiedzenie: „Napastnicy wygrywają mecze, ale obrońcy wygrywają turnieje".

- Ale to napastnicy przynoszą nam dochody, Snape – Marvolo splótł palce i oparł złączone dłonie na biurku.

Pochylił się do przodu.

- Sprowadzenie Coote'a dla załatania dziur w składzie jeszcze zrozumiem. Ale powiedz mi, kim jest taki Harry Potter?

- Pierwszym asystentem Malfoya – odparł bez wahania Severus.

- Każdy głupi może mu podać piłkę a on strzeli. Kto o nim słyszał?!

- Miał dobry moment na Euro.

Snape czuł się jakby już kiedyś przeprowadzał podobną rozmowę. Tylko że tym razem powtarzał słowa starego przyjaciela.

- Przyszedł do nas za grosze. To jest Real Madryt. My kupujemy gwiazdy, sportowców, którzy z klasą będą nosić nasze śnieżnobiałe koszulki. Szlajając się po knajpach i fotografując z każdą dziwką w mieście nie dodaje temu klubowi powagi.

Z informacji dostarczanych mu przez grupę działających w cieniu detektywów Severus akurat mógł wywnioskować, że Potter znajdował się poniżej średniej klubowej jeśli chodzi o imprezowanie i wlewanie w siebie kolorowych drinków. Daleko mu było do takich ustatkowanych i spokojnych kolegów jak Nott czy Longbottom, ale też nie mógł równać się z Finniganem czy Bootem w tej dyscyplinie.

- Tak samo, jak postępowanie dziewczyny Weasleya.

W ponurym gabinecie prezesa zrobiło się jakby ciemniej. Cienie w kątach wydłużyły się. Szklana powierzchnia stojącego z boku stolika do kawy złapała kilka promyków sztucznego światła i zalśniła jak ostrze groźnej broni.

- Dobrze wiesz, jaki status ma nasz kapitan.

- Kosztuje rocznie więcej niż Montague, daje obecnie mniej drużynie niż Lee Jordan, a jego śliczna Tracey uczyła się fachu u samego Slughorna.

- Nie pozbędę się Weasleya – powiedział Marvolo głosem ucinającym wszelkie dyskusje – Środowisko wciąż nie wybaczyło mi sprzedaży Raula.

- Sam o tym zadecydował.

Poprzedni kapitan Realu miał wybór by grać dziesięć meczów w sezonie i dawać moralne wsparcie zawodnikom pierwszego składu albo godnie odejść na piłkarski zasiłek przedemerytalny. Raul wybrał Schalke 04, a następnie gorący klimat Bliskiego Wschodu.

- Nie pozbędę się kolejnej legendy.

- Więc będzie pracować w tym klubie, nawet jak mu ręce odpadną i przestanie dostrzegać lecące w niego piłki – podsumował gorzko Snape – Tylko proszę nie liczyć na to, że przejdziemy dalej niż ćwierćfinał Ligi Mistrzów i trzecie miejsce w La Liga. Z takim bramkarzem to nas nawet Atletico wyprzedzi.

- To od trenera zależy dyspozycja i motywacja zawodników. Zrób z tym coś, Snape – polecenie prezesa brzmiało jak groźba – Bo zaczynasz tracić kontrolę nad szatnią. Nie chcę więcej słyszeć od nich zachwytów nad projektem mojego rosyjskiego przyjaciela.

- Rozumiem.

- Oby. W tym klubie nie ma ludzi niezastąpionych.

Wyczuwając, że Tom Marvolo uznał rozmowę za zakończoną, Severus wstał i pożegnał się krótko. Czuł się chory przebywając w tym samym pomieszczeniu, co prezes bez innych ludzi służących za bufor w ich relacjach.

X X X

W korytarzach Bernabeu nie spodziewał się zastać przyjaznej twarzy. Dlatego też zaskoczył go widok Theo Notta wychodzącego z gabinetu asystenta dyrektora sportowego.

Piłkarz wyglądał jak wyjęty z żurnala. Brązowa marynarka, proste jeansy, koszula w niebieską kratkę i pasująca do reszty stroju ciemna apaszka oddawały doskonale zrelaksowany nastrój sportowca. Towarzyszył mu jeszcze bardziej elegancko ubrany mężczyzna, który, sądząc po rysach twarzy, także zaliczał się do licznej rodziny Nottów. Severus obstawiał, że jest to niezwykle rzadko widywany w Madrycie kuzyn i agent Theo.

- Dzień dobry, trenerze! Skąd taka ponura mina?

- Zawsze mam taką minę – odburknął Snape.

Nott posłał mu przewrotny uśmiech.

- Mam nadzieję, że nie oberwało się panu mocno za nasze zachowanie wczoraj.

- Theo… - Severus pogroził mu palcem – Uważaj.

- Zawsze – wtrącił się kuzyn Notta – On ma oczy dookoła głowy.

- Co tutaj robicie?

- Interesy – padła wymijająca odpowiedź.

- Chyba i ty nie wybierasz się do Chelsea?

- A pan? – zagadnął Theo – To teraz popularny kierunek.

Severus potrząsnął głową.

- Takie posunięcie byłoby logiczne z pańskiej strony.

- Od kiedy futbol opiera się na logice?

Theo spoważniał. Schował ręce do kieszeni spodni.

- Oni… - wskazał głową w kierunku gabinetów najwyższych władz klubu – chcą renegocjować mój kontrakt.

- Zasługujesz na podwyżkę – zgodził się Snape.

Spodziewał się takiego ruchu ze strony sługusów Marvolo prędzej lub później. Nott nigdy nie był widowiskowym piłkarzem, ale sprawiał, że wszystko w drużynie działało. Widzieli to trenerzy, koledzy z szatni, rozumiał to też prezes.

- I uwiązanie kontraktem do emerytury? Jeśli kiedyś mam stąd odejść, to na moich warunkach.

Kuzyn Theo zerknął na nich pytająco, jakby chciał się upewnić, że jego krewniak i klient wie, komu zdradzać swoje sekrety. Sam piłkarz nieznacznie skinął głową, potwierdzając, że szkoleniowiec jest osobą godną zaufania.

- Zamierzasz odejść? Wiesz, że jako trener muszę wiedzieć o takich sprawach odpowiednio wcześnie.

Za rok Theodore Nott mógł rozpocząć negocjacje z dowolnym klubem jako wolny człowiek. Dlatego standardowym działaniem ze strony piłkarskiego giganta była propozycja przedłużenia umowy, aby móc decydować później o ewentualnej sprzedaży, wymianie lub wypożyczeniu zawodnika.

- Spokojnie, Mister – Theo dotknął jego ramienia – Wiem, że jest ciężko i że może być dla nas jeszcze gorzej, ale dopóki pan tu jest, nigdzie się nie wybieram.

Drugi z Nottów zakasłał w rękaw dając sygnał, że korytarzem zbliża się grupa sekretarek.

- Mister, oglądał pan ostatnią kolejkę Premier Ligue? – zapytał donośnym głosem piłkarz – Co pan sądzi o szansach Arsenalu na podium w tym sezonie?

X X X

Piąty raz zastanawiał się, czy przesunięcie wieczornego joggingu na godziny wybitnie nocne było dobrym pomysłem. Jego dzień należał do fatalnych, więc nie spodziewał się pozytywnego zakończenia.

Złość to zbyt łagodne określenie na opisanie jego nastroju po kolacji. Ted zawiedziony pogrzebał w talerzu kilka minut i czmychnął do kolegów. Tonks wiedziała, że nie należy go zagadywać, kiedy każde gwałtowne słowo lub gest najbliższych mogły wywołać w nim nieuzasadniony wybuch gniewu.

Severus nie dotrzymał obietnicy. Świadomość, że jego jedyny przyjaciel w Madrycie prawdopodobnie zapomniał o umówionej kolacji, bolała.

Remus powinien być już do tego przyzwyczajony. Snape i Granger mieli prawdziwy talent do ignorowania ludzi w swoim otoczeniu w imię wyższych celów. Pamiętał, jak mocno rozczarowała go wiadomością o powrocie do Barcelony. Łatwiej było ją postrzegać jako wieczną imigrantkę z ojcem w Australii, matką w Hiszpanii i dziećmi urodzonymi na dwóch różnych kontynentach, niż jako trenerkę Barçy B. Spodziewał się, że jej praca oddali ich od siebie. Lupin był już madridistą pełną gębą z parą zużytych lanków umieszczonych na honorowym miejscu w muzeum na Bernabeu. Tymczasem Barcelona powitała Hermionę z otwartymi ramionami jak córę marnotrawną. Kiedy w pół roku wydźwignęła juniorów do czołówki Segunda Division, a pierwsza drużyna zaprezentowała się w żałosnym stylu w Lidze Mistrzów, ci sami ludzie, którzy wypchnęli ją z klubowych struktur, z radością zrzucili na barki kobiety odpowiedzialność za narodowy skarb Katalonii. Remus wówczas przestał oglądać wiadomości sportowe i czytać gazety. Wnętrzności mu się przewracały z odrazy na widok uśmiechów i zachwytów działaczy, którzy kilka lat wcześniej oskarżali jego przyjaciółkę o branie dopingu, a potem o homoseksualizm.

Hermiona w trzy sezony zamknęła wszystkim usta. W jej czwartym sezonie do Madrytu przeprowadził się Severus i Remusowi przypadła w udziale rola biernego widza obserwującego poprzez rożne media jak jego najlepsi przyjaciele wykańczają się nawzajem.

Przeciągnął się na werandzie domu Snape'a. Nad drzwiami zapaliła się lampa z wbudowanym czujnikiem ruchu. Remus znalazł wreszcie w miarę wygodną pozycję na pierwszym schodku. Jego oddech uspokoił się po wysiłku. Pot zasechł na skroniach. Zbliżała się druga w nocy. Najwyższa pora, by jego przyjaciel wreszcie oderwał się od biurka w Valdebebas, wyłączył tryb cichy w komórce i przypomniał, że w ciągu doby trzeba złapać przynajmniej kilka godzin snu.

Z nudów zaczął przeglądać fejsbukowe profile dawnych kolegów z klubów i reprezentacji. Poruszył się dopiero słysząc szum silnika na podjeździe.

- Czy ty wiesz, która jest godzina? – Remus miał ochotę krzyczeć.

Tymczasem jego przyjaciel przybrał kompletnie zaskoczoną minę utwierdzając go tylko mocniej w przekonaniu, że zapomniał o umówionej kolacji.

- Nikt ci nie kazał nocować pod moim domem.

- A wiesz chociaż jaki dzisiaj mamy dzień? – Lupinowi nie udało się ukryć frustracji, choć wiedział, że próba przemówienia do Snape'a tym tonem może skończyć się jedynie niepotrzebną kłótnią.

- Tak. Na popołudnie mam zwołane zgrupowanie na mecz z Espanyolem.

Severus wyciągnął do niego rękę i pomógł wstać.

- Tylko ty możesz odmierzać czas kolejkami w lidze. Zapraszałem cię na kolację, pamiętasz?

Za odpowiedź musiało mu wystarczyć potrząśnięcie głową.

- Nimfadora dzwoniła do ciebie jeszcze dziś rano. Wiesz, jak długo musiałem pocieszać Teda? Nienawidzę tego. Muszę tłumaczyć się przed własnym synem z tego, że mój jedyny przyjaciel w Madrycie jest kompletnym dupkiem – Remus zaczerpnął tchu – Co było tak ważnego, że zostawiłeś nas na lodzie?

Severus powinien wiedzieć, ile kosztuje go zachowanie spokoju. W tej chwili najchętniej rozwaliłby staremu przyjacielowi nos.

- Przygotowuję się do pretemporady w przyszłym roku. Próbuję namówić zarząd na kupno bramkarza. Mam nawet jednego upatrzonego… Usiłuję dyplomatycznie wypchnąć Zabiniego z powrotem do Włoch.

Lupin zacisnął na moment powieki. Podparł sobą ścianę obok drzwi.

- Po co?...

Snape nie zrozumiał pytania. Zrobił unik wycofawszy się do kuchni, ale Lupin poszedł za nim.

- Sev, popatrz na siebie… - Remus nerwowo zmierzwił i tak zniszczoną przez wiatr fryzurę – Jesteś cieniem człowieka. Jesteś sam, a narobiłeś sobie tutaj zbyt wielu wrogów. Nie dasz rady pociągnąć do następnego sezonu. Zniszczą cię.

Kto inny mógł lepiej rozumieć problemy, z jakimi codziennie mierzył się trener Realu Madryt? Były piłkarz widział już wszystko. Ten sam prezes, który do Madrytu sprowadził Draco Malfoya i Terry'ego Boota, dekadę wcześniej ściągnął jego, Zizou i Beckhama.

- Też chcesz mnie się pozbyć z Madrytu?

Remy gwałtownie zatrzasnął przyjacielowi przed nosem otwarte drzwi lodówki. Ten zdążył zabrać ręce w ostatniej chwili.

- Do diabła, Sev! Jest jeszcze życie poza piłką! Masz synów, żonę, ludzi, którym na tobie zależy.

Czuł, że oczy mu pieką. Na jego twarz wystąpił brzydki grymas. Obnażył zęby, ale daleko mu było do uśmiechania się.

Snape cofnął się o dwa kroki. Przez ułamek sekundy chyba naprawdę się bał.

A potem z Lupina uszło powietrze. Przygarbił się.

Przyszedł tu w konkretnym celu. W przeciwieństwie do przyjaciół miał poczucie przyzwoitości, które nakazywało mu przekazać osobiście swoje plany. Nie chciał, by Severus dowiedział się o tym z mediów.

- Chciałem cię tylko poinformować, że do końca roku już nie będę ci się naprzykrzał. Lecimy na Święta do Los Angeles. Hermiona nas zaprosiła.

Dźwięk jej imienia zawsze wydobywał w jego przyjacielu coś kruchego, co wydawało się zniszczone lata świetlne temu i pogrzebane głęboko w pamięci. Przez moment wciąż był tym chorobliwie ambitnym facetem, który wierzył, że ciężką pracą podbije świat, a nocami śnił o posadzie trenera Barcelony.

- Chcesz jej coś przekazać? O coś zapytać? – Remus zasugerował łagodnie.

Oparł dłoń na ramieniu starego przyjaciela. Ze smutkiem zauważył, że przybyło mu znów siwych włosów.

- Po co? – prychnął Severus – Przecież jestem od niej lepszy.

Lupin wlepił w niego wzrok i szybko zdusił zalążki współczucia. Skoro Snape chciał uchodzić za drania, Remus nie zamierzał mu przeszkadzać. Zanim wyprosił się z domu, odwrócił się w drzwiach i zawołał donośnie:

- Nie. Nie jesteś. Oboje jesteście tacy sami.

X X X

W teorii mecz z drugą drużyną stolicy Katalonii powinien przebiegać w spokojnej atmosferze, a goście nie stawiać Los Blancos zbyt wielkiego oporu. W praktyce drużyna, której roczny budżet nie przekraczał sum wydawanych przez Real w jednym okienku transferowym, nastrzelała taką samą liczbę goli i opuszczała Bernabeu w znakomitych nastrojach.

Snape nie miał ochoty wygarniać swoim podopiecznym wszystkich błędów. Pewnie i tak nic by nie zapamiętali.

Ofensywa zagrała tak, jak zwykle, defensywa… cóż, też jak zwykle. Pakowali się do autokaru jak grupka dzieciaków wybierających się na wycieczkę, zbudzonych przez troskliwych rodziców w środku nocy i odwiezionych na czas na miejsce zbiórki.

Sloper robił kolegom zdjęcia komórką. Malfoy podpytywał Montague'a o pediatrów. Nott i Corner szykowali się na noc z jakimś genialnym szwedzkim serialem.

- Jutro po południu tylko trening siłowy – Severus pouczał Dołochowa - Przydałoby się jeszcze dla pewności prześwietlić stopę Boota.

- Mówił, że go nie boli.

- Ja mu nie wierzę. Tamten wślizg musiał boleć. Siłownia i masaż. Nic forsującego…

- Jak to! – Finnigan wparował między nich z wielce oburzoną miną – Nic pan dziś nie mówił!

- Co miałem powiedzieć? – Severus uniósł brwi – Sam widziałeś, jak graliście.

- Zrób pan coś! – jęknął piłkarz i szarpnął swoje krótkie włosy.

- Co mam zrobić? To ty nie pilnowałeś swojej pozycji kiedy wywalczyli stałe fragmenty gry.

- Drużyna jest sfrustrowana – zakomunikował mu nadąsany obrońca.

Severus przeniósł wzrok na powoli zajmujących miejsca piłkarzy. Weasley zdążył się ulotnić czarnym porsche podstawionym na parking przez jego drugą połówkę. Pod autokarem stali jeszcze Potter, MacMillan i Davies.

- Widzisz tu kogoś sfrustrowanego?

Wynik nikogo nie zachwycał, ale zawodnikom daleko było od popadania w depresję.

Finnigan zająknął się, rozejrzał się wokół i ponownie przybrał zdecydowaną minę.

- Harry jest sfrustrowany.

I powinien. Stworzył swoim kolegom z ataku pięć stuprocentowych okazji. Nie wykorzystali ani jednej. W obronie nigdy nie zachwycał, ale tego wieczora uwijał się pracowicie jak pszczoła, by odciągnąć obrońców Espanyolu od swoich kolegów, by znaleźć miejsce dla piłki, aż wreszcie zniechęcony nieefektywną postawą drużyny wziął sprawy w swoje ręce. W drugiej połowie meczu trzy razy próbował sam atakować bramkę rywali. Zwykle wolał biegać z boku i pozwalać napastnikom i skrzydłowym zgarniać całą sławę za udane widowisko.

Severus postanowił zamknąć usta drugiemu kapitanowi „Królewskich". Przeprosił Dołochowa i podszedł do ociągającej się grupki piłkarzy.

- Dobra robota, Potter – klepnął dzieciaka po ramieniu – Możesz dziś spać spokojnie. Nie masz sobie nic do zarzucenia.

Koledzy Pottera zaczęli gratulować zdębiałemu pomocnikowi. Severus szybko wbiegł po schodkach do autokaru i znalazł sobie miejsce w przedniej części. Popatrzył na ucieszonych piłkarzy. Daviesa wypromował ze szkółki, dwaj pozostali byli jego transferami. Do końca kariery będą postrzegani przez miejscową prasę i kibiców jako „ludzie Snape'a", bez względu na swoją postawę. Jeżeli Tom Marvolo przygotowywał się do zerwania podpisanej z nim umowy, czas tych wszystkich uśmiechniętych, naiwnych chłopców w Madrycie również był policzony.