Zaspałem następnego ranka, i kiedy zszedłem na śniadanie, Bazyli siedział przy kominku, pykając z fajeczki. Nalałem sobie herbaty, a on skinął mi głową.

- Czego się dowiedziałeś?

W teatrze nie wyśledziłem nic zupełnie, choć pilnie się rozglądałem, mając w pamięci wskazówki, których mi udzielał w przy innych okazjach. Kiedy jednak, zacinając się, wyznałem to Bazylemu, uśmiechnął się tylko pod nosem.

- Oh, Dawsonie. Nie przyszło ci na myśl zajrzeć za kulisy? Pomówić z inspicjentem?

- Nie – bąknąłem, a on roześmiał się głośno.

- Mój drogi – powiedział wreszcie, ocierając oczy – nie sądzisz chyba, że obejrzenie operetki, choćby najlepszej, mogłoby dostarczyć wskazówek w śledztwie?

Nieco urażony wbiłem wzrok w moją filiżankę, a on ciągnął – Ja z większym pożytkiem spędziłem wczorajszy wieczór.

- Wiesz, co się stało z panną Montgomery?

- Wiem już na pewno, że panna Montgomery nigdy nie istniała.

- Skąd w takim razie wzięła się na balu? – mruknąłem zgryźliwie, a Bazyli oparł podbródek na złożonych łapkach.

- Nie była zaproszona, to pewne. Mówiłem z lady Alexandrą. Choć to jej służba okazała się prawdziwie pomocna.

- Więc Adams ją zmyślił? - upiłem herbaty, rozcierając czoło.

- Tego nie powiedziałem. Wcale nie wątpię, że spędził wieczór, spacerując w towarzystwie młodej, bezpośredniej kobiety, która tak właśnie się przedstawiła.

- Chciała chronić swoją reputację? - zgadłem. Bazyli pokręcił głową. Przyglądałem mu się przez moment.

- Odciągnęła jego uwagę…

Bazyli wpadł mi w słowo – Po co?

- Po co?

Spojrzał na mnie, a w oczach zamigotały mu iskierki. - Gdyby włamywaczom zależało na usunięciu Adamsa z drogi, bezpieczniej byłoby zatrzymać go na balu, co młoda i urocza dama mogłaby zrobić z łatwością. Wiemy zresztą, że podrzucili łup Adamsowi. Nie, myślę, że „Pomarańczarnia" zasługuje na bliższe zbadanie. Dziś wieczorem pójdziemy tam we dwóch.

Tymczasem zagłębił się w swoich notatkach, a ja, widząc, że do wieczora niczego więcej się nie dowiem, sięgnąłem po serową bułeczkę.


W „Pomarańczarni" grywano przede wszystkim operetki. Bazyli zapewniał mnie później, że ta, którą oglądaliśmy tamtego wieczora, była bardzo zabawna, ale ja, choć wydaje mi się, że pamiętam huraganowe wybuchy śmiechu na widowni, choć byłem na tej sztuce dwukrotnie w ciągu dwóch dni, nie potrafię sobie przypomnieć jej treści. Mój wzrok stale zbaczał w stronę kulis, wyobrażałem sobie ciemne cienie uwijających się za nimi inspicjentów i siedziałem jak na szpilkach, nie mogąc doczekać końca. Wreszcie młoda aktorka o srebrzystym futerku zaśpiewała ostatnią arię, kurtyna zapadła do wtóru wesołej muzyki, a my mogliśmy iść za kulisy.

Bazyli zerknął jeszcze na trzymany w łapce program, zanim zapukał do drzwi.

- Dobry wieczór – rzekł z kurtuazyjnym ukłonem. - Chciałbym się widzieć z panną Joan Lewis.

- Montgomery – mruknąłem, ale kopniecie w łydkę zamknęło mi pyszczek. Mysz, która nam otworzyła, smukła, o czarnym futerku, od którego wyraźnie odcinał złocisty woal kostiumu, zmrużyła oczy. - Czego od niej chcecie?

- Panna Lewis może ocalić od więzienia niewinną mysz- zaczął mój przyjaciel, ale urwał, słysząc pełne ironii prychnięcie. Obejrzeliśmy się obaj.

Oparty barkiem o ścianę osobnik w roboczym ubraniu przyglądał nam się z nieskrywanym rozbawieniem.

- Mała rada – rzucił – jak się ma zdjęcia we wszystkich gazetach, trzeba więcej popracować, żeby się nie dać rozpoznać.

- Niewątpliwie – mój przyjaciel podszedł o krok bliżej do nowo przybyłego, ja tymczasem zezowałem jednym okiem na nich, drugim na chórzystkę, stojącą z łapką na framudze drzwi.

Przez chwilę Bazyli i mysz w roboczym kombinezonie mierzyli się wzrokiem. Potem mój przyjaciel powiedział – Policja udostępniła mi kartotekę pana Adamsa.

- Nie ma tam nawet połowy, ale wystarczy i to. Wie pan, że to niezłe ziółko. Po co kłamać?

Bazyli odchrząknął cicho, a tamten dodał – Webster już odsiedział swoje, Joanie nie pozwolimy tknąć panu, a tym bardziej glinom. Jak pan chce kogoś aresztować-

- Nie zamierzam aresztować nikogo – przerwał mu Bazyli. - Chcę tylko wiedzieć, dlaczego wzięliście sprawiedliwość we własne łapki!

- Nie osiągnęlibyśmy jej inaczej – odezwał się nowy głos. Z mroku wynurzyła się duża mysz, także w roboczym ubraniu, o burym futerku z siwymi pasmami.

- Webster, jak sądzę – rzucił Bazyli.

- To ja.

- Skomplikowana ta pańska zemsta.

Dziwny wyraz przebiegł przez pyszczek Webstera.

- Zatrudnienie panny Lewis do pomocy przy balu nie sprawiło wam trudności. Lady Alexandra przed każdym ze swoich przyjęć dobroczynnych najmuje kilka osób dodatkowej służby, nic dziwnego, że nie zwróciła większej uwagi na srebrzystej maści podkuchenną, szczególnie, że wcieliła się w tę rolę tak znakomita aktorka. A kiedy już znalazła się na miejscu, wystarczył telegram wzywający ją do ojca, który uległ nagłemu wypadkowi, by zniknięcie skromnej służącej przeszło niezauważone. Potem zaś suknia wypożyczona z garderoby, odrobina czarnego tuszu na policzku, by stworzyć charakterystyczny szczegół wyglądu młodej damy, która swobodnie zawróciła w głowie dżentelmenowi w średnim wieku. Ale gdyby chodziło tylko o przytrzymanie go z dala od banku, panna Montgomery nie byłaby potrzebna. Był przecież na balu. Dlaczego młoda kobieta, nie zważając na własną reputację, wyprowadza stamtąd Adamsa, pozbawiając go doskonałego alibi na czas popełnienia rabunku? Wrobił go pan z całym wyrachowaniem.

- Bardzo ładnie, panie detektywie, bardzo ładnie – przyklasnął kolega Webstera.

- I po co niby mielibyśmy robić coś takiego, hę? Co, pańskim zdaniem, mamy do tego filaru społeczeństwa? - Mówiąc ostatnie słowa, paskudnie wykrzywił pyszczek.

- Dzięki jego zeznaniom – zaczął Bazyli, ale niespodziewanie przerwał mu Webster.

- Czytuje opowiadania pańskiego kolegi, - skinął mi lekko, zanim podjął – i wiem, że jest pan sercem po właściwej stronie. Proszę mnie wysłuchać. Sam pan zdecyduje, co zrobi później.

Jego towarzysz otworzył pyszczek, ale Webster uciszył go gestem. Potem zaczął swoją opowieść.