Od autora (2010r.):
Po pierwsze, pragnę publicznie podziękować Lossie, za to, że podjęła się betowania tego tekstu. Jako że to mój debiut literacki, po raz pierwszy mam też sposobność współpracować z osobą, która przeprowadza korektę tekstów. Pozostaje pod wrażeniem tego, jak wspomniana L – dostrzega moje potknięcia, wyczuwa klimat opowiadania, potrafi zmotywować - czyli wyczuć potrzeby autora i zdobyć się na skuteczną akcję.
...
Jako że obecnie korektą tekstu zajmuje się Minerwa - tym razem nie rozwodząc się, ale z wielką szczerością przesyłam jej ukłony. Dziękuję za całe wsparcie jakiego mi udziela i jej pracę - również styl tej pracy i podejście do drugiego człowieka. :) Od dnia publikacji pierwszego rozdziału przeszłam pewną drogę jako autor i nabyłam doświadczenia - myślę, że w związku z tym jestem w stanie spojrzeć na pewne kwestie z większym dystansem i inaczej pewne rzeczy docenić.
DZIĘKUJĘ wszystkim, którzy zechcieli przeczytać i skomentować prolog. Jestem naprawdę zdumiona, że tyle osób poświęciło swój czas i uznało, że warto skomentować ten tekst. Myślę, że dopiero teraz zaczęłam doceniać prawdziwą wartość komentarza.:) Dziękuję, za podnoszenie mnie na duchu i za wszelkie szczere uwagi, które naprawdę sobie przemyślałam i deklaruję, że postaram się zgodnie, z ogólnym ich przesłaniem – poprawiać się;) Reszta odnośnie komentarzy, znajduje się poniżej r1.
Pierwsza publikacja: 09 maja 2010r.
Przeredagowany: czerwiec 2015r.
.
.
Rozdział 1
.
Subiektywnie rzecz biorąc
.
.
Druga połowa czerwca była dość pogodna. Za dwa dni kończył się kolejny rok szkolny. Dokładnie miesiąc temu świat czarodziejski świętował pierwszą rocznicę Ostatecznego Upadku Sami–Wiecie–Kogo czy też Tego Którego Imię Nadal Bano Się Wypowiadać.
Severus Snape stał na szczycie Wieży Astronomicznej, wbijając wzrok w błyszczącą w świetle księżyca taflę wody i hogwarckie błonia. Nie poruszył się od dłuższego czasu. Dumbledore, wpatrując się w zarysowaną na tle jaśniejszego nieba czarną sylwetkę, pomyślał, że profesor eliksirów wygląda w tej chwili jak wielki orzeł, który, zająwszy najwyższe wzniesienie w okolicy, czujnymi ślepiami obserwuje rozległy teren. Jakby był gotów w każdej chwili rozłożyć potężne skrzydła i rzucić się w dół, gdy dostrzeże ofiarę. To nie było głębokie zamyślenie, jego umysł pozostawał czujny; smukłe ciało zastygło w napięciu, zmysły miał wytężone. Bywało, że młody mężczyzna spędzał w ten sposób całe godziny. Na błoniach i w samym zamku panował spokój i równowaga, jakby na przekór temu, co działo się w umyśle owego ponurego człowieka.
- Zamierzasz jej powiedzieć? – Ciepły głos dyrektora przerwał tę uświęconą ciszę. Snape nawet nie drgnął. Naturalnie, od dłuższego czasu zdawał sobie sprawę z obecności starego czarodzieja.
- Nie – odpowiedział nieco zachrypniętym głosem. Z rozdrażnieniem pomyślał, że rozpoczyna się kolejna rozmowa z cyklu: „Mój drogi chłopcze…" Próbował się uspokoić, by to przetrzymać. To był jeden z tych tematów, których naprawdę pragnął uniknąć. Nie żeby naiwnie wierzył w taką możliwość; w końcu musiało do tego dojść.
- Wyjaśnij mi proszę, mój chłopcze, jaki masz cel w dalszym ukrywaniu swoich uczuć? Teraz, gdy wojna się zakończyła.
Mistrz eliksirów prychnął i przymknął oczy. Dyrektor uprzejmie nie zganił niegrzecznej reakcji; Snape od pewnego czasu przejawiał tendencje do podobnego, ostentacyjnego wyrażania swych emocji w obecności starego czarodzieja. Dumbledore potrafił zrozumieć nawet ten rodzaj komunikacji. Powstrzymywał się od bezpośredniego wtykania długiego, haczykowatego nosa w sprawy swego… swych podwładnych przez cały miniony rok, ale sytuacja zamiast poprawiać, pogarszała się. Postanowił delikatnie interweniować i odkorkować butelkę z buzującą miksturą, zmniejszając niepokojąco rosnące ciśnienie.
- Wiem, że nadal istnieje niebezpieczeństwo, że któryś z przebywających na wolności sług Toma zechce się zemścić na tobie, krzywdząc ją – ciągnął spokojnie - ale to nie zmienia faktu, że jej mógłbyś zawierzyć tajemnicę. Przynajmniej dać znać ile dla ciebie znaczy wasza przyjaźń, jak bardzo o nią dbasz. Tyle lat, Severusie…
- Wiesz, czasem naprawdę zachowujesz się jak uczniowie tego przybytku. – Mistrz eliksirów mówił powoli. - Nie ma metody, by wtłoczyć ci do głowy pewne informacje i nie ma sensu próbować egzekwować od ciebie przewałkowanych tematów. - Głęboki głos rozchodził się po otwartej przestrzeni, umykając w dal. Jedwabiste kosmyki włosów i szerokie rękawy profesorskiej togi poruszały się na lekkim wietrze. Dumbledore mógł dostrzec jedynie niewielki fragment ostrego, bladego profilu młodszego czarodzieja. Snape wyglądał jeszcze mizerniej niż w czasach, gdy szpiegował.
- Być może – odpowiedział Dumbledore niefrasobliwym tonem, uśmiechając się lekko. - Jestem już stary, a człowiek z wiekiem staje się w pewien sposób naiwny jak dziecko. Traktuję to jednak jako komplement. Dziękuję, mój chłopcze.
- Obawiam się, że nie to miałem na myśli – kwaśno skwitował Snape. Jego głos nadal pozostawał stosunkowo cichy. Dyrektor musiał wytężać słuch, by zrozumieć, co mówi. - Jestem zmęczony tematem i, jak wiesz, Dumbledore… nie znoszę dzieci.
- Uściślając, jak sądzę, nie znosisz swojego dzieciństwa – skomentował dyrektor bardzo spokojnie.
- Naturalnie, Albusie. Zawsze wiesz lepiej, co inni czują, myślą i chcą powiedzieć – odpowiedział mu już wyraźnie jadowity ton. Temat dzieciństwa też nie zaliczał się do jego ulubionych.
- No cóż, przyznasz, że nasza znajomość jest dość dogłębna. Ty również znasz mnie… trochę. – Snape nie musiał patrzeć na Dumbledore`a, żeby wiedzieć, jak irytujący jest wyraz starej twarzy. O tak, Severus wedle swego mniemania znał dyrektora nawet - więcej niż trochę. Drwiący grymas przemknął przez jego oblicze.
- Severusie, zasługujesz na to, by być szczęśliwym. – Głos był bardzo życzliwy.
Mistrz eliksirów znowu cicho prychnął i uniósł nieco głowę. Przynajmniej temat dzieciństwa został odsunięty na bok – zawsze należy dostrzegać jakieś pozytywne strony sytuacji. Dumbledore nie był w stanie do końca zinterpretować tego zachowania, mogąc nadal obserwować młodszego człowieka jedynie z profilu i w półmroku.
- To wymaga wysiłku, ale jest możliwe. Również w twoim przypadku, mój drogi chłopcze – dodał z przekonaniem. - Nie wystarczy marzyć o szczęściu. Trzeba brać życie…
- Nie marzę. Co ci nasunęło taką myśl? – Snape czuł się rozdrażniony i zniecierpliwiony, ale mówił nadal bardzo spokojnie. - Hieny dziennikarskie zrobiły ze mnie dobrze sprzedający się produkt, gwiazdę. Mimo to nadal mam własny, nieco bardziej trzeźwy pogląd na swoją osobę i dokonania. Pewna ściana w tym zamku nie daje mi zapomnieć o moich oszałamiających zasługach. Nie sądzę…
- Tym razem ja przerwę tobie – odezwał się dyrektor energicznie, delikatnie podnosząc głos. Profesor eliksirów z irytacją zacisnął wargi i wzniósł oczy. - Niesamowite jest to, jak różnie możemy odczytywać te same słowa i jak różne możemy mieć spojrzenie na te same fakty… - Dumbledore mówił z rozmysłem, na wpół do siebie, na wpół do mistrza eliksirów. - Nasze postrzeganie jest tak subiektywne i ukierunkowane na to, co chcemy osiągnąć w danej chwili! Choć to, co chcemy osiągnąć, nie zawsze jest tym, czego naprawdę pragniemy, a już wyjątkowo rzadko tym, czego faktycznie potrzebujemy. – Severus czuł na swoich plecach ciężar dyrektorskiego spojrzenia. – A o szczęściu marzy każdy, czasem tylko są to pragnienia niewypowiedziane na głos.
Snape istotnie nie czuł, by wypowiadanie na głos pragnień, miało jakikolwiek sens. Albus jak zwykle nie chciał zaakceptować faktu, że on czułby się usatysfakcjonowany albo nawet uszczęśliwiony, gdyby po prostu nie musiał tego wszystkiego wysłuchiwać, gdyby zostawiono go w spokoju. Pragnął świętego spokoju. Taki obraz szczęścia nie pasował jednak do wizji jaką miał dyrektor, ergo, Dumbledore stał tu teraz z tym swoim mądrym, zatroskanym wyrazem twarzy i perorował starając się wmówić ową wizję Severusowi.
- Próbujesz na siłę żyć z dawnym wizerunkiem, ale ta maska się zużyła. – Kontynuował Dumbledore. - Ludzie w nią nie wierzą, a ty się męczysz. Severusie, czas zacząć pokazywać prawdziwe emocje! Trzeba zaryzykować, by się dowiedzieć, czy można zyskać…
- Zyskać? - Snape syknął i odwrócił się gwałtownie. Jego szata zafalowała, owinęła się wokół szczupłego ciała, po czym, rozkładając na podobieństwo skrzydeł, wydęła na wietrze. Posiadał prawdziwy talent do wywoływania nieco mrocznego, malowniczego wrażenia. U większości uczniów klas początkowych prowadziło to do napadów paniki.
- Moje zyski przekroczyły moje wyobrażenia i wątpię bym zdołał unieść ich więcej! - Podniesiony głos młodszego czarodzieja pełen był cynizmu. - Powiem ci, co uzyskałem wraz ze śmiercią Czarnego Pana i końcem tej wojny? Jej bezpieczeństwo, przynajmniej częściowe. Bo, jak raczyłeś zauważyć, jeśli wydałoby się… to któryś z moich dawnych towarzyszy niewątpliwie złożyłby jej kurtuazyjną wizytę. Dopóki to nie wyjdzie na jaw, jest bezpieczna. To jest to, o czym marzyłem i do czego zmierzałem przez te wszystkie przeklęte lata. Mogę pozwolić sobie teraz na wolność od marzeń i dążeń tego rodzaju. Mogę wreszcie skupić się na sobie.
- Severusie…
- NIE SKOŃCZYŁEM! – warknął; żyły na jego skroniach i szyi pulsowały. - Przecież upadek Czarnego Pana to doniosłe wydarzenie! Musiałem zyskać coś więcej! – Głos Snape`a stał się na powrót cichy, jedwabiście gładki i jadowity. - Dajmy na to: nie muszę wyczekiwać na wezwanie od Jego Lordowskiej Mości, by zostać poczęstowanym niespodzianką, którą przygotowywał z niezwykłą starannością i godnym swego umysłu rozmachem. Nie muszę również opowiadać o tym podczas wieczornej herbatki u Jego Dyrektorskiej Wysokości... Zakładając, że zdołałem kolejny raz przeżyć. - Niebieskie oczy obserwowały go z uwagą i troską. Naturalnie, mistrz eliksirów nie robił na dyrektorze takiego wrażenia, jakie zwykł robić na innych. Stary czarodziej nie ignorował jednak jego zachowania. Z tym młodym człowiekiem trzeba było umieć się obchodzić i było to pewne wyzwanie - nawet dla Albusa Dumbledore'a.
- Generalnie mam więcej wolnego czasu – powoli i jakby z namysłem kontynuował Snape. - Co jeszcze? Ach tak! Ze skromnego bohatera uczniowskich koszmarów i opowieści snutych przy kominku wypłynąłem na szersze wody, stając się bohaterem gazetowych romansów i dyskusji na łamach prowadzonych przez pseudo specjalistów. Jeśli chodzi o prasową popularność i rodzaj tej popularności, to zdeklasowałem Lockharta i Pottera razem wziętych. Musisz przyznać, Albusie, że to jest osiągnięcie! – Brew Snape na chwilę uniosła się, a kąciki ust zadrgały nieprzyjemnie. - A na marginesie tego wszystkiego, z kogoś w rodzaju jej… – Skrzywił się gorzko. – No właśnie. Nawet w zakresie relacji zawodowych osiągnąłem status persona non grata, więc o innych relacjach nie ma co wspominać. Jak widzisz, coś zaryzykowałem i coś osiągnąłem. Niektórym mogłoby wydać się to nieskończenie zabawne.
Na moment zapadło milczenie. Ciało mistrza eliksirów zaczęło lekko drżeć – próbował z tym walczyć. Gdy odezwał się ponownie, jego głos podniósł się o stopień lub dwa.
- Fakty są takie, że jestem byłym, nieprzeciętnie wykwalifikowanym szpiegiem. Jeśli zorganizujesz jakiś kurs z tego zakresu, mogę rozważyć stanowisko prowadzącego. Mam referencje w postaci Orderu Merlina drugiej klasy i garści innych blach. Kariera naukowa na uczelni jak dotąd przechodziła mi koło nosa, ale mam pełne prawo tytułować się Mistrzem Eliksirów trzeciej klasy, jednym z dwunastu stąpających po tym padole szczęśliwości, więc nic straconego. Praktykowałem w końcu u dwóch najbardziej wymagających chlebodawców, jakich można sobie wyobrazić. Kompleksowa obsługa, maksymalnie wysoki poziom badawczy i twórczy! Mogę się poskarżyć jedynie na to, że w kręgach naukowych nie mogą dostatecznie mnie docenić, bo nie mają pojęcia o tym, czego dokonałem. – Sugestywnie rozłożył ręce. - Chociaż jestem niewdzięcznikiem, w końcu przyznano mi nagrody wiodących magazynów poświęconych eliksirom za… No cóż, nie pamiętam uzasadnień. W każdym razie, bez wątpienia musiały być to doniosłe dla ludzkości dokonania… Zawsze mogę wystąpić do ciebie o referencje. - Spojrzał wyzywająco w oczy Dumbledore`a, ale dyrektor, zachowując powagę, milczał. Snape kolejny raz wykrzywił usta w drwiącym grymasie i uniósł brwi. – W dziedzinie nauczania małych imbecyli…
- Severusie! – wciął się nieco odruchowo dyrektor.
- …niewiele się zmieniło – ciągnął, nie robiąc sobie nic z uwagi. - Nadal nie jestem w stanie większości z nich nauczyć czegokolwiek na temat eliksirów, o wychowaniu nie mówiąc. Swoją drogą, czy to nie zadziwiające, że ktoś tak znakomity jak ja nie potrafi nauczać i wychowywać innych? Reasumując, otrzymujemy wynik działania, które uparcie starasz się rozwiązać: dla niej nie przedstawiam żadnej wartości! I to niweczy twą ideę zwierzeń – powiedział zimno. Jego ciało było napięte. Próbował zachować równowagę, a przynajmniej udawać, że ją zachowuje. - Mam nadzieję, że moja wylewna odpowiedź jest dla ciebie dość wyczerpująca.
- Jestem pewien, że znaczysz dla niej bardzo dużo – odpowiedział mu spokojny, sugestywny głos Dumbledore`a. - Jesteś bardzo ważną częścią jej życia. Nie tylko dla niej i nie tylko jej życia. Mój chłopcze, to po prostu nowa sytuacja. Zarówno ty, jak i inni muszą do tego przywyknąć, ochłonąć.
Dyrektor westchnął głęboko, ze smutkiem spoglądając na trzęsącego się ze złości mężczyznę. Snape`owi wyraźnie nie udawało się zachować pozorów opanowania.
- Czy ty naprawdę wierzysz – kontynuował życzliwie - że to, czego dokonałeś nie ma doniosłego znaczenia? Dla ludzkości, dla twoich bliskich dla ciebie samego? Moje dziecko…
- O, słodka naiwności! Nie ma dość wyczerpujących odpowiedzi, gdy nie są one po twojej myśli! – Mistrz eliksirów zacisnął silnie dłoń na barierce, przy której stał. Jakby próbując powstrzymać się od jakiegoś innego ruchu. Czarne oczy zwęziły się. Jego głos zaprawiony był żółcią. Syczał: – Dla moich bliskich, Dumbledore! DLA MOICH BLISKICH! Czyli, dla kogo? Nie bądź niedorzeczny!
- Na ostatnie pytanie sam musisz sobie udzielić odpowiedzi. – Dyrektor pozostał całkowicie opanowany, a jego racjonalny ton nie stracił nic ze swego ciepła. Przenikliwe oczy utkwione były w rozgniewanym Snapie. I nagle stary czarodziej z całym zaangażowaniem zajął się wyplątywaniem ze swojej długiej brody dwóch żuków, które kotłowały się tam, nieznośnie brzęcząc.
- Argus mówił, że Pani Norris znika mu na całe wieczory i wraca jeszcze bardziej skudłaczona niż zawsze – odezwał się beztrosko, przyglądając się małemu stworzonku, które trzymał w długich palcach. – Myślałem, że może dzisiaj uda mi się ją nakryć. Wiesz, strasznie jestem ciekaw, jak wygląda, gdy jest skudłaczona jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Podobno poluje na te bzykadła. Argus zaklina się, że kilkakrotnie widział, jak do tych harców dołącza się bura kocica o dość sztywnej prezencji. Myślę, że zaczaję się jutro wieczorem na polanie pod zachodnią wieżą i może pan Creevey zechce pożyczyć mi aparat. – Spojrzał na Severusa w ten nieznośnie radosny sposób. Snape był na wpół odwrócony i patrzył znowu na błonia. Zdążył już nieco ochłonąć. - Tak, ale nie o tym mówiliśmy… Jestem nie mniej uparty niż ty, Severusie, a do tego, jak rozumiem, zmierzałeś w swoim ostatnim wtrąceniu. Pozwolę sobie więc wrócić do wałkowanego tematu. Podsumowywanie tak stawianych wniosków nie ma szansy ukazać prawdy… Sporo się zmieniło - i od środka, i na wierzchu - i może właśnie tu jest miejsce, by zmienić również wasze relacje, moje dziecko.
- Właśnie ci powiedziałem, że nasze relacje się zmieniły. Z mojego punktu widzenia diametralnie. Nie nazywaj mnie dzieckiem! – mówił powoli, jego głos wyraźnie przycichł, nie wróżąc niczego dobrego.
- Próbowałeś z nią porozmawiać?
- Porozmawiać? – Mistrz eliksirów prychnął wściekle.
Dopiero co pieczołowicie odbudowany przez Snape`a stan wewnętrznej – względnej – równowagi, w jednej chwili został zburzony. Ostatnimi czasy coraz częściej tracił nad sobą panowanie. Nowa sytuacja sprawiła, że nagle, po latach, wszystko stało się inne. Nie potrafił do końca określić swojej nowej roli, odnaleźć właściwej twarzy. Jako aktor skończył grać swoją życiową rolę, zszedł ze sceny w niespodziewanej glorii oraz blasku chwały i sławy, z których pierwszej nie umiał zaakceptować jako zasłużonej – zbyt wiele wiedział, a drugiej nie chciał, aktualnie pragnąc świętego spokoju. Na dodatek najważniejszy widz i krytyk nie klaskał. Odwracał się tyłem, gardził. Ta przeklęta ściana sprawiała, że czuł się zaszczuty nawet we własnym… domu. Przetrzymał cały rok, ale jego siły były na wyczerpaniu.
- Dumbledore, ona unika mnie jak zarazy! - Nie był w stanie panować nad swoim głosem, który zaczął falować, zmieniając tonacje, drżąc. – Przez siedemnaście lat siedzieliśmy obok siebie w Wielkiej Sali; ostatni rok jakoś się nie składa… Im bliżej jestem, tym ona mniej je i szybciej wychodzi. Jak sądzę, po to, by pohamować mdłości. To na marginesie, jakby umknęło twojej uwadze.
- Jestem pewien, Severusie, że powód jej zachowana jest zdecydowanie inny – wyjaśnił spokojnie stary czarodziej.
- Naturalnie i bez wątpienia wiesz, jaki! Przecież ty wszystko wiesz! – warknął, odwracając się do dyrektora i przeszywając go zimnym spojrzeniem. - Tylko widzisz, Dumbledore, nauczyłem się, że zadawanie ci pytań jest bezcelowe. Zrobisz wszystko, by podrażnić swoją ofiarę, ale nie wyjawić swej wiedzy. Niestety, ja nie mam szansy z nią porozmawiać. Mogę spróbować umówić się na partyjkę szachów przy kominku i herbatce z jej skrzatem, jeśli żądasz ode mnie aktu dobrej woli. Nawet sprawy szkolne załatwia ze mną przez posłańca. Na radach pedagogicznych traktuje mnie jak powietrze. Nie sądzisz, że to wystarczająco sugestywne sygnały, bym trzymał się z daleka?
- I poddałeś się? Po tych wszystkich latach, Severusie? – spytał Dumbledore z nie dającym się zignorować naciskiem. - Myślę, że jednak stać cię na to, by nawiązać kontakt. Ona chyba jest tego warta? – Na moment znacząco zawiesił głos. - Spróbuj sam pokierować tymi relacjami – ciągnął. - Może po prostu wasza przyjaźń osiągnęła pewien pułap, na którym należy zaoferować coś nowego.
- O jakiej przyjaźni ty mówisz, Dumbledore? To są twoje życzenia, fantazje, coś co stworzyłeś we własnym umyśle. Nie mam zamiaru grać w tę grę.
- Doskonale, mój drogi. Nie grajmy więc, maski precz, skupmy się na realiach. Realia są zaś takie, że pojawiły się nowe fakty. Dowiedziała się o tobie nowych rzeczy, a to mogło być swego rodzaju szokiem. Zapewne to całe zamieszanie prasowe również dla niej jest nieco… deprymujące. Myślę, że podobnie jak ty, czuje się zagubiona w tej nowej rzeczywistości.
- Nie czuję się zagubiony – prychnął Snape. Zaraz potem drwiący uśmiech wykrzywił mu twarz. – A jak ty radzisz sobie z nową rzeczywistością, Albusie? Znalazłeś już dla siebie jakąś wystarczająco wielką rolę w tej nowej farsie, którą próbujesz reżyserować? Bo jednak zamierzasz wystawić nową sztukę.
- Na tej scenie zawsze coś grają, mój Severusie. Można pozwolić się reżyserować albo spróbować sił samemu. Tak czy siak, masz rację, każdy z nas pozostaje aktorem. Próbuję rozeznać sytuację i zahaczyć się gdzieś, gdzie reszta obsady będzie wróżyła ciekawą pracę. - Odpowiedział dyrektor dość lekkim tonem, ale mimo dzielącej ich odległości, Snape mógł dostrzec, że oczy Dumbledore`a nie są tym razem roziskrzone. - Mam problem, nie wszyscy w sugerowanej obsadzie mają chęć do współpracy.
Snape wymownie przewrócił oczami.
- Konflikty za kulisami. Ach ci niewdzięczni aktorzy drugoplanowi. Miernoty, niezdolne by dostrzec wzniosły cel i poświęcić w jego imię swe małe, przyziemne cele.
- Wojna na nas wszystkich odcisnęła piętno – kontynuował poważniejszym tonem po chwili milczenia Dumbledore. Najwyraźniej postanowił wrócić do meritum. - Każdy na swój sposób próbuje sobie z tym radzić. Dobrze wiesz, że ona pod tą warstwą formalizmu i surowości jest bardzo wrażliwa. Wbrew temu, co się może wydawać, ona cię bardzo potrzebuje, Severusie.
Tym razem mistrz eliksirów zamknął oczy. Przez jego bladą twarz przemknął grymas z pogranicza kpiny i bólu.
- Potrzebuje mnie… Jak mogłem to przegapić? - Roześmiał się gorzko. - I co, oazo cierpliwości? I co, ty wiecznie bijące źródło mądrości? - Jego głos był pełen jadu, ale stary czarodziej bezbłędnie wyczuwał, że było tam coś więcej. To było cierpienie. Dużo więcej niż Snape chciałby pokazać. - Co przewidujesz? Że ja poinformuję ją o… motywacji swych działań, a ona rzuci mi się w ramiona i powie, że od lat jestem jej ulubionym kolegą i droczyła się jedynie z przekory?
- No cóż - westchnął - z doświadczenia powiem, że nie odważyłbym się wykluczyć również takiej…
- IDŹ DO DIABŁA, ALBUSIE! NIE CHCĘ NIGDY WIĘCEJ O TYM ROZMAWIAĆ! NIE CHCĘ NAWET O TYM MYŚLEĆ! Chcę wreszcie mieć święty spokój! Liczyłem na śmierć w tym względzie, ale jak zwykle przeliczyłem się… Na litościwego Merlina, wojna się skończyła, Czarny Pan nie żyje, a ja nie mogę spokojnie przejść przez szkołę, żeby nie słyszeć tych kretyńskich szeptów, nie czuć na sobie tych spojrzeń… Nawet na lekcjach nie jestem od nich wolny. Nie mogę wyjść na błonia hogwarckie, nie mówiąc o Hogsmeade, żeby nie znaleźć się na okładce jakiegoś pisma. Nawet na szczycie najwyższej wieży nie mam spokoju!
- Moje dziecko…
- NIE JESTEM TWOIM CHOLERNYM DZIECKIEM! Jestem twoim pracownikiem, nauczycielem, którego żal zwolnić staremu durniowi. Nienawidzę tej pacy, nienawidzę dzieci… Z wzajemnością. Ona mnie nienawidzi… Niestety, bez wzajemności.
- Severusie, czy akceptujesz to, czy też nie – odezwał się mocnym, ale pełnym tej tak irytującej Snape`a serdeczności głosem - dla mnie jesteś jak…
- JAK CO? – wrzasnął mistrz eliksirów, podbiegając do niego i wbijając swoje oczy w jego - odrażająco życzliwe i w tej chwili, satysfakcjonująco dla Severusa, smutne. – Wiesz, kim dla ciebie jestem? - wypluł jadowicie. – Kimś, komu każdego niemal dnia - przez siedemnaście lat - spoglądałeś w twarz tymi błyszczącymi oczami, znając słowa tej cholernej przepowiedni i mając świadomość, że ja jej nie znam! Powiedziałeś Potterowi! On – nie ja – był godny twojego szacunku i zaufania! Powiedz mi, Dumbledore, dobrze się bawiłeś?
Przerwał na chwilę. Jego wściekłość była wręcz namacalna. Powietrze wokół nich zdawało się być niebezpiecznie naładowane.
- Jestem pewien, że nadal świetnie się bawisz. – Jego głos nagle przycichł, stając się całkiem zimny. - Zwłaszcza, gdy codziennie przechodzisz obok tej cholernej ściany. Jestem dla ciebie tym, co powiedział Czarny Pan – NICZYM!
Zamiatając szatą, przeszedł obok dyrektora i ruszył w stronę klatki schodowej.
- Czas, byś zaprzestał zabawy pionkami, Albusie, i spróbował żyć tak, jak robi to reszta śmiertelników. - Lodowaty, kpiący głos dobiegł z wnętrza korytarza. – Gra się skończyła!
Dało się słyszeć odgłos szybkich, oddalających się kroków.
Dumbledore przymknął oczy. Zakrywając twarz dłońmi, oparł się ciężko o zimną ścianę.
.
.
xxx
Syriusz Black niczym błyskawica wpadł do obszernej kuchni, znajdującej się w podziemiach kamienicy na Grimmauld Place 12 i podbiegł do pieca. Miał nadzieję zapanować nad kipiącym na jednym palenisku sosem Bolognese, który powinien się spokojnie dusić pod tą cholerną pokrywką i kipiącym na innym - makaronem, który miał być al dente. Jednocześnie łowił uchem monotonny dźwięk dochodzący z przedpokoju, brzmiący jak: „TUTUTUTUTU PFF TUTUTUTUTU… " i „Bum!", a potem dalej: „TUTUTU…". Łapa przerzucił makaron na wielkie sitko, garnek z łoskotem wrzucił do zlewu i zabrał się za ratowanie sosu. Gdy włoska bomba została rozbrojona, to jest: sytuacja na piecu zdawała się względnie opanowana, wrócił do makaronu. Wyborowe, wielojajeczne, różnokolorowe i długie na czterdzieści centymetrów nitki tworzyły w durszlaku zwartą, rozmiękłą masę.
- Świetnie, mistrzu!– jęknął do siebie.
Zalał to zimną wodą, co - niestety - nie sprawiło, że makaron zaczął wyglądać zachęcająco. Z westchnieniem, które brzmiało jak cicha klątwa, przełożył go do miski i pofatygował się odstawić na najbliższy wolny obszar, jaki wypatrzył – narożnik długiego stołu, po czym wrócił do sosu.
- Nia-ma! – było pierwszym, niespodziewanym odgłosem, jaki usłyszał Syriusz za swoimi szerokimi plecami. Kolejny, który nastąpił, a właściwie zlał się z pierwszym, wyraźnie zwiastował, że… coś spadło.
Black odruchowo zdążył odskoczyć. Coś gorącego i oślizgłego zaatakowało jego bose stopy. Na podłodze leżała metalowa miska – pusta, trochę upaćkana. Wokoło niej leżała masa makaronowa. Nieco tej paćki zdobiło nogawki jego spodni i stopy. W drzwiach stał Ted Remus Lupin – dwuletni chłopiec z nastroszonymi, aktualnie zielonymi włoskami i szeroko otwartymi, niebieskimi oczami oraz miną, która w przeciągu chwili zmieniła się kilkakrotnie. Strach walczył w nim z ciekawością. Szlak by to! - Syriusz zaklął w myślach; serce załomotało mu w piersi jak szalone. W tym całym ferworze zapomniał rzucić zaklęcie zabezpieczające przejście na schody. Całe szczęście, że maluch nie spadł i nie zrobił sobie krzywdy.
- Bam! Ama, Apa – odezwał się chłopiec, spoglądając na Syriusza, który powoli oswajał się z sytuacją.
- Ba-ama, Apa! Ba-ama! Baama! - powtórzyło dziecko, widząc, że dorosły nie reaguje, i wskazało małym palcem na zachlapaną posadzkę.
- Bahama - powiedział wreszcie Łapa, czy też raczej Apa, patrząc na zapaćkaną podłogę. - Jasne, Lupus! Mamy tu istne Bahamy! Ostatecznie to i tak nie nadawało się do jedzenia – rzucił lekkim tonem, wzruszył ramionami i porozumiewawczo mrugnął do malca.
Magiczne dzieci miały to do siebie, że nie potrzebowały podchodzić do obiektu swego pożądania - po prostu wypowiadały w myślach swe wielkie pragnienie i przedmiot, mniej lub bardziej posłusznie, reagował, niekoniecznie docierając do zainteresowanego nim malucha. Było to o tyle dobre w tym wypadku, że dziecko pozostało daleko od gorącej substancji. Naturalnie, czasem, zanim smyk wypowiedział swe pragnienie w myślach, małe nogi zdążyły go ponieść w kierunku owej „gwiazdki z nieba", którą wypatrzyły jego małe oczka. Szkraby zazwyczaj nie mają czasu na rozmyślania, podobnie jak nie mogą sobie pozwolić na wolne przebieranie nogami – zbyt wiele rzeczy jest do odkrycia, zbyt wiele obszarów czeka na podbój. To zrozumiałe i całkowicie usprawiedliwione dla osoby o temperamencie Syriusza Blacka. Łapa lubił małe dzieci, ale uważał, że zlecenie normalnemu, zdrowemu mężczyźnie jednoczesnego gotowania obiadu i pilnowania malucha było wielkim nieporozumieniem. To oczywiste, że Harry Potter i jego przyjaciel Remus Lupin, którzy sobie z takimi sprawami radzili, nie byli zupełnie i całkowicie normalnymi osobami. Jeden niemal od urodzenia był bohaterem świata czarodziejów, przez lata spełniającym się w roli domowego skrzata u swego mugolskiego wujostwa; potem stał się uwielbianą i jednocześnie wyszydzaną gwiazdą w świecie magii i plotkarstwa, a od dobrego roku był skromnie żyjącym herosem, zaliczanym właściwie już do mitologii tego świata. Drugi z wymienionych był oswojonym, nadzwyczaj kulturalnym wilkołakiem i ojcem aktualnie różowowłosego malucha. Brzdąca, z którym pierwszy z wymienionych pozostawił Syriusza samego na kilka godzin.
- Aa-my… B-a-my… – Teddy Lupin męczył się z wypowiedzeniem nowego słowa „Bahamy", którego przed chwilą użył jego wujek. Podszedł bliżej, wydymając usta i pochylił się nad rozbebłanym makaronem. W ręku trzymał kolejkę, której kółka uparcie pracowały, para buchała z kominka parowozu, a małe ludziki zamknięte i potrząsane w nieprawidłowo ustawionych wagonach biadoliły. – Tisty? – zapytał, pokazując małym palcem na podłogę i spoglądając na Syriusza.
- Nie, Lupus. Breja, nie glizdy! – wyjaśnił z uśmiechem. - Glizdy robi wujek Harry, Łapa zrobił co najwyżej pastę glizdową.
- T-sta?
- Tak jest. Pasta! – odpowiedział, mierzwiąc różowe włoski.
- Ama. – Teddy pochylił się, żeby wziąć trochę tej zrobionej przez wujka Apę „T-sty tistowej", w którą właśnie wszedł małymi kapciami w kształcie pluszowych psiaków – Wąchaczy (Syriusz mu je transmutował). Z tyłu kapci wesoło merdały ogonki.
- Hej, bratku! – powiedział Syriusz, łapiąc malca. Podrzucił go w górę, a potem przewiesił sobie przez ramię. Chłopiec wydał z siebie pisk zadowolenia i zaczął udawać, że lata, a przy tej okazji trącać Syriusza w twarz trzymaną kolejką. - Miło mi, że lubisz moją kuchnię, ale z ziemi niczego nie jemy, Lupus. – wyjaśnił Syriusz, dzielnie znosząc gumowe wagoniki, które raz po raz lądowały na jego twarzy. Ja naprawdę muszę lubić te małe stworzenia – przemknęło mu przez myśl. Ostatnio nawet często miał okazję z nimi obcować, jako że wśród bliskich mu osób namnożyło się trochę tych berbeci. Mrucząc inkantację, machnął różdżką i podłoga oczyściła się, co wywołało jeszcze radośniejsze odgłosy, tuż koło jego ucha. Za drugim machnięciem zrobił porządek ze zmakaroniałymi psiakami na malutkich stópkach.
- No, to skoro operacja „włoska papaja" zakończona - doszedł ich od drzwi rozbawiony głos Harry`ego Pottera – to ja oferuję się zrobić, dla odmiany, al dente, a wy nakryjcie do stołu.
- Ajy! Ajy! – krzyczał zwisający z ramienia Syriusza Teddy. Black postawił na podłodze wierzgające dziecko, które zaraz pobiegło do wujka Harry`go.
- Tisty! – krzyknął, wyciągając w górę ramiona. – Tojade, Ajy?
- Bąku, mówi się „Czy masz czekoladę, Harry?" – powiedział bardzo wyraźnie Harry, patrząc w twarz malca, która aktualnie znajdowała się dokładnie na wysokości jego twarzy. Uniesiony w górę brzdąc najwyraźniej postanowił skorzystać z okazji i wolną ręką sięgnął po spoczywające na nosie wujka okulary. Harry zareagował odchylając głowę i, roześmiany jak dziecko, uniósł chłopca wysoko i okręcił jak skrzydło wiatraczka. Mały Lupus śmiał się przy tym tak soczyście, że aż się oślinił. Po chwili jednak chcąc zahamować złapał młodego mężczyznę za rozwichrzoną czuprynę i zapytał, marszcząc obecnie zielone brwi:
- Tojade, Ajy? – Widocznie zaniepokojony, że wujek Harry zapomniał o czekoladzie.
- Jasne, że mam dla ciebie „tojade" – uspokoił go młody czarodziej.
- Mam nadzieję, że sos się nada – odezwał się Syriusz, zaglądając do głębokiej patelni stojącej na piecu. – Nie wygląda najgorzej. Masz szczęście, że Lupus wybawił cię od konieczności patrzenia na makaron. Albo obiad, albo pilnowanie berbeci! Wiesz, ja jestem jednak zbyt normalny, by móc pogodzić te dwie rzeczy. – Tym razem zawadiacko mrugnął do chrześniaka, który posłał mu pełną współczucia minę mniej więcej po tym, jak usłyszał słowo „normalny".
- Teddy, jesteś łobuzem? – Harry zapytał chłopca, który, odstawiony na ziemię, obmacywał mu kieszenie w szacie, wiedząc, że stamtąd zazwyczaj wyskakują różne niespodzianki.
- Taaat! – odpowiedziało uśmiechnięte dziecko, trzymające w ręku czekoladkę w kształcie sowy. – Fika! Fika! – Z tym okrzykiem różowowłosy Teddy pobiegł, jak się domyślali, szukać sowy Harry`ego, Hedwigi.
Obaj mężczyźni roześmiali się szczerze.
Po kolacji Harry wykąpał i położył małego Lupina spać, po czym zszedł do Syriusza. Black siedział na parterze w dawnej jadalni, którą przerobili na przyjemny salon. Na znacznej przestrzeni panował bardzo swojski nieład. Leżało tam kilka książek, założonych różnymi przedmiotami w miejscach, gdzie osoba czytająca przerwała; na podłodze, na puszystym dywanie królowały zabawki Teda; na komodzie, stoliku, stole, co kawałek wykwitał to jakiś pucharek, talerzyk, to znowu jabłko, pudło brokułowych ciastek, opróżnione pudełko po czekoladowych żabach, paczka sowiej karmy… Było tam po prostu swojsko. To był ich prawdziwy, własny dom. No, może istotnie przez kilka ostatnich dni trochę zaniedbali kwestie porządkowe…
W telewizji nadawali jeden z głupszych, ale uparcie przez nich śledzonych, seriali kryminalnych. Pół roku temu kupili sobie telewizor, antenę satelitarną i pociągnęli instalację elektryczną, dzięki czemu salon często zapełniał się Weasleyami (ojciec rodu przeżył kilka cudownych dni towarzysząc elektrykowi, który męczył się z podłączeniem prądu). Syriusz drzemał. Był widocznie zmęczony po czterogodzinnym zajmowaniu się maluchem w czasie, gdy Harry załatwiał sprawy w Ministerstwie Magii. Chłopak chwilę go obserwował, stojąc w wejściu. Lwia grzywa Syriusza, nadal ciemna z kilkoma tylko siwymi nitkami, rozsypała się szeroko po oparciu kanapy. Trochę rozwichrzona, niewielka bródka i wąs były zaskakująco jasne, w każdym razie jaśniejsze niż włosy. Młody czarodziej uśmiechnął się, zerknąwszy na bose stopy swego ojca chrzestnego, które wyglądały spod eleganckich spodni w kant. Syriusz przez kilka miesięcy męczył się ze znalezieniem odpowiedniego zaklęcia podgrzewającego, by rzucić je na stare kamienne podłogi – „żeby małe gadziny się nie przeziębiły". Teraz utrzymywał, że od podłogi było za gorąco, by chodzić w butach, a nawet w skarpetkach, więc chadzał na boso. Gdy Harry po cichu wszedł do pokoju, Black otworzył oczy.
- Śpi? – zapytał nagle.
- Mhmm! Jak anioł! Wykończyłeś go! – odpowiedział Harry, rzucając się na fotel, jakby sam ledwo żył.
- Ja jego? Dobre sobie, młody człowieku - powiedział Syriusz, przeczesując palcami długie włosy; zaśmiał się przy tym krótko, co zabrzmiało trochę jak szczeknięcie psa. - Nieźle sobie z nim radzisz, Harry… Ja jestem zmordowany po dzisiejszym dniu.
- Nie mogło być aż tak źle. Jesteś urodzoną niańką.
- Było wesoło. Ale jestem wykończony. Jak Remus sobie z tym radzi? – Zrobił minę wyraźnie sugerującą, że nie ma pojęcia, jak to możliwe. - Wiesz, ale ty odkąd miałeś roczek chętniej używałeś miotły niż swoich pulchnych nóżek. Zmienienie ci pieluchy było niezłym wyzwaniem. - Zaśmiał się z wyraźnym zadowoleniem, jakby był z Harry`ego dumny. Zaraz jednak - równie wesoło - oświadczył: - Jestem obecnie gotów przekląć każdego, kto wpadnie na pomysł sprezentowania miotły któremuś ze smyków. Miotły powinny być dozwolone od stu pięćdziesięciu centymetrów wzrostu.
- Na tych warunkach, ja bym swoją pierwszą miotłę dostał gdzieś koło szóstego roku w Hogwarcie - zaśmiał się Harry wyciągając zmęczone nogi. Black rozlał do kieliszków resztę wina, jakie zostało z obiadu.
- Tym czasem… - kontynuował Potter, biorąc kieliszek – zdaje się, że to mój ojciec chrzestny sprezentował moim rodzicom i przy okazji mnie tego pierwszego Śmigacza, gdy nie miałem jeszcze pięćdziesięciu centymetrów wzrostu?
- Jasne, że ci sprezentowałem. To był hit sezonu, a ja byłem kompletnie nieodpowiedzialnym kumplem twego nieodpowiedzialnego ojca… Chociaż on zaczynał wyrastać z tej nieodpowiedzialności… Poza tym James był w końcu mistrzem quidditcha, więc umiał obchodzić się z miotłą i z synem na miotle.
- Jasne! Biedna mama.
- Biedni my! – poprawił go Syriusz. – Lily była… No, miała talent wychowawczy, Harry. Nieodparty urok osobisty, wdzięk i autorytet… Niebezpieczne połączenie. - Black mówił nie dającym się zignorować głosem; chwilami brzmiał chłopięco i płynnie, a chwilami nieco chropawo jak dojrzały mężczyzna. Czasem wydawało się, że jego głos dochodził z jakiejś studni. - Twój ojciec naprawdę zaczynał wyrastać na przyzwoitego, kulturalnego człowieka. Trochę mnie to martwiło… - chrząknął - ale ostatecznie byłem częstym gościem w Dolinie Godryka, więc i mnie się trochę udzielało. Teraz nawet sobie chwalę… James poza tym był chory z miłości. Beznadziejna sprawa. To zmienia ludzi. Stają się dziwni – powiedział z powagą i z udawaną dezaprobata pokręcił głową. Widząc, że młody mężczyzna gdzieś odpłynął, na moment sam się zamyślił.
Harry uśmiechnął się w odpowiedzi na słowa swojego chrzestnego, ale jego myśli poszybowały dalej, przeskakując Dolinę Godryka, miotłę, mamę, tatę, Syriusza, który odwiedzał ich na wielkim motorze i dotarły do wielkiego zamku. Pewne sprawy nadal pozostały nie wyjaśnione. To w zasadzie nie były już jego sprawy a przynajmniej od ich wyjaśnienia nie zależało czyjeś życie. A może zależało, może to jednak było istotne dla jego życia?
- Wiesz, Harry - odezwał się po chwili Syriusz – myślałem, że może gdzieś razem wyjedziemy na wakacje… Tu jest, musisz przyznać, trochę duszno… Mógłbyś skorzystać w publicznym miejscu z własnej twarzy, nie potrzebując używać zaklęć. To byłaby miła odmiana, co? – W spokojnym głosie pobrzmiewał lekko sarkastyczny, ale ciepły ton. Rzucił Harry`emu pytające spojrzenie. - Rozejrzelibyśmy się po świecie. Jak chcesz, możesz zapytać Ginny, czy ma ochotę się z nami wybrać, Molly pewnie da się przekonać. Ostatecznie, nie dalej jak dwa tygodnie temu przy świadkach powiedziała, że zachowuję się zadziwiająco odpowiedzialnie, gdy instruowałem jej wnuczęta jak korzystać z toalety.
- Kilka minut później dostałeś od niej szmatą po łbie za głupotę i skrajną nieodpowiedzialność – zripostował Harry, wyszczerzając się do mężczyzny.
- Fakt. Zaistniała między nami pewna różnica zdań, ale… Znasz Molly. Nie miała tego na myśli. – Głos Syriusza sprawił, że Harry parsknął. Black rozłożył ręce w pytającym geście i przybrał niewinną minę.
- Miała dokładnie to na myśli – odparował Harry z uśmiechem po jakiejś chwili. - Świetny pomysł z tym wyjazdem. Zapytam Ginny. – Kiwnął głową. To faktycznie mogłoby przewietrzyć mój przegrzany umysł – pomyślał. – Na pewno nie rozwiąże spraw, ale siedzenie tu też nie polepszy sytuacji. Od długiego czasu nie mógł się uwolnić od uciążliwych rozważań na pewne głupie tematy. Próbował się przekonać do tego, że to wielka dziecinada i powinien z tym skończyć, ale widać był mało przekonujący.
- Potem będziesz miał znowu naukę…
- Jasne – zgodził się Harry.
- Mam wrażenie, że nie cieszysz się z tego, że zaczynasz szkolenie aurorskie. – Głos Syriusza był spokojny.
- Nie wiem - odpowiedział mu szczerze Harry i popatrzył w szare oczy. - Nie jestem pewien… czy tego chcę. Ten rok przerwy nie sprawił, że decyzja jest łatwiejsza. Z drugiej strony… Nie wiem, gdzie bym się nadawał. Na kogo, jeśli nie na aurora? - Wzruszył ramionami i zaczął bawić się kieszonkowym zegarkiem Syriusza, który ten zostawił na stoliku. Trochę obawiał się tego, że mężczyzna może poczuć się rozczarowany jego wątpliwościami.
- Hmm – mruknął Black po chwili zastanowienia. Właściwie już kilkakrotnie przychodziło mu na myśl, że jego chrześniak chyba nie bardzo ma ochotę na bycie aurorem. Już nie. Na początku trochę go to zabolało, potem irytował się czynionymi przez niego wybiegami, ale ostatecznie postanowił, dla odmiany, dojrzale podejść do sprawy. Domyślał się też, że z różnych względów to jest dla chłopaka trudna decyzja, więc nie naciskał. - Ja myślę, że w tej sytuacji powinieneś spróbować. Jak nie będzie ci leżało, Harry, to zmienisz… Jest dużo możliwości. Harry Potter może być, kim zechce… – powiedział śmiało; nie było w tym cienia sarkazmu, za co Harry był w duchu wdzięczny. – No, może eliksiry bym sobie odpuścił. Zbyt duże prawdopodobieństwo, że możesz natrafić na swojej drodze zawodowej na pewną wybitną kreaturę. Podobno od tych eliksirycznych oparów włosy się przetłuszczają…
- Jasne. Z włosami brzmi nawet zachęcająco, może przestałyby sterczeć - rzucił Harry. Syriusz spojrzał na czarną, nastroszoną czuprynę, udając, że nie rozumie, w czym jego chrześniak może widzieć problem. Harry, niczym piłeczkę rzucił mu jego kieszonkowy zegarek, który Syriusz chwycił z wdziękiem, i biorąc głęboki oddech, powiedział: – Pewnie spróbuję, może okaże się, że łapanie czarnoksiężników to jednak moje powołanie.
- Nie wyglądasz na takiego, który ma w tej dziedzinie jakieś uzdolnienia, ale kto wie… - cmoknął Black. Harry ze zrozumieniem kiwnął głową i bezbłędnie chwycił zegarek, który merdając łańcuszkiem niczym znicz skrzydełkami, lobem poleciał w jego kierunku. Zegarek i tak nie wskazywał dobrej godziny; Syriusz każdego dnia nakręcał go ponieważ uważał, że w pewnych kwestiach należy być konsekwentnie niepraktycznym.
Black uśmiechnął się.
- A jak się okaże, że powołanie czeka na innym boisku? - zapytał z naciskiem.
- Trochę myślałem o… - Harry uciął.
- O? – zapytał Syriusz.
Harry w zasadzie nie był przygotowany na rozmowę na temat swojego pomysłu. Zresztą sam jeszcze nie był przekonany, czy jest to coś, w co powinien się rzeczywiście pakować. Nie był pewny, czy to tylko przelotna idea, czy jakiś szept prawdziwego powołania… Do tego trzeba było mieć naprawdę powołanie. Poza głową nieźle nabitą wiedzą i wykazywaniem się pewnymi specyficznymi cechami – wypluł w myślach. Był świadom, że tych cech z całą pewnością nie miał. Jego brak samokontroli, porywczość, emocjonalność, brak koncentracji, wyczucia i umiejętności właściwej oceny sytuacji raczej go dyskwalifikowały. Jego własne, trudne doświadczenia z dzieciństwa i młodości też nie wpływały zbyt pozytywnie na to jakie miał relacje z ludźmi… Bywał naprawdę niedelikatny… Sam potrzebujesz pomocy – zadrwił w myślach. Pewnie nigdy się nie zdecyduje. Poza tym, tyle osób angażowało się w to, by go przygotować do walki. By wykształcić w nim umiejętności niezbędne między innymi u dobrego aurora. To była oczywiście potrzeba chwili, wyjątkowość pewnej gównianej sytuacji, w którą został wkopany, ale faktem było, że w tym kierunku przygotowywano go przez siedem lat szkoły. Sam tyle nad tym pracował… I miał talent. Ale po prostu nie chciał tego robić. Przez jakiś czas myślał, że może jest to zmęczenie. Odpuścił sobie rok, ale jeśli to było przemęczenie to bardzo, bardzo duże, bo nie poczuł się ani krztynę lepiej. Mimo to złożył dokumenty, przeszedł testy i został przyjęty z całkiem wysoką lokatą (nie najwyższą, bo na psychologicznych nie wypadł najlepiej). Tyle razy żartowali sobie z Syriuszem, z tego jak to będzie, gdy Harry zacznie chodzić na zajęcia z samoobrony. Syriusz od początku tego roku, od zimowego semestru, prowadził zajęcia praktyczne, między innymi na kursie aurorskim. Łapa razem z Jamesem ukończyli dwuletnie – podstawowe – szkolenie aurorskie (ani jeden, ani drugi nie miał już potem okazji zdobyć kolejnego stopnia).
- Myślałem, żeby podciągnąć się z kilku przedmiotów. To dałoby mi większą swobodę wyboru, gdyby tamto nie wypaliło - powiedział śmiało.
- No… Nie wiem, co mam powiedzieć… To bardzo dojrzała deklaracja – Syriusz odchylił się na kanapie i przybrał wstrząśnięty wyraz twarzy. - Jak będziesz dojrzewał w tym tempie, Harry, to mi w wkrótce ogłosisz, że zakładasz nową rodzinę…
- Nie sądzę… Jeszcze nie… Na razie… - zaśmiał się Harry. Atmosfera nieco zelżała.
- Jasne – powiedział tym razem ironicznie Black i cmoknął dojrzawszy rumieniec na twarzy chłopaka.
- Wiesz, nie sądzę, bym jakoś specjalnie dojrzał, raczej odwrotnie.
- Nonsens – zawyrokował Black. - Zacząłeś mnie nawet wkurzać tym swoim opanowaniem i cierpliwością.
- Dzięki. Nie wiedziałem, że cię wkurzam. I nigdy bym się nie posądził, że dzięki cierpliwości i opanowaniu. Powinienem może udać się na badania kontrolne do Świętego Munga?
- Nie. To nieuleczalne. Przychodzi z wiekiem i życiowym doświadczeniem, a tego ostatniego masz nadmiar… Oczywiście w pewnych kwestiach – końcówkę wymówił z tajemniczym uśmiechem, na co Harry znowu się lekko zaczerwienił. Syriusz przez ostatnie dni dręczył go wypominając pewną drobną wpadkę, jaką chłopak zaliczył z Ginny. Harry nadal był trochę niezręczny, jeśli chodziło o płeć piękną… o Ginny konkretnie.
- Mógłbyś stanąć na ruchliwym rogu w Hogsmeade i sprzedawać je na kopy, jak jajka. – Black pociągnął temat specyficznego doświadczenia życiowego, jakie istotnie miał jego chrześniak.
Harry momentalnie wyobraził sobie, że stoi na Pokątnej w Londynie, w te dni, gdy uczniowie Hogwartu tłumnie przybywają, by zrobić zakupy przed nowym rokiem szkolnym i kupczy wielkimi złotymi jajkami - jak to, które zdobył w Turnieju Trójmagicznym - a stado fotografów pstryka mu zdjęcia. Na koniec, wśród dziennikarzy zadających mu bardzo rzeczowe pytania, zobaczył Ritę Skeeter… I natychmiast otrząsnął się z zamyślenia. Jego twarz musiała z wyrazu rozbawienia przejść w wyraz irytacji, bo Syriusz zmrużył oczy i wydawał się nieco zawiedziony jego reakcją.
- Tak, ale proces mojego dojrzewania był raczej dość chaotyczny – odezwał się chłopak z wątłym uśmiechem. - Więc te jajka byłyby nieco… No, stęchłe. Klienci posądziliby mnie o oszustwo.
- Powiedziałbyś, że tak pachną doświadczenia Bohatera Czarodziejskiego Świata. Albo by otrzeźwieli, albo piali z zachwytu uznając się za wyrafinowanych. – Syriusz skinął głową i zamaszystym, przesadnie teatralnym gestem ręki wskazał na Harry`ego jakby przedstawiał tłumowi bohatera i stęchły zapach jego sławy. Potem przybrał nieco tylko poważniejszą minę i powiedział: - Słuchaj, zgadzam się z tobą, że życie cię nie rozpieszczało, delikatnie powiedziawszy, ale ostatecznie wydajesz się całkiem normalnym chrześniakiem… Poza tym, że po drodze zrobiłeś parę… niecodziennych rzeczy.
- Całkiem normalnym, tak? No, jeśli uznać, że ty jesteś całkiem normalnym ojcem chrzestnym…
- No i sprawa zaczyna się wyjaśniać! – Syriusz trzepnął się po udach i rozparł wygodniej na kanapie. – Normalni ale nie przeciętni. Poważnie, Harry… Jakimś cudem wyrosłeś na normalnego człowieka. To co z tym podciąganiem się? Można by pomyśleć o jakichś korepetycjach.
- Może. Chciałbym posiedzieć trochę nad zielarstwem… Może Neville mógłby mi pomóc. – Black potakująco kiwnął głową. – No i eliksiry… Dno!
- Eliksiry masz wysoko, z tego, co pamiętam. - Syriusz machnął różdżką i w jego ręku pojawił się pergamin opatrzny pieczęciami. Harry rozpoznał w nim swój dyplom ukończenia Hogwartu z wynikami OWTM'ów. Black zmrużył oczy (za nic nie chciał dać się przekonać do noszenia okularów) i zerknął w kartę, a potem trzepnął w nią dłonią na znak potwierdzenia swej wcześniejszej opinii. - Byłeś dobry na ostatnim roku, a że Smarkerus-Bohaterus nie przeprowadzał egzaminów, to dostałeś uczciwą notę.
Harry skrzywił się trochę.
- No… Niecałkiem – wymamrotał. Nie czuł skruchy, ale ostatnio zaczął doceniać wartość nieco czystszego podejścia do kwestii nauki. - Podciągnąłem się z eliksirów… Trochę… Bo… Jak nie miałem przez pierwszy tydzień podręcznika, to Snape, zgodnie z sugestią dyrektora i profesor McGonagall, kazał mi wziąć z szafy jakiś używany podręcznik. - Syriusz zdawał się powoli analizować ten ciąg wyrazów, ale wydawało się, że ogólny sens do niego dociera, bo zaczął się uśmiechać. - Wziąłem taki stary podręcznik… z szuflady - kontynuował Harry. - Pomyliłem szafy. Poważnie, pomyliłem. Tam były jego osobiste notatki. To była jego stara książka ze szkoły. To znaczy, na początku nie wiedziałem, że to jego i… Nieważne. Korzystałem z tej książki.
- Aha – powiedział poważnie Black. Harry zerknął na równie poważną jak głos minę Syriusza. Szare oczy płonęły. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jego ojciec chrzestny jest zachwycony opowieścią. - No, ale uczyłeś się z tej książki?
- No! Też. Wynotowałem wszystko specjalnym atramentem od bliźniaków do tej nowej książki, jak już z opóźnieniem ją dosłano, żeby mieć dostęp do tego przez cały rok. – Harry spojrzał na ojca chrzestnego z cieniem uśmiechu, którego po prostu nie mógł powstrzymać. - Ten atrament jest widoczny tylko dla właściciela… Miesza się go z kropelką krwi… - Tym razem Syriusz otwarcie wyszczerzył zęby. Machnął różdżką po raz kolejny i na stole pojawiły się dwie butelki piwa kremowego i dwa kufle.
- Tylko nie wydaj mnie przed Hermioną? – Harry rzucił nagle i spojrzał ostrzegawczo na Łapę. Właśnie sobie uświadomił, że przecież Hermiona nadal nie wie, że przepisał te notatki. Pewnie by go przeklęła, gdyby się wydało. Była święcie przekonana, że Harry ciężko pracuje i dzięki temu osiąga sukcesy – tak, jak mu doradzała. Ron dostawał białej gorączki, gdy stawiała mu przyjaciela za przykład. Harry, w miarę możliwości, odpłacał się mu, udostępniając tajemną wiedzę.
Syriusz, nic nie mówiąc, zabrał się za rozlewanie piwa.
- Co dalej? – zapytał po chwili.
- To okazało się nawet ciekawe – odezwał się Harry, przybierając zbyt poważną minę, by można było posądzić go o poważne podejście do sprawy. - Zacząłem rozumieć. Odkryłem, że on podaje instrukcje i całą tę otoczkę na temat działania i wartości eliksiru w naszym rodzimym języku. Dotąd miałem wrażenie, że po angielsku mówił tylko: „Potter, czy zdołałeś przyswoić sobie składanie literek, czy też twój sławny umysł nie osiągnął jeszcze tego poziomu?". – Harry próbował naśladować ton, jakim odzywał się do niego Snape, po czym wymownie przewrócił oczami. - A potem jeszcze dawałem radę złapać znaczenie „Evanesco". - Syriusz parsknął równo z Harrym i przesunął w jego kierunku kufel ukoronowany jedwabistą pianką. – No, a z tymi notatkami… Wszystkie mikstury nagle nabrały, że tak powiem, właściwych kolorów, takich, jak te wskazane w podręczniku. To było nawet fajne. Zrobić jakiś eliksir, który nadawałby się do użycia zgodnie z przeznaczeniem. No i ten maciupki błysk rozczarowania w jego oczach… Nie, żeby to oznaczało brak uroczego komentarza.
- No dobra, przynajmniej nieświadomie, Jego Szpiegowskiej Bohaterskiej Mości, udało się wzbogacić wiedzę jednego ucznia. Zawsze to sukces zawodowy. Małymi kroczkami… – Syriusz uśmiechnął się złośliwie. - No, ale Harry to znaczy, że masz tę wiedzę… Nawet, jeśli pracowałeś z jego notatkami.
- Mam duże braki… Tę jego książkę oddałem zaraz jak przepisałem, a moją potem… Musieliśmy się jej ekspresowo pozbyć… Po tym, jak rzuciłem w Malfoya Sectumsemprą - powiedział tonem winowajcy; naprawdę nie był z tego dumny. - To było jedno z zaklęć, jakie wymyślił i zanotował Snape.
- No! To trzeba mu oddać, ma ten zasmarkany drań łeb do wymyślania zaklęć, na które nie ma wymyślonych, a przynajmniej znanych, przeciwzaklęć. W szkole bez przerwy rył tym swoim wielkim kulfonem w czarnomagicznych księgach. Jest w tym niezły.
Syriusz pociągnął łyk zimnego piwa. Harry poszedł w jego ślady, pragnąc przepłukać trochę ściśnięte gardło.
- To bardzo specyficzny, ale jednak komplement - odezwał się po chwili do swego chrzestnego. - Właśnie wyraziłeś się z uznaniem o Snapie.
- Nigdy nie posądzaj mnie o coś tak żałosnego! – zaperzył się Syriusz. – To co rzuciłem miało takie samo znaczenie jakbym powiedział o Voldemorcie, że był potężnym czarnoksiężnikiem. Z eliksirów mógłbyś poprosić o pomoc Georga.
- No może. Nad transmutacją też muszę posiedzieć. - Harry zmarszczył czoło, bawiąc się szklanką. Miał naprawdę sporo do nadrobienia, jeśli chciałby porwać się na szaleństwo, które chodziło mu po głowie…
- Tu mógłbym ci trochę pomóc - Syriusz powiedział nie bez pewnej dumy, poprawiając kołnierzyk eleganckiej wiśniowej koszuli w prążki, na którą założył miodową, podziobaną przez mole kamizelkę (należała niegdyś do Regulusa i Syriusz zakładał ją niemal do wszystkiego). - McGonagall była bezlitosna. Zarywałem co drugą noc, żeby nie prowokować gniewu szkockiej lwicy. I koniec końców, zaliczyłem na OWTM'ach Wybitny. Ewentualnie mógłbyś podpytać samą Minerwę, czy zechciałaby ci jakoś pomóc. To będzie droga przez mękę, ale… Voldemort to był mały czyrak w zestawieniu z jej wymaganiami, tego jestem pewien.
- To ona udziela korepetycji poza szkołą? – zapytał zdziwiony Harry.
- Nie, chyba nie… - powiedział, jakby zaskoczony jego pytaniem Syriusz i zaraz się zaśmiał. - Chyba nikt się nie porwał na to, by się zgłosić. Przynajmniej nie przed tym nim wykuł na blachę cały dział biblioteczny opatrzony napisem „Transmutacja i zagadnienia powiązane".
- Hermiona! – podsumowali równocześnie, wybuchając śmiechem.
- Sam wiesz - kontynuował – że McGonagall to naprawdę równa babka. Przy tym całym swoim rozsądku i surowym podejściu do zasad, kodeksów, regulaminów… oraz tradycji, idei, kultury, nauki… - Black przewrócił oczami, uśmiechając się.
Harry zaśmiał się w głos.
- Jasne – powiedział i odruchowo, w odpowiedzi na wspomnienie charakterystycznego spojrzenia profesor McGonagall, przygładził włosy. – Można było na niej polegać, chociaż trochę za łatwo się denerwowała i była trochę… zbyt zasadnicza. Chociaż, jak wygrywaliśmy mecz, to czasem miałem wrażenie, że wyskoczy z trybuny. To było dość emocjonalne! – Znowu obaj się zaśmiali.
- Pamiętam, że za naszych czasów jej wykłady były naprawdę interesujące. Potrafiła nieźle tłumaczyć – powiedział z przekonaniem Syriusz. - Na dowód weźmy to, że niektórzy byli tak zafascynowani tematyką, że poświęcili się nadprogramowym studiom i na piątym roku zostali nie zarejestrowanymi animagami. Byłaby z nas wtedy dumna, gdybyśmy zrobili to oficjalnie.
- Ale robienie czegoś podobnego oficjalnie nie leżało w waszej naturze i to chyba genetyczna i zaraźliwa przypadłość – podsumował Harry. - A ten twój przykład… Hmm. W ten sposób powinienem rozważyć czy moim, Rona i Hermiony ulubionym przedmiotem nie były eliksiry a nauczycielem Snape. W końcu na drugim roku przez miesiąc poświęcaliśmy czas poza zajęciami, ważąc Eliksir Wielosokowy. No, Hermiona ważyła a my wiernie jej towarzyszyliśmy – zakończył zdobywając się na szczerość.
- Tak, to byłoby wstrząsające ale, Harry, musisz wiedzieć, że mimo wszystko bym się ciebie nie wyparł. Co najwyżej oddał na jakieś leczenie. Myślisz, że najdroższy Mistrz byłby z was równie dumny jak Minerwa z nas, gdybyście dokonali tego oficjalnie? – zapytał tonem naiwnego dziecka.
- Bez wątpienia Syriuszu – tonem pełnym przekonania odpowiedział młody człowiek. Obaj zastygli z promiennymi uśmiechami na twarzach.
- Lily była diabelnie dobra z Eliksirów – powiedział Black z pewną nostalgią. – Z transmutacji szliśmy łeb w łeb. Minerwa była zadowolona, chociaż nie okazywała tego tak emocjonalnie jak na meczach. – Uśmiechnął się do tych wspomnień a po chwili zdawało się jakby całkiem w nich zatonął.
Syriusz pamiętał Minerwę z czasów, gdy James zdobywał dla nich Puchary Quidditcha. Profesor McGonagall kibicowała zapamiętale; tajemnicą poliszynela było to, że nakręcona potrafiła obstawiać wyniki (zresztą nie była wyjątkiem wśród nauczycieli, nawet dyrektor, jak się podśmiewali, stawiał swoje dropsy). No i oczywiście Minerwa płonęła ambicją, szczególnie, jeśli dochodziło do meczu z domem Slytherina. Syriusz przymknął na chwilę oczy, dryfując przez te wspomnienia. Była w jakiś sposób ważną częścią jego życia, dawała mu oparcie, którego nie miał we własnej rodzinie, dbała o niego, wyciągała za uszy, by przyzwoicie zaliczał egzaminy i do czegoś w życiu doszedł, a on ją zawiódł… Od roku nie rozmawiali, nie był nawet w stanie spojrzeć jej w oczy. Wzdrygnął się na tę myśl i zasępił trochę.
- Wiesz – odezwał się Harry, obcierając palcem umazane pianą brzegi kufla - kiedyś zastanawiałem się nad tym, że w odbieraniu Gryffindorowi punktów, McGonagall plasowała się na drugiej lokacie, zaraz za Snape`em. Szkoda, że to nie działało w drugą stronę – Snape nie odbierał punktów swojemu domowi.
- Gdyby zaczął to robić, to znaczyłoby, że to dobry duch świąt pod działaniem Wielosokowego – wyrzucił Black.
Harry prychnął.
- Syriuszu… - odezwał się po chwili; słowa jakoś ciężko przechodziły mu przez gardło. - To prawda, że McGonagall nigdy was nie karała za… No wiesz?
- Za te durne pomysły, które mieliśmy jako dzieciaki? – odezwał się szorstko i nieco gorzko uśmiechnął. – Rugała. Karała. Chociaż zazwyczaj udawało się nam okpić kocicę. Harry – westchnął i spojrzał na zwieszoną nad stołem głowę chrześniaka - już dawno minęły czasy, gdy byłem dumny z tego, co wyprawialiśmy. My naprawdę potem… znormalnieliśmy. Trochę. I nigdy nie chciałem zabić Snape`a. To był durny żart. A on był wścibskim, antypatycznym…
Harry pokiwał głową i lekko uderzył dłońmi w blat stołu.
- Nie wiem, czy jestem dość zdesperowany na lekcje z McGonagall – rzucił, chcąc zmienić temat.
- Słuchaj – podjął Syriusz - ewentualnie możesz podpytać Albusa Wielkiego Hogwarckiego, w końcu…
- Jasne! – Harry podniósł nieco głos. Nagle poczuł jakieś ukłucie w sercu i w żołądku. - Prywatne lekcje transmutacji z dyrektorem! Nie sądzę, by miał czas przygotowywać mnie do jakichś głupich egzaminów. On nie ma czasu na głupoty. Jeśli chodzi o… Jego rola skończyła się! – Każde kolejne słowo wypowiadał szybciej i ostrzej. - Przygotował mnie do walki z Voldemortem… Do załatwienia tych przeklętych horkruksów. Nieźle mu poszło. Moja rola też się skończyła! - Głos mu lekko zadrżał.
- Kiepski ze mnie zamiennik rodziców, co, Harry? – Syriusz odezwał się po chwili ciszy, marszcząc brwi. Minę miał bardzo posępną.
- Nie jesteś dla mnie zamiennikiem! – rzucił bardzo poważnie Harry. Czuł, jak jego ciało zaczyna drżeć. Zacisnął dłonie, próbując się opanować. - Jesteś Syriuszem, moim chrzestnym. I uważam, że całkiem udanym! Nie musisz silić się na bycie moim ojcem. Jest dobrze, jak jest. Mój ojciec zginął, oddając za mnie i za moją mamę życie. Stało się! Mam ciebie i to jest w porządku. W końcu mam rodzinę. I jestem już dorosły!
- Dzięki, ty jesteś udanym chrześniakiem, Harry… I też w końcu mam rodzinę, dom. I oczywiście jestem dorosły.
Chwilę milczeli.
- Gówno prawda! – warknął po chwili Syriusz. - Ojciec chrzestny powinien być trochę jak prawdziwy ojciec, a ja co najwyżej kwalifikuję się na kumpla, przyjaciela, starszego brata. Traktuję cię jak Jamesa… A ty nie jesteś Jamesem.
- Nie jestem i nie ty jeden masz ten odruch. Wiesz, pewien nauczyciel przez siedem lat widział we mnie Jamesa. I to było o wiele mniej przyjemne.
- Nie porównuj mnie do Smarka.
- Daj spokój! – Spojrzał nieco groźnie na swego ojca chrzestnego. Nie lubił, gdy zaczynały się takie uwagi. - Nie mów tak na niego – dodał spokojniej. – To jest głupie!
- Jasne! To Bohaterus-Romanticus! – rzekł chłodno.
Harry zagryzł szczęki. Nie będziemy się kłócić o całe to gówno! – pomyślał, czując, jak fala ognistego gniewu przetacza się przez jego ciało. – Dosyć!
- W porządku – rzucił Syriusz. - Śliski temat. - Miał łyknąć piwa, ale się rozmyślił i odstawił puchar. – Słuchaj, Harry, nie rozumiem jednak, czemu się tym tak dręczysz? Czemu nim się tak dręczysz? Miał motywy, jakie miał, ale to nie zmienia faktu, że się na tobie i innych przez te lata wyżywał i że jest dupkiem. Poza tymi wszystkim bohaterstwami.
- Syriuszu, nie rozmawiajmy o tym! – powiedział chłodno Harry.
- Dlaczego?
- Bo nie chcę! – Harry miał wielką ochotę odpowiedzieć mu, że właśnie motywy liczyły się w tym wszystkim i że Syriusz odpowiada, przynajmniej częściowo, za wzbudzenie tej niezbyt pięknej motywacji Snape`a, która napędzała stosunek mistrza eliksirów do Harry`ego. Minęła mu jednak ta niebyt szlachetna ochota, gdy spojrzał na zasępioną twarz swojego chrzestnego. To była głupia przeszłość, a Harry w końcu też nie był takim kryształowym bohaterem. Nikt nie był – skwitował w myślach. - Snape był i zapewne nadal pozostaje dupkiem.
- A czego chcesz? – zapytał starszy mężczyzna.
- Nie wiem. – Wzruszył ramionami i zaczął pstrykać paznokciem w szklankę.
Znowu milczeli.
- Mam wrażenie – Harry odezwał się po chwili - jakbym zbyt wiele rzeczy spieprzył. Przegapił, nie dokończył.
- Racja, Harry. Bo właściwie, co ty niby zrobiłeś w tym swoim krótkim życiu? - W głosie Syriusza zabrzmiał sarkazm. - Wiesz, jako ojciec chrzestny, albo coś w rodzaju starszego brata, powinienem się za ciebie wziąć.
- Daj spokój.
- Słuchaj, jeśli masz wrażenie, że zostawiłeś coś niedokończonego, nie załatwionego, to po prostu zabierz się za to. Spróbuj porozmawiać z ludźmi, o których rozmyślasz całe noce, zamiast spać! Po prostu zadaj im te wszystkie przeklęte pytania.
Atmosfera znowu stała się napięta. Obaj oddychali dość ciężko.
- Boję się odpowiedzi. Zresztą... Nie wiem, jak zadać te pytania! – wydusił Harry. - W ogóle nie wiem, czy to wszystko nie jest zbyt głupie!
- Nie jest! – warknął Syriusz.
- Czuję, jakby moje życie się skończyło, zamiast dopiero się naprawdę zacząć… To jest głupie!
- Nie jest! No, jest… Bo się nie skończyło, ale rozumiem, że możesz tak czuć, Harry. Ja tak czułem… Nawet po tym, jak uciekłem z Azkabanu i wiedziałem, że mam ciebie. Nadal to co było za mną przeważało… Z tamtą częścią wiązałem swoje życie. Teraz już tak nie czuję. Teraz naprawdę żyję. Chociaż ja też co nieco zostawiłem za plecami i nie sypiam zbyt dobrze.
Harry poparzył na swojego ojca chrzestnego. Syriusz wyglądał na trochę zgnębionego.
- Tęsknię za pewnymi sprawami z tamtego piekielnego życia… - powiedział cicho Harry. Czuł, jakby uszła z niego cała energia. - Za ludźmi, za którymi nie powinienem tęsknić. – Uciekł wzrokiem. Jego dłonie błądziły wokół kufla, układając się w najwymyślniejsze figury. – Podoba mi się to życie które teraz mam, ale… To co gadam jest głupie!
- Może trochę - westchnął Black.
Harry czuł się jak ktoś bardzo niedorzeczny i niewdzięczny z tymi swoimi uczuciami. Wszystko niby się układało. Voldemort nie żył. Syriusz był z nim. Miał prawdziwy dom. Miał przyjaciół, miał własnego chrześniaka, cudowną dziewczynę, którą kiedyś pragnął poprosić o rękę. Jej rodzina była mu prawie tak bliska, jak własna. I nadal czegoś mu brakowało. Miał nawet wrażenie, że ten brak doskwierał mu bardziej niż dawniej. Miał wrażenie, jakby przez moment posiadał coś, co kiedyś mu odebrano i jakby nie zorientował się w porę, a potem stracił to coś. Znowu stracił… Tylko że teraz czuł się za to jakoś odpowiedzialny. Był nie dość dobry i stracił to, co miał, albo był zbyt głupi myśląc, że coś mogło z tego być. Że powinno coś z tego być. Nie umiał tego nazwać, a właściwie bał się to nazwać.
Wziął ze stolika zmaltretowany egzemplarz magazynu dotyczącego magicznego szkolnictwa w Wielkiej Brytanii i bezmyślnie zaczął go miętosić. Na stronie, na której był otwarty, widniała podobizna dyrektora Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie Albusa Dumbledore`a. Wielki napis głosił: „Wychował całe pokolenia znamienitych czarodziejów i czarownic".
Hedwiga, która chwilę wcześniej wróciła z wieczornego oblatywania, pohukiwała nieco żałośnie, siedząc na eleganckiej żerdzi, którą transmutował jej swego czasu Syriusz.
- Czuję się stary… - mruknął Harry, zamykając gazetę. - Stary i dziecinny jednocześnie.
- Merlinie, dzięki ci, że mnie wysłuchałeś – odezwał się Black, wznosząc oczy do góry. - Nie jestem sam na tym świecie. Wiedziałem, że znajdziemy wspólny język, Harry.
Chłopak prychnął i uśmiechnął się. Jego ojciec chrzestny był na swój sposób dziecinny, ale rozumieli się, naprawdę chcieli się rozumieć i uczyli się tego bardzo usilnie. Syriusz był pokaleczony jak on, ale zazwyczaj potrafił korzystać ze swoich doświadczeń. Harry uważał, że jego chrzestny jest całkiem mądrym człowiekiem. Dziwnym, ale wcale nie głupim. I - jak bardzo szorstkim tonem, jednak w przypływie łaskawości, zwykła o niektórych mawiać profesor McGonagall - miał serce po właściwej stronie. No i było im razem zabawnie. Potter wiedział, że cokolwiek powie Syriuszowi, ten zachowa to dla siebie… Tylko że nie wszystko można powiedzieć jednej osobie… W każdym razie, on tak miał. Poczuł nagle, jak znowu ogarnia go poczucie wielkiej niesprawiedliwości. Tyle przeszedł, tyle zrobił, zaufał. I teraz przestał być potrzebny. Dumbledore dał sobie z Harrym spokój…
- Syriuszu, myślisz, że dla Dumbledore`a byliśmy tylko marionetkami? - zapytał nagle z nutą rozpaczy. - Tak, jak powiedział Voldemort? Że Snape… - Harry nagle spanikował i przerzucił temat na Snape`a. - Wiesz, on mu nawet nie powiedział o tej przepowiedni.
Syriusz zmarszczył brwi. Przez chwilę miał twarz napiętą, a potem westchnął, jakby coś się z niego uwolniło.
- Wiesz, Harry, dlaczego ten piekielny starzec doprowadził to wszystko do końca? Bo nikt, nawet Voldemort, nie był w stanie zrozumieć, jakim torem biegają jego myśli i co naprawdę czuje. Bez wątpienia, rozgrywając swoją partię, potrafi ponosić ofiary i żyć z tym dalej. Nie wiem, czy jest w nim to, co pragnąłbyś tam znaleźć… Myślę jednak, że tym, co go skrajnie różniło od Voldemorta było to, że zawsze chciał, aby ludzie kochali się i byli na tyle mądrzy, żeby wybierać dla siebie to, co naprawdę dobre… Myślę, że w tym sensie dbał i o ciebie, i o… o wszystkich. Nadal dba.
Nagle w kominku coś zachrobotało, ciemna plama rosła, wirując i po chwili do salonu wleciała Nimfadora Lupin, nadal przez większość zwana Tonks. Jej lot wymierzony był wprost na stolik, na którym Potter trzymał swój do połowy opróżniony kieliszek z winem. Pogromca Lorda Voldemorta zdołał uratować damę przed całkowitą utratą godności, łapiąc ją i powstrzymując przed upadkiem na podłogę. Tymczasem zaatakowany stolik oparł się o fotel, a kieliszek wylądował na kolanach Harry`ego, a w zasadzie trochę powyżej (dobrze, że wino miało temperaturę pokojową).
W tym mniej więcej momencie z kominka wyszedł Remus Lupin.
- Kurcze! – syknęła kobieta, której końcówki szarych włosów zrobiły się wściekle czerwone. – Przepraszam, Harry. Zaraz to oczyszczę. – Zaczęła szperać w płaszczu, szukając różdżki i pragnąc usunąć plamę ze spodni Harry`ego. – Naprawdę nie lubię kominków, aportacja zawsze szła mi lepiej.
- Nie ma problemu! Sam zrobię! – wyrzucił gorączkowo Harry. Jego różdżka usunęła plamę, nim kobieta zdążyła wyplątać z fałd płaszcza swoją.
Syriusz przyglądał się scenie z niejakim zainteresowaniem, zaciskając dłoń na własnej różdżce (nadal miał delikatny „odruch Moody`ego", a chrobotanie za plecami bez wątpienia uruchamiało jego systemy ostrzegawcze). Pomyślał, że Harry musiał w wyobraźni ujrzeć siebie bez spodni, ale za to z plamą na bokserkach. Tonks była dobrym aurorem, naprawdę, ale, jak wszyscy doskonale wiedzieli, zaklęcia „gospodarskie" nigdy nie były jej mocną stroną. Uśmiechnął się pod wąsem.
- O żesz bazyliszku! – zaśmiała się Tonks, nie mogąc wyplątać różdżki. – Przypadkiem, przez to całe zamieszanie, włożyłam ją do tej „wsiąk" kieszeni. Wariatka. Moody by mnie zaavadovał. – Po czym wzruszyła ramionami i dodała: - Pal kij. Dobry wieczór, chłopaki.
- Dobry wieczór – dołączył się do niej szeroko uśmiechnięty Remus.
- Dobry – odpowiedział zdecydowanie rozpogodzony Syriusz.
- Cześć – rzucił Harry. Ledwo zdążył wstać, a już został cmoknięty w policzek przez Nimfadorę, która z kolei podeszła do Syriusza by i jemu sprezentować podobnego całusa, a przy tym kuksańca.
- Wybaczcie, trochę nam zeszło – powiedział uprzejmie Lupin.
- Jesteśmy skłonni przemyśleć tę sprawę – powiedział Syriusz, przewracając oczami. – I być może udzielić łaski przebaczenia, o którą nas prosicie. – Wspaniałomyślnie machnął ręką.
- Wyślemy stosowne pismo z podziękowaniem, Wasza łaskawość – odpowiedziała Tonks.
- Wyglądacie żywo. Teddy was nie zamęczył? – zapytał Remus, rzucając Syriuszowi szaro opakowaną paczkę. - Przyleciała dzisiaj popołudniu razem z moim zamówieniem – wyjaśnił.
- Mój dobrodzieju! - odpowiedział z wdzięcznością Black. Od miesiąca czekał na zakupioną przez siebie unikatową książkę, traktującą o zaklęciach obronnych.
- Wszystkie kłaki, Wąchaczu, nadal na miejscu, czy jakieś nowe straty? – zażartowała Tonks, wspominając sytuację sprzed tygodnia. Teddy, dosiadając Syriusza zamienionego w wielkiego czarnego psa, tak mocno złapał go za włosy na grzbiecie, że podczas wygłupów zostały w małych łapkach wielkie kępy psiego futra. Syriusz nawet po odmienieniu miał na karku i łopatce czerwone, piekące placki.
- Jedyne straty dnia dzisiejszego to miska makaronu, ale to był makaron złej jakości – odezwał się Harry pogodnie. - Dwa kwiatki z okna, ale i tak były podsuszane, i nadpalone zasłonki w pokoju dziecięcym, które już dawno mieliśmy wymienić. Żadnych rewelacji.
- Możecie wrócić jutro albo za tydzień, moi drodzy – odpowiedział Syriusz z uśmiechem, rozpakowując przesyłkę. Przekartkował ją i zacmokał. Trzymając w ręku nowy nabytek stanął przed kobietą, tarasując jej przejście do schodów prowadzących na górę, gdzie dzieci miały urządzony pokój. Nimfadora delikatnie zaczynała się niecierpliwić, przestępując z nogi na nogę. Albo chce jej się siusiu, albo nie może wytrzymać, by nie pobiec do Lupusa – pomyślał z błyskiem złośliwości w oczach Syriusz. – Nie zamierzamy go oddawać. On lubi moją kuchnię, nie pozbędę się go za żadne skarby.
- Gdzie nasz syn, Łapo? – niezbyt głośno, ale z naciskiem, powiedział Remus. Delikatnie spróbował wyjąć Syriuszowi z ręki książkę, by na nią zerknąć. Black zdołał uchronić swój skarb i pieszczotliwie pogładził skórzaną okładkę. Teraz obaj mężczyźni stali naprzeciw siebie, mierząc się groźnie wzrokiem. Tym razem Tonks przewróciła wymownie oczami.
- I niby to Harry i ja jesteśmy w tym gronie lekko niedojrzali? – zapytała z politowaniem.
- Teddy śpi u siebie. – Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu na wspomnienie dzisiejszej kulinarnej akcji Syriusza. - Mieliśmy spaghetti… To był dłuuugi i wyyyczerpujący obiad. Wszyscy bawili się świetnie.
- O, to sobie wyobrażam! – zachichotała kobieta. - Dzięki. Jesteście kochani.
- Nie dziękuj im tak wylewnie – powiedział Remus, całując żonę w nastroszoną, lekko różowawą czuprynę. - To znaczy, że jutro nasz syn, jedząc śniadanie, będzie do ciebie strzelał owsianką, przekonany, że to najodpowiedniejszy sposób zachowania.
- Won! Dziecka nie dostaniecie – odpowiedział Syriusz. - Ja nie żartowałem… Nie mogliście dać sobie jednej nocy wolnego? Wróćcie rano. Zamierzam podać mu jeszcze śniadanie. Będziemy rzucać kiełbaskami.
- Syriuszu, wybacz, ale, mimo iż nasz syn jest bardzo odporny, nawet on ma jakieś ludzkie granice - powiedział Remus, uśmiechając się szeroko. – Drugi dzień pod rząd na twojej kuchni, przyjacielu, to - jak się obawiam, może być przesada. Ostatnim razem, gdy…
- Ostrzegam cię, Lunatyku! – Syriusz pomachał mu różdżką przed nosem. Młody Potter i Tonks parsknęli śmiechem. Przypomnieli sobie kulinarną przygodę Łapy z przed dwóch tygodni. Robił genialne śniadania i miał rękę do niektórych deserów, ale, upraszczając, klasyczne obiady nie wychodziły mu najlepiej.
- Może zostaniecie chwilę – wtrącił z nutą nadziei Harry. Lubił, podobnie jak Syriusz, gdy Remus i Tonks z małym znajdywali czas, by trochę u nich posiedzieć. Byli ich rodziną. Harry był ojcem chrzestnym Teda, tak jak Syriusz był jego ojcem chrzestnym. No, może nie zupełnie. W końcu Teddy, dzięki Merlinowi, Gryffindorowi i inny łaskawcom, miał swoich prawdziwych rodziców.
- Dziękujemy, Harry, ale tym razem raczej nie damy rady. Praca z samego rana… - odpowiedział Remus. – Poza tym ledwo trzymamy się na nogach.
- Boście siedzieli tam cały dzień - powiedział Syriusz, patrząc na nich z naciskiem. - Pytanie, co z tego wynikło? – Na powrót usiadł na kanapie - Załatwiliście?
- Tak jest! - wypaliła Nimfadora, zmieniając odcień włosów na ostro różowy. - Od przyszłego miesiąca możemy zacząć remontować. Podwijacie mankiety koszul, chłopaki, bo chyba nie myślicie, że sami to zrobimy, co? Nie z moim talentem…
- No, to na pewno nie wyjdziecie stąd bez toastu – powiedział mocnym głosem Black. - Jak wy nas traktujecie? Przechowalnia małego Lupusa. Weź, później oddaj i spadaj? Nie, nie, moi drodzy. Coś za coś. – Syriusz machnął różdżką i na stole pojawiła się butelka szampana oraz kieliszki. Remus cicho jęknął, ale posłał żonie miękkie spojrzenie, zdjął pelerynę i usiadł na kanapie obok gospodarza. Harry już wyplątywał Tonks z modnego - pełnego zamków, guzików i patek - płaszcza.
- No! - powiedział Syriusz, spoglądając na przyjaciela. Remus przez ostatni rok nawet wyszedł na ludzi. Wyglądał na mniej zmęczonego (mimo małego dziecka w domu) i zdecydowanie zdrowiej. Zapuścił co prawda bardzo kontrolowaną, równie siwiejącą jak włosy na głowie brodę i to go nieco postarzało, ale nie było źle. Nawet pasowała mu taka poważna „profesorska gęba". Od pół roku do spółki z Fleur Weasley prowadził małe ale nieźle prosperujące wydawnictwo w Hogsmeade.
- Harry, od przyszłego sezonu grasz w drużynie aurorów na uczelni, co? – rzuciła z entuzjazmem Tonks. – Od dwóch lat amerykanie kopią nas w zadki, teraz wystawimy im rachunek z odsetkami.
- E, no… Pewnie tak – odpowiedział.
- „Pewnie" ma oznaczać, że niby szykuje się, że będziemy mieli lepszego kandydata na szukającego niż ty? – zapytała Tonks, wyplątując się z długiej, pasiastej apaszki. - To co niby Moore z irlandzkiej narodowej u nas studiuje? Zresztą dyskutowałabym, czy jest aż taki dobry. Ale na aurora na pewno się nadaje. – Stanęła pokracznie, robiąc porażająco bezrozumną minę, jaką miewał Mistrz na niektórych zdjęciach.
Harry uśmiechnął się do niej szeroko. Moore poruszał się na miotle zwinnie jak primabalerina, jednak gdy z niej zsiadał, robił niepokojące wrażenie, jakby przy pierwszym kroku miał się potknąć o własne krzywe nogi. Trener łaził za nim krok w krok, jakby asekurował skarb narodowy. Poza tym geniusz szukającego pochłonął większość jego możliwości z innych dziedzin życia. Każdy chciał mieć plakat przedstawiający mistrza na miotle, ale wywiadów z nim raczej nie zbierano.
Remus pokazywał Syriuszowi zdjęcia ich nowego lokum i jednocześnie uważnie, choć niezbyt natarczywie przyglądał się Harry`emu.
- Może facet ma ukryty talent. Wiesz, Różowa – wtrącił Syriusz, nawiązując do Moore`a i rzucając kobiecie taksujące spojrzenie błyszczących oczu - po tobie też nikt by się nie spodziewał, że jesteś aurorem.
- A niby czemu? - Tym razem zrobiła minę, po której naprawdę poważnie należałoby przemyśleć kwestię jej dyplomu i zatrudnienia w wysoce odpowiedzialnym zawodzie aurora. I najlepiej od razu wnieść o dłuższy pobyt na jednym z oddziałów Św. Munga. Po chwili dodała jednak z miną przyzwoitej matki i żony: - To ja zerknę do małego i zaraz do was dołączę. Sok dyniowy i banana, poproszę.
- Są pomarańcze i sok porzeczkowy. Albo mleko – rzucił Syriusz. - Daj spokój, Nimfadoro, my też jedliśmy to spaghetti i nadal żyjemy. – Posłał jej pełne politowania spojrzenie. - Nic mu nie będzie.
- Wiem – szepnęła i pstryknęła Syriusza w ucho. – NIE nazywaj mnie… TAK! – Po czym dodała, sunąc już za Harrym na górę: - Jesteście najlepszymi niańkami w całej magicznej galaktyce. Może być jabłko i sok marchewkowy.
- Wpada w lekki popłoch – wyjaśnił Remus, gdy Tonks całkiem zniknęła im z oczu - gdy ma go zostawić z kimś poza wami i Andromedą.
- Bo to rozsądna kobieta się zrobiła, Remmy – skwitował Syriusz. Po chwili, gdy z góry doszedł ich łomot, a potem radosny krzyk Teda, dodał: – No, może przesadziłem!
- Harry złożył dzisiaj resztę dokumentów? – zapytał Remus, biorąc ciastko, które przyjaciel zaklęciem sprowadził przed chwilą na stół wraz z całym domowym zapasem innych słodyczy i owoców.
Syriusz popatrzył uważnie na Lupina.
- Zdaje się, że tak. Rozmawialiśmy o sprawie zanim Nimfadora wpadła na wino. Możesz na razie odpuścić.
Lupin kiwnął głową i dodał łagodnym głosem:
- Widziałem się z Albusem…
- Mhmm – mruknął nieco ponuro Syriusz.
- Jak zawsze o was pytał.
- Jasne. Byłeś w szkole? – zapytał chłodno; minę miał gorzką.
- Mhmm – mruknął Remus, przypatrując się mu uważnie.
- Wszystko w porządku?
- Co masz na myśli?
- Nic. Zwyczajnie. Mury stoją, tradycja trwa, wszyscy zdrowi, punktacja Gryffindoru nie zagrożona…?
- Pytasz, jak rozumiem, konkretnie o zdrowie jednej osoby i o to czy wychowankowie dostarczyli jej powodów do dumy. Zamierzasz się do końca życia zadręczać? – zapytał Lupin spokojnie. - Uwierz mi, że szczera rozmowa potrafi wiele zdziałać.
- Twoja szkolna kartoteka jest raczej nudna, w przeciwieństwie do mojej. Mój tytuł Mistrza-W-Sprawianiu-Jej-Zawodu jest już ugruntowany! – wypluł sarkastycznie Syriusz. Twarz zrobiła mu się blada. – Możesz sobie iść powspominać przy herbatce, od czasu do czasu wtrącając małe „no, głupio się stało", „nie powinienem" i tym podobne. Możemy o tym nie rozmawiać? – Ton, z jakim wypowiedział ostatnie zdanie, wyraźnie sugerował, że nie było to pytanie.
- Tu bym polemizował. Z tym, że tylko - albo przede wszystkim - ty ją rozczarowałeś. – Lupin ze spokojem zaryzykował dalszą rozmowę.
- Jasne – prychnął.
- Rozważ odwiedziny... Jeśli nie ze względu na siebie, to na nią. Myślę, że Minerwie też wyjdzie to na dobre, Syriuszu. – Uśmiechnął się trochę smutno i klepnął przyjaciela w kolano. – Nie pozwól jej myśleć, że ci nie zależy.
.
.
Obszerny dział - "Odpowiedzi na komentarze czytelników" (2010r.) :
R.A. MacLean:
Dziękuję za życzliwe i motywujące słowa. To wspaniale, że to, co napisałam zainteresowało, a nawet zaintrygowało Cię. Cieszę się również, że podoba się Tobie mój styl – to w końcu pewna charakterystyczna cecha autora, i mimo że będę go szlifować to, zapewne, pozostanie „moim stylem". Niesamowicie cieszy mnie to, że uznałeś „moich" bohaterów za wykreowanych w sposób jaki pozwolił wrócić Ci do klimatu J. K. Rowling. Mam nadzieję, że będziesz kontynuował przygodę z ulubionym postaciami, w sytuacjach i rzeczywistości, w jakich każę im funkcjonować, że uda mi się utrzymać ten charakter postaci i Twoje zainteresowanie. To, że spodobała Ci się przepowiednia ma dla mnie duże znaczenie. Obawiałam się efektu jaki wywrze na czytelnikach, a Ty jesteś, zdaje się, trzecią osobą, która mówi, że wyszło, według Was, fajnie. Humor w prologu jest bardzo delikatny, ale z czasem będzie go więcej (chciałabym by nadal przemawiał do Ciebie i do innych:). Moja niesamowita Beta swą pracę rozpoczęła dopiero od Rozdziału 1. Jeśli chodzi o Prolog, co nieco sama skorygowałam (między innymi dzięki uwagom zawartym w Waszych komentarzach). Co do czytelników – jestem oszołomiona tym, że już tyle osób zechciało skomentować ów tekst, w widoczny sposób dając mi znać, że przeczytali go z uwagą i rozważyli. Więc jednak ktoś to czyta. Dziękuję Ci za podarowanie mi swojej uwagi. Życzę dużo przyjemności – również z czytania mojego ff.
Ginny:
Hehe! Jako że się znamy… I wiesz już nawet, co nieco, o kontynuacji, rozpisywać się nie będę. Bardzo Ci dziękuję za zainteresowanie. Wiem, że masz zdecydowanie inny gust, jeśli chodzi o bohaterów HP. Wiem też, że nie bawisz się w słodzenie wbrew własnym odczuciom, chociaż starasz się udzielać wsparcia. Tym bardziej jestem szczęśliwa, że jednak coś, w jakiś sposób, zainteresowało Cię w moim tekście, skoro chcesz więcej. Serdeczności.
LittleMissSunsine90:
Miałyśmy okazję pokonwersować na PMs, za co, dziękuję najserdeczniej. Twój komentarz był dla mnie naprawdę bardzo motywujący (jak i treść PMs-ów), od razu chętniej, i z większym zasobem sił, siadam do pracy nad dalszą częścią. Opowiadanie jest planowane jako stosunkowo długie - rozdziałów najprawdopodobniej będzie kilkanaście. Po długim wstępie, kolejne rozdziały też, raczej, obszerne. Mam szczerą nadzieję, że nie zawiodę Twych oczekiwań i dostarczę miłej rozrywki. Jak ustaliłyśmy – piszmy, przede wszystkim, tak by odczuwać własną satysfakcję.:) To prawdopodobnie przełoży się też na satysfakcję kilku, a może, przy odrobinie szczęścia, większej ilości czytelników. Dziękuję. Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś czytając pierwszy rozdział. Pozdrawiam Cię Serdecznie. Do Napisania.:)
Lucrecia LeVrai:
Dziękuję bardzo za krytyczny komentarz. Poświęciłaś mi sporo czasu, a to naprawdę coś znaczy. Uznałaś, że w ogóle warto przemyśleć ten tekst i skomentować.:) Mam nadzieję, że wysłana przeze mnie wiadomość na PMs wyjaśniła mój stosunek do poruszonych spraw. Zwrot nie dotarł, toteż, zamieszczę tutaj kilka zdań. Bez wątpienia to przykre, gdy ktoś pisze o twoim tekście, że jest grafomański i kiczowaty, i że się na nim zawiódł. Ale, jak zauważasz, jest nadzieja, bo przy odrobinie talentu i zaangażowania, z grafomanii można wyrosnąć.:) Zobaczymy czy mam tę bożą iskrę… Miło mi, że uważasz, że mam potencjał, wyobraźnię i jakiś tam warsztat językowy, jak i przez wzgląd, na kilka innych pochwał (w tym, za uwagę o plastyczności opisów) – to rozbudza moją nadzieję na przyszłość.:) Bez wątpienia, będę się starać, pisać coraz lepiej. Wszystko wskazuje na to, że trafiła mi się Beta, która potrafi mi w tym pomóc. Wytknęłaś mi „koszmarki":), z których dość dobrze zdaję sobie sprawę. Większość opowiadań, które zrobiły na mnie największe wrażenie i przypadły do gustu, charakteryzuje się pewną oszczędnością wypowiedzi i stylu, której mi tak brak. Niestety obawiam się, że ten tekst będzie obciążony wieloma takimi grzechami. Będzie na pewno, w jakiś - delikatny sposób, melodramatyczny. Szczerze liczę na to, że w, ewentualnych, kolejnych opowiadaniach, zatryumfuje cnota pewnego umiaru, że dostatecznie wygadam się w tym ff, by potem pisać z większym smakiem. Bardzo doceniam uwagę, mającą być przykładem na kiczowatość – wskazałaś konkretnie w czym rzecz, i to pozwoliło mi przemyśleć kwestię, w odniesieniu do całości. Pozwoliłam sobie na skorygowanie tych kilku zdań w duchu, pewnej, oszczędności formy.:) Rzecz jasna całego prologu nie będę przerabiać. Oczywiście chciałabym, by ten tekst był jakoś strawny, by znalazł swoich wiernych, w jakiś sposób, usatysfakcjonowanych czytelników (dziękuję Ci, i w tej materii, za miłe życzenia). Jestem szczerze zaintrygowana faktem, że zainteresowałaś się sprawą „słowotoku" Lorda Voldemorta, a przy okazji mojego sposobu prezentacji Snape`a. A to, tym bardziej, że w komentarzu, który pojawił się pod Twoim, poruszono tę samą sprawę (odnosząc się do Twoich uwag). Pozwolę sobie wypowiedzieć się w tej kwestii, udzielając odpowiedzi na tamten drugi wpis - to, po prostu, da pełniejszy ogląd sprawy tym, którzy zechcą zorientować się w poruszonej przez Was kwestii.
* Bardzo Ci dziękuję za komentarz. Twoje rady i uwagi biorę na poważnie. Mam nadzieję, że po jakimś czasie pojawi się tekst mego autorstwa, który również zechcesz skomentować i, tym razem, pochwalić autora – przynajmniej za postępy, jakie czyni… Oczywiście, jeśli te postępy uczyni.:) Trening czyni mistrza. Pozdrawiam serdecznie.
Mary!:
Czuję się szczerze zachwycona i zaszczycona tym, że sprawa mojego opowiadania tak Cię poruszyła, żeś zechciałaś złamać swe „niecne" zasady i skomentować.:) Faktycznie, musiałam jakoś poradzić sobie z pierwszym naprawdę krytycznym wpisem. Dzięki kilku życzliwym duszom, między innymi Twojej, jakoś to poszło. Jakże trafnie podejrzewasz pewną niestabilność emocjonalną autora. Hihi! Myślę, że ludzie z różnych względów dzielą się swymi opiniami w postaci komentarzy, w wypadku komentarza Lucrecii, jestem przekonana, że była to szczera i życzliwa chęć wskazania tego, co można, albo należy, poprawić, nie sądzę więc, by ta wypowiedz miała za zadanie mnie zdołować… (chociaż, no cóż, musiałam przełknąć, pierwszą gorzką pigułkę). Znalazłam tam kilka naprawdę cennych uwag; przyjmuję, że o wartości komentarza decyduje – szczerość autora! Moja (wspaniała!) Beta, na marginesie, też mi przypomniał o tym, że na przykład taki Sienkiewicz, posądzany był (i jest) o grafomanię (nie porównuję się do Noblisty, uchowaj mnie Salazarze!). Nomen omen, na sienkiewiczowskiej grafomanii się wychowałam.:) O niezgłębiona złośliwości Salazara! Przez tegoż Sienkiewicza i jego grafomańskie powieści, siedzę teraz (jakby zawodowo) w książkach, gdzie tekst przypisów potrafi swą ilością znacznie prześcignąć właściwą treścią (Uh!); przy okazji mam jednak szansę „wskrzesić" okruszki tego dawnego świata (raz bliższego przesłaniu z książek z przypisami, raz z - Trylogii, Krzyżaków…). Może odreagowuję ilość przypisów i suchość opisów, z jakimi przychodzi mi obcować, poprzez wybujały, kwiecisty styl w ff :) – jak uroczo piszesz: „Opisy ładne. Nawet, jeśli tak kwitną i pną się, jakby ktoś podlewał je dobrym nawozem i jednocześnie zgubił sekator" Hehehe! Fajne! Ano, mam nadzieję, że z (drobniuśką:) pomocą mojej Bety, zacznę wyczuwać, gdzie należy „poprzycinać te mięsiste pędy". Bardzo dziękuję za opinię dotyczącą „plastyczności" tych opisów - miałam nadzieję, że to pomoże stworzyć klimat.
*Teraz kwestia, która naprawdę poruszyła mnie, zastanowiła i sprawiła radość. Chodzi o małą wymianę opinii, na temat - „wykładu, jaki zrobił Lord Voldemort, podczas bitwy". W swej wypowiedzi nawiązałaś do komentarza Lucrecii LeVrai. Ta wylewność Czarnego Pana ma istotne znaczenie, jeśli chodzi o dalszą część opowiadania. Posłużę się Twoją myślą, by potwierdzić to, co starałam się wyraźnie przekazać w toku narracji; cała sprawa przybrała dla mnie zaskakujący obrót. Jak zauważasz - „krytyk dał się zmanipulować Czarnemu Panu, tak jak zapewne w różny sposób uderzyła ta mowa w różnych bohaterów.". W narracji wiele razy, z perspektywy różnych bohaterów, podsuwałam uwagi o manipulacji, jakiej dopuszczał się Lord. Z tą manipulacją - bez wątpienia - bohaterowie różnie sobie radzą/będą radzić (czytelnicy też:). Zauważasz Mary!, że - przez tę mowę został wykreowany pewien specjalny obraz Voldemorta, wspominasz też, że uważasz, iż Czarny Pan miał swoje kompleksy. Ano, ja też uważam, że miał kompleksy i dzięki tej mowie próbował poradzić sobie, z pewnym problemem. Ufał Snapeowi, przez lata przeglądał jego umysł, i nagle okazało się, że ON – największy z wielkich, został wystrychnięty na dudka, okpiony i wszyscy, z którymi spotyka się podczas bitwy, o tym wiedzą. Używa więc historii Severusa – która dotyczy bardzo wielu obecnych na miejscu osób - by dotknąć, złamać kilka z nich, zachwiać zaufaniem, podkopać autorytety, wyprowadzić z równowagi, ośmieszyć, a przy okazji odbudować swoje poczucie godności, wartości… Lord na tyle panował nad wydarzeniami w zamku, że mógł sobie pozwolić na tę tyradę, która miała być dla niego samego terapią poprzez uderzanie w innych. Zabicie tych ludzi, nie wystarczało mu w tej sytuacji. Ta przemowa w pewien sposób ośmiesza go (zły bohater, z filmów kung-fu klasy B, jak pisze LucreciaLeVrai), ale jednocześnie odnosi zamierzony skutek, jeśli chodzi o adresatów. Uznałam, że Czarny Pan, ma słabości, jak zwykli śmiertelnicy… My też miewamy ochotę na wygłoszenie tyrady w pewnych sytuacjach, w których byłoby ładniej, mądrzej i godniej zachować milczenie (tak jak ja teraz?). Dziękuję Wam obu za wszelkie uwagi w tym względzie.
*Co tam jeszcze, a tak – w prologu istotnie, znajdują się źródła wielu przyszłych wydarzeń, uzasadnia on dalsze zachowania bohaterów itd. Zaprzestanie prac nad opowiadaniem, przynajmniej na razie, nie grozi.:) Proszę o wsparcie, a jak wierzę będę kontynuować. Nagroda w postaci pierwszego rozdziału przyznana – mam nadzieję, że to miła nagroda. Pozdrawiam najserdeczniej. Podziękowania!
EgoVagus
