Nazywam się Henry Webster. Jestem – byłem – kasiarzem. Nie zamierzam panów nudzić opowiadaniem, w jaki sposób nim zostałem, nie będę się tłumaczył błędami młodości. Prawda jest taka, że rabowałem banki. Zasłużyłem na karę, jaką poniosłem.

Wiecie oczywiście, w jaki sposób trafiłem do więzienia. Owszem, wydał mnie Adams. Nie był to najgorszy z jego uczynków, może nawet jeden z najlepszych. Widzę, że muszę to wyjaśnić.

Miałem tu, w "Pomarańczarni", dobrego przyjaciela. Jamie White wiedział o moich sprawkach dość, żeby suszyć mi o nie głowę. Przekonywał, żebym się poprawił, tłumaczył, nie dawał mi spokoju, choć widział przecież, jak puszczam mimo uszu wszystkie jego dobre rady. Nigdy nie rezygnował, niepoprawny optymista. Kiedy w więzieniu odebrałem list od niego, pomyślałem w pierwszej chwili, że wyczytam w nim triumf, chciałem list wyrzucić bez czytania. Przemogłem się jednak. To mnie ocaliło.

W takich chwilach okazują się przyjaźnie. Korespondowaliśmy regularnie przez całe dziesięć lat, ostatni list otrzymałem na tydzień przed końcem wyroku, byłem wiec dobrze poinformowany o tym, co się tutaj działo i wiedziałem, że mój przyjaciel trzyma pieniądze w banku Adamsa, na lichy procent zresztą. Odradzałem mu to. Kto raz zdradził, pisałem, nie zasługuje na zaufanie, ale Jamie żartował z moich obaw. Przypominał, że ja przecież się zmieniłem. Dlaczego Adams nie mógłby?

Mój wyrok dobiegł końca. Wróciłem do Londynu. Dzięki zapobiegliwości Jamiego czekała na mnie dawna posada w "Pomarańczarni". Tutaj mieliśmy się spotkać, kiedy jednak wszedłem, zastałem kolegów opłakujących jego śmierć.

Policja uznała ją za samobójczą, ku zdumieniu nas wszystkich, którzy znaliśmy Jamiego. Wspólnymi siłami zdołaliśmy wyśledzić, że nie on jeden stracił pieniądze ulokowane w banku Adamsa, tuż zanim dziwnym trafem spadł z wielkiej wysokości, trafił pod koła pędzącej dorożki czy w łapy wyjątkowo łownego kota… Po całym mysim Londynie kryją się w ubogich norkach sieroty i wdowy, których spadek nabił kabzę Adamsa. Nawet Jamie, z duszą czystą jak jego nazwisko, przyznałby nam, że coś tu śmierdziało pod niebiosa. Nie mogliśmy tego tak zostawić.

Ja byłem złodziejem i przyznaję się do tego, ale on… Nie mogliśmy iść na policję. Adamsa chroniły właśnie te skradzione pieniądze – kto by uwierzył grupce aktorów, oskarżających bogatego, szanowanego dżentelmena.

- Więc przygotował pan tę wymyślną zasadzkę – pokiwał głową Bazyli. - Pracownicy teatru bez trudu mogli zbudować dekorację w mieszkaniu któregoś spośród siebie, a po wyjściu Adamsa szybko ją rozebrać.

Milczeliśmy wszyscy przez chwilę. Wreszcie Bazyli skinął najpierw Websterowi, potem mnie.

- No, Dawsonie, pora iść.

Webster utkwił w nim pełne napięcia spojrzenie czarnych oczu.

- Na policję?

- Do domu. Wynajęto mnie, żebym odszukał pannę Susan Montgomery z Bostonu. Skoro ustaliłem, że taka osoba nie istnieje, nie widzę powodu, żeby marnować czas.

Wyciągnął do Webstera łapkę, którą ten uścisnął z nieprzeniknioną miną.

- A na przyszłość, panie Webster, proszę pamiętać, że sądy w naszym królestwie nie są aż tak stronnicze, jak się panu zdaje.


- Nadal nie rozumiem, Bazyli, - powiedziałem, kiedy, przemoczeni do nitki, stanęliśmy na progu naszej norki.

- Jak się domyśliłeś, że panna Montgomery to oszustka?

- Wcale – odparł, otwierając drzwi. - Zapytałem po prostu lady Alexandrę. Nie znała takiej osoby, wypytałem więc służbę o smukłą mysz o srebrzystym futerku.

- Z czarną plamą – przypomniałem sobie, ale on prychnął niecierpliwie.

- Nie słuchałeś. Plama miała być znakiem szczególnym, który Adams mógłby zapamiętać, to charakteryzacja. Joan Lewis została zatrudniona do pomocy w kuchni, ale wyszła tuż po rozpoczęciu balu, kiedy to przyniesiono telegram pilnie wzywający ją do domu.

- Telegram był hasłem? - zapytałem, rozcierając obolałe z zimna łapki. Bazyli przykucnął przy kominku.

- Tak, właśnie. Skromna podkuchenna ukryła się w jakimś zakamarku domu, a wyszła stamtąd młoda, zamożna, nieco naiwna Amerykanka. Ot, wszystko. Jestem pewien, że usłyszymy jeszcze o talentach aktorskich panny Lewis.

Ogień zatrzaskał w palenisku, a mój przyjaciel wyprostował się i przeciągnął.

- Co powiesz Adamsowi?

- To samo, co w teatrze. Panna Montgomery nie istnieje.

- Nie spodoba mu się to.

- Cóż – powiedział z uśmiechem – na to nic nie poradzę.