Adams spuścił głowę. Po chwili milczenia spojrzał na Bazylego oczami pałającymi jak w gorączce.

- Tylko pan potrafi ją znaleźć. Pieniądze nie grają roli! Ona jedna stoi między mną a ruiną!

Bazyli w zamyśleniu przesunął pazurkiem po cybuchu swojej fajki.

- Sprawa nie jest zupełnie nieinteresująca.

- Żałosna próba wymigania się od odpowiedzialności – parsknął Gregson.

- Powiedziałem szczerą prawdę! Każde słowo-

- Jeśli można spytać – wtrącił Bazyli – czy policja szukała panny Montgomery?

- Przepytaliśmy mieszkańców domu – wzruszył ramionami inspektor.

- Oczywiście – burknął Adams, odchylając się w fotelu. - Wiecie już wszystko.

Gregson spiorunował go wzrokiem, Bazyli tymczasem sięgnął po leżący na stole bilecik, żeby go obejrzeć pod światło.

- Może uda nam się odszukać tajemniczą pannę Montgomery – mruknął, a policjant i nieszczęsny bankier jak jedna mysz wlepili w niego zdumione spojrzenia.

- Czyżbyś coś wydedukował z tego kartonika? - zapytałem, ale on przechylił tylko głowę, nadal uważnie oglądając bilecik, a potem jednym ruchem schował go do kieszeni. Wyjął za to notes.

- Panie Adams, czy można pana prosić o rysopis zaginionej?

- Naturalnie. Jest drobna, smukła, o srebrzystoszarym futerku z wyraźną czarną plamą na policzku. Trzyma się prosto, mówi śmiało i dowcipnie, z dość wyraźnym akcentem.

- Jakim?

- Powiedziała mi, że wychowała się w Bostonie.

Bazyli zanotował ten szczegół. Gregson, kręcąc głową, przypadkiem spojrzał na wiszący nad kominkiem zegarek.

- Dość czasu już straciliśmy na zaspokajanie pańskiej ciekawości – powiedział surowo, wstając. Jego aresztant rzucił Bazylemu ostatnie rozpaczliwe spojrzenie.

- Do zobaczenia, Gregson – mój przyjaciel odprowadził ich do drzwi. - Panie Adams, proszę być dobrej myśli.

- Idziemy, Adams – Gregson położył aresztantowi łapkę na ramieniu i wypchnął go na deszcz, Bazyli zaś, zamknąwszy, przez chwilę patrzył za nimi przez szybkę w drzwiach.

Potem wrócił na swoje miejsce przy kominku, zapadł głęboko w fotel, a podbródek oparł na złożonych łapkach.

- Tak, doktorze – powiedział po dłuższej chwili milczenia.

- Mamy do czynienia z zuchwałą kradzieżą, to pewne.

- Ale?

- Sam chyba widzisz, że nie szło tu o pieniądze, podłożono je przecież ofierze. O co zatem?

- Mówiłeś mi kiedyś, że niektórzy przestępcy popełniają zbrodnie dla sportu, dla dreszczu podniecenia-

Roześmiał się beztrosko. - Tak, tak, drogi przyjacielu. Czy nie wydaje ci się jednak dziwne, że naszego klienta dotknęły jednocześnie aż dwa różne, i to tak nieprawdopodobne, nieszczęścia?

- A, podejrzewasz, że panna Montgomery miała odwrócić jego uwagę? Że brała w tym udział?

- Z pewnością brała.

- Ależ, Bazyli – zaprotestowałem – czy nie wystarczyłoby pozwolić, żeby został na balu? Zresztą, nie pilnuje chyba po nocach bankowego sejfu!

- Doskonale, Dawsonie. Masz całkowitą rację.

Spuściłem skromnie wzrok, rad z pochwały, a mój przyjaciel wstał i przeciągnął się. - No, chodźmy.

- Dokąd?

Zamiast odpowiedzi wręczył mi bilecik zaginionej.

- Ależ… nie zastaniemy jej chyba pod tym adresem?

- Na pewno nie.

- Przypuszczasz, że zostały tam jakieś ślady? - spytałem, zdejmując z kołka płaszcz, ale Bazyli pokręcił głową.

- Wątpię, żeby nam się przydały, nawet, jeśli jakieś są. Nie wybieramy się zresztą do mieszkania panny Montgomery, ale do drukarni, w której zamówiła tę wizytówkę.

Parsknął śmiechem na widok mojej zdumionej miny i wyjął mi wizytówkę z łapki.

- Spójrz – powiedział, trzymając ja pod światło. - Dobry, kredowy papier, pewnie wycięty z katalogu, nieprawdaż? Nie przypomina marginesów byle gazety.

- Nie, raczej żurnala – zgodziłem się.

- Co potwierdza znak wodny, którego fragment widzimy w rogu. A tutaj, proszę. Druk, którym pokryli ten papier ludzie.

- To tylko kreska! - zaoponowałem.

- Wystarczy, żeby rozpoznać krój pisma.

- Domyślasz się, skąd pochodzi papier? - Skinął głową – I cóż z tego?

- Wiem, który drukarz w mysim Londynie zapewnił sobie stałą i wyłączną dostawę papieru właśnie z tego katalogu – powiedział, chowając karteczkę do kieszeni płaszcza.


Drukarnia mieściła się niedaleko Baker Street, ku mojej wielkiej uldze, bo właśnie znów zaczęło padać i ulica zmieniła się w rwący potok. Na szczęście drukarz, przygarbiona mysz o posiwiałym pyszczku, przyjął nas bardzo serdecznie w ciepłym, suchym biurze, zasypanym stertami najrozmaitszych papierów. Stałem sztywno pośrodku pomieszczenia w obawie, że je zachlapię, gdy tymczasem Bazyli rozglądał się bystro dookoła.

- Widzę, Clarke, że drukowaliście ostatnio plakaty teatralne – zauważył, przesuwając spojrzenie po wylepionej barwnymi odbitkami ścianie.

- A tak, tak. Dużo zamówień mamy ostatnio, panie Bazyli, oj, dużo.

- Między innymi – poruszył wąsikiem – plakaty „Pomarańczarni".

- O, piękna robota, nieprawda? - drukarz zatarł łapki, spoglądając z ojcowską dumą na kolorowy plakat, pyszniący się nad stołem. - Bardzo im się spodobały.

- Nie wątpię. A czy nie drukował pan dla nich nic innego?

Clarke okrążył stół i zaczął przekładać leżące na nim papiery z miejsca na miejsce.

- Dużo dla nich drukujemy – powiedział obojętnie, nie podnosząc wzroku. - Plakaty, programy. Choć od śmierci White'a- urwał.

- Od śmierci White'a?

- Panie Bazyli – stary drukarz westchnął głęboko, wyprostował plecy. - Ja go ledwo znałem. Przynosił zamówienia. Płacił rzetelnie. Policja już mnie wypytała, kiedy się utopił, nie wiadomo po co.

- Utopił? - Bazyli uniósł brwi, a drukarz pokręcił głową.

- Miał jakieś kłopoty z pieniędzmi. Nie wiem. Dzisiejsza młodzież, wszystko dla nich za trudne.

- Panie Clarke – powiedział łagodnie mój przyjaciel – czy White zwierzał się panu kiedyś z tych kłopotów?

- Nie, nie, skąd. Ledwo się znaliśmy. Zawsze był wesolutki jak skowronek. Jak to nigdy nic nie wiadomo… O, proszę, proszę spojrzeć, jaki ładny papier, prosto z katalogu-


- Brakuje tu kilku szczegółów – powiedział Bazyli w zamyśleniu, kiedy wyszliśmy na deszcz.

- Doprawdy – mruknąłem. W tamtej chwili najbardziej byłem zainteresowany dotarciem do domu.

- Wiesz, co powtarza Mistrz, jaki to wielki błąd wnioskować, nie mając wszystkich danych.

- Oczywiście, słyszałem to nie raz.

- Coś mi mówi, że samobójstwo pracownika teatru ma związek z naszą sprawą. Ale jaki? Co go do tego skłoniło?

- Przyznaję, Bazyli, że ja związku nie widzę.

- Może go nie ma – westchnął – to dopiero hipoteza. A oto i „Pomarańczarnia".

Staliśmy pod schodkami, prowadzącymi do ludzkiego sklepu kolonialnego, u starannie ukrytego przed wzrokiem dużych mieszkańców miasta wejścia do teatru. Z cienia mrugały na nas płowiejące już nieco barwy plakatów.

- Tutaj się rozstaniemy – powiedział Bazyli. - Miej oczy szeroko otwarte, w miarę możliwości.

- A ty? Nie wejdziesz ze mną?

- Ja sprawdzę bardziej oczywiste tropy, ale może się okazać, że to „Pomarańczarnia" kryje klucz do naszej zagadki. Baw się dobrze! Do zobaczenia na Baker Street.

I odszedł, wsiąkając w szarą ścianę deszczu z łapkami wciśniętymi w kieszenie płaszcza, ja zaś zostałem na chodniku przed teatrem varieté. Przez chwilę, patrząc w ślad za cieniem przyjaciela, obracałem w głowie wszystko, czegośmy się dotąd dowiedzieli, nie byłem jednak w stanie wyciągnąć żadnego wniosku, zwłaszcza, że chłód zaczął mi się dawać we znaki. Zaginiona zamawiała wizytówki w tej samej drukarni, która odbijała plakaty teatralne, ale nie pojmowałem, dlaczego Bazyli przywiązuje do tego wagę. Czyżby podejrzewał aktorów o porwanie?

Wzdrygnąłem się gwałtownie, kiedy zimny powiew przeszył mnie do kości. Zabijając łapki, przekroczyłem próg „Pomarańczarni".