AN: Uwaga! To nie jest rozdział dla osób, które nienawidzą kiepskich romansideł. Czytelnikom oraz czytelniczkom szukającym w tym opowiadaniu dramatu, skomplikowanych relacji międzyludzkich i ciekawostek sportowych, radzę poprzestać na pierwszej części rozdziału i nie zaglądać na koniec (bo możecie mocno się zrazić do tego fika).
Miasto przystrojono stosownie do pory roku. Świąteczne dekoracje wyglądały pięknie na tle przyprószonych śniegiem budynków. Blask kolorowych świateł odbijających się w wodzie zachęcał ludzi do spacerów nad rzeką.
Mama zawsze starała się o to, by w domu panowała odświętna atmosfera. W salonie stała duża jodła ozdobiona złotymi i czerwonymi bombkami, nad kominkiem wisiały ręcznie robione mikołajowe skarpety, balustrada przy schodach została owinięta girlandą ze sztucznymi owocami ostrokrzewu. Na drzwiach od ulicy wisiał stroik z igliwia, a wiele płaskich powierzchni w całym domu zajmowały mniejsze i większe kompozycje z wstążek, bombek, świeczek i szyszek.
Przylecieli do Bremy na tyle późno, że Lilly Potter zdążyła tylko wyściskać obu synów i pogonić ich do łóżek, jakby znowu byli małymi chłopcami z nadzieją wypatrującymi prezentów.
Śniadanie wydało się Harry'emu surrealistyczną scenką wyjętą z reklamy. Daniel z radością pałaszował już trzecią kanapkę z kremem czekoladowym. Ojciec w milczeniu pił kawę, a Greta skubała liść sałaty czekając, aż mama wreszcie skończy przygotowywać jedzenie.
Lilly Potter przed świętami przeżywała okres fascynacji sztuką kulinarną. Dlatego zamiast jajecznicy na bekonie miały być grzanki z sosem szpinakowym i jajkami po benedyktyńsku.
Uroczego obrazka dopełniał nawet przepisowy „obcy" przy stole. Tariq, rdzenny Niemiec tureckiego pochodzenia, tak pasował do siostry Harry'ego, jak goryl do lalki Barbie. Ona - bladolica, filigranowa, z trzema kolczykami w uchu i gwoździem w nosie, z twarzą częściowo ukrytą pod kurtyną kasztanowatych włosów, on – naturalnie opalony bywalec osiedlowej siłowni, z fryzurą na zapałkę i inteligentnym wzrokiem kieszonkowca. Harry już go lubił.
- Więc… - spróbował zagaić rozmowę – Byliście w tym roku na jarmarku?
- Nie mogliśmy sobie tego odmówić – Lilly Potter rozpromieniła się – Grzaniec, muzyka, tańce. Jakbyśmy znów mieli po dwadzieścia lat. Prawda, James?
- Hmm…
Na drugim końcu stołu ojciec wertował mały notatnik i starał się za wszelką cenę nie dać się wciągnąć w konwersację.
- Tato, a wiesz, że Mister Snape ma identyczny notes?
Senior rodu gwałtownie schował omawiany przedmiot do stojącego obok krzesła neseseru.
- Na pewno nie używa go w dobrym celu. W przeciwieństwie do mnie.
Pokłady optymizmu, z jakimi Daniel obudził się rano, wyraźnie zmniejszyły się.
- Kupiłam ten śliczny wieniec adwentowy – kontynuowała niezrażona Lilly Potter.
- Mamo! Przecież wiesz, że Święta są już kompletnie przeżarte przez komercję – odezwała się Greta.
Skrzywiła się, gdy postawiono przed nią talerz ze śniadaniem. Z powątpiewaniem dziabnęła jajko.
- Nie jem tego… - wymamrotała pod nosem.
- Bardzo dobre, pani Potter. Normalnie rewelka! – zachwycił się Tariq i posłał kobiecie najbardziej urokliwy z bliskowschodnich uśmiechów.
- Jak będziesz chciał dokładkę, wystarczy powiedzieć.
Trzy pary oczu w tym momencie obróciły się ku sufitowi. Mama Harry'ego przysiadła pomiędzy swoim mężem a pierworodnym synem.
- Nie siedź dziś długo w biurze, kochanie. Nie wiadomo, kiedy drugi raz rodzina zbierze się razem.
James Potter po raz pierwszy tego dnia podniósł wzrok na Harry'ego.
W jego spojrzeniu było tyle zimna, gniewu i rozczarowania, że młody piłkarz miał ochotę natychmiast wstać od stołu.
- Niczego nie mogę obiecać, skarbie.
- Tuż przed Świętami różne przypadki chodzą po ludziach – dodał neutralnym tonem Harry.
- Tak… Mogą im zginąć nawet rodzone dzieci, tylko po to, by się odnaleźć na drugim końcu świata.
Daniel już się podnosił z krzesła i otwierał usta, by zabrać głos, ale Greta prawdopodobnie kopnęła go pod stołem. Oczy zeszkliły mu się z bólu, mimo to usiadł cicho i przygarbił się nad szklanką soku.
- Sugerujesz coś, tato?
- Jeżeli dzięki takiemu pretekstowi Harry mógł wrócić do domu, to nie stało się nic złego – Lilly Potter próbowała rozproszyć gęstą atmosferę – A właśnie, dlaczego nie wziąłeś swojej dziewczyny? Luna ma na imię. Prawda? Wydaje się być bardzo spokojna i dobrze wychowana. Nie to, co te chude lafiryndy uganiające się za dzisiejszymi sportowcami. Spodobałoby się jej u nas.
Harry poczuł się, jakby w niego piorun strzelił.
Sześć lat, a własna matka w dalszym ciągu łudziła się nadzieją, że doczeka się synowej i stadka wnucząt. Sześć lat od kiedy wyznał im, że woli facetów, a ona dalej nie rozumiała, że Harry większy pociąg czuje do niektórych kolegów z boiska niż do Luny.
- Nie. Nie spodobałoby się jej tu ani trochę. Miałaby was dość już po pięciu minutach.
- Nie mów tak do matki – warknął James Potter.
- Mówię tylko prawdę – odparł oschle Harry.
- Ale nigdy nie wiesz, co to zwykła przyzwoitość!
Greta podskoczyła odruchowo. Chyba chciała delikatnie wyprosić się z chłopakiem od śniadania, żeby Tariq nie oglądał rodzinnych scen.
Młody Niemiec tureckiego pochodzenia śledził pełną napięcia wymianę zdań z coraz większą fascynacją.
- Sam zdecydowałeś rozwalić sobie życie! Ale, do cholery, nie wciągaj w to swojego brata! Nie pozwolę, by Daniel stał się taki sam, jak ty.
- O to się nie bój – Harry posłał ojcu cyniczny uśmiech - Daniel nie jest taki jak ja.
Niemal czuł nie wypowiedziane przez ojca słowo wibrujące w powietrzu. Miało gorzki smak i ciągnęło się za nim jak natrętny upiór.
Pedał.
- Przyjechałeś tutaj tylko po to, by mu dalej mącić w głowie!
- Skoro aż tak ci ciąży moja obecność, to już mnie nie ma! – Harry podniósł się od stołu nie zwracając uwagi na protesty matki.
- Tylko nie wracaj z powrotem, kiedy życie naprawdę da ci w kość!
- Będę pamiętał!
Pobiegł na piętro po swoje rzeczy. Dobrze, że nie zdążył się rozpakować. Ogarnął wzrokiem pokój, w którym spędził dzieciństwo. Pomieszczenie wydało mu się bardziej anonimowe niż podmadrycka willa, w której mieszkał od kilku tygodni.
- Rita… - wybrał w komórce numer agentki.
Odpowiedział mu nieokreślony dźwięk. Skeeter chyba dopiero się obudziła.
- Musisz mi załatwić lot do Madrytu. Najszybciej jak to możliwe – poprosił.
Usłyszał szuranie, szelest ubrania i jakiś trzask.
- Co? Jaki lot? Jaki Madryt? Złotko, masz za trzy godziny wywiad z tym gościem od FAZ.
Zapiął kurtkę i zgarnął torbę. Na szczęście nikt nie próbował go zatrzymać.
- Nie mam na to czasu, Rita…
- Na FAZ jest zawsze czas. Zaraz… - jej głos nabrał podejrzliwego tonu – Co przeskrobałeś?
- Nic!
- Nie przespałeś się, z kim nie trzeba? Nie palnąłeś żadnej głupoty do kamery ani dyktafonu? Nie chodziłeś pijany z gołym tyłkiem po jarmarku bożonarodzeniowym?
Akurat o tym ostatnim wiedziałaby prędzej od niego.
- Po prostu chcę już wracać do domu… - jęknął.
- Wywiad dla FAZ i publiczny spacer po starówce Bremy – agentka nie ugięła się – Masz obowiązki wobec sponsorów i wobec mnie. Nie myśl, że żyjesz sam na świecie. Ludzie muszą ciebie widzieć i myśleć sobie „Kurczę, jaki ten Harry Potter jest fajny", słyszysz?
Zirytowany rozłączył rozmowę i wyszedł przed dom.
Rześkie powietrze natychmiast zaczęło szczypać w policzki. Harry już nie wiedział, czy jest czerwony z zimna czy z gniewu.
Po drugiej stronie ulicy, gdzie znajdował się parking, Tariq ćmił papierosa oparty o niezbyt czyste auto.
- Podwieziesz mnie na lotnisko?
Chłopak z zachwycającą dokładnością wrzucił peta do znajdującego się cztery metry dalej kosza.
- Tak myślałem, że improwizujesz.
Brwi Harry'ego powędrowały w górę.
- A nie blefuję?
Odpowiedziało mu wzruszenie ramionami.
- Greta mówiła, że masz kosę z waszym starym.
- Dobrze, że w ogóle jeszcze z kimś rozmawia.
X X X
Po wejściu do znajomego budynku naszła Harry'ego gorzka refleksja. W Valdebebas czuł się lepiej niż w rodzinnym domu.
Nikt tu nie wnikał w jego prywatne życie. Nikogo nie obchodziło, kto sypia w jego łóżku. Jeżeli nie chwalił się publicznie przed kolegami, ten temat w ogóle nie istniał.
Tutaj miał tylko dobrze grać i nie ociągać się na treningach. Nie musiał być nawet dobrym człowiekiem.
Nawet w dzień przed kolacją wigilijną siedziba klubu żyła. Nie był to intensywny pęd obecny po większej aferze rozpętanej przez dziennikarzy, ani pełne oczekiwania napięcie towarzyszące być może bardziej zwykłym pracownikom niż piłkarzom przed meczem. Przywitał się z powoli toczącą swój wózek sprzątaczką. Zatrzymał się na chwilę by z wracającym z podwórka ogrodnikiem nieskładnie porozmawiać o pogodzie i o wpływie przymrozków na stan murawy. Korytarze w większości ziały pustkami. Wszyscy święci spędzali wolne dni w ciepłych krajach lub ekskluzywnych hotelach rozsianych po Europie, a większość zwykłego personelu dostała urlopy.
Hiszpanie lubili świętować. Wszelka działalność publiczna zamierała na prawie dwa tygodnie aż do Święta Trzech Króli, a jednak kraj nie pogrążał się w chaosie. Ludzie mieli czas by spotykać się z rodzinami, przyjaciółmi, by żyć.
Harry pomyślał o Neville'u i uśmiechnął się do siebie. Dobrze, że jego rozsądny i poukładany przyjaciel nie widział tej pustki w Valdebebas i tego powszechnego lenistwa na ulicach.
Najpierw zajrzał na zaplecze. W jednym z pomieszczeń pomarszczony starszy pan rozpakowywał pudło ze strojami treningowymi.
- Hola, Pablo!
- Harry, chiquito! Co tutaj robisz? Miałeś być w domu?
- A tak jakoś wyszło…
Harry podrapał się po głowie okazując zakłopotanie. Nie chciał wdawać się w szczegóły.
Bardzo polubił starszego pana, który zawsze miał dla niego ciepłą kurtkę, gdy schodził z boiska i dbał o stroje pierwszej drużyny.
- W Madrycie jest weselej.
- No pewnie, że jest! – roześmiał się Pablo i wyciągnął rękę, by pogłaskać młodego Niemca po głowie – Widać ty już jesteś nasz.
Coś utknęło mu w gardle. Rodzący się uśmiech zamarzł Harry'emu na ustach. Nagle uświadomił, że ma na sobie podkoszulek Rogera i czapkę z inicjałami Seamusa, którą obrońca notorycznie zostawiał w jego domu, a churros, które Syriusz kupował do gorącej czekolady wracając nad ranem z całonocnych wojaży, były równie pyszne jak świąteczne wypieki mamy.
Harry odchrząknął. Podał starszemu panu ozdobną torbę z czerwonego papieru. Wewnątrz był jasnobrązowy, pluszowy miś ze złotą kokardą.
- To dla twojej wnuczki. Żeby szybko wracała do zdrowia… i żeby jej przypominało, że wszyscy w klubie uważają, że ma super dziadka.
- Dziękuję – Pablo był równie zdumiony, co ucieszony – Powiem jej to samo.
Jak przystało na tubylca, wyściskał Harry'ego z całych sił.
- Nie wiesz może, czy Hagrid się tu kręci?...
- Wyjechał z Maxime do San Sebastian. Odwiedzić przyjaciół.
- I ty się zbieraj do domu.
Pablo tylko pomachał mu ręką.
Harry podbudowany pokierował się do biur zajmowanych przez sztab trenerski. Snape na kilka dni odłożył wojnę z całym światem i udał się do Londynu. Olivieira rozprostowywał stare kości w Chamartin. I tylko jedna osoba na pewno wciąż koczowała w Valdebebas, bo jej Boże Narodzenie przypadało dwa tygodnie później.
Antonin Dołohow należał do ludzi twardo stąpających do ziemi. Na jego wyblakłej twarzy w ostatnich tygodniach dawało się z łatwością wyczytać, iż wie, że jego czas przemija. Niegdyś jeden z bohaterów Bernabeu asystujących gwiazdom pokroju Juanito Maravilli, a obecnie chłopiec na posyłki rządzących klubem tkwił pomiędzy Snape'm a Tomem Marvolo. Prezes mu płacił, z nim podpisał umowę i oczekiwał rezultatów, ale na co dzień podlegał władzy trenera. Choć bardzo cenił pracę ze Snape'm, to wiedział, że już w życiu większej kariery nie zrobi. Wszystko, co najlepsze, było za nim.
Pewnie gdyby Harry zapytał go, czemu Dołohow pracuje dla nielubianego szefa, usłyszałby standardową odpowiedź, że były piłkarz kocha ten sport i pragnie dalej być jego częścią. Większość z tych, co tak mówili, po prostu nie umiała żyć w normalnym świecie.
Zapukał i wszedł nie czekając na zaproszenie. Asystent trenera siedział zgarbiony nad stosem papierów. W popielniczce wciśniętej pomiędzy stertę książek i laptopa tlił się osamotniony niedopałek papierosa. W zagraconym pomieszczeniu brakowało osobistych akcentów, jak w biurze Snape'a. Na ścianie obok drzwi wisiał telewizor, a w nim leciała powtórka meczu. Sądząc po nazwiskach wypluwanych przez komentatorów, grała Valencia z Malagą.
Dołohow podniósł głowę znad dokumentów. Jego brwi poszybowały w górę.
- Potter, co ci na mózg padło, by w wigilię zaglądać do klubu?
- Nie miałem co robić – Harry wzruszył ramionami i postawił chwilowo na podłodze sportową torbę, z którą przyszedł.
Asystent trenera tylko prychnął.
- Jak idą przygotowania do wielkiego tygodnia z Valencią?
- Najpierw macie Sociedad i Osasunę, a tobie już się Valencii zachciewa.
- Nie zapomniałem o Sociedad – powiedział cicho Harry.
Osasuna mogła mu chwilowo wylecieć z głowy, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że Snape nosił się z zamiarem ożywienia Zabiniego. Wpuszczenie na murawę Blaise'a oznaczało, że Harry będzie jego zmiennikiem na ławce rezerwowych. Nie podobało mu się to, choć wiedział, że jednocześnie może grać w meczu tylko jedenastu z nich.
Dołohow popatrzył na niego z politowaniem.
- Chciałem skorzystać z siłowni… i… ee… tak sobie pomyślałem, że skoro już i tak zaburzam personelowi porządek dnia, to przynajmniej nie chciałem pojawiać się z pustymi rękoma.
Harry'emu nie podobało się, że asystent trenera widzi w nim idiotę. Od tego robił się jeszcze bardziej nerwowy. Wreszcie sięgnął do torby pod nogami i wyciągnął butelkę wina.
- Proszę.
Postawił ją na biurku i cofnął się o dwa kroki na strategiczną pozycję tuż za progiem.
- Nie jestem ekspertem, ale kiedy jeździmy na zgrupowania, często siedzę niedaleko Michaela, a on gada tylko o swojej winnicy i kryminałach.
- Człowiek różnymi informacjami w autokarze nasiąka – zgodził się mężczyzna.
- Właśnie! – Harry splótł ręce za plecami – Dlatego myślę, że będzie w sam raz do romantycznej kolacji z żoną.
- Gadanie to ci dobrze wychodzi chyba tylko na prasówkach.
Dołohow przejechał ręką po niedogolonym policzku i wziął butelkę. Przeczytał powoli etykietę.
- Dzięki. Rozpiskę z ćwiczeniami masz?
Harry zaczął kiwać głową. Wygrzebał z tylnej kieszeni złożoną na cztery żółtą kartkę papieru.
- Nie forsuj się. Nie wiem, jaka frustracja was tutaj goni o tej porze, ale pamiętaj, że dostaliście wolne po to, żeby odpoczywać.
- Nie będę siedział długo – obiecał Harry zanim zamknął za sobą drzwi.
Liczył na to, że trochę czasu spędzonego w otoczeniu, które kojarzył z pozytywną rutyną, pomoże mu wrócić do równowagi.
Powrót do Bremy był bardzo złym pomysłem. O ile mamę jeszcze dało się tolerować, dopóki nie wspominała o poważnych związkach, o tyle starcia z ojcem wykańczały Harry'ego psychicznie.
James Potter zwykle ignorował najstarszego syna, a Harry unikał zaczepiania go. Dzięki temu jakoś funkcjonowali przez krótkie okresy czasu we wspólnej przestrzeni. Praktycznie nie rozmawiali ze sobą, więc nie mieli okazji do kłótni. Jednak teraz Harry nie ugryzł się w język. Chciał ochronić Daniela przed gniewem ojca. Ich spotkanie przy wczorajszym śniadaniu nie mogło skończyć się inaczej.
I to wciąż bolało. Po każdej awanturze Harry się czuł tak, jakby miał krwawiącą ranę w miejscu serca. Dlatego postanowił choć na kilka godzin wyłączyć myślenie i uwolnić negatywną energię na siłowni.
Skręcił do przestronnego pomieszczenia, ale zamiast spodziewanej ciszy przywitała go składanka przebojów popularnego francuskiego DJa i ostry blask świetlówek wymieszany z pomarańczowymi promieniami zachodzącego słońca wpadającymi przez przeszkloną ścianę.
Draco Malfoy wyciskał pierwsze poty na bieżni w opinającym mięśnie podkoszulku i podwiniętych spodniach dresowych. Widok kolegi z drużyny wybił go z rytmu. Blondyn zachwiał się i szybko sięgnął po przycisk zatrzymujący urządzenie.
Młodemu Niemcowi zaschło w gardle. Przełknął ślinę.
- Cz… Cześć…
- Nie spodziewałem się, że komuś jeszcze będzie się chciało tutaj przychodzić przed Nowym Rokiem.
- Chciałem trochę poćwiczyć… Wiesz, oderwać się od tego wszystkiego – Harry nie wdawał się w szczegóły.
Nerwowo przygryzł dolną wargę. Nie udawało mu się w tym tygodniu nic, co zaplanował.
- Nie poleciałeś do Niemiec odwieźć brata?
- Odstawiłem go i wróciłem.
Zapadła cisza i nie miał pomysłu, jak dalej pociągnąć rozmowę.
- Słuchaj, jak chcesz być sam, to nie będę ci przeszkadzał. Zawsze mogę iść do domu.
- Mam u siebie profesjonalną siłownię – Draco wyszczerzył zęby w nieco snobistycznym uśmiechu – Gdybym chciał się zamknąć w czterech ścianach, nie przychodziłbym tutaj.
Wrócił na bieżnię i gestem wskazał drugie urządzenie obok.
Harry błyskawicznie zmienił buty, wygrzebał z torby butelkę wody mineralnej i ręcznik. Zawiesił bluzę na najbliższym orbitreku.
Zaczął rozsądnie od kilku ćwiczeń rozciągających, a potem nastawił urządzenie na szybki marsz.
Przez dłuższy czas towarzyszyła mu tylko skoczna muzyka i szybki oddech kolegi. Lekki wysiłek działał uspokajająco, dopóki pamiętał, by nie zerkać na prężące się muskuły klubowej gwiazdy.
- Fajnie jest mieć brata, którego można zabrać na mecz – odezwał się Draco pomiędzy dwiema piosenkami.
- Ty też możesz zabrać swojego.
Harry pamiętał, że Malfoy ma młodsze rodzeństwo. Złotowłosą siostrę z warkoczem jak nordycka bogini widział kilka razy przy różnych okazjach. O bracie wiedział tylko tyle, że tkwi w klinice odwykowej w Szwajcarii i że trafił tam już piąty raz w ciągu trzech lat.
- Nie odważyłbym się – stwierdził Draco – Lepiej mu tam, gdzie jest.
Cóż, Harry nie przepadał za opowiadaniem o swoich rodzicach, a Malfoy najwidoczniej unikał udzielania informacji o młodszym bracie.
- Ale już niedługo będziesz mógł zabierać synka.
Na twarzy francuskiego gwiazdora pojawił się szczery uśmiech, a nie plastikowy grymas stworzony na użytek mediów. Jego rysy momentalnie złagodniały, a głos nabrał czułego brzmienia.
- Luc na razie tylko je, śpi i robi w pieluchy. Daleka droga do tego, by mi kibicował.
Harry odpowiedział mu głośnym śmiechem.
Nareszcie rozluźnił się. Przestał myśleć, że przebywa w jednym pomieszczeniu z mężczyzną, który fascynował go od kilku lat. Codzienne spotkania nieco osłabiły urok, jaki Draco nieświadomie rzucił na Harry'ego. Bywał arogancki na boisku, nie wahał się okazywać emocji i wyraźnie preferował towarzystwo określonych kolegów. Z Montague czy Zabinim mógłby mieszkać pod jednym dachem, ale Weasleya czy Smitha nie zaprosiłby nawet na wspólny lunch.
Nikt nie był idealny. Może jedynie Theo Nott.
Po godzinie Harry przeprosił kolegę i poszedł wziąć szybki prysznic.
Za oknami rozpościerał się ponury zimowy wieczór ożywiony jedynie świąteczną iluminacją na większości budynków.
O dziwo, Malfoy wciąż był w siłowni, kiedy Harry wyszedł z łazienki. Wydawało się, że gwiazdor czeka na niego i jednocześnie rozmyśla nad czymś intensywnie.
- Masz z Luną plany na wieczór?
Harry drgnął. Takiego pytania zupełnie się nie spodziewał.
- Nie. Uzgodniliśmy, że te Święta spędzimy oddzielnie. Wiesz, ona ma swój świat, swoje życie…
W tej chwili pewnie siedziała na dworcu Atocha i patrzyła na przewijających się ludzi. Luna lubiła takie miejsca. Mówiła, że na dworcu czy w porcie lotniczym życie występuje w najbardziej skupionej i skondensowanej formie. Ludzie, którzy tam trafiali, zawsze mieli jakiś cel, nawet jeśli chodziło im tylko o to, by dotrzeć z jednego punktu na mapie do drugiego. Ta potrzeba ruchu i dążenie do celu niezmiernie fascynowały młodą artystkę. Mogła mówić o tym godzinami. Lubił te jej dziwne opowieści skupione na ulicznych grajkach zapełniających stacje metra orientalną muzyką, szwaczkach ozdabiających obfite stroje tancerek flamenco czy ludziach przygotowujących zimą trasy zjazdowe w Pirenejach. Nie powinien powtarzać ich nikomu. Wiedział, że większość kolegów wzięłaby jego towarzyszkę za wariatkę.
- Nie chcę, by rezygnowała z niego tylko dlatego, że chodzi z futbolistą – zakończył przepraszająco – A moje plany nie wypaliły.
Po raz pierwszy tego dnia uchwycił spojrzenie Dracona. W jasnych oczach tliło się coś niepokojącego i pociągającego. Malfoy kalkulował.
- Nie możesz być w Wigilię sam. Wpadnij do mnie.
Harry rozdziawił się.
- Nie chcę się…
- To nie żaden problem – Francuz ukrócił dyskusję.
Widać, jak już na coś się zdecydował, to nie zmieniał zdania.
- Będziemy tylko we czwórkę. Ja, mama, Danielle i Luc. Chodź.
To mówiąc objął luźno Harry'ego i ścisnąwszy go za ramię poprowadził na parking.
XXX
Narcyza Malfoy mogła wybrać inną ścieżkę w życiu. Zamiast przystojnego, charyzmatycznego arystokraty mogła poślubić nudnego bankiera. Mogła urządzić mężowi w domu piekło za zdrady, hazard i alkohol, a nie przymykać oczy na jego wady. Mogła go zostawić, gdy stracił wszystko, a sojusznicy odwrócili się do niego plecami.
Po latach mogła zignorować syna wodzącego pustym wzrokiem za spódniczkami ku uciesze mediów, które widziały w nim rozkapryszonego kolekcjonera załamanych kobiecych serc.
Gdy jego oczy kierowały się w stronę czarnowłosego chłopaka, kipiało w nich życie.
Od kiedy Draco podpisał pierwszy poważny kontrakt, lękała się dnia, w którym oświadczy jej, że jakiś młody masażysta z klubu lub pomocnik ogrodnika okaże się ważniejszy od kariery. Jak to dobrze, że póki co ambicja Draco była większa od jego serca. Przynajmniej tyle nauki przyswoił od ojca by nie popełnić jego błędów.
Dlatego, jak na dobrą gospodynię przystało, powitała młodego Niemca z otwartymi ramionami i matczynym uśmiechem.
Draco i Harry byli niczym ciała niebieskie orbitujące wokół wspólnego środka ciężkości. Podczas kolacji nie wymieniali ukradkowych spojrzeń, nie uśmiechali się marzycielsko, a jednak byli zawsze świadomi obecności tego drugiego. W innych okolicznościach polubiłaby tego cichego, skromnego chłopaka, który każdy dobry gest przyjmował z zaskoczeniem i wdzięcznością. Wydawać by się mogło, że w jego życiu brakuje troski i miłości, ale przecież osiągnąwszy obecny status Potter musiał być pupilkiem rodziny, a wieczory spędzać otoczony wianuszkiem przyjaciół.
Jego uśmiech, kiedy Draco pozwolił mu wziąć na ręce małego Lucjusza, rozdzierał serce.
- Kocham go. Chcę go – wyszeptała po francusku Danielle, kiedy dwaj piłkarze bawili się z niemowlęciem na tle choinki – Możemy go adoptować? Będę miała drugiego starszego brata.
- Nie pasuje do mebli – odparła lakonicznie Narcyza.
Córka nie do końca zrozumiała aluzję. Parsknęła śmiechem i przyłączyła się do mężczyzn.
W sterylnym, białym domu pośród designerskich mebli i marmurów nie było miejsca dla dzieciaka w szarym dresie i z rozczochranymi włosami, choćby z nie wiadomo jakim uwielbieniem patrzył na jej syna. Taki wyraz twarzy pasowałby do dziesięciolatka z biednego kraju, który nagle na ulicy spotkał swojego największego idola, a nie do profesjonalnego sportowca, który dzielił z Draconem szatnię.
XXX
Oglądanie telewizji z Malfoyem bardzo przypominało oglądanie telewizji z Neville'm czy Seamusem. Wyśmiewali się z prezenterów i komentowali zasłyszane informacje. Neville był trochę bardziej krytyczny, a Seamus rozwalał się na całej kanapie ignorując zasady dotyczące przestrzeni osobistej. Draco pilnował swego miejsca i wyglądał na bardzo zadowolonego.
Program informacyjny ustąpił wiadomościom sportowym. Tematem numer jeden był powrót hiszpańskiego tenisisty po długiej kontuzji. Tematem numer dwa – zbliżająca się wielkimi krokami gala organizowana z okazji wręczenia Złotej Piłki.
- Wybierasz się? – zapytał ostrożnie Harry.
Z drugiego końca kanapy dobiegło głębokie westchnięcie.
- Muszę. Chociaż kolejny raz stać obok niego jako pierwszy w rzędzie przegranych… nie jest to przyjemne.
- Skąd wiesz, że nie wygrasz?
Draco prychnął i wyciągnął nogi przed siebie.
- Mój agent, prezes, Dung Fletcher. Wszyscy badają nastroje przed liczeniem głosów. Wygrywa ten, kto jest aktualnie bardziej lubiany.
- Nie znam osobiście Creeveya – zaczął powoli Harry – Ale znam ciebie i widzę, ile wysiłku codziennie wkładasz w utrzymanie się na topie. To też powinno coś znaczyć.
Malfoy przeczesał ręką włosy i popatrzył na niego z ukosa.
- Obaj jesteśmy wielkimi egoistami. On po prostu lepiej to ukrywa.
Rozmowę przerwał nadchodzący SMS. Widocznie to była ta godzina. Życzenia od Neville'a.
Potem odezwała się komórka Malfoya. I znowu SMS do Harry'ego. Tym razem od Michaela Cornera, z linkiem do zdjęcia.
Obrońca przebrany za bałwana, częściowo zakopany pod śniegiem przez biegające wokół niego dzieci, spędzał ferie gdzieś w górach. Szusowania po stoku zabraniała mu klauzula w kontrakcie, ale mógł przynajmniej ze swoim potomstwem prowadzić wojnę na śnieżki.
Harry roześmiał się i pokazał zdjęcie Draconowi.
Zanim zdążyli skomentować, nadeszło połączenie telefoniczne.
- Bambi! – rozległ się entuzjastyczny głos Seamusa – Wesołych, Wesołych, Najweselszych Świąt!
- Tobie też – powiedział rozbawiony Harry.
- Jak tam w domu?
- Chyba okey. A co u ciebie?
W tle dało się słyszeć głosy wielu osób i pisk dzieci.
- Jestem świętym Mikołajem!
- Ach, to dlatego hodowałeś zarost przez ostatnie tygodnie i namawiałeś mnie na zapuszczenie brody!
- Jestem najlepszym świętym Mikołajem pod słońcem!
- Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
- Opowiem ci więcej, jak wrócę – obiecał Finnigan i rozłączył się.
Widać Draco był kolejny na liście wicekapitana. Podczas gdy Harry wysyłał życzenia kolegom, Francuz uprzejmie wysłuchiwał tego, co mówił Seamus, aż wreszcie odłożył swoją komórkę na stolik.
- Usłyszałem właśnie przypowieść o Kanie Galilejskiej – powiedział zaskoczony.
Harry pokiwał głową.
- Seamus jest katolikiem.
- Jest wstawiony – skomentował Draco.
Wymienili porozumiewawcze uśmiechy.
Komórka Malfoya zadzwoniła ponownie. Harry zdążył zobaczyć imię Blaise'a na wyświetlaczu zanim Draco przeprosił go i wyszedł do drugiego pokoju.
Kiedy i jego telefon odezwał się, odruchowo odebrał połączenie nie patrząc, kto dobija się do niego w wigilijny wieczór.
Nie był to tym razem Ernie czy Roger. W uchu Harry'ego rozległ się rozgniewany pomruk Rity Skeeter.
- Słuchaj, Potter. Żeby mi to było ostatni raz.
- Mówiłem ci, że nie mogę zostać w Bremie.
Humor od razu mu się popsuł.
- Ale ja ci wyraźnie mówiłam, że możesz tam zostać – powiedziała z naciskiem agentka sportowa – Wręcz musiałeś tam zostać. Ale nie, wolałeś zachować się jak kolejna rozkapryszona gwiazdka. Nie dotrzymałeś umowy, Harry.
- Nie mogłem dłużej wytrzymać w Bremie, okey?! – Harry powtórzył głośniej – Chciałem wracać do domu i wróciłem do domu!
- Madryt to nie twój dom. To tylko dłuższy przystanek. Jesteś reprezentantem kraju, a postępujesz gorzej od rozpuszczonego bachora. Myślisz, że ile razy mam świecić oczyma za ciebie?!
- Do niczego ciebie nie zmuszam. Taką masz pracę – powiedział twardo.
W międzyczasie Draco wrócił do pokoju. Zatrzymał się niedaleko i wodził za nim zaniepokojonym wzrokiem.
Harry przełożył telefon do drugiej ręki i podszedł do okna. Wychodziło na podświetlony basen. Podgrzana woda parowała i rzucała kosmiczne refleksy na wszystkie jasne powierzchnie. Wydawało się, że w domu Malfoyów nie ma miejsca na ciemność.
- Przypominam, że ty też masz pracę – zaskrzeczała Rita – I obowiązki. Futbol w dzisiejszych czasach to nie tylko bezmyślne kopanie gały! Tak może robić każdy gówniarz w każdej pipidówce! Ciebie kupił Real Madryt! Większy już nie będziesz! Dalej już nie zajdziesz! Możesz tylko próbować utrzymać się na powierzchni. Beze mnie nie byłbyś nikim.
- Ty beze mnie również…
Agentka zaśmiała się ironicznie.
- Znalazłabym sobie kogoś innego. Młodych talentów jest u nas na pęczki. Przemyśl naszą rozmowę zanim znowu ktoś na poziomie zechce zrobić z tobą wywiad.
- Obiecuję.
Drżącymi palcami wygasił telefon i schował go do kieszeni.
Malfoy dał mu kilka chwil na pozbieranie się. Opuścił salon bez słowa.
Harry odetchnął głęboko i schował twarz w dłoniach. Czuł się jak struna napięta do granic wytrzymałości. Jeszcze moment lub dwa a pęknie. Oparł głowę o chłodną szybę. Łagodne światło z dna basenu łamało się na powierzchni i pełgało po szkle, zasłonach i ciele Harry'ego. Odwrócił się usłyszawszy za plecami ruch.
Draco znów patrzył na niego z tą intensywnie skupioną miną. W ręku trzymał masywną szklankę z alkoholem w kolorze zachodzącego słońca.
- Przecież nie pijesz… - Harry zdziwiony uniósł brwi.
- To dla ciebie.
Draco podszedł bliżej i podał mu ją.
Młody Niemiec upił łyka i zakaszlał. Poczęstowano go Whisky, która spędziła co najmniej 15 lat w jakiejś szkockiej piwnicy.
Skinął głową w geście podziękowania.
Nagle blondyn położył dłoń na jego dłoni, tej, która trzymała szklankę. Harry nie wiedział, czy niekomfortowe ciepło rozlewające się po ciele jest zasługą alkoholu, czy bliskości drugiego mężczyzny. Nie mógł oderwać wzroku od wpatrzonych w niego intensywnie szarych oczu.
- Nie żałuj niczego, co robisz – głos Dracona lekko drżał – Nie żałuj. Nigdy.
Na krótką chwilę coś zaiskrzyło między nimi. Połączyła ich cienka nić porozumienia ponad wypowiadanymi słowami.
Magia opadła, kiedy Draco odwrócił wzrok i zabrał rękę.
- Dzięki… - Harry wyszeptał, choć nie wiedział do końca, za co dziękuje.
Słowa Malfoya można było zinterpretować jako dobrą radę, ostrzeżenie albo… obietnicę. Ale obietnicę czego?
