Nazwisko moje brzmi Roger Adams i szczerze wyznaję, że więcej członków tego rodu znajdziecie panowie w kronikach kryminalnych, niż towarzyskich. Pochodzę z ubogiej rodziny. Tylko mój stryj, Michael Adams… ale, ale zagalopowałem się. Udział stryja w tej historii jest niewielki i dość przypadkowy, na razie dość będzie powiedzieć, że wyjechał szukać szczęścia w Australii, gdy byłem dzieckiem, i nie widziałem go przez długie lata.

Sam tymczasem, cóż. Wpadłem w złe towarzystwo, jak się to zwykle nazywa. Nie było wprawdzie tak złe, jak być mogło. Udawało mi się niekiedy uczciwie zarabiać na życie, choć nigdy zbyt wystawne.

Znacie, panowie, może tę rewię przy Cramer Street, „Pomarańczarnię"? Tam właśnie się zatrudniłem jako pomocnik inspicjenta, inspicjentem zaś był Webster. Widzę, że nazwisko nie jest panu obce, panie Bazyli. Wtedy jednak Webster, skromny inspicjent, małomówny i szorstki w obejściu, nie był znany nikomu poza niewielkim kręgiem swoich kolegów, tych z teatru i tych, z którymi pracował w swoim właściwym zawodzie. Nie zwracał niczyjej uwagi poza moją, ciekawskiego smarkacza. Ja widziałem, jak lekką ręką pożycza zawrotne sumy i nigdy nie dopomina się o ich zwrot. Jak bez zastanowienia spłaca czynsz za chórzystkę, której gospodyni zagroziła eksmisją. Jak stawia najlepsze alkohole swoim kolegom. Nigdy nie widziałem, żeby brakowało mu pieniędzy, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek wymawiał się ich brakiem, choć ubrany był zawsze prosto, wręcz niedbale. Chodził w zelowanych butach.

Ta zagadka nie dawała mi spokoju. Zacząłem, oczywiście, węszyć, a choć Webster ukrył źródło swojej fortuny przed dyrekcją teatru i policją, przecież kiedyś musiała mu się powinąć noga. Obserwowałem go pilnie.

Teraz, dziesięć lat po jego głośnym procesie, wiecie panowie dobrze, że był kasiarzem. Wtedy, dla mnie, był to najpierw wstrząs, potem… Byłem młody. Miałem za sobą kilka drobnych kradzieży. Webster jawił mi się niczym admirał floty chłopcu okrętowemu. Nie przesadzę mówiąc, że byłbym gotów oddać życie, byle tylko przystąpić do jego szajki, i po wielu zabiegach wreszcie mi się to udało. Nie dotknąłem wprawdzie ani jednego sejfu – proszę się nie śmiać, inspektorze, Webster mawiał zawsze, że mam maślane łapy i sprowadziłbym nam na kark pół Londynu moim nieporadnym stukaniem – ale stawałem na straży. I odbierałem swoją działkę. Mogłem sobie teraz pozwolić na wszystko, czego pragnąłem, a jednak…

Zaczęło się we mnie budzić sumienie. Długo biłem się z myślami, wreszcie doszło do tego, że przy kolejnym skoku niemal już widziałem policjanta, wchodzącego, by nas aresztować. Nic to, że przy skoku. Nie mogłem już spać spokojnie. Wreszcie poszedłem na policję i wyśpiewałem wszystko.

Udział w napadach Webstera uszedł mi płazem, jako informatorowi. Reszta szajki trafiła do więzień, Webster tylko na dziesięć lat – nie było dość dowodów, by go skazać za wcześniejsze włamania. Ja zaś wyszedłem na prostą. Może to brzmi niewiarygodnie, ale tak właśnie było. Mój stryj wrócił z Australii niezmiernie wzbogacony i bardzo już schorowany, a nie mając własnych dzieci wziął mnie pod swoje skrzydła, udzielił tylu lekcji, ilu jeszcze zdołał. Zapisał mi też majątek, który mądrze zainwestowałem.

Jak wiecie, panowie, choćby z gazet, jestem dziś właścicielem dobrze prosperującego banku, myszą szanowaną w towarzystwie. Zapomniano moją przeszłość, drobnego złodziejaszka i pomocnika w teatrze. Ja sam o niej zapomniałem. Dogoniła mnie jednak.

Przed kilku tygodniami doszła do mnie wiadomość o uwolnieniu Webstera. Skończył swój wyrok. Przyznam się panom, że z początku wzmocniłem ochronę mego banku, może trochę przesadnie. Nie wychodziłem na ulicę przez ładnych kilka dni, póki się nie otrząsnąłem i nie wytłumaczyłem sam sobie, jak nierozsądnie postępuję. Webster nie napadłby mnie przecież, jak pierwszy lepszy zbir, on był specjalistą od kas pancernych. Zawsze unikał przemocy. Nie słyszałem zresztą o nim nic, poza tym, że wrócił do „Pomarańczarni" i odetchnąłem.

A oto najważniejsza część mojej historii.

Musieli panowie słyszeć o lady Alexandrze Shelley i jej słynnych balach dobroczynnych. Jeden z nich odbył się właśnie w noc, kiedy… Byłem zaproszony. Myślałem nawet, by zaproszenie odrzucić, ale wyperswadowałem sobie, że odrobina rozrywki dobrze zrobi moim nerwom, stawiłem się zatem punktualnie.

To na sali balowej po raz pierwszy zobaczyłem pannę Montgomery.

Urocza, młoda Amerykanka, globtroterka, bawiąca w Londynie, dopóki jej ojciec, pułkownik Montgomery, załatwia ważne rodzinne sprawy w jakimś zapadłym kącie Szkocji. Oburzony, że tak wdzięczna młoda dama nie ma tu, w mieście, żadnego opiekuna, z przyjemnością wziąłem na siebie tę rolę. Zatańczyliśmy kilka walców, ale żadne z nas nie miało wielkiej ochoty na zabawę w dusznej sali, a że niebo przejaśniło się właśnie, wybraliśmy się na spacer. Resztę wieczoru spędziliśmy na rozkosznej dyskusji o literaturze i sztuce – panna Montgomery jest wielką znawczynią teatru – po czym, amerykańskim zwyczajem, odprowadziłem ją do jej mieszkania.

Wróciłem do domu długo po północy, z bilecikiem wizytowym w kieszeni – oto on – i położyłem się spać w znakomitym nastroju, który przetrwał aż do rana. Wtedy dostarczono mi telegraficznie zawiadomienie o włamaniu do mojego banku. Pojechałem tam natychmiast. Policję zastałem na miejscu.

Powiedziano mi, że złodzieje weszli od góry, przez szparę w podłodze ludzkiego sklepu, który znajduje się nad bankiem. Nie zdziwiło mnie to. Rzecz jasna, pomyślałem o Websterze, nie mogłem go wyrzucić z pamięci nawet zobaczywszy rozpruty sejf. Widzi pan, panie Bazyli, byłem dumny z tego sejfu, zrobionego na zamówienie z doskonałych blaszanych pudełek po landrynkach, różnych rozmiarów, nie będę panu zresztą tłumaczył konstrukcji kas pancernych. Webster nigdy nie pruł blach. Każdy zamek traktował jako godnego przeciwnika.

Kiedy ten oto oficer powiedział mi, że kasę otwarto – otwarto zwyczajnie! - a potem dopiero rozpruto dla zmylenia śledztwa, moje podejrzenie przerodziło się w pewność. Na moje usilne prośby policja przesłuchała Webstera jeszcze tamtego przedpołudnia, ale on jest szczwany. W czasie, kiedy mogło dojść do włamania, w „Pomarańczarni" odbywało się przedstawienie, a wszyscy pracownicy zgodnie twierdzą, że Webster pracował za kulisami. Postanowiłem uzbroić się w cierpliwość, po prostu zaczekać, aż to bezczelne kłamstwo wyjdzie na jaw, ale nie było mi to dane, niestety.

Otóż wczoraj odwiedził mnie w mojej norce pan inspektor w towarzystwie kilku funkcjonariuszy.

- A, cieszę się, że pana widzę – powitałem ich. - Mam nadzieję, że przynoszą panowie dobre wieści.

- Tak – odparł inspektor Gregson, gestem odmawiając skorzystania z podsuniętego mu fotela – doskonałe, ale nie dla pana, panie Adams. Przejrzałem pańskie akta-

- Doprawdy. Co to ma do rzeczy?

- O, bardzo wiele. Szczególnie kiedy weźmiemy pod uwagę pańską znajomość szyfru zamka-

- Co pan sugeruje – zacząłem, ale tymczasem młodszy policjant, który musiał się wyśliznąć z pokoju, kiedy nie zwracałem na niego uwagi, wszedł, taszcząc spory płócienny wór. Rzucił go na posadzkę. Zadźwięczał metal.

- A, więc są. Gdzie je znalazłeś, Huxley?

- Nie macie prawa – zacząłem, ale młody policjant zagłuszył mnie, stukając obcasami.

- W spiżarce, sir – zameldował, a ja mogłem tylko gapić się tępo, jak inspektor sprawdza zawartość worka i kiwa głową.

- Mamy prawo i obowiązek, panie Adams. Zabieramy pana.

Czując na nadgarstkach zimną stal, szarpnąłem się odruchowo.

- Miałbym okraść sam siebie?

Inspektor zacmokał. - Niech pan nie udaje. Za kogo pan mnie ma, za durnia? Nie siebie, panie Adams, ale swoich klientów. Zapomniał pan już, że to ich pieniądze?

- To Webster! - krzyknąłem, nie panując już nad nerwami. - To musi być jego sprawka!

- No, no. Proszę współpracować, może wyrok będzie mniejszy. Webster ma alibi.

- Alibi! A moje alibi? Byłem na balu lady Alexandry!

- Z którego wyszedł pan wcześnie, ponoć w towarzystwie młodej damy, nikomu nieznanej.

- Nieznanej? To panna Susan Montgomery, mam tu jej adres.

Wyrwałem się policjantowi, żeby dopaść biureczka, na którym leżała wizytówka. Nie było łatwo przekonać służbistego inspektora, ale nie ustępowałem, aż wreszcie moja wytrwałość przyniosła owoce i pojechaliśmy do norki, w której panna Montgomery wynajmowała pokoje.

Zapukałem. Otworzyła siwa, zgarbiona staruszka.

- Dzień dobry, czy panna Montgomery jest w domu?

- Jaka Montgomery? - już chciała mi zamknąć drzwi przed nosem, ale zdążyłem przecisnąć się do sieni, ciemnej, pustej, zupełnie niepodobnej do eleganckiego przedpokoju, jaki widziałem tam poprzednio. Pobiegłem w głąb norki, zanim policjant zdołał mnie zatrzymać, i stanąłem jak wryty przed drzwiami jej apartamentu. Drzwiami, które powinny prowadzić do jej apartamentu, a były uchylone i widziałem za nimi… zamiast tapet w delikatny wzorek, odrapane ściany. Zamiast gustownych mebelków, pudełko po cygarach i przewróconą szpulkę od nici. Siedziała na niej zwalista, ruda mysz w rozchełstanej koszuli, usiłując skupić wzrok na tyle, by nawlec ludzkich rozmiarów igłę. Zatoczyłem się na ścianę.

I tak wyprowadzono mnie, oszołomionego i niezdolnego do oporu, odwieziono na komisariat, gdzie spędziłem noc w celi, łamiąc sobie głowę nie nad sposobem ratunku, ale nad kwestią własnego zdrowia psychicznego. Panna Montgomery nie mogłaby zniknąć bez śladu. Jak? Dlaczego? Nad ranem mój rozgorączkowany umysł przypomniał sobie nareszcie o panu, panie Bazyli. Czytałem o panu w gazetach. Jeżeli ktokolwiek zdoła rozwiązać tę zagadkę, to tylko pan, pomyślałem, i stanowczo zażądałem, by mi umożliwiono spotkanie z panem.