Od autora (2010r.):
Dziękuję serdecznie tym, którzy zechcieli pozostawić po sobie ślad w postaci komentarza pod rozdziałem 1. To bardzo miłe, że nie tylko przeczytaliście ale i podarowaliście mi ten motywujący upominek. Przyjmuje to, między innymi, jako wyraz szacunku dla mojej pracy. :-D Reszta odnośnie komentarzy, znajduje się poniżej R2.
Ostrzegam, że brnięcie przez poniższy rozdział może okazać się prawdziwym piekłem. Narrator okazał się prawdziwym demonem.
Minerwo - DZIĘKUJĘ Ci za korektę.
Pierwsza publikacja: 21 czerwca 2010r.
Przeredagowany: czerwiec 2015r.
.
Rozdział 2
.
Między jednym a drugim brzegiem
.
.
Severus czuł, jakby jego kark, a potem resztę ciała, zaczął trawić ogień. W głowie nieznośnie mu pulsowało, a świeża koszula zrobiła się mokra. Poluzował jedwabny krawat, co – naturalnie - nic nie pomogło. Kilkakrotnie zacisnął i rozluźnił dłonie, starając się poprawić w nich krążenie; były zimne i wilgotne, podobnie jak stopy. Zaklął w myślach. Zaaplikował sobie paskudną zawiesinę, działającą osłonowo na zdewastowany żołądek i zażył mocny eliksir na ból głowy. Zmusił się, by na kilka minut spokojnie usiąść w fotelu przy kominku. Mimo letniej pory roku na palenisku żarzyły się drwa, reszta pomieszczenia tonęła w ciemnościach – w takich chwilach nie tolerował ostrzejszego światła. Czekał, aż specyfik zacznie działać. Przewlekła migrena albo problemy z układem trawiennym, jakie miewał zdecydowanie zbyt często, potrafiły w znaczący sposób zakłócić jego codzienny rytm. Pomijając kwestię stosunkowo stresującej pracy, generalnie źle reagował na zmiany pogody. Obecny stan zawdzięczał bez wątpienia trzem sprawom, z których mniej istotnymi, jak się domyślał, były porywiste wiatry hulające po Szkocji od zeszłej nocy i towarzyszące im zmiany ciśnienia atmosferycznego oraz zamieszanie związane z uroczystościami kończącymi rok szkolny.
Kolejne dwie godziny, mistrz eliksirów zmuszony był spędzić w Wielkiej Sali.
Część formalna ceremonii powoli dobiegała końca. Na horyzoncie jaśniała jutrzenka względnej wolności - dwa miesiące spędzone bez bachorów. Nie to jednak w owej chwili zaprzątało myśli profesora Snape`a. Zdecydował, że spróbuje porozmawiać z Minerwą. Obecna sytuacja była nie do zaakceptowania; należało powiedzieć sobie jasno w czym leży problem i określić jakie mają wzajemne oczekiwania. Odkładał sprawę zbyt długo. Dumbledore od początku miał w tej kwestii rację, pytanie, czy w innych także. Ten irytujący człowiek często miał rację... jednak gdy się mylił, były to bardzo znaczące pomyłki.
Kompletnie nieracjonalny! To śmieszne! – prychnął w myślach. – Nie jesteś nieprzygotowanym na zajęcia smarkaczem, który ma się zmierzyć z autorytetem McGonagall. Od siedemnastu lat jesteś jej kolegą z pracy. Starał się odzyskać wewnętrzną równowagę. Pod chłodnym, nieprzeniknionym wyrazem bladej twarzy pulsowały emocje.
Severus Snape żywił względem Minerwy McGonagall głęboki szacunek, mając jednocześnie wyrobione zdanie na temat wielu słabości i wad, jakie miała ta niemożliwa kobieta.
Minerwa jako nauczyciel potrafiła bez najmniejszych problemów utrzymać idealną dyscyplinę i wyłożyć omawiane zagadnienie tak, by skupić uwagę przebywających w klasie stworzeń, a nawet zmusić ich nieliczne szare komórki do wszczęcia procesu myślowego. Wszystkie myśli, nawet te najbledsze, jakie zatliły się w obrębie klasy transmutacji podążały w kierunku, który wskazała i w granicach, które wyznaczyła. Można było z dużym prawdopodobieństwem przyjąć, że jeśli w klasie znalazłby się gumochłon, McGonagall zmobilizowałaby go do wytworzenia jakiejś szarej masy i skupienia się na przerabianym programie. Wykazywała przy tym objawy ostrego uczulenia na ludzką głupotę i ignorancję, w odniesieniu do czego Severus mógł posądzić się, o empatię wobec swej koleżanki.
Prawdę powiedziawszy, przyswoił sobie i stosował część z jej metod edukacyjnych (oczywiście, po wprowadzeniu pewnych, koniecznych zmian). Był jednak święcie przekonany, że każdego roku na prowadzonych przez niego zajęciach pojawia się więcej rzeczonych, bezrozumnych żyjątek. Tym czasem według niego gumochłony pożytkować sensownie można było jedynie, zagęszczając nimi eliksir i nie widział powodu by marnować czasu na przystosowywanie owych stworzeń do innych celów. Tu pozostawali z Minerwą w wyraźnej opozycji.
McGonagall, poza swym powołaniem pedagogicznym, była rzeczywiście dobra w dyscyplinie, której nauczała, a nawet Snape przyznawał, że transmutacja jest złożonym i niebezpiecznym rodzajem magii. Od czasu do czasu przeglądał jej naukowe publikacje. Pisała bardzo rzeczowo, ale przez jej konkretny styl przebijała pasja. Przepadał za tym, gdy rzucała się w wir polemiki na łamach; rozmach, z jakim przytaczała argumenty był miażdżący. Tylko głupiec lub samobójca mógł posądzić ją o to, że poważyła się sformułować jakąś tezę czy wysunąć teorię, której nie poprzedziłyby wnikliwe, pedantycznie przeprowadzone badania. W środowisku uchodziła za wybitnego specjalistę.
Z niechęcią przyznawał, że podziwia Minerwę za pewne posunięcia w kwestiach wychowawczych (naturalnie, nawet tortury nie zmusiłyby go wyznania tego głośno). Były jednak i takie sprawy, do których odnosił się zdecydowanie krytycznie i tego nie omieszkał jej wytykać. Poza tym cenił jej inteligencję i erudycję. W dyskusji pozostawała wspaniałym przeciwnikiem. Potrafiła być równie złośliwa, jak sam mistrz eliksirów, tyle że u niego było to permanentne, a u niej okazjonalne i najczęściej przeznaczone właśnie dla niego. A to, prawdę rzekłszy, pochlebiało mu.
Severus dopiero jakiś czas temu zdążył się sobie w duchu przyznać, że liczyły się dla niego prywatne relacje z niektórymi osobami. Z dyrektorem jakkolwiek się by nie zaostrzały, zawsze były przez Dumbledore`a wyprowadzane na prostą. Albus wykazywał się niepojętym, wybijającym Snape`a z równowagi opanowaniem i wyrozumiałością. Czasem wydawało się, że granice jego cierpliwości są przesunięte poza horyzont, co zarówno lubiącemu się do nich niebezpiecznie zbliżać mistrzowi eliksirów, jak i innym głupcom lub szaleńcom niejednokrotnie ocaliło życie.
Dumbledore miał niebezpieczną naturę i umysł arcymistrza szachowego. Minerwa była przeciwieństwem Albusa. Głupio uparta, spięta, drażliwa, często małostkowa i autorytarna; zdystansowana wobec ludzi, a gwałtowna i nieumiarkowana w obliczu wielu wydarzeń. Przy tym jednak była o wiele delikatniejsza, szlachetniejsza i bardziej prostolinijna i o wiele mniej znała się na ludziach. Dla niej podstawą istnienia była czysta relacja - zasada dualizmu. Przeciwieństwa. Sprawy dzieliła na czarne i białe, wymagała zdecydowanego opowiedzenia się za jedną ze stron i konsekwentnego dążenia do doskonałości zgodnie z deklaracją. Oczywiście tylko jeden wybór był właściwy. Pozostawanie pomiędzy, nie było dla niej wyborem, tylko kwestią niedopuszczalnego lenistwa i braku pewnego rodzaju ambicji, która obowiązywała każdą istotę myślącą. Takie podejście do życia wszystko komplikowało, bo większość ludzi zadowalała się funkcjonowaniem w obszarze szarości, tyle że o różnych odcieniach. O ile Snape był w stanie akceptować tę jej idealistyczną życiową filozofię, o tyle była też kwestia, której nie tylko nie tolerował ale, która doprowadzała go do dzikiej furii. McGonagall miała temperament typowego Gryfona, potrafiła w jednej chwili porzucić zdrowy rozsądek i poczucie odpowiedzialności (które, w przekonaniu mistrza eliksirów, nie należały do klasycznych gryfońskich cech) na rzecz wielkiego gestu - brawury, szaleństwa.
Owego dnia Wielka Sala prezentowała się inaczej, niż to było przez kilka ostatnich lat; udekorowano ją w barwach zielonej i srebrnej. Cóż za ironia losu – rok po zwycięstwie nad piekielnym dziedzicem Salazara Slytherina Hogwart - miejsce jego upadku - obwieszono wizerunkami węży.
Snape sztywno podniósł się z krzesła i z wyrazem chłodnej satysfakcji na twarzy podszedł do stojącego przy mównicy dyrektora, by odebrać Puchar Domów dla Slytherinu. Jego Ślizgoni stali, bijąc brawo i pozwalając ponieść się emocjom naruszającym właściwe im poczucie powagi i godności; ten raz było to jednak dopuszczalne, jako że honor ich domu spoczął właśnie symbolicznie w dłoniach ich opiekuna. Dawało się nawet wyczuć pewne oznaki uznania ze strony innych domów; oczywiście Gryffindor wykazywał się w tej chwili, tak rzadko u siebie spotykanym, umiarkowaniem. Mistrz eliksirów bez oznak entuzjazmu przyjął gorące gratulacje od Dumbledore`a, a wobec swoich wychowanków zdobył się na cień uśmiechu i powściągliwe kiwnięcie głową – znali go na tyle, by zrozumieć, że jest z nich dumny. Wysoki, szczupły chłopak, August Rossini, który był prefektem domu, podszedł by odebrać trofeum; wymienili symboliczny uścisk dłoni i nakazane dobrym zwyczajem słowa.
Severus odwrócił się powoli, celując wzrokiem w centralny punkt stołu nauczycielskiego, tuż obok pustego krzesła dyrektora. Przez ułamek sekundy uchwycił spojrzenie wielkich niebieskich oczu McGoanagll - błyszczały niespokojnie. Dość energicznym krokiem skierował się ku swojemu miejscu. Znajdujący się niemal u drugiego końca stołu profesor Filus Flitwick, głowa domu Ravenclawu, położywszy małą dłoń na piersi, skłonił się głęboko. Mistrz eliksirów możliwie uprzejmie skinął głową w odpowiedzi. Rolanda Hooch zwyczajowo klepnęła go w ramię, dodając:
- Zawsze to jakiś tam puchar.
Uwaga odnosiła się naturalnie do kwestii quidditcha. W tej materii Slytherin nie miał znaczących osiągnięć w minionym roku; palmę pierwszeństwa dzierżył tu Ravenclaw, porażka nie była więc bardzo dokuczliwa a uwaga bolesna. Koniec końców, jego dom był w lepszej sytuacji niż dom Godryka i to było budujące.
Po wyminięciu Hooch, zmuszony został by wysłuchać zwyczajowej paplaniny i wymienić uścisk dłoni z Pomoną Sprout, opiekunką Puchonów, która tego dnia siedziała zbyt blisko niego, aby się nie pofatygować. W tej sytuacji, aby tradycji i cywilizowanemu obyczajowi stało się zadość, należało jeszcze wymienić grzecznościowe gesty z przywódcą domu Godryka Gryffindora. Minerwa, przejmując inicjatywę, sztywno skłoniła głowę i nie czekając na jego reakcję, z wyjątkowo surowym wyrazem twarzy, powoli odwróciła się w kierunku swojego obecnego sąsiada – nauczyciela obrony przed czarną magią. Severus z pewna satysfakcją zauważył, że McGonagall nie wydawała się być zadowolona z faktu, że wspomniany Lizander Knox próbował absorbować ją swoją osobą.
Zwycięstwo Slytherinu, a właściwie nieporównanie bardziej tryumf jego opiekuna, szkocka lwica odebrała jako siarczysty policzek. No cóż, twoja Złota Trójca odeszła, Minerwo. – Snape uśmiechnął się drwiąco do swoich myśli. – Rzeczywistość w pewnych obszarach wraca do normy. Gryffindor spadł na trzecie miejscu w rankingu, tracąc do Domu Węża sto siedemdziesiąt pięć punktów. Z tego sto pięćdziesiąt jej wychowankowie utracili zaledwie przedwczoraj, za tak jawne złamanie regulaminu, że Severus odjął pięćdziesiąt, a sama Minerwa dwa razy tyle. Gdyby Snape był innym człowiekiem, naprawdę współczułby winowajcom, kiedy zostawiał ich w jej biurze. Prawdę powiedziawszy okazując niezwykłą dla siebie pobłażliwość w wymierzeniu kary miał niemal pewność, że sprowokuje oburzoną zachowaniem podopiecznych McGonagall do odjęcia większej liczby punktów - tak by nie było wątpliwości co do tego, że sprawiedliwości stało się zadość. Minerwa była naturalnie świadoma manipulacji i tym bardziej wściekła.
Gwar w sali powoli ustawał, wszyscy na powrót zajęli swoje miejsca. Rozpromieniony Dumbledore zabrał głos i w niedługim czasie komnata kolejny raz zagrzmiała od śmiechów. Snape zesztywniał. Uchwycił tylko fragment z wypowiedzi dyrektora, więc spojrzał w kierunku stołu Ślizgonów, a gdy zobaczył na ich twarzach wyraz szczerego rozbawienia, rozluźnił się – żart widocznie nie dotyczył ich tegorocznego zwycięstwa. Mistrz eliksirów był zdecydowanie rozkojarzony; jego organizm najwyraźniej nie zamierzał zachowywać dystansu do zaistniałej sytuacji. Bynajmniej nie chodziło o entuzjazm z powodu wygranej. Żołądek zaciskał się mu nieprzyjemnie w odpowiedzi na myśli, które niepohamowanie zalewały umysł. Mięśnie nie chciały się rozluźnić; zaczynał odczuwać uporczywy ból w karku i skroniach. Od czasu bitwy coraz trudniej przychodziło mu utrzymywać kamienny, zimny wizerunek.
Przez chwilę dyskretnie masował sobie skronie. Nie pomogło. Czując na sobie czyjeś spojrzenie odwrócił głowę w stronę nachalnego obserwatora. Poppy Pomfry puściła mu współczujące spojrzenie; odpowiedział jej lekkim drgnięciem kącika ust, znamionującym coś na kształt porozumiewawczego uśmiechu. Poppy wiedziała, że w większość spraw dotyczących jego zdrowia nie ma sensu próbować się wtrącać, jednak w kwestii bóli głowy jakie miewał, czasem podejmowali współpracę.
Snape był człowiekiem skrytym i w pewnych kwestiach paranoicznym. Generalnie stronił od kontaktów towarzyskich, niezbędne relacje sprowadzając do stosunków raczej formalnych; zaproponowany przez niego układ odpowiadał większości ludzi, którzy się z nim stykali. Unikał kontaktu fizycznego. Jednak wbrew wyobrażeniom większości uczniów spora część pracowników Hogwartu szanowała go, nie klasyfikując jako bezdusznego drania, co oczywiście nie oznaczało, że darzą mistrza eliksirów sympatią. Łaknąca silnych wrażeń Hooch okazjonalnie wdawała się z nim w ryzykowne dyskusje. Profesor Flitwick rzeczowo konsultował problematykę zaklęć, czasem mógł też liczyć na kilka zdań komentarza w kwestii aktualności publikowanych w Proroku. Sprout od czasu do czasu poruszała tematy szklarniane licząc na interesującą opinię czy cenną poradę. Wszystko było kwestią właściwego balansu w tych relacjach a wiele wspólnie spędzonych lat nauczyło wszystkich tej odrobiny wyczucia. Jednak ludzi, którzy w jakiś sposób wywalczyli sobie prawo do zajrzenia pod jego maskę, zbliżenia się, towarzyskiej rozmowy, od których z ufnością a nawet przyjemnością przyjmował filiżankę herbaty, można było policzyć na palcach jednej ręki. Wśród nich był wiecznie coś knujący Dumbledore, nachalna i nadopiekuńcza Pomfrey oraz doprowadzająca go do pasji McGonagall. Poza nimi była jeszcze kiedyś Lily Evans. Na tym lista się zamykała. Wspomniane osoby, jakkolwiek by się tego Snape nie wypierał, należały do jego bliskich.
Mimo że nigdy nie oznajmili sobie z Minerwą przyjaźni, w ich prywatnych relacjach był jakiś jej cień.
Bez wątpienia oboje mieli bardzo różne spojrzenie na kwestie wychowawcze i odmienne podejście do życia. Zażartych kłótni, które zdążały się pomiędzy nimi, wysłuchiwały na ogół ściany biura dyrektora lub ich własnych gabinetów. Poza tymi miejscami zachowywali pozór kultury i opanowania co najwyżej balansując na granicy rażącego pogwałcenia zasad cywilizowanej polemiki. On nigdy nie podnosił głosu, ona, gdy wyprowadził ją z równowagi zaczynała krzyczeć. Kiedyś, gdy rozjuszona zapytała dlaczego zawsze robi wszystko by doprowadzić ją do takiego stanu odpowiedział, że lubi jej szorstki szkocki akcent, a ten osiąga pełnię dopiero wówczas gdy Minerwa wpadnie w furię. Uraczyła go wówczas spojrzeniem bazyliszka i kunsztowną wiązanką słów. Od tego dnia dość szybko reflektowała się, że zbyt mocno zaczyna podnosić głos i starała się nie dawać mu satysfakcji. Nie uświadomił jej naturalnie faktu, iż był całkowicie ukontentowany takim stanem rzeczy - nie lubił kiedy krzyczała, zdecydowanie bardziej podobało mu się gdy znajdowała się na granicy furii, wówczas akcent był wyraźniejszy. Dla równowagi należy wspomnieć, że i ona – jak nikt inny, nie wyłączając Dumbledore`a - potrafiła od czasu do czasu rozegrać partię po swojemu sprawiając, że krew zaczynała mu się gotować, żyły ukryte za wysoką stójką koszuli pęczniały przypominając powrozy a zwyczajnie trupio blada twarz pokrywała się ciemnymi plamami. Pomiędzy tym wszystkim było jednak miejsce na coś na kształt ludzkiej konwersacji i odprężającego milczenia.
Od czasu do czasu odbywali wspólny spacer po przyzamkowych błoniach. Nie aranżowali tych spotkań, po prostu na siebie wpadali. Jedno i drugie zachowywało się wówczas, jakby jedynie akceptowało narzuconą sytuację - bez większego entuzjazmu, ale też bez sprzeciwu. Wszelkie tematy konfliktowe czy te grożące dłuższą polemiczną dyskusją omijali z zaskakująco wielkim wyczuciem. Od czasu do czasu, któreś z nich pozwalało sobie na krótką, nieco bardziej prywatną refleksję, która przez drugą stronę była po prostu przyjmowana do wiadomości.
Mieli za sobą kilkanaście ostrych, ale dosyć wyrównanych pojedynków szachowych, które rozgrywali popijając herbatę i zachowując wyszukaną kurtuazję. W założeniu, przy tej okazji zobligowani byli załatwiać bieżące, często sporne kwestie zawodowe - kolejny pomysł dyrektora, mający na celu „ucywilizowanie relacji między niektórymi członkami grona pedagogicznego". Tu nie było miejsca na wypowiedzenie bezwartościowego, nietrafnego słowa, bowiem takowe mogło i było użyte przeciw wypowiadającemu. Błyskotliwi aktorzy i rozbrajające przedstawienie. Przy tej okazji, Severus przez dłuższy czas zabawiał się analizowaniem środowiska życia swej scenicznej partnerki.
Jej tradycyjnie urządzony salon miał w sobie coś zagadkowego. Większość przestrzeni zagospodarowana była w sposób oficjalny – wszystko miało określone miejsce. Pedantyczny rodzaj porządku. I ku jego rozczarowaniu - ani jednego kociego włoska. Pewne kąty wydawały się jednak przytulne, bardziej osobiste, nie poddane tak ścisłej kontroli. Bywało, że dostrzegał w nich porzucone na książce okulary, wiszący na oparciu fotela wełniany szal, którym pani domu zapewne otulała ramiona czy koronkową chustkę. Czasem widywał jakiś drobiazg – coś całkiem bezużytecznego i sentymentalnego, na przykład garść świeżo zebranych żołędzi. Stolik, do którego go zapraszała, znajdował się jakby na pograniczu tych dwóch światów.
Dla równowagi, Severusowi przychodziło gościć Minerwę u siebie. Snape ciężko znosił obcych w swoich kwaterach – wliczając w to również „bliskich". Jeśli był już zmuszony kogoś przyjąć, wybierał biuro; nie zawsze jednak mógł sobie pozwolić na taki kompromis. Czuł wówczas jakby ktoś wtargnął w sferę jego intymności i odzierał go z niej.
Obszerne pomieszczenie gościnne kwater mistrza eliksirów, było w rzeczywistości nieźle zorganizowaną prywatną biblioteką, z małą czytelnią, gdzie znajdowało się magicznie utworzone odbicie okna z komnat z wyższej partii zamku. Dzięki temu genialnemu dziełu Dumbledore`a - który wyposażył w podobne okna całe lochy - docierała tu pewna ilość dziennego światła, „psując naturalną atmosferę podziemnego świata" – jak utrzymywał poirytowany owym dziełem Severus. W istocie lubił siadać przy jasno oświetlonym stole. Obok imponującego księgozbioru, miejsce swe miały setki zeszytów, notatników, szkicowników, pergaminowych zwojów a nawet kilka starożytnych glinianych tabliczek. A wszystko porozkładane tak, aby potrafił odnaleźć właściwy przedmiot nawet po omacku. Ciemne meble były funkcjonalne i proste. Na szarych kamiennych ścianach nie zawiesił żadnych obrazów ani fotografii. Za ozdobę mogła uchodzić jedynie niewielka oszklona gablota zawierająca kilka butelek i słoiczków z różnymi wyjątkowymi z jego punktu widzenia substancjami. Pewnym urozmaiceniem lub też zakłóceniem tego porządku i prostoty był zabytkowy zegar i adapter z piękną mosiężną tubą, należące niegdyś do kogoś z rodziny jego matki. Żadne z tych przedmiotów nie budziło w nim jednak odczuć sentymentalnych; oba urządzenia nienagannie działały i stanowiły przykład wyjątkowego kunsztu rzemieślniczego i magii. W pomieszczeniu nie było też kanapy czy sofy, na której można by rozprostować sfatygowane po dniu pracy członki i wypocząć. Jedynie obszerny fotel i puf oraz niewielki stolik ustawione w pobliżu kamiennego kominka. Należał do dziwaków, którzy okulary po użyciu chowają do pochewki a tę do szuflady, szatę po rozebraniu odwieszają do szafy a filiżankę natychmiast po opróżnieniu odtransportowują do zlewu; nie była to kwestia estetyki tylko praktyczności.
Komnata była raczej ponura i nie zachęcała do podejmowania konwersacji przy herbacie i ciasteczku. Jako że posępny bibliotekarz nie przepadał za łakociami i towarzystwem, dla niego warunki były idealne, w końcu sam się o nie wystarał. Pewną rysę na tym ideale zrobił naturalnie Albus Dumbledore, który wydał sobie stałą kartę biblioteczną i bezczelnie korzystał ze wszystkich ustalonych przez siebie przywilejów. Na domiar złego nie znajdując kącika dla gości, każdorazowo podczas wizyty transfigurował na własny użytek obitą pluszem sofę i puszysty dywan, które mistrz eliksirów konsekwentnie usuwał po jego wyjściu; czynności te potrafili obaj powtarzać kilka razy w ciągu dnia. Gdy w lochach miała gościć McGonagall, Snape wyczarowywał dla niej wygodny fotel, który ustawiał naprzeciw swojego mebla. Rozdzielał ich wówczas stolik, na którym ustawiona była szachownica i kieliszki lub filiżanki. Dbał też by na czas jej wizyty przed niezwyczajnie buzującym kominkiem, leżał wełniany chodnik, który okrywał zimną, kamienną posadzkę pod nogami gościa. W razie potrzeby Minerwa transfigurowała sobie dodatkowy stolik na dokumentację.
Obecność Dumbledore`a w tej przestrzeni irytowała go, jednak co on jeszcze miał do ukrycia przed tym starcem. Tym czasem obecność profesor transmutacji krępowała i niepokoiła. Czuł jakby na coś czekał. Na ocenę? Na krytykę? Ona jednak milczała. Z jakiegoś nielogicznego powodu opinia Minerwy miała znaczenie. Kiedy spotkania na dobre wygasły, nie mógł uwolnić się od natrętnego analizowania przypuszczalnych przyczyn. Zarówno absurdalność samego natręctwa, jak i idiotyczne powody, które przychodziły mistrzowi eliksirów do głowy, doprowadzały go do wrzenia.
Nieco bardziej pewną, choć wstrętnie publiczną okazję dla podjęcia cywilizowanych konwersacji, stanowiły okolicznościowe spotkania personelu. Pomijając sprawy organizacyjne czy sporne kwestie wychowawcze, możliwość wszczęcia z Minerwą małej polemiki na tematy naukowe była jedyną pozytywną stroną miłych zaproszeń, jakie przesyłał mu na nie pan i władca Albus Dumbledore. Zazwyczaj nikt (prócz nadmienionej wyżej persony) nie próbował wtrącać się w ich dyskusje, gdy te już się rozwinęły.
Owego, kończącego rok szkolny popołudnia, Snape zajął dość skrajne miejsce przy stole tak, by nie drażnić McGonagall, która aktualnie nie tolerowała jego obecności. Prawdopodobnie równie mocno, jak Severus nie znosił swej obecnej sąsiadki – Sybilli Trelawney. Za każdym razem, gdy był zmuszony ją oglądać, wiele wysiłku kosztowało go, by nie rzucić na kobietę bardzo złej klątwy. Sławna i rozchwytywana profesor wróżbiarstwa przez pierwszą, przeklętą godzinę zezowała na niego zza swych wielkich okularów, potem zaś na jej twarzy pojawił się bezczelny wyraz zrozumienia, co sprawiło, że wielkie nozdrza Snape`a drgnęły, a usta zwęziły się niebezpiecznie. Wreszcie spróbowała zajrzeć do jego filiżanki, by ocenić układ fusów. Po trzeciej próbie, widać udanej, oświadczyła mu, że potwierdza się to, co widywała już trzykrotnie w szklanej kuli:
- ...zła karma na twym ciemnym szlaku oplata cię niczym woale… Jednak… Widzę wyraźnie… Ulega, rozwiewa się jak targane wiatrami czarne chmury. Widzę więzienie, w które twój duch zostanie wessany i …
Podsumowując - że w najbliższym czasie czeka go reinkarnacja, wielkie odrodzenie. Było to wyjątkowe czarnowidztwo, jeśli chodziło o mistrza eliksirów. Wędrówka dusz nie kojarzyła mu się najlepiej; więzienie i zasysanie, wsysanie czy odsysanie duszy tym bardziej; perspektywa zaczynania życia od początku była równie mało zachęcająca. Niezbyt uprzejmie sięgnął po jej kielich z sokiem kaktusowym i zajrzał doń z kamienną twarzą. Cedząc słowa, zawyrokował, że ona prawdopodobnie nie ma szansy na reinkarnację, toteż po koleżeńsku radzi, by nigdy więcej nie ważyła się wygłaszać jakichkolwiek wróżb czy przepowiedni, w które on byłby zamieszany. Widać musiał mieć jakiś talent w tej dziedzinie, gdyż wewnętrzne oko profesor Trelawney zdawało się właściwie odczytywać jego wróżbę. Wyjaśniwszy tę sprawę Snape próbował zająć się swym wewnętrznym oczyszczeniem. W zasadzie mógł być wściekły na McGonagall za to, że jej nonsensowne zachowanie doprowadziło do tego, że musiał zmienić sąsiedztwo.
Przez lata siadali na tych samych miejscach przy stole nauczycielskim, ramię w ramię, kilkadziesiąt centymetrów od siebie. Z różnych, bardzo praktycznych względów, nie życzyli sobie, by podsuwano im, choćby okazjonalnie, jakiegoś nowego sąsiada.
- To nie jest zabawne, Albusie, ten rok będzie i tak wystarczająco… niewdzięczny bez tej małej przeprowadzki, jaką mi zafundowałeś, sadzając obok człowieka o dalece, powiedziałbym, podejrzanym sposobie zachowania i zainteresowaniach – mówił powoli i bardzo sugestywnie Severus Snape. - Oczywiście, swego czasu zwracałem już uwagę na te drobne kwestie. O ile pan pamięta, dyrektorze?
Dumbledore kiwnął potakująco głową zwieszoną nad biurkiem zawalonym dokumentami i mniej lub bardziej tajemniczymi przedmiotami (w tym, bez wątpienia jakimiś wynalazkami ze sklepu Zonka). Mistrz eliksirów odczekał moment i nabrawszy powoli powietrza, rzucił nie swoim głosem:
- On cuchnie czosnkiem, Albusie? Bądź uprzejmy wziąć tym razem pod uwagę tę moją słabość. Nie mogę jeść i nie mam czasu po każdym posiłku kąpać się i zmieniać ubrania. Zechciej… Proszę, byś zechciał ten raz pójść mi na rękę.
Srebrna głowa na moment uniosła się i niebieskie oczy błysnęły. Snape zrobił właśnie coś, co było trochę nie w jego stylu, pragnąc prawdopodobnie sprawdzić, czy to zwróci uwagę dyrektora. Naturalnie, stary czarodziej cały czas uważał na to, co mistrz eliksirów mówi. Pomyślał, że Severus musi czuć się naprawdę niepewnie u progu tego nowego roku. Czasem ten młody człowiek, gdy był wykończony, pozwalał sobie w jego obecności na spontaniczność.
- Zawszę biorę pod uwagę zarówno twoje słabości, jak i silne strony, mój drogi chłopcze. Chciałbym, abyś się jednak nagiął, jeśli chodzi o czosnek… i miał oko na Quirrella, przynajmniej tymczasowo – odpowiedział Dumbledore, wracając do grzebania w stercie papierów. – Nadal, po tylu latach, nie panuję nad tym wszystkim – mruknął do siebie. – Zastosujemy zasadę ograniczonego zaufania wobec naszego kolegi… Nie ma rady. Muszę się zdać na Minerwę. Z papierami. Ty naturalnie sobie poradzisz. Informuj mnie, gdybyś dostrzegł coś niepokojącego. Powinienem usunąć te notatki z marginesów, zanim jej to pokażę.
Severus stwierdził, że ostatnia uwaga wydaje się wyjątkowo słuszna, jako że „notatki" zostały wykonane pismem obrazkowym. O ile pamiętał, Minerwa, podobnie jak on sam, nie akceptowała nieestetycznie wyglądających prac, nie fatygując się nawet, by sprawdzić właściwą treść. Gryzmoły oznaczały dyskwalifikację. Widocznie dyrektor był w tym wypadku na podobnych prawach, co uczniowie. Snape przymknął na moment oczy. Będzie musiał zrobić coś z tym cholernym czosnkiem, nie w tym jednak rzecz.
- Niech pan mnie oświeci dyrektorze – odezwał się jedwabistym głosem, wykrzywiając usta w czymś na kształt uśmiechu. – Jak, pomijając nieznośny odór, ta sytuacja uzasadnia fakt, że zesłano nas na skraj stołu? To utrudnia moje kontakty z innymi członkami grona pedagogicznego. Chodzi o głowy domów. Dumbledore, dokładasz mi nowe obowiązki i jednocześnie utrudniasz wykonywanie starych. Nie mam czasu na bieganie pomiędzy lekcjami i informowanie o pewnych koniecznych sprawach twojego zastępcy. Narowistego zastępcy, dodam.
- Tak, coś w tym jest – powiedział Dumbledore z wyraźnym zastanowieniem, próbując doprowadzić dokumenty do stanu, w jakim mógł je przekazać swemu zastępy. - Minerwa wspominała mi coś na ten temat, zaraz po uczcie. Mówiła, że robisz się podobno trochę… nieuprzejmy, gdy nie zostaną ci przekazane na bieżąco pewne informacje i że ona nie ma… przyjemności tego znosić. – Zerknął na Severusa z nad okularów-połówek. – To niepokojące, że uznajecie, iż w czasie posiłków należy oddawać się pracy równie intensywnie, jak w pozostałe godziny. Mugole nazywają to… niech sobie… a tak - pracoholizm. Chociaż… moja diagnoza może być oczywiście mylna. Może nie chodzi w tym wypadku o namiętne oddawanie się pracy. A czosnek chyba nie stanowi dla mistrza eliksirów problemu niemożliwego do rozwiązania… Coś wymyślisz.
Snape prychnął z irytacją.
- Naturalnie mogę go otruć przy najbliższej okazji i kazać skrzatom zakopać ścierwo na skraju Zakazanego Lasu a problem przestanie istnieć.
- Pozwolę sobie mieć nieco inny pogląd na tę sprawę. Obawiam się, że jeśli rozwiążesz rzecz w taki sposób ja będę zmuszony szukać dwóch nowych nauczycieli. Ty jednak nie byłbyś już zmuszony do omawiania spraw bieżących z głowami domu i użerania się z moim zastępcą a posiłki spożywałbyś w towarzystwie istot jeszcze mniej miło pachnących niż nasz profesor czarnej magii. Bez wątpienia też, Minerwa rzadziej używałaby szkockiego akcentu i miała stabilniejsze ciśnienie. Z doświadczenia jednak wiem, że człowiek dość ławo uzależnia się od najdziwaczniejszych „nieprzyjemności", toteż nie koniecznie jest szczęśliwy pozbywając się ich w tak ostateczny sposób. Ja bym w każdym razie, w tym konkretnym przypadku nie był, twoja koleżanka jak zgaduję również. Poppy podejrzewa, że tylko dzięki temu, że ją w sposób specyficzny mobilizujesz spożywa regularne i przyzwoite posiłki. Jestem pewien, mój kochany chłopcze, że dla dobra nas wszystkich znajdziesz praktyczniejsze rozwiązanie niż trucizna.
Innym razem, w przytomności Severusa:
- Wybacz Dumbledore, ale jeśli życzysz sobie bym nadal była wicedyrektorem, wychowawcą i nauczycielem w tej instytucji, to dalsze pozostawanie naszego nowego kolegi w porze posiłków trzydzieści centymetrów od mojej osoby jest bezwzględnie wykluczone! – odezwała się do swego bardzo szanowanego zwierzchnika wyjątkowo stanowczym tonem profesor McGonagall; chwilę wcześniej energicznym krokiem wtargnęła do dyrektorskiego gabinetu. Jej nozdrza wyraźnie pobielały i drgały trochę niebezpiecznie.
Dumbledore przyglądał się kobiecie z życzliwą uwagą, rozumiejąc, że musiało wydarzyć się coś… niestosownego.
- Mam, jak wierzę - ciągnęła - prawo do spędzenia tego czasu w okolicznościach, w których mogę spokojnie się posilić.
- Ależ oczywiście, moja droga - odezwał się bardzo życzliwym tonem dyrektor. – Przyznaję, że Gilderoy jest może nieco absorbujący i ma pewne specyficzne preferencje, jeśli chodzi o styl bycia, ale sama przecież wiesz…
- Albus! – zagrzmiała. – On nawet w kwestiach kulinarnych ma preferencje zbyt dalekie od moich, które jednak próbuje mi narzucać. Nie wspomnę o innych preferencjach… o których wolę, nawet przelotnie, nie myśleć. Wybacz, ale obiad mam zamiar zjeść, siedząc obok mrocznego pana i władcy lochów. - Rzuciła ostre spojrzenie siedzącemu, aż dotąd z kamiennym wyrazem twarzy, Snape`owi. - Przynajmniej wiem, czego się spodziewać z prawej strony. Liczę też na rozsądek sąsiada z lewej strony - tym razem spiorunowała wzrokiem samego dyrektora.
Snape nigdy wcześniej nie słyszał, by McGonagall pozwalała sobie na taką poufałość a co dopiero na brak opanowania i arogancję względem Dumbledore`a. Wniosek był prosty – znajdowała się na skraju swej tolerancji i broniła ostatniego przyczółka cierpliwości, za którą był już tylko samosąd. Miała diabelnie słuszne powody; chwilę wcześniej sam wyłożył dyrektorowi swoje racje względem owej sprawy.
- Tak, rozsądek jest bardzo pomocny – odczekawszy chwilę odezwał się z wielką powagą Dumbledore. Starał się nie uśmiechnąć, a nawet opanować błyski próbujące przedrzeć się przez okulary-połówki. Wpatrywały się w niego dwie pary oczu, które wyraźnie żądały niezwłocznej i bardzo określonej reakcji. Jedne były czarne, drugie niebieskie, pierwsze niepokojąco zwężone, drugie niebezpiecznie wielkie.
Ten rok zdecydowanie upłynie nam pod znakiem waszego zjednoczenia – pomyślał wesoło. – No, przynajmniej w tej kwestii. A jednak, nasz nowy kolega okazuje się przydatny.
Po chwili zdecydował, że rozsądek jednak nakazuje, by profesor Lockhart nie siedział zbyt blisko tej dwójki. Severus wyglądał, jakby właśnie planował coś bardzo niewłaściwego, a Minerwa być może byłaby skłonna tym razem go poprzeć a nawet wyręczyć. Znalezienie nowego nauczyciela obrony było generalnie trudne, a już w środku roku…
Jeszcze innym razem:
- Nie, Dumbledore! – odezwał się poirytowany mistrz eliksirów. - Nie toleruję genetycznie zmienionych ludzi! To jest, tego rodzaju zwierząt!
- Severusie! – Głos dyrektora sprawił, że Severus Snape połknął kolejne zdanie i odezwał się dopiero po chwili:
- Wystarczy, że wyrozumiale znoszę pana narwaną burą kocicę, która w ostatnim czasie zachowuje się jak urażony hipogryf – oświadczył, wykrzywiając wargi w znajomym, drwiącym grymasie. - Jak mniemam, mała rotacja powinna załatwić sprawę. Licząc od prawicy dyrektorskiej: głowa domu Slytherina, głowa domu Gryffindora, wilkołak… przepraszam lwiak i dalej wedle uznania. Jeśli potrzebowałby pan rady, sugeruję któregoś z dementorów. To ułatwi wszystkim życie.
- Tak myślisz? – Głos Dumbledore`a stał się niezwyczajnie twardy. – Dotąd byłem przekonany, że wolisz unikać sąsiedztwa dementorów, Severusie. Widzę jednak, że w pewnych sprawach twoje uprzedzenia sięgają dalej niż obawa przed tym, co może takie spotkanie przynieść… Oczywiście, uprzedzenia odgrywają ważną rolę, gdy dochodzi do takiego spotkania. Naprawdę sobie życzysz, bym wziął twoją propozycję pod uwagę, moje dziecko? - Ton głosu dyrektora i sposób, w jaki patrzył sprawiły, że Severus mimowolnie zesztywniał; wargi drgnęły mu nerwowo. – Co do reszty pomysłu… - Głos starego czarodzieja stał się na powrót życzliwy, chociaż niebieskie oczy nadal utrzymywały Severusa na dystans. - Być może jest to jakieś wyjście. Obawiam się jednak, że przy kolejnej pomyłce, jaka może ci się przydarzyć podczas rozmowy, lwica może wydrapać wężowi oczy. A to, jak wieżę, byłoby wysoce niesmaczne. Zasady wspólnego, kulturalnego spożywania posiłków i konwersacji przy nich nie na darmo zostały kiedyś ustalone i są przez większość przyzwoitych osób zachowywane. My wszyscy, oczywiście, do tych osób należymy.
- Oczywiście – odezwał się ciszej, ale jeszcze bardziej zjadliwym tonem Snape; był bledszy niż zwykle, a długie nozdrza mu drżały. - Nie byłoby problemów z kulturą, gdyby nie te absurdalne przetasowania przy stole.
- Kultura ułatwia nam zachowanie się w różnych okolicznościach i towarzystwie, mój chłopcze – powiedział uprzejmym tonem Dumbledore. Jego oczy przewiercały się przez siedzącego sztywno mistrza eliksirów. – Nawet w tych okolicznościach, które są zaskakujące i trudne. Czasem… naprawdę sprawiasz wrażenie, jakbyś nie odrobił lekcji z tego tematu, mój Severusie.
- Jeśli uważa pan, że daję gorszący przykład, niech pan zatrudni na moje miejsce kogoś subtelniejszego i na stosownym poziomie kulturalnym – odezwał się z wyraźną drwiną Snape. - Myślę, że jakaś agencja zajmująca się ochroną ma kogoś odpowiedniego. Kulturalnego i z tytułem mistrza eliksirów, gotowego skakać dzień i noc na każde gwizdnięcie. - Po czym skierował wzrok w głąb gabinetu, wykrzywił twarz jeszcze bardziej i powiedział: - Zawsze odnoszę wrażenie, że sprawia panu perfidną przyjemność dawanie mi do zrozumienia, że jestem nieco gorszego gatunku w porównaniu z resztą pańskich pajacyków! Porażająco kulturalne i taktowne. – Nie potrafił ukryć pewnej nuty gniewnej goryczy.
- To całkowicie mylne wrażenie, Severusie – odezwał się spokojnie dyrektor. - Ja żywię natomiast bolesne przekonanie, że czerpiesz niepokojącą satysfakcję z zadręczania i prześladowania samego siebie.
Na moment zapadła cisza.
- To wysoce niedorzeczne przekonanie – odezwał się jadowicie mistrz eliksirów. Nadal nie patrzył na dyrektora, a jego twarz wydawała się lekko zaczerwieniona. - Po co miałbym marnować na to czas, skoro wokół zawsze jest tyle życzliwych osób, które chętnie się tym zajmą? No, i przecież bywam u pana na miłym wieczornym te-ta-te.
- Z tego, co przed chwilą powiedziałeś, bez wątpienia warto rozważyć słowa „życzliwych osób". Z całą pewnością masz ich wokół siebie kilkoro i jeśli się kiedyś wysilisz, to będziesz w stanie to dojrzeć. - Głos Dumbledore`a był dość stanowczy. – Myślę, że nasz nowy nauczyciel, również się do nich zalicza i chciałby…
- Nie interesuje mnie i nigdy nie będzie, czego chciałby ten człowiek! – Snape zerwał się z krzesła, mówiąc bardzo podniesionym głosem, sprawiając jednak wrażenie, jakby stężały mu szczęki. - Kiedyś już spełniłem twoje serdeczne życzenie i dzięki temu jestem dzisiaj zmuszony znosić go jako nauczyciela, ale nie przy stole, Dumbledore. Jeśli Minerwa i ty życzycie sobie siedzieć obok swojego kulturalnego pupila, proszę! Ja w tej sytuacji zajmę stosownie odległe miejsce. Wszystko jasne!
Gdy wstał i miał zamiar ruszyć do drzwi usłyszał bardzo sugestywne:
- Usiądź z powrotem, Severusie.
Zagryzł szczęki i wykonał polecenie; doskonale wiedział kiedy może a kiedy definitywnie nie powinien dyskutować.
- Prawdę powiedziawszy – tym razem głos dyrektora zabrzmiał niefrasobliwie - Minerwa, po uczcie powitalnej zasugerowała, że, z czysto praktycznych względów, powinieneś istotnie pomyśleć, by w tej sytuacji przesiąść się.
Twarz młodszego czarodzieja powlokła się szkarłatem.
- Zdaje się, że podała rozwiązanie dokładnie takie, jak sam podsunąłeś – spokojnie ciągnął dyrektor.
Mistrz eliksirów czuł, że już nie długo wytrzyma; dłoń zacisnęła mu się na poręczy fotela.
- Licząc od prawicy dyrektorskiej – kontynuował Dumbledore - głowa domu Slytherina, głowa domu Gryffindora, profesor obrony… - Severus wyglądał, jakby zamienił się w kamień. Tymczasem dyrektor szperał w dolnej szufladzie ogromnego biurka. Po chwili tryumfalnie wydobył pudełko z czekoladkami i uśmiechnął się. - Jeśli wybierzesz skraj stołu, będzie niepocieszona, liczyła na to, że tradycyjnie, przy okazji, omówicie bieżące sprawy. Poczęstuj się, Severusie, czekolada dobrze ci zrobi. Wiśnie w gorzkiej.
Zamiast odpowiedzieć „nie, dziękuję", Snape nabrał głębiej powietrza i sztywno podniósł się z siedzenia, gdy dotarł do wyjścia, złapał za klamkę i szarpnął tak, że o mało jej nie wyrwał. Drzwi otworzyły się a potem zamknęły za nim z trzaskiem. Portrety kilku dyrektorów zechciały krótko, ale wyraźnie, dać znać, że są oburzone takim zachowaniem.
Snape, naprawdę czasami, kładąc na szalę własne, marne życie, miał demoniczną ochotę rzucić w dyrektora Zaklęciem Niewybaczalnym. Kolejny raz był wściekły na siebie, że pozwolił się sprowokować staremu draniowi. Pewne tematy były zaś szczególnie drażliwe i Dumbledore wiedział o tym doskonale.
Jakiś czas później:
- To, że ta… kobieta w ogóle się tu znalazła, jest już wystarczającym obciążeniem dla nas wszystkich. – Minerwa McGonagall była wzburzona. - Jeśli uważasz to za konieczne, może zająć miejsce po twojej lewej ręce, Albusie. Nie widzę powodu do robienia przy stole tego całego zamieszania. To zakłóca dotychczasowy, śmiem twierdzić, nienajgorszy rytm życia.
- Tak, no cóż… To istotnie, może być trudny rok – rzekł z zastanowieniem, marszcząc brwi i wygodniej usadawiając się w swoim obszernym krześle, Dumbledore. Jego twarz nie straciła swej pogody, ale mówił, znacząco akcentując pewne słowa: - Jestem jednak pewien, że osoby z waszym doświadczeniem i samokontrolą… zrozumieniem dla problemów, jakie niesie ze sobą sytuacja… ścierpią tę małą niewygodę, jaka została nam narzucona przez Korneliusza.
- Pozwolę sobie wtrącić dyrektorze - Snape odezwał się zjadliwie - że małe niewygody wystarczająco często zmuszony jestem znosić wieczorami podczas wizyt u Czarnego Pana… I za dnia, gdy muszę uczyć małych imbecyli.
- Severusie! - Zespół zarządzający placówką, w której się znajdowali, zareagował niemal równocześnie i z podobną siłą; efekt był nawet interesujący, przy drastycznie różnej barwie ich głosów.
Mistrz eliksirów przewrócił oczami, a na bladej twarzy ukazał się znajomy, drwiący wyraz.
- Pomfrey uparcie twierdzi, że mam wrzody - oznajmił, unosząc obie brwi. Mimo wszystko był w nienajgorszym nastroju. - Muszę spożywać posiłki w odpowiedniej atmosferze, a niedorzeczne poczucie humoru i rażący poziom intelektualny nie spełniają powyższego warunku. Jakby tego mało… kiedyś już wyjaśniałem dyrektorze, że mam ostrożny stosunek do zwierząt przy stole.
- Nie rozumiem kwestii zwierząt w odniesieniu do… obecnej… nowej sytuacji – rzekł tonem delikatnej sugestii i z błyskiem zaciekawienia malującym się za okularami-połówkami, Dumbledore. Po czym dodał poważnie: – Niepokoją mnie te wrzody, Severusie.
- Wybacz – odezwał się z bardzo wyraźnym cynizmem Snape. - Jestem przekonany, że spędziłem dzisiejszy wieczór, siedząc obok poskrzekującej i gulgającej ropuchy… - Nie dokończył myśli gdyż Dumbledore znacząco uniósł dłoń. – Zmierzam po prostu do tego, że niektóre ropuchy wydzielają toksyny. Efekty poważnego zatrucia wyraźne stają się dopiero po jakimś czasie a wówczas często jest za późno by cofnąć zniszczenia dokonane w organizmie. Zaczyna się od niesmaku w ustach, a kończy na całkowitym paraliżu układu nerwowego.
Minerwa McGonagall, prostując plecy i wypuszczając nosem powietrze, jeszcze mocniej zacisnęła wargi, które drgały jej niestosownie. Z przykrością, ale tym razem musiała się zgodzić ze swoim kolegą. Wyraz jego poparcia dla sprawy był jej wyjątkowo na rękę i Severus bardzo trafnie ujął to, czego sama nie uważała za stosowne formułować. Dyrektor również wyglądał, jakby toczył małą, wewnętrzną walkę.
- Tak, myślę, że powinniśmy w tej sytuacji zapytać pana Longbottoma, czy nie uciekło mu jego zwierzątko - odezwał się po chwili z rozmysłem stary czarodziej, spoglądając błyszczącymi oczami na mistrza eliksirów. – Nie chcielibyśmy, by coś mu się przydarzyło. To byłoby niepożądane. Musimy nauczyć się obcować z różnymi stworzeniami, nie sami żyjemy na tym świecie… Dobrze jest poznawać nowe rzeczy… Chociaż… Tak, no cóż, jestem pewien, że jakoś to przetrwamy… Poczytam do poduszki coś o jadowitych ropuchach, Severusie. Zawsze uważałem, że dobrze jest poświęcić chwilę przed snem, by odprężyć się przy jakichś interesujących rozważaniach. To mi zawsze popłacało… w dalszej perspektywie. I zapytam Poppy o stan twojego żołądka, powinieneś…
- … prowadzić nieco spokojniejszy tryb życia - płynnie dokończył Snape. - Rozważę to… Kiedyś… Jeśli dożyję emerytury.
- Jestem pewna, że względy bezpieczeństwa – bardzo opanowanym tonem wtrąciła się profesor McGonagall - wyraźnie wymagają, by powrócić do tradycyjnego układu przy stole. Zastępca i pozostałe głowy domów po prawej, a nauczyciel czarnej magii, po lewej stronie. - Utkwiła oczy w dyrektorze. – Naturalnie, mam na myśli twoją prawą i lewą stronę Albusie… Tam będzie bezpieczna.
- Naturalnie - odezwał się, kolejny raz, tonem pełnym zrozumienia dyrektor. - Jeśli taki układ was uszczęśliwi, moje dzieci. Severusie, nie powinieneś pić tak mocnej herbaty, to nie służy przy chorobie wrzodowej.
- Naturalnie. Mocna whisky służy. Zasusza. Dziękuję za przeuroczy wieczór – odpowiedział, wstając mistrz eliksirów. Czarna brew podjechała do góry. - Myślisz, że powinienem zmienić przyzwyczajenia? Mam kilka interesujących butelek szkockiej, które mi sprezentowałeś.
- Mnie również był miło, że przyszedłeś. Dostarczyłeś mi tematów do przemyśleń. I potraktowany z należytym namaszczeniem kieliszek przed snem zapewne nie zaszkodzi.
- Jestem pewna, że przy odrobinie dobrej woli, można znaleźć trzecią opcję, Severusie – odezwała się stanowczym tonem profesor McGonagall. - Lepiej posłużą jakieś przepisane przez Poppy eliksiry. Jeśli pacjent będzie na tyle odpowiedzialny… dojrzały, by je zażywać.
- Rzeczywiście, pacjenci Poppy potrafią być wyjątkowo nieodpowiedzialni i niedojrzali! - rzucił od drzwi, nie odwracając się w kierunku wnętrza, Snape. - Ostatnio słyszałem, jak użerała się z pewną niepoważną pacjentką, która nagminnie nie zażywa przepisanych eliksirów, które ja po nocach, warzę. Minerwo… Dobranoc. – Z tymi słowami odwrócił się, by ucieszyć oczy efektem, jaki wywołała jego wypowiedź.
Albus Dumbledore zmarszczył krzaczaste brwi, przenosząc wzrok na swego zastępcę. Minerwa McGonagall zaczerwieniła się bardzo niestosownie i niebezpiecznie. Severus, nie dając jej satysfakcji, z uśmiechem wyszedł. Nim zamknął drzwi, usłyszał uprzejme pytanie dyrektora i trochę mniej uprzejme warknięcie wydane przez nastroszoną kocicę.
Jako głowy domów powinni mieć do siebie swobodny dostęp, służący wymianie informacji. Względy formalne i praktyczne wymagały też, by mieli stały kontakt z dyrektorem – Minerwa była jego zastępcą, a Severus, pomijając inne zajęcia, był jego szpiegiem – konieczność utrzymywania stałej łączności wydawała się więc oczywista.
Ich rywalizacja jako opiekunów domów była w wielu dziedzinach dość emocjonalna, a działania szeroko zakrojone, co wymuszało częste kontakty. Kształtujące młode, prężne charaktery współzawodnictwo Slytherinu i Gryffindoru było tradycją, której jako osoby prowadzące te domy, nigdy nie zaniedbywali. Na czoło wysuwała się naturalnie kwestia rywalizacji sportowej. Minerwa była zagorzałym kibicem quidditcha, co więcej, za swych lat szkolnych, niezłym graczem (ukarani szlabanem u Filcha Gryfoni zawsze najpilniej polerowali puchary i plakietki z jej nazwiskiem). Severus nie miał podobnych doświadczeń – nie znosił latać z użyciem tego niegodnego zaufania kija i nie specjalnie interesowało go oglądanie owej zabawy. Nie pojmował, jak człowiek inteligentny może znajdować przyjemność w oglądaniu ludzi ganiających się na miotłach. Kwestia wygranej pozostawała jednak sprawą niezwykłej wagi – chodziło o honor. Jego uwaga podczas rozgrywek nie specjalnie skupiała się na boisku, chętniej kierował ją na lożę, w której urzędowała buzująca od skrajnych emocji McGonagall. Uważał to za zdecydowanie lepszą rozrywkę. Minerwa była wówczas tyle komiczna co pasjonująca. O ile dzika radość jaką kobieta okazywała w okolicznościach wygranej była interesującym przedstawieniem, za absurdalne i niepojęcie niedojrzałe uważał jej topienie się w studni smutku z okazji przegranej. Pani dyrektor nie umiała przegrywać; reagowała, według niego, jak małe dziecko. Był tym poirytowany i zaniepokojony. Ergo – przegrana Gryffindoru mogła oznaczać tryumf Slytherinu, ale jednocześnie wiązała się z wylewającą po kontach łzy Minerwą, czego nie był w stanie zdzierżyć i czego nie identyfikował z własnym zwycięstwem. Był wówczas potrójnie rozdrażniony – tym, że nie potrafiła się zachować jak duża dziewczynka i pozwolić mu świętować, tym że jej smutek był tak ewidentny i prawdziwy, że przyprawiał go o odruchy miłosierdzia i tym, że sam musiał prezentować się w tych okolicznościach jak przepełniony dumą i zadowoleniem zwycięzca.
To by było właściwie na ło kilka drobnych spraw jak to, że McGonagall miała osobliwy zwyczaj czekania, aż Severus wróci ze spotkań z Czarnym Panem. Nie rozmawiali, nie zbliżali się do siebie, czasem jedynie sztywno skinęli sobie głowami. Oczywiście nie było tajemnicą, że pani wicedyrektor lubiła mieć poczucie, że kontroluje wszystko i wszystkich w szkole, a już utrzymywanie złudnej kontroli nad poczynaniami profesora Snape`a mogło być uznane - jak on sam uważał - za wręcz obsesyjne.
Niekiedy zapamiętale pisywali do siebie listy. Któreś z nich, czymś podrażnione, zaczynało, a drugie nie potrafiło odmówić sobie odpowiedniej riposty. Kontynuowali taką polemikę przez kilka dni, tygodni, miesięcy, a potem następowała przerwa, bywało, że liczona w latach. Z całą pewnością treść owej korespondencji nie mogła zostać określona jako stonowana. Jedna ze stron bywała podobno impertynencka i nieokrzesana, jak twierdziła druga; druga natomiast pretensjonalna i małostkowa, jak twierdziła pierwsza. Zdarzały się też listy czy może notki dotyczące kwestii osobistych, jak choćby zdrowie Minerwy (Severus zwykł przesyłać jej eliksiry na różne drobne dolegliwości, które ukrywała przed Poppy Pomfry i dyrektorem, a które nie uchodziły jego uwagi), co również budziło emocje – szczególnie u „chorej". Określenie jej niniejszym słowem powodowało, że stawała się podenerwowana a nawet agresywna i Snape nie omieszkał, by to wykorzystywać.
Gdyby się dobrze zastanowić, uświadamiając sobie, że wspomniane sytuacje rozgrywały się na przestrzeni dobrych kilkunastu lat, można by w zasadzie powiedzieć, że ich wzajemne relacje nie wykraczały specjalnie poza ramy nieco specyficznych, ale jedynie koleżeńskich stosunków. Pracowali jako wychowawcy w szkole z internatem, na dodatek ona była wicedyrektorem, toteż pewne kontakty były po prostu wymuszone. Severus doskonale wiedział, że nawet zamknięta w sobie, nieprzystępna Minerwa McGonagall utrzymywała jakieś prywatne, bardziej towarzyskie stosunki z kilkoma osobami z pracy - jakkolwiek słowa „przyjaźń" z pewnością, z tego tytułu, nie nadużywała. On klasyfikował ją jako przyjaciela. Oczywiście nie była to taka przyjaźń, jak ta, która łączyła go kiedyś z Lily Evans – w jakiś sposób niewinna i do pewnego momentu w pełni odwzajemniona. Od tamtego czasu wiele się zmieniło; Severus nie był już ani trochę tamtym chłopakiem, zresztą Minerwa w żadnym razie nie była dla niego kimś jak Lily. W jego stosunku do McGonagall było coś więcej i przyjaźń pojawiła się w tej relacji jako rzecz wtórna. Dziwny rodzaj życzliwości i zainteresowania oraz zaufanie, jakie ona mu ofiarowała przez te wszystkie lata, były zupełnie nieoczekiwanym podarunkiem. Nie dałby jednak głowy za to, czy gdyby ktoś poprosił Minerwę o wymienienie osób, które uważała za bliskie, takich które specjalnie liczyły się w jej życiu, za którymi tęskniłaby gdyby ich zabrakło, usłyszałby również swoje imię. Tak czy siak w ich relacjach była pewna zażyłość (pomimo wszystkich problematów komunikacyjnych, jakie miewali).
Ostatni rok był inny. Zmieniło się wszystko. Jego rzeczywistość chwiała się, niebezpiecznie bliska runięcia.
Dumbledore skończył właśnie kolejną treściwą przemowę, z której Severus nie zarejestrował zbyt wiele, i unosząc ręce w radosnym geście, zajął na powrót miejsce w wygodnym krześle. Sala szalała. Snape zmarszczył brwi, czując, że jeszcze jedna taka erupcja radości i uznania dla Albusa, a jego ból głowy powróci. Przynajmniej dom Salazara Slytherina zachowywał w tej chwili nieco większą równowagę emocjonalną; wyrazy uznania były wyważone, kulturalne i godne - oszczędzały Severusowi bólu.
Snape możliwie dyskretnie obserwował McGonagall przez całą ceremonię kończącą rok szkolny. Dawno nie miał okazji przyglądać się jej tak długo i dokładnie.
Minerwa zazwyczaj poruszała się w sposób zdecydowany, bardzo płynnie, jednak gdy była zaaferowana lub zdenerwowana jej ruchy stawały się gwałtowne i nieco szarpane. Życie pani wicedyrektor było bardzo sformalizowane, nad wszystkim próbowała panować i nie znosiła, kiedy coś wymykało się z pod kontroli. Severus studiował postać z przewrotną przyjemnością. Gdy się ruszała, fałdy ciężkiego aksamitu jej szaty harmonijnie rozwijały się i składały, maskując lub odsłaniając smukłą linię ciała odzianego w nienagannie skrojoną suknię. Ruchy były płynne, zachowanie oficjalne, wyraz twarzy surowy i to, wraz z przedostającymi się na zewnątrz, naprawdę delikatnymi przebłyskami ciepła i umiarkowanej życzliwości względem wybrańców, robiło na nim wrażenie. Patrzenie na nią sprawiało mu przyjemność. Miała charakter i pewien rodzaj wdzięku, który mu odpowiadał. Była szlachetnym przedstawicielem gatunku ludzkiego. Przy całej swej przewidywalności naprawdę barwna i złożona.
W październiku McGonagall skończyła siedemdziesiąt trzy lata, z pewnością nie zaliczała się do grona młodych czarownic, ale nie była też zaliczana wiekiem do niewiast nobliwych; po prostu w pełni dojrzała kobieta. Czymże było siedemdziesiąt trzy przy stu pięćdziesięciu trzech latach Albusa, który, w sprzyjających warunkach, mógł liczyć jeszcze, na jakąś okrągłą pięćdziesiątkę. Severus, ze swoimi trzydziestoma dziewięcioma latami był po prostu młokosem (inna sprawa, że czuł się, jakby miał lata Albusa i Minerwy razem wzięte; naprawdę nie pojmował, jak ktoś mógł pragnąć nieśmiertelności).
Przyglądał się, jak jej niezbyt obfita pierś unosiła się miarowo, sprawiając, że dwa onyksowe kamienie w pięknym wisiorze żywo połyskiwały w blasku świec. Śledził ruchy długich, szczupłych rąk zatopionych w obszernych rękawach. Dłonie miała trochę podobne do jego: eleganckie, o smukłych palcach, ale delikatniejsze i o innym, cieplejszym odcieniu skóry. Domyślał się, że tego dnia ma kiepskie krążenie - jej ręce wyraźnie marzły - co jakiś czas na różne sposoby starała się je ogrzać. Zaniepokoiły go lekko nabrzmiałe stawy palców, o które, wbrew zaleceniom uzdrowiciela nie dbała jak należy. Cierpiała na reumatologiczne zapalenie stawów, nad którym Poppy Pomfrey udawało się świetnie panować - mimo permanentnej niesubordynacji pacjentki. Miała je masować, robić ćwiczenia rozluźniające i smarować… Może maść nie działa właściwie, a może ich nie smarujesz regularnie – zastanawiał się. McGonagall definitywnie zaniedbywała swoje zdrowie a sprawa była poważna.
Nie przestając się jej przyglądać, zaczął analizować sprawę apetytu. Od dłuższego czasu nie jadała właściwie, a kłopoty z układem pokarmowym często oznaczały, że choroba reumatologiczna się nasila. Minerwa w ogóle miewała problemy z właściwym odżywianiem. W ferworze zajęć lub nawale zmartwień ignorowała sygnały wysyłane przez organizm a ten szybko godził się z losem i zmniejszonymi porcjami. Problem polegał na tym, że jej ciało nie miało zmagazynowanych racji kryzysowych; niedobory odpowiednich składników odżywczych i witamin natychmiast przekładały się na poważniejsze kłopoty zdrowotne. Ogólne samopoczucie profesor McGonagall też nie wydawało się mu najlepsze - powody mogły być jednak różne.
Postanowił, że czas zainteresować sprawą Pomfrey. Swoją drogą pielęgniarka powinna sama zauważyć i zareagować, od tego w końcu była. Gdzie ty, na przeklętego Pottera, masz oczy? – rzucił w myślach, zwracając coraz mroczniejszy wzrok na pogrążoną w rozmowie z Hooch uśmiechniętą Poppy. Prychnął gniewnie. Siedząca po jego prawej stronie Irma Pince popatrzyła na niego krytycznie - jak na barbarzyńcę, który zakłócił ciszę w bibliotece. Odpowiedział jej pytającym, jadowitym spojrzeniem. Patrzył tak długo, aż lekkomyślna kobieta o sępim wyglądzie skuliła się nad swoim talerzem niczym larwa. I pomyśleć, że na co dzień nawet ją tolerował. Skończywszy - nieco uspokojony - skierował wzrok w bardziej interesujące miejsce.
McGonagall machinalnie obracając w palcach łyżeczkę, apatycznie wpatrywała się w drzwi i przez dłuższą chwilę nie reagowała na to, że Albus coś do niej mówił. Gdy ten delikatnie nakrył dłonią jej rękę, wzdrygnęła się i przeprosiła za nieuwagę. Uśmiechnęła się do dyrektora próbując pokryć zakłopotanie. Severus znał Dumbledore`a na tyle, by odgadnąć iż stary jest zaniepokojony tym co dzieje się z jego ulubienicą.
Była zmęczona i przygaszona. Mistrz eliksirów rozważał ile ma w tym udziału fakt, że jej wszędobylskie Złote Trio w zeszłym roku ukończyło szkołę i ostatecznie opuściło te mury. Bez wątpienia za nimi tęskniła, coś się dla niej w ten sposób skończyło, coś ważnego. Nie miał też wątpliwości, że w przypadku McGonagall, o samopoczuciu decydowała rozległa blizna a może nawet nadal jątrząca rana na sercu, powstała w wyniku wojny. Kilka ostatnich lat napięcia i walki nadwątliło jej siły fizyczne i psychiczne. Cokolwiek by to było, zmiana, jaka w niej zaszła, była niepokojąca.
Obserwował, jak ściska kolejne młode dłonie, wręczając dyplomy najwybitniejszym absolwentom. Gdy kiedyś jemu ściskała dłoń, jej głos nie był życzliwy, autorytarny ton zabarwiony został nutą zawodu. Dała mu to wówczas odczuć. Zamigotał w nim wtedy niepozorny płomyk żalu, który szybko przerodził się w płomienisty gniew. Uznał, że nie miała prawa czuć się nim zawiedziona, bardziej niż którymkolwiek z pozostałych ślizgonów. Jednak tym razem, po tych wszystkich latach, Severus przyznawał Minerwie prawo do poczucia zawodu. Musiała uznać, że ją oszukał. Dowiedziała się, że to on doniósł Czarnemu Panu o przepowiedni; to on rzucił kamień, który ściągnął lawinę - ponosił więc odpowiedzialność za to, że koszmar Potterów w ogóle się zaczął.
Dumbledore zakończył oficjalną część i na stołach pojawił się wykwintny obiad.
Całymi latami, idąc na posiłek do Wielkiej Sali, czekał na moment, gdy złośliwym zrządzeniem losu zdoła tuż przed McGonagall sięgnąć po pożądany przez nią półmisek i przejąć kontrolę nad sytuacją. Drobnostka. Coś, co zmuszało ich do wymiany zdań, do czegoś więcej niż zarejestrowanie swej obecności. Z krzywym uśmiechem w ramach wymaganej kultury podsuwał jej talerz, by nałożyła sobie pierwsza. Niekiedy to ona wygrywała ów mały wyścig zagarniając upatrzony przez niego talerz i odwdzięczała się mu tym samym.
- Ależ proszę, Minerwo – odezwał się z uprzejmością, przesłoniętą drwiną. – Ty pierwsza. Pozwolę sobie skorzystać z okazji.
- Podziękowałabym uprzejmie, gdybym nie podejrzewała cię o tradycyjną nieuprzejmość, Severusie – odpowiedziała spokojnie McGonagall, nakładając sobie warzywa. - Z okazji do czego skorzysta pan, profesorze?
- Mam wrażliwy żołądek. Wolałbym uniknąć niestrawności. Skoro już się zdecydowałaś, poczekam aż skosztujesz. – Kąciki jego ust zadrgały złośliwie. - I nieuprzejmość wobec ciebie Minerwo? Któż by się ośmielił?
- Co do niestrawności… i nieuprzejmości przy okazji… - Spojrzała na niego protekcjonalnie, znacząco unosząc prawą brew. - To prawda odnosząca się szczególnie do niektórych pracowników, ale wszyscy staramy się, by cię jakoś tolerować, Severusie. Mając może nadzieję, na ten tak zwany cud wychowawczy.
- Och, czyżby sposób mojego wychowania ci nie odpowiadał? – zapytał z chłodnym zainteresowaniem, unosząc lewą brew i krzywiąc usta w wyraźnie drwiącym uśmiechu. - Jesteś dzisiaj wyjątkowo samokrytyczna, Minerwo. Tyle lat przykładałaś się do tego wychowywania i nadal nie jesteś usatysfakcjonowana.
- Nie należałeś do mojego domu, na skutek czego miałam ograniczone możliwości – odparła cierpko, a nozdrza jej zadrgały.
- Oczywiście. Zawsze można znaleźć stosowne choć mało przekonujące wytłumaczenie. To zapewne ze względu na predyspozycje wychowawcze nie należałem do twoich rozkosznych lwiątek. – Snape wydawał się być całkiem zadowolony z toru, jakim podążała ich konwersacja. - Nie poradziłabyś sobie z dziećmi o cechach cenionych przez starego, zacnego Slytherina. Bądź co bądź, nie jesteś w stanie opanować nawet gryfońskiej…
- Twoja arogancja jest jak zawsze imponująca – przerwała mu, nie odrywając się od rozdrabniania widelcem małych marchewek i brukselek. – Śmiem twierdzić, że cechy honorowane przez nieodżałowanego Salazara Slytherina, w oderwaniu od szeregu innych cnót dają wynik żałosny. Moi uczniowie wyrastają na…
- Na co? Na przyzwoitych ludzi? - wtrącił Snape z równą nonszalancją. Zerkając w kierunku jej talerza, z delikatnym wyrazem złośliwości na twarzy zabrał się za precyzyjne krojenie młodej fasolki.
- Owszem – oświadczyła z lekkim uśmiechem. A zaraz potem z dezaprobatą spojrzała na to, co robi z fasolką. Nie miała wątpliwości, co do intencji, z jaką w tej chwili rozdrabniał na równiuśkie kawałeczki małe strączki. Na dodatek robił to z użyciem noża co nie należało do dobrego obyczaju. I on doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
- Ach te pożałowania godne maniery i nawyki laboratoryjne - powiedział widząc jej spojrzenie. - Fasolka ma koszmarne łyka. A marchewki?
- Przeciwnie. Wyborne – odpowiedziała grzecznym tonem. – W moim wypadku rozdrabnianie to kwestia zdrowych nawyków żywieniowych.
- Bez wątpienia – zgodził się, używając tego tonu, który potrafił wyprowadzić ją z równowagi. Zadowolona ze swej wcześniejszej riposty Minerwa trzymała się jednak twardo. – Masz wyjątkowo dobre nawyki żywieniowe. Wracając jednak do właściwego tematu. Uważam, że można określić twoich wychowanków jako „przyzwoitych ludzi" - odparł z powagą. - Wystarczy zmienić słownikową definicję. Wiesz, zastanowię się, by w przyszłym roku zmienić mowę powitalną do pierwszego roku Slytherinu. Nie będę ich więcej mamił. Powołam się na ciebie, jeśli pozwolisz, w końcu masz autorytet prawie dyrektorski – na moment zawiesił głos, a potem brnął dalej. Minerwa zdawała się być nadal całkowicie opanowana. - Niech wiedzą, że jeśli przydzielono ich do domu Salazara, to oznacza, że są nienajlepszą kategorią ludzi i dobrze będzie, jak się z tym pogodzą i z godnością… lub bez niej… starali się będą sprostać oczekiwaniom, jakie się im stawia w tej instytucji.
- Czy już pan skończył, profesorze? – zapytała, spoglądając na jego delikatny, drwiący uśmiech. Skłonił lekko głowę na znak, że owszem i że śmiało może rozpocząć swoją kwestię. - Może zacznij korzystać z powszechnie przyjętych wersji słowników – odpowiedziała z przerysowaną, spokojną życzliwością. - I po prostu weź odpowiedzialność i zacznij uczyć swoich wychowanków podstaw uczciwego i godnego życia.
- To są jakieś oficjalne gryfońskie wersje słowników?- zapytał, odchylając się w krześle i posyłając jej pytające spojrzenie błyskających oczu. Jego głos był słodko jadowity. Minerwa nienawidziła tego tonu bardziej niż drwiny i złośliwości objawionej z całym rozmachem i Severus o tym doskonale wiedział. - Obawiam się, że nie mogę wychowywać… młodzieży w duchu gryfońskiej przyzwoitości. Żeby to uzyskać, musisz wnieść petycję do dyrekcji… by zmieniono wychowawcę na takiego, który ma odpowiednie - gryfońskie podstawy. Ustaliliśmy przed chwilą, że jestem porażką wychowawczą.
- Nic takiego z tobą nie ustalałam – odparła cierpliwie. – Chociaż bez wątpienia konsekwentnie próbujesz udowadniać, że jesteś i że nie masz podstaw. Wyjątkowo zapamiętale próbujesz przekonać wszystkich łącznie z sobą samym, że jesteś… dobrze ułożonym draniem.
- Dziękuję ci, Minerwo, czuję się niemal wzruszony – odpowiedział, unosząc brwi i wyciągając w jej stronę czystą serwetkę. Jej własna, jak sobie z irytacją uświadomiła, właśnie zsunęła się z kolan i upadła na ziemię.
- Dziękuję – powiedziała nieco zakłopotana tym, że zareagował tak szybko.
- Okazjonalnie służę pomocą - odpowiedział nie zmieniając stylu konwersacji i tym samym wracając jej równowagę. – Nawiązując do tematu, powinienem otrzymać punkty dla domu Slytherina, skoro zasłużyłem na komplement z twoich ust. Zgłoszę się w tej sprawie do najwyższej instancji po obiedzie. Ale wyczuwam, że wykręcasz burego kota ogonem. Wycofujesz się z wcześniejszych ustaleń! - powiedział, jakby taki obrót sprawy był w jej wypadku całkowicie przewidywalny. – Czyżbyś próbowała uniknąć odpowiedzialności?
- Nie unikam odpowiedzialności, Severusie Snape. Nie mam takiego zwyczaju. – Głos profesor McGonagall stał się ostrzejszy i o ton wyższy. Zbyt głośno odstawiła przy tym puchar z sokiem truskawkowym, który wyjątkowo lubiła. - Potrafię przyznać się do swoich błędów.
Snape odkaszlnął; część zupy właśnie uniesionej przez niego na łyżce rozlała się na blat stołu.
- Wybacz, proszę, po raz kolejny dał o sobie znać mój pożałowania godny brak manier – powiedział samokrytycznie, przecierając usta papierową serwetką; oczywiście nie było w tym cienia skruchy. Jednocześnie nie zaniedbał spiorunowania wzrokiem niezdrowo zainteresowanych sytuacją kolegów. - Z taką kulturą powinienem jadać w lochach, ale wyznam… nie potrafię odmówić sobie tych pouczających i miłych konwersacji z tobą. – Jego głos stał się jedwabisty. - Za każdym razem czegoś nowego się uczę…
- To budujące – odezwał się uprzejmie Dumbledore i palcem ściągnął Severusowi z włosów kawałeczek marchewki z zupy.
- Jeszcze na surducie dyrektorze. Zdaje się, że to por – wtrąciła zbyt głośno profesor Hooch, która właśnie przechodziła za ich krzesłami, opuszczając salę.
Na surducie nic nie było.
W zasadzie, w kwestiach jedzenia mieli podobne gusta; byli raczej praktyczni i preferowali zdrową, lekką dietę, pomijając to, że Minerwa chętnie konsumowała desery, on zaś niekoniecznie. Przepadała za owocami w kolorze czerwonym - szczególnie dużo jej uwagi pochłaniały truskawki i maliny (najlepiej jeśli były obłożone bitą śmietaną). Skrzaty hogwarckie doskonale znały upodobania mieszańców zamku i były dość kreatywne toteż w zasięgu jej, jak i jego ręki często pojawiała się hybryda łącząca ich upodobania, na przykład truskawki czy wiśnie w gorzkiej czekoladzie. Nie narzekał. McGonagall zazwyczaj jadła niespiesznie, nieco pedantycznie krojąc i nabierając kęsy. Gdy zaczynała coś dźgać widelcem, a potem połykać niemal bez przeżuwania, a jej sztućce wydawały odgłosy równie intensywne, jak te dochodzące od stołu Gryffindoru, był oczywiście jedynym członkiem grona pedagogicznego, który pozwalał sobie na delikatnie uszczypliwy komentarz. To kończyło się różnie - zazwyczaj interwencją drugiej, wyżej postawionej i bardziej irytującej części dyrekcji.
Po skończonym obiedzie tłum przedzierał się na korytarze i niczym kilka rwących strumieni, rozlewał po dormitoriach. Nauczyciele powoli podnosili się od stołu. Severus energicznym krokiem wyszedł chwilę przed Minerwą i stanął w miejscu, które dawało mu pewność, że ujrzy ją, gdy będzie przechodziła. Ustawił się w taki sposób, by jego obecność pozostała niezauważona tak długo, jak on tego będzie sobie życzył. McGonagall pokazała się po kilku minutach. Idąc rozmawiała z Filiusem Flitwickiem. Gdy tylko ten się oddalił, jak na złość podeszły do niej dwie uczennice kończące tego roku szkołę. Odczekał, aż skończy rozmawiać z dziewczynami, które wręczały jej bukiet bladoróżowych róż. Trzeba mieć tupet albo być idiotą, by będąc uczniem tej szkoły od siedmiu lat, po doświadczeniu różowej inkwizycji sprzed czterech lat ośmielić się wręczyć Minerwie kwiaty w tym kolorze! – prychnął w myślach. – Może jeszcze upominek w postaci puchatego różowego kociaka. Minerwa podziękowała uśmiechając się nieznacznie.
Severus pozwolił wyminąć się uczennicom i powoli podszedł do kobiety.
- Minerwo. – Niski jedwabisty głos nie zdradzał jego emocji.
- Profesorze Snape. – Wyprostowała się swym zwyczajem jak struna i odwróciła. Od zakończenia zeszłego roku szkolnego, zwracała się do niego używając właściwie wyłącznie tej formy i tonu. Do większości pozostałych pracowników zwracała się po imieniu (zgodnie z tradycją zapoczątkowaną przez Dumbledore`a), a już na pewno nikt inny po wieloletniej poufałości nie został zaszczycony nagłym przejściem na formę urzędową.
- Przeuroczy, różowy wyraz sympatii. – Nie mógł się powstrzymać, by nie zahaczyć tematu bukietu. Jego brew sugestywnie podjechała ku górze. - Proponuję rzucić czar zastoju, by dłużej cieszyły wzrok. Twoi wychowankowie mają niezwykłe wyczucie i smak.
- Dziękuję. Zgaduję, że bukiety przeznaczone dla ciebie są w stosownym czarnym kolorze – odpowiedziała, używając chłodnego tonu.
- Tak, czarne są wyjątkowo cenne. Ich kolce pożytkuję jako składniki niepospolitych trucizn. – Wyjaśnił z przekąsem, nie podnosząc tonu. Nie przychodził mu do głowy inny sposób kontynuowania rozmowy. – Służę jakimś prostym przepisem.
Idealny dzień na samobójstwo - kwaśno skonstatował w myślach. - Powinieneś był przeczytać jakiś cholerny poradnik, zanim zabrałeś się za naprawianie tych stosunków.
- To przykre, profesorze, że pana świat ogranicza się do pojemności kociołka i tego co rani – powiedziała używając równie spokojnego, chłodnego tonu.
Ostatnie słowa sprawiły, że poczuł jak zaczyna go palić kark a ciężka, niestrawna kula opada na dno żołądka. Machina wzajemnych uprzejmości nabierała rozpędu.
- Nie widzę w tym nic przykrego - odezwał się po chwili. - Każdy z nas ma jakieś ograniczenia, Minerwo. Jedne koty mają lepszy węch, inne słuch, a jeszcze inne zwinniej się poruszają. Jedne są bardziej poduszkowe, inne, jak to się mawia, łowne – ciągnął przerysowanie lekkim tonem. - Na marginesie, podobno w Hogwarcie pojawiły się myszy, Filch wspominał… ale nieistotne. W każdym razie zmierzam do tego, że wszystkiego nie można mieć. Sztuka w tym, by odpowiednio wykorzystać posiadany talent.
- Pouczający wykład. Tradycyjne oszałamiająca elokwencja, profesorze – wygłosiła opryskliwie, zaciskając mocno zaczerwienione usta. - Zapiszę, jeśli nie zapomnę, wie pan, w moim wieku to się zdarza. Nie mam wątpliwości, że pańskie talenty są doceniane i właściwie wyceniane przez powołane ku temu osoby. Przy okazji, gratuluję Pucharu Domów, Severusie – jej głos stał się o nutę wyższy, dźwięczała w nim urocza nuta szkockiego akcentu. Cienkie brwi uniosły się znacząco. - Pańscy uczniowie niewątpliwie zapracowali na ten honor. W końcu po siedmiu latach się udało… Same wstrząsające niespodzianki ze strony Domu Salazara Slytherina. Począwszy od bohaterstwa, jakim odznaczył się w bitwie. Nikt nie może już powątpiewać w skuteczność pańskich nierzadko oryginalnych metod wychowawczych.
Ostatnia uwaga Minerwy, jak Snape doskonale się orientował, odnosiła się do artykułu, który dwa tygodnie temu opublikował Prorok. Utrzymywano w nim, że dotąd często krytykowane przez współpracowników, uczniów i ich rodziców metody wychowawcze profesora Snape`a, okazały się w ostatecznym rozliczeniu zaskakująco skuteczne a nawet zbawienne; pismak poparł swe rozważania zdaniem dwóch autorytetów z dziedziny wychowania oraz psychologii. W istocie artykuł był stekiem bzdur a wnioskowanie w nim zastosowane, w oczach osób myślących logicznie, mogło mistrza eliksirów co najwyżej ośmieszyć.
- Dziękuję za gratulacje – odpowiedział, sztywniejąc i mrużąc czarne oczy na bardzo bladej twarzy. - Pracowali ciężko przez ten rok i bez wątpienia są wśród członków domu Slytherina tacy, którzy wykazali się godnym zapamiętania i szacunku bohaterstwem.
Część Ślizgonów podczas bitwy wybrała ostatecznie stronę Czarnego Pana i stanowiła obecnie duży problem wychowawczy w Hogwarcie (nic nowego). Byli jednak tacy, którzy poszli za swoim opiekunem i walczyli i to był większy sukces niż to, że cały dom Godryka stanął po jasnej stronie. Młodzież z domu Salazara miała zdecydowanie inne podstawy i warunki. Część z jego wychowanków musiała stanąć przeciw własnym rodzicom, braciom, wujkom, w sensie dosłownym stanąć i wymierzyć w nich swe różdżki; wbrew pozorom w większości rodzin śmierciożerców panowały dobre relacje - dzieci były kochane a współmałżonkowie szanowali siebie i swoich bliskich. Dzieci opowiadając się za jasną stroną musiały wyrzec się miłości i troski, swoich korzeni. I część tak właśnie postąpiła, płacąc w bitwie i po niej bardzo wysoką cenę (nie żeby Severus uważał, że uczniowie innych domów nie poświęcili wiele).
- Wasze zasługi są dla świata jasne, profesorze – powiedziała chłodno. Była sfrustrowana.
Tym razem poczuł się spoliczkowany i całą siłą woli starał utrzymać szalejące emocje na wodzy.
Nie miał złudzeń, co do tego, że uprzedzenia do jego domu sięgają głęboko, ale jednak po wydarzeniach sprzed roku żywił nadzieję na zmiany. A przy tym wszystkim, abstrahując od artykułów na jego temat, przez wiele lat, nieustannie pracował by swych podopiecznych zatrzymać po jasnej stronie. To było piekielnie trudne wyzwanie i on traktował je poważnie. Byli jego dzieciakami, tak jak Gryfoni byli Minerwy. Rozliczał się przed samym sobą z tych wszystkich młodych, których zawiódł, których Czarnemu Panu udało się zwerbować. Czuł się pospołu winny każdej krzywdy jakiej doznali i jaką wyrządzili pozostając w tej służbie. Rozumiał też jednak, że fakt iż to właśnie on jest opiekunem Slytherinu daje tym dzieciom szansę jakiej sam przed wielu laty nie miał. On był ich szansą – nie Albus, nie Minerwa czy reszta grona pedagogicznego tylko szpieg i były śmierciożerca. Ktoś komu ufali, kto naprawdę rozumiał ich sytuację, kto miał wgląd w to co działo się po obu stronach i mógł igrając z ogniem nieznacznie wpływać na to co się działo w kręgu Czarnego Pana.
Czy więc po tym wszystkim nie zasłużył na… cień jej szacunku? Dotąd wydawało się, że go miał, że rozumiała. Teraz dochodził do wniosku, że stracił ów szacunek wraz z zaufaniem. Nie mogła mu wybaczyć tego, czego się o nim dowiedziała; zdrada jakiej dopuścił się wobec Lily – swej jedynej przyjaciółki i jej rodziny, przesłoniła wszystko inne. Stał się niegodny zaufania, członkowie jego domu byli niegodni zaufania i opowiedzenie się po właściwej stronie, poświęcenie, bohaterstwo w jej oczach nie mogły zmazać tego wrażenia. Pytanie więc czy to do czego zmierzał teraz miało jakikolwiek sens.
- Relacje dziennikarskie nie pozwalają zapomnieć o bohaterach – dotarł do niego głos Minerwy.
- Obawiam się, że nie mam wpływu na dziennikarzy, Minerwo – odpowiedział próbując uchwycić jej spojrzenie. – Naprawdę uważasz, że cieszą mnie te wszystkie bzdury wypisywane na mój temat?
- Odnoszę się po prostu do powszechnie znanych faktów na pana temat, profesorze Snape. A teraz, może moglibyśmy przejść do rzeczy, jeśli zatrzymał mnie pan w jakimś innym celu poza tą zajmującą konwersacją jaką już odbyliśmy. Czym mogę panu służyć? - zakończyła cierpko.
Zmusił się, by przełknąć gorycz i falę gniewu. Nie mógł ciągnąć dyskusji, jeśli chciał ją prosić o rozmowę na osobności. Czuł się coraz bardziej rozdrażniony i może też rozczarowany.
- Chciałem prosić cię o chwilę rozmowy. Prywatnej - odezwał się niebezpiecznie cicho, a kąciki jego ust zadrżały; czuł, jak żyła na szyi zaczyna mu pulsować. - Mogę liczyć, że w swym napiętym grafiku znajdziesz dla mnie dzisiaj czas? – Naprawdę starał się mówić łagodnie, ale doskonale wiedział, że się nie udało. Jedynym sposobem, by mógł opanować swój głos i ukryć emocje było uczynienie go co najmniej zimnym.
Profesor McGonagall, Minerwa nie patrzyła mu w oczy, z wielką uwagą przyglądając się teraz temu, co działo się za oknem na dziedzińcu. Zmarszczyła brwi, poświęcając wydarzeniom jeszcze więcej uwagi i jednocześnie lekceważąc Severusa. Patrzył na nią wyczekująco, nie dając się sprowokować; na końcu języka czaiła się mu wyjątkowo złośliwa uwaga. Widać dla niego potrafiła porzucić swą towarzyską ogładę; musiał być naprawdę wyjątkową gnidą.
- Naturalnie, jeśli uważasz, że to coś ważnego. To był męczący dzień. – Jej szkocki akcent nabrał pełnego rozmachu. Sięgnęła dłonią do twarzy i poprawiła okulary, chwytając je samymi koniuszkami długich palców. Spojrzała na niego dość obojętnie, mimo to widział, że jej ciało było napięte. Zapragnął powiedzieć coś, co by ją uspokoiło, może zapewnić, że nie chce jej ranić; naturalnie nie odezwał się.
- Postaram się znaleźć chwilę. Proszę mnie odszukać, profesorze, po tym, jak odprawimy uczniów. Jeśli to wszystko… – zawiesiła głos, a Severus nieznacznie kiwnął głową. – W takim razie zechce pan wybaczyć, mam jeszcze kilka rzeczy do załatwienia przed wyjściem.
- Oczywiście. - Coś sprawiło, że nie użył jej imienia.
Obdarowała go bardzo formalnym skinieniem głowy, podnosząc wzrok na jego twarz, ale omijając oczy. Zawróciła i szybkim, nerwowym krokiem odeszła w stronę dziedzińca, na którym właśnie zrobiło się jakieś małe zamieszanie – zdecydowanie w barwach gryfońsko-krukońskich. Severus na moment przymknął powieki, po czym energicznie, łopocząc odświętną nauczycielską togą, ruszył w stronę swoich lochów. Na odchodnym doszedł go z dziedzińca gniewny ryk profesor McGonagall – wyraźnie dosłyszał nazwisko jednego z Gryfonów.
Do wyjazdu uczniów miał jeszcze godzinę. Rozważał możliwość zmiany planów i odprowadzenia dzikiego tłumu na dworzec.
Rok szkolny zakończył się i Snape nie mógł odjąć punktów ani dać szlabanu. Jedyne, co mu zostało, to przypominanie bachorom o swoim uroczym Ja, miłym słowem. W zasadzie większość uczniów uznawała taką konfrontację za wystarczająco bolesną, by zrobili wszystko, aby jej uniknąć, jednak zdarzenia sprzed roku odebrały mu część wypracowanego autorytetu. Szczególnie skutecznie wyprowadzały go z równowagi uczennice, które, czytując przez okrągły rok artykuły o Mrocznym-Snapie-Kochanku, który na spółkę ze Złotym-Harrym-Chłopcem uratował świat, słały mu powłóczyste spojrzenia. Teraz zaś zdecydowanie zbyt otwarcie rozpaczały, że się z nim rozstają.
Severus dwa razy wyjątkowo mocno podniósł głos, prawdę mówiąc ryknął, powodując, że najbliżej stojący tłumek znieruchomiał na chwilę, jakby go spetryfikowano. Ten ton bardzo rzadko był słyszany; bywało, że tracił kontrolę nad swoim aksamitnym głosem i emocjami w obecności dyrektora, czasem Minerwy i Rolandy Hooch, ale uczniów… W ciągu ostatnich kilkunastu lat pracy zdarzyło się to może kilka razy i zawsze miało związek z tym, co aktualnie zrobił Potter; w ostatnim roku zaliczył więcej takich sytuacji niż przez minione kilkanaście lat i było to związane z tym, co nastąpiło po zamieszaniu z Potterem.
Minerwa, okryta peleryną, z kapeluszem w szkocką kratę założonym na delikatnie rozwichrzony kok - jako że nadal wiało - zachowywała się dość sztywno. Sztywniej niż zazwyczaj. Jak się domyślał, była zdenerwowana jego obecnością i perspektywą rozmowy; to spotkanie dla obojga było co najmniej niepokojące. Jeszcze z pewnej odległości zauważył, że od ciągłego zaciskania warg, usta kobiety przybrały kolor intensywnie karminowy, jakby były pomalowane.
Podszedł do niej, gdy spiesznym krokiem schodziła z peronu. Kolejny raz zapragnął uczynić jakiś gest, może coś powiedzieć, co by ją mogło przekonać, że w żadnym razie nie musi się go obawiać. Chciał po prostu porozmawiać, spróbować ułatwić im obojgu życie.
- Minerwo. Pozwolisz sobie towarzyszyć? – powiedział jedwabiście, bez najmniejszej drwiny; błyskawicznie przyszło mu do głowy, że było to jedno z najbardziej żałosnych zdań, jakie wyrzekł w swoim dotychczasowym życiu i nie był w stanie zrozumieć, dlaczego sobie na to pozwolił. Musiało być doprawdy tak uderzające, że zawahała się, czy nie spojrzeć na niego, ale ostatecznie się opanowała, kwalifikując to prawdopodobnie jako kolejną złośliwość.
- Zgodnie z umową, liczę na rozmowę. – Wrócił do bardziej swojsko brzmiącego, cynicznego tonu. – Jeśli uważasz to za stosowne, zniosę wymianę zdań w biegu. Boję się jednak, byś nie dostała zadyszki przy tym tempie… konwersacji.
- Ta arogancja jest już doprawdy nużąca. Może czas poszerzyć repertuar. Jest pan nawet inteligentnym człowiekiem, nadal naiwnie wierzę, że gdyby pan nad sobą popracował, mógłby nauczyć się zasad ludzkiej, kulturalnej konwersacji - odezwała się chłodno, nie zwalniając kroku i rzucając mu przelotne, ostre spojrzenie. Znalazła na jego twarzy grymas bezczelnej satysfakcji. - Nie narzekam na kondycję, może pan skończyć się zamartwiać, profesorze Snape. Rzeczywiście jednak, śpieszę się nieco. Okazało się, że w trybie pilnym muszę załatwić kilka szkolnych spraw u Gringotta i w Ministerstwie. W tej sytuacji będziemy musieli odłożyć spotkanie, o które pan prosił. Przykro mi, że się fatygowałeś taki kawał i zmarnowałeś swój czas; tym bardziej, że zmuszona jestem informować o tym w takich niestosownych okolicznościach. Obawiam się, że mogę wrócić rano… wieczorem, naturalnie – poprawiła się zdecydowanie. Była zdenerwowana, mówiła szybko. – Rano niestety wyjeżdżam. Jeśli to coś ważnego… może zostawi mi pan list.
Severus raptownie stanął. Twarz mu stężała. W jednej chwili jego skóra zrobiła się biała, jakby obsypano ją kredą.
- Naprawdę nie zasłużyłem nawet na to, byś mi spojrzała w oczy i powiedziała, że po prostu nie masz zamiaru utrzymywać ze mną żadnych prywatnych stosunków? – Niski, zimny głos potoczył się po okolicy. Zatrzymała się. – Tak byłoby prościej, nie sądzisz, Minerwo? Nie byłabyś zmuszona do ciągłego uciekania.
Przez chwilę stała sztywno, po czym obróciła się i spojrzała mu w oczy.
- Nie mam w zwyczaju uciekać! Nie wiem, dlaczego podobna myśl przyszła panu do głowy, profesorze Snape. Być może jest pan przewrażliwiony na swoim punkcie – odezwała się szorstko. Jej brwi tworzyły jedną, długą, groźną linię. Naprężone nozdrza lekko drżały, usta miała ściągnięte, a policzki wściekle zarumienione. Była wzburzona. - Przeprosiłam pana za niedogodność. Doskonale zdaję sobie sprawę z pańskiego lekceważenia mojej pracy i osoby. Jednak, mimo pańskiej opinii, jestem wicedyrektorką szkoły i mój czas pracy nie jest normowany. Niech pan pozwoli sobie przypomnieć, że był okres, gdy i pan miał dodatkowe obowiązki, które determinowały pański plan dnia. Nawet jeśli zakładał pan, że będzie miał czas, zdarzało się, że niespodziewanie go nie miał… Wszyscy staraliśmy się to rozumieć… Proszę przyjąć do wiadomości, że moje życie zawodowe i prywatne nadal toczy się podobnym torem, co przed rokiem. Mam te same obowiązki jeśli chodzi o szkołę. - Zrobiła znaczącą pauzę i po chwili wciągnęła nosem powietrze.
Próbował odgadnąć, co właściwie przez to chciała mu powiedzieć. Nadal utrzymywali kontakt wzrokowy, ale w tym momencie oboje już niewiele widzieli.
- Mojego lekceważenia twojej osoby i pracy? – wyrzucił nieco osłupiały; oczy płonęły mu gorączkowo. - MOJEGO?
- To był ciężki rok i być może to sprawiło, że… - Uniosła brwi i pokręciła głową z dezaprobatą i zniecierpliwieniem; jej dłoń nerwowo przed nim zamachała, oczy zaczęły błądzić po różnych miejscach, omijając twarz Severusa. - Naprawdę nie sądzę, by nasze stosunki się jakoś zmieniły. Powinieneś może gdzieś wyjechać, odpocząć… To całe zamieszanie wokół twojej osoby jest obciążające. Może chodzi o to, że ja po prostu nie poddałam się całej tej akcji. Przyjęłam, że tobie również nie odpowiada owa popularność. No cóż, wyraźnie się myliłam. – Jej ton był kategoryczny i agresywny. Niebieskie oczy spoczęły na twarzy Snape`a, tym razem wyzywająco szukając jego wzroku. - Obawiam się, profesorze, że nie należę do osób, które będą pana adorować i nadskakiwać. Nie uważam, by było stosowne…
Snape odwrócił się gwałtownie, łopocząc obszerną peleryną i ruszył w stronę Hogsmeade. Kosmyki długich włosów przylgnęły do jego mokrej od potu twarzy. Czuł, jak robi się mu przed oczami ciemno, obawiał się, że nogi go zawiodą. Mięśnie miał jednak tak boleśnie naprężone, że cierpiał przy każdym ruchu i to sprawiało, że był wstanie zachować świadomość. Gdy znalazł się za zakrętem, ciężko oparł się o drzewo. W głowie mu huczało, krew pulsowała w żyłach, jakby chciała je rozsadzić. Był w tym gniew, ale on nie miał znaczenia w chwili, gdy Severus uświadomił sobie, że nie zostało już nic do powiedzenia.
Zaryzykował i sprawy wyjaśniły się ostatecznie. Nie znał może do końca powodu, dla którego tak kategorycznie wykreśliła go ze swojego życia, znienawidziła, ale wiedział, że to na pewno nastąpiło. Jeśli gdzieś tliła się dotąd nadzieja, to właśnie zgasła. Nigdy mu nie wybaczy tego, co zrobił, wyczerpał limit swoich szans. Wszystko się rozwiało, skończyło. Minerwa była bezpieczna i nie chciała go w swoim życiu, a on nie miał prawa niczego od niej wymagać.
.
.
xxx
Przez następne kilka dni Snape kręcił się miedzy swoimi komnatami, laboratorium a Hogsmeade i Kliniką Świętego Munga. Większość nocy spędzał nad kotłami w swojej prywatnej pracowni. Naturalnie na żadne wspólne posiłki nie chodził, korzystając z usług zaufanego skrzata. Jako że w szkole przebywało kilku pracowników, Dumbledore kultywował wspólne obiady i czasem wspólne, nastrojowe kolacje, które przygotowywano w jednej z komnat zamkowych - tej z granatowym sufitem, na którym wyobrażone były poruszające się ciała niebieskie i znaki zodiaku. Albus dla zasady podręczył Severusa kilka razy, prosząc, by do nich dołączył, ale naturalnie spotykał się z odmową.
- Możemy się pofatygować i sprawdzić w wykazie moich obowiązków i regulaminie, ale możemy też zaoszczędzić czas, jeśli uwierzy mi pan dyrektorze na słowo, że nie mam obowiązku podczas letnich wakacji uczestniczyć w czymkolwiek wspólnym w tym budynku. Z wyjątkiem ewakuacji.
- Nikt nie spotyka się na tych posiłkach z obowiązku, Severusie, więc nie to miałem na myśli – odezwał się Dumbledore łagodnie.
- W takim razie to co innego. Jak to się mawia: jestem wdzięczny za zaproszenie, ale nie skorzystam. – Wykrzywił usta w gorzkim grymasie, przenosząc uwagę na piętrzące się na biurku pergaminy, których segregacją się zajmował. - Sugeruję poinformować o fakcie mojej odmowy resztę zaproszonych, jeśli tego nie zrobisz, istnieje prawdopodobieństwo, że nie dotrą pod byle pretekstem.
Dyrektor, wiedząc, że nic nie uzyska - co rok powtarzał się podobny scenariusz - dał sobie spokój. Czasem jedynie wpraszał się w takim okresie do komnat Severusa na któryś z posiłków; Dumbledore jadł i rozprawiał, Severus bywało przekąsił coś i milczał.
Snape zmuszony był jeszcze, dla świętego spokoju, wyjaśniać uciążliwemu starcowi, czym się zajmuje:
- Swoimi prywatnymi sprawami, Albusie. Są wakacje. Bachory wyjechały. Pozwolę sobie przypomnieć ci, że mam w tym okresie przepisowo wolne.
- Naturalnie, mój chłopcze, naturalnie. Może, jeśli znajdziesz chwilę, wpadniesz do mnie wieczorem na herbatę? Minerwa wyjechała na kilka dni… i nie ukrywam, że Fawkes nie do końca zaspokaja moje potrzeby towarzyskie. – Uśmiechnął się ciepło. - Dawno mnie nie odwiedzałeś.
- Nie odwiedzałem bo nie ma takiej konieczności – odezwał się monotonnym głosem mistrz eliksirów. - Moje obowiązki, wykraczające poza próby nauczenia i wychowania małych ignorantów, skończyły się. Nie zdaję ci już nocnych relacji z uroczych spotkań z Czarnym Panem, a moje potrzeby i zdolności towarzyskie nigdy nie wykształciły się dostatecznie mocno. Nawet na poziomie podstawowym wykazuję tu znaczące braki. Obawiam się więc, że będziesz musiał zaczekać na powrót kogoś bardziej komunikatywnego.
Dumbledore westchnął.
- Gdybyś jednak zechciał odwiedzić starego człowieka… - Uśmiechnął się smutno, jego niebieskie oczy nie błyszczały. - Drzwi są otwarte, o każdej porze.
.
Dział - Odpowiedzi na komentarze czytelników (2010r.):
Lossie:
Dziękuję za Twój wpis – to mnie zrobiło się, w tym momencie, bardzo miło. Cieszę się, że spodobały Ci się pewne fragmenty/postacie. Zobaczymy czy będą miały szansę pożyć dalej, po publikacji tego przyciężkiego rozdziału. Uszanowanie. Trzymaj się ciepło; liczę na Twoje kolejne publikacje. :) Raz jeszcze dzięki za wspaniałą robotę przy R1.
Marry!:
Zdecydowanie rozwijaj działalność komentatorską, nie tylko pod tym ff. Bardzo się cieszę, że mam wiernego czytelnika, który mnie dopinguje; jest mi to zdecydowanie potrzebne. Wspaniale, że się dobrze bawiłaś czytając r1. No cóż, jeśli chodzi o głód dalszego ciągu to liczę, że trochę go zaspokoiłaś, ale i że wróci. Mam nadzieję, że przebrnęłaś przez ten powyższy popis sztuki narracyjnej. Na Twoje pytania chciałabym odpowiadać rozdziałami.:) Cieszy mnie, że zwróciłaś uwagę na kwestię Imienia-Które-Nie-Zostało-Wymówione.:) Tak, mój Ogrodnik odwalił kawał dobrej roboty przy rozdziale 1. Kłaniam się i dziękuję.
minnie89:
Zacznę od tego, że ogromnie cieszę się z faktu, że zajrzałaś i wrzuciłaś mi tę notkę. Wspaniale jest wiedzieć, że Szk czyta zwolennik SS/MM, to bardzo budujące, stanowi dla mnie wsparcie. Twoje wnioskowanie jest zobowiązujące i jednocześnie dopingujące, ale teraz trochę się obawiam, że powyższy rozdział mógł cię zamęczyć na śmierć albo przynajmniej zniechęcić (narratora opętała wena i popłynął; i tak podstępnie wycięłam połowę jego wypocin – niech zostanie coś na przyszłość). Powiadasz, że (mój) Syriusz Cię intryguje – przekazałam mu – mrugnął do Ciebie w ten swój uroczy sposób. Z Twojego komentarza jednak coś wynika.:) Pozdrawiam serdecznie. Do napisania! (mam nadzieję)
Mysiszczurek:
Dziękuję wylewnie. Podniosłaś mnie na duchu. Cudownie słyszeć, że podoba Ci się mój styl. Z radością tropię wszelkie ślady, jakie pozostawiasz pod moimi opowiadaniami. Co do tego, co Syriusz zrobił Minerwie... - odpowiedzi na wiele pytań, w jakimś stopniu, kryją się w prologu. : -) No tak, błędy SĄ (jak dostrzegam to poprawiam, ale wygląda na to, że często pozostaje ślepa); obawiam się, że w powyższym rozdziale jest ich zatrzęsienie. Spodziewam się niestety, że rozdział drugi może doprowadzić do skreślenia tego opowiadania z list - opowiadań ulubionych… ;-D Pozdrawiam Cię i życzę wszystkiego dobrego.
Minny78:
Serdeczne podziękowania za te kilka - motywujących słów. Świetna sprawa, że i ty lubisz paring Severus/Minerwa (fajnie, że dałaś mi o tym znać - od razu mi cieplej na sercu, gdy ktoś deklaruję dla nich sympatię^^). Jak widzisz - Twoja notka zmobilizowała mnie do publikacji. :) Kontynuacja nastąpiła, chociaż nie jestem przekonana, czy prezentuje się tak obiecująco, jak się spodziewałaś. Najuprzejmiej Cię pozdrawiam.
Ego Vagus
