Pierwsza publikacja: 2010r.
Przeredagowany: 2015r.
.
Rozdział 3
.
.
Mijając się
.
.
.
Ministerialna biurokracja, której z różnych przyczyn nie poskromił nawet nowy Minister Magii Kingsley Shacklebolt, zmusiła Harry`ego do kolejnej wizyty w urzędzie. Po tym, jak dostarczył całą masę dokumentów wymaganych od osób przyjętych na kurs aurorski, uprzejmie poinformowano go o zmianach dotyczących formularzy, na których dotąd bazowano, a w związku z tym o konieczności wypełnienia nowego stosu pergaminów i złożenia kolejnej serii podpisów. Młody czarodziej od jakiegoś czasu wahał się co do kierunku swego dalszego kształcenia; idąc za radą Syriusza, zdecydował, że skoro dostał się na szkolenie dla aurorów, to może po prostu skorzystać z szansy i zobaczyć, jak będzie. Bardzo możliwe, że to jednak jego powołanie; w końcu już od czasów niemowlęctwa parał się poskramianiem ciemnych mocy. Zawód aurora wydawał się być idealny. Wszystko zdawało się kierować go na tę drogę – zdolności, umiejętności, które nabył i okoliczności życiowe, jakie temu towarzyszyły… oczekiwania innych… przeznaczenie. W oczach opinii publicznej uzyskanie przez niego dyplomu łowcy czarnoksiężników było kwestią dopełnienia formalności.
W ten sposób Wybraniec od dobrych kilku minut starał się wyjaśnić sekretarce w Biurze Aurorów, w dziale, w którym należało złożyć dokumenty, że nazywa się Harry Potter. Problem wynikał z tego, że Harry, tradycyjnie już, wychodząc z domu użył czaru zmieniającego wygląd jego twarzy (tym razem pozwoliło mu to uniknąć czatujących na niego w holu ministerstwa dziennikarzy). Skomplikowany czar maskujący opanował do perfekcji, jednak założenie i utrzymanie takiej maski wymagało zaangażowania znacznej części sił magicznych, które na dodatek musiały być wspomagane specjalnym eliksirem, nie wchodziło więc w grę, by na chwilę go zdjąć, a potem zakładać ponownie.
Znajdujące się za plecami Harry`ego drzwi pokoju otworzyły się. Falę specyficznych dla tego miejsca odgłosów dochodzących z korytarza (na piętrze zajmowanym przez aurorów cały czas panowało zamieszanie jak przed lub w czasie akcji) przeciął odgłos charakterystycznego postukiwania. Drzwi znowu się zamknęły. Hałas został stłumiony, a kobieta siedząca za biurkiem zaczęła wyglądać na dziwnie zrezygnowaną, choć chwilę wcześniej tryskała demoniczną energią. Harry uśmiechnął się do swoich myśli.
- Potter - zagrzmiał ochrypły głos Alastora Moody`ego. - To wzruszające, że cieszy cię moja obecność. - Szalonooki oczywiście nie miał najmniejszego problemu, by swym wirującym magicznym okiem dojrzeć prawdziwe oblicze delikwenta ukryte za zasłoną czaru. Tym czasem na twarzy sekretarki pojawił się wyraz zaskoczenia – a przecież Harry od kilku minut tłumaczył jej…
- Profesorze – odezwał się i dopiero w następnej kolejności obrócił, by spojrzeć na Moody`ego. Jeszcze nim usłyszał głos, nie miał wątpliwości, kto wszedł do pomieszczenia. Rzeczywiście, cieszył się ze spotkania; na swój sposób lubił starego aurora.
- Póki co nie jestem twoim profesorem i śmiem twierdzić, Potter, że lepiej, by tak zostało – powiedział spokojnie mężczyzna. Węźlaste ramiona oparł na lasce. Wykrzywił pokiereszowaną twarz i strząsnął z czoła siwe włosy. Na moment badawczo utkwił w chłopaku oboje oczu, po chwili jednak wielkie niebieskie okręciło się i zrobiło całkiem białe. Mimo że Harry widział ten numer już wielokrotnie, nadal wywoływało to u niego lekkie uczucie mdłości. Wiedział, że oko patrzyło teraz do tyłu; auror musiał z jakiegoś powodu zainteresować się tym, co działo się za ścianą. Młody czarodziej zorientował się, że na korytarzu zrobiło się jakby ciszej. Widać zasada „stała czujność" obowiązywała nawet w ministerstwie i to również w czasie pokoju. Nie zdążył jednak zastanowić się nad tą kwestią, bo ponownie usłyszał chrapliwy głos.
- Co ty tu znowu robisz, Potter? – Koślawe usta wykrzywił grymas dezaprobaty.
- Ee… – zająknął się Harry. Moody, podobnie jak Snape i profesor McGonagall, potrafił zbić go z tropu. - Zostałem przyjęty na kurs aurorski.
- To wiem, chłopcze, konsultowałem wszystkie kandydatury. - Parsknął wyraźnie zniecierpliwiony, a jego wirujące oko zadrgało i zwróciło się z powrotem na Harry`ego. - Chyba nie sądzisz, że zdane egzaminy tak po prostu dają komukolwiek prawo do uczęszczania na ten kurs.
Jako że nie było to pytanie, Harry przełknął głupią odpowiedź, która pojawiła się w jego umyśle – bo tak właśnie myślał.
- Więc co tu robisz, Potter? - powtórzył pytanie stary auror.
- Składałem resztę dokumentów. To znaczy, już je złożyłem, w terminie, ale otrzymałem sowę, by stawić się dzisiaj i jeszcze…
- Potter! - Tym razem Moody ostro mu przerwał. - To, że zgodnie z tymi biurokratycznymi absurdami, jesteś jedną z osób, które zawalają ów budynek bezużytecznymi pergaminami, sam zdążyłem wydedukować.
Harry poczuł się naprawdę zbity z tropu.
- Słuchaj! Zdałeś testy, w porządku, ale teraz zabierz się za coś sensownego. Czas przestać robić to, czego od ciebie oczekują inni i zająć się tym, czego sam chcesz. Zacznij spełniać własne oczekiwania. Nie wątpię, że zostałbyś przykładnym aurorem, chociaż stawiam swoją owłosioną nogę, że raczej nie wybitnym. Tylko, Potter, po co ci to?
- Prawdę powiedziawszy - odezwał się dość pewnie Harry - to pan na czwartym roku podsunął mi tę myśl, mówiąc, że no… nadaję się, więc…
- A to ciekawe. Jesteś pewien? – W głosie aurora wyraźnie dało się wyczuć szczere powątpiewanie.
Harry poczuł się, jakby został uderzony w żołądek. To był wstrząs. Przecież to nie Alastor Moody uczył ich na czwartym roku, tylko Barty Crouch Junior - śmierciożerca pod działaniem Eliksiru Wieloskokowego. Zdumiewające, że jakoś dotąd był przekonany, że to jeden z najlepszych aurorów w historii, jak twierdzono, zasugerował mu, że mógłby śmiało pomyśleć o karierze łowcy czarnoksiężników.
- Jak chcesz, by inni mówili ci, do czego się nadajesz i co powinieneś wybrać – ciągnął Szalonooki - to wystarczy, że będziesz czytywał co rano Proroka Codziennego albo innego szmatławca, którym się podcieram, jak nie znajduję już nic lepszego. – Sekretarka znacząco chrząknęła, ale obaj ją zignorowali. - Nie ma też jak dobra przepowiednia - ciągnął - a zdaje się, że masz już w tej dziedzinie jakieś doświadczenia. Przemyśl to, Potter, zanim zaczniesz zawracać mi głowę, uczęszczając na zajęcia, na które nie chcesz chodzić. A teraz przesuń się z łaski swojej, bo tarasujesz tu przejście. – Zakołysał się i, stukając złowieszczo drewnianą nogą i laską, ruszył w kierunku drzwi gabinetu mieszczących się na końcu długiego, wąskiego pomieszczenia. Harry zdążył się przesunąć, ale auror, przechodząc obok, dwukrotnie strzelił go w ramię; zrozumiał, że gest miał być czymś w rodzaju przyjaznego poklepywania.
- Wiem, że jest zajęty. Ja też nie jestem tu na urlopie, droga pani – dość cierpkim tonem rzucił Moody do sekretarki, która właśnie otwierała usta, wyraźnie pragnąc coś wtrącić i tym samym powstrzymać czarodzieja przed wtargnięciem do biura jej przełożonego.
Harry stał, wpatrując się w trzymane w dłoni papiery i próbował zdecydować, co właściwie ma teraz zrobić. Z jakiegoś powodu w żołądku uformowała mu się ciężka kula zbita z niepokoju. Moody widocznie uznał, że potrzebuje subtelnej wskazówki, bo odwrócił się i dodał, patrząc na niego uważnie:
- Na łeb hydry, Potter, przestań się mazać i idź wypić z nim herbatę albo zdemolować mu gabinet, wszystko jedno. Zdaje się, że masz niezły pretekst. Hogwart posiada unikalne zbiory biblioteczne, które mógłbyś wykorzystać. Przydałoby się, żeby ktoś dał ci kilka wskazówek praktycznych. Longbottom to niezły wybór na korepetytora z zielarstwa, ale co z eliksirami? Ciężka sprawa, co? – mruknął chrapliwie. – Swój dyplom możesz sobie powiesić na ścianie obok skrzacich łbów. By się dostać w miejsce, po którym krążysz myślami, musisz diabelnie dobrze zdać egzaminy wstępne, a to krwawa jatka. No, ale dla chcącego, Potter…
Kula, która uformowała się w żołądku Harry`ego bezlitośnie zwaliła się na dno, sprawiając, że na chwilę pociemniało mu przed oczami. Problem egzaminów wstępnych był w tym wypadku kwestią drugorzędną. Nie tego najbardziej się obawiał i nie to było tak ważne. Z jakiegoś powodu powiązał sprawę spotkania z dyrektorem z kwestią zmiany kierunku studiów i obie odłożył na później. Poza tym, na przeklętego Snape`a, skąd Moody wiedział, o jakich studiach Harry myśli? I dlaczego przyjął, że pragnie spotkać się z Dumbledorem?
- I możesz wziąć ze sobą Blacka, wypada wam w jedną stronę – ciągnął auror. - Ty załatwisz sprawę u dyrektora, a on niech wreszcie przestanie zachowywać się jak dureń i zajdzie do McGonagall. Powiedz mu to. - Sękatą laską machnął Harry`emu przed twarzą. - Jeśli nie wydorośleje i nie załatwi tych śmierdzących spraw z przeszłości, to go wyleję na zbity psi pysk. - Pokuśtykał dalej, nie omieszkawszy rzucić jeszcze za plecy tradycyjnej uwagi: - Wyjmij, Potter, tę różdżkę z przedniej kieszeni gaci, bo pewnego razu na własne życzenie pozbawisz się walorów, które pannie Weasley zapewne nie są obojętne. – Harry syknął, czując nagle nieprzyjemne gorąco w okolicy strategicznej; chwycił się za miejsce potraktowane niewerbalnym zaklęciem, a sekretarka zrobiła oburzoną minę. Moody prychnął, zastukał kijem w drzwi i bez odczekania choćby chwili wszedł do biura szefa działu.
W pokoju zrobiło się dziwnie cicho. Przerwała to kobieta, pokasłując i chrząkając.
- Więc, panie Potter – powiedziała, uchwyciwszy w końcu jego wzrok - chciał pan złożyć te dokumenty. – Uśmiechnęła się do niego. Harry miał wrażenie, że ta osoba musi wkładać sporo wysiłku w utrzymanie takiego wyrazu twarzy; widocznie nie ćwiczyła zbyt często mięśni potrzebnych do tej operacji.
- Tak. Chciałem. Czy mógłbym odebrać resztę dokumentów, tych, które złożyłem wcześniej?
- Oczywiście, że nie mógłby pan ich w tej chwili odebrać – powiedziała, przestając się uśmiechać. - Jednak…
- Aha. To przyjdę po nie kiedy indziej. Dziękuję i do widzenia. Miłego dnia.
.
xxx
.
Albus Dumbledore wrócił z poobiedniego spaceru.
- Zbyt mało ostatnio się ruszam – mruknął do siebie, wchodząc po spiralnych schodach w wieży, w której mieściło się jego biuro i komnaty prywatne. – Może powinienem zacząć jeździć na rowerze. – To była już druga przechadzka po rozległych błoniach, jaką odbył tego dnia; najwyraźniej dało się to we znaki jego nogom a w szczególności kolanom.
Czerwiec był dość ciepły, wszystko zieleniło się, kwitło, a ptaki w Zakazanym Lesie zawzięcie muzykowały. Świat wokół był piękny, starego czarodzieja coś jednak niepokoiło. Miał całkiem niesprecyzowane, niedobre przeczucie.
Gdy wojna się zakończyła, a gracz zasiadający po przeciwnej stronie wielkiej szachownicy ostatecznie wyzionął ducha, dyrektor uznał, że czas się nieco usunąć na bok. Rzecz jasna, tylko kompletny głupiec mógłby sądzić, że oznaczało to, iż nie orientuje się on w sprawach i nie miałby wpływu na ich bieg, gdyby uznał za słuszne interweniować.
Dumbledore miał raczej ugruntowany autorytet w świecie czarodziejskim. Można się było z nim nie zgadzać, nie lubić go, ale szaleństwem byłoby się z nim nie liczyć. Nawet czarodzieje podzielający opinie głoszone przez Ritę Skeeter musieli czuć respekt wobec „…bezwzględnego, niemoralnego starca, któremu chora ambicja kazała w nieuzasadniony sposób poświęcać życie niewinnych istot. Człowieka, który bezdusznie wysługiwał się nieświadomymi jego prawdziwych planów wychowankami i podwładnymi po to, by realizować swą prywatną vendettę i zaspokajać chore ambicje". Tak więc jeden z najpotężniejszych czarodziejów ostatnich stuleci albo - jeśli kto woli - opętany, krwiożerczy starzec, nadal czynnie sprawował swe funkcje publiczne, po pierwsze kierując jedną z najznamienitszych w świecie czarodziejskim placówek edukacyjnych niższego stopnia, po drugie wypełniając obowiązki przewodniczącego Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów. Nie omieszkał też korzystać z możliwości, jakie przysługiwały Wielkiemu Niezależnemu i bywał na wybranych, interesujących go posiedzeniach Wizengamotu, który w chwili obecnej tonął pod zwałami pergaminów procesowych.
Niebo nad Wyspami pozostało raczej pochmurne; powojenna rzeczywistość jak świat światem - bez względu na to czy jest to świat magiczny, czy mugolski - jest brudna i bolesna. Dzięki łaskawości Merlina obecny Minister Magii Wielkiej Brytanii był jednak na tyle kompetentny i miał wystarczająco silną osobowość, by sterować podległym sobie, sfatygowanym okrętem. W Radzie Nadzorczej Szkoły, przynajmniej chwilowo, opozycję wobec dyrekcji stanowiła mniejszość.
Albus Dumbledore miał zdecydowanie więcej czasu na to, by zająć się sprawami szkoły i uczniów. Mógł nawet oddać się, od czasu do czasu, swym dawnym pasjom badawczym i rozrywce. Rzecz jednak w tym, że jednocześnie spotęgowały się jego problemy natury osobistej, a z tą sprawą jeden z największych czarodziejów w historii, od zawsze radził sobie słabo. Przez ostatnie dziesięciolecia udawało mu się spychać życie osobiste na trzeci plan, co w konsekwencji sprawiało, że nie zajmował się nimi niemal wcale. Tak przynajmniej miało to wyglądać, takie były pozory. W rzeczywistości całkiem świadomie doprowadził do sytuacji, która obecnie wysunęła się na plan pierwszy w jego życiu. Zamiast zerwać emocjonalne więzi z ludźmi tak jak to kiedyś założył, z paroma osobami związał się niebywale głęboko. Uznał te osoby za członków najbliższej rodziny, zdecydował, że zamieszkają one w domu, który wybrał i który otoczył wysokim murem. Musiał przyznać, że nie wyglądało to dobrze.
Uczciwość nakazywała mu stwierdzić, że uzależnił się od tych osób. Nie na tym jednak sprawa się kończyła. Konsekwentnie działał tak, by uzależnić ich od siebie. Obdzierając sprawę z wszelkich szlachetnych intencji i porywów serca jakie miał, sprowadzało się to do egoizmu. Nie było to miłe wyznanie. Pytanie co dalej?
Dyrektor niezbyt raźnym krokiem wszedł do gabinetu i opadł na swoje wygodne krzesło. Zdjął błękitny kapelusz i położył go na biurku; klepnąwszy dłonią w szpiczasty czubek, wbił stożek do wewnątrz. Przez chwilę z pewnym zainteresowaniem przyglądał się zdefasonowanemu nakryciu głowy, po czym spojrzał na ścianę, od strony której dobiegały trochę niepokojące dźwięki. Na jego niezwykłym zegarze okręty, które zastępowały wskazówki, niebezpiecznie kolebały się na wysokich falach, wskazując godzinę czternastą. Stary czarodziej patrzył na tarczę wyraźnie zafrasowany. Wicher szaleńczo dął w żagle, z których jeden zaczął pękać; maleńcy marynarze podnieśli alarm, z narażeniem życia starając się ratować statek.
Bardzo wcześnie rano do okna sypialni Dumbledore`a zapukała wspaniała sowa śnieżna, której bursztynowe ślepia przyglądały się mu z uwagą. Ptak był zapewne ciekaw wrażenia, jakie wywołało jego pojawienie się. Gdy sowa wybierała się w drogę powrotną, wydawała się być usatysfakcjonowana. List od Harry`ego Pottera sprawił, że błękitne oczy dyrektora zapłonęły. Młody człowiek pytał, czy mógłby w przyszłym tygodniu skorzystać ze szkolnej biblioteki, a przy okazji, jeśli dyrektor miałby wolną chwilę, wprosić się na herbatę. Stary czarodziej niezwłocznie odpisał, że będzie zachwycony, mogąc go gościć, i że oczywiście chętnie udzieli mu pozwolenia na korzystanie ze zbiorów bibliotecznych. Dumbledore uśmiechał się promiennie czytając fragment dotyczący biblioteki; Harry nazbyt szeroko, próbował tłumaczyć powody, dla których chciałby z niej skorzystać, co pozwoliło Albusowi domyślać się, że w istocie dla nich obu ważniejsze jest spotkanie przy herbacie. Miał zresztą dziwne wrażenie, że młodzieniec stawiał na jego przemyślność w tym względzie. Powody, dla których Harry faktycznie chciał skorzystać z książek, a może i z doświadczenia swych dawnych wykładowców, nie były dla Dumbledore`a zupełną tajemnicą, mimo że autor listu zgrabnie uniknął podania kluczowej informacji. Jeśli jednak przyjąć, że nadrzędnym powodem wizyty była rozmowa, to dyrektor mógł wierzyć, że młody człowiek w taki czy inny sposób zechce podzielić się z nim swoją decyzją, być może oczekując wsparcia. W odpowiedzi - pragnąc dać Harry`emu dobry punkt zaczepienia i kolejny pretekst - zasugerował możliwość skorzystania ze swych prywatnych zbiorów, które znajdowały się w biurze; oczywiście jedynie z niektórych pozycji.
Poruszony perspektywą spotkania, pogrążony w rozmyślaniach dyrektor wyszedł z biura tak, jak stał: w kapciach, koszuli nocnej, szlafmycy i przysadzistym szlafroku, co jednak nie zdawało się wcale dziwić witających się z nim po drodze rezydentów portretów rozwieszonych po zamkowych korytarzach. W jednej dłoni ściskając list od Harry`ego, a w drugiej pergamin, z odpowiedzią zaszedł do sowiarni, aby wysłać wiadomość. Wiedząc, że nie będzie w stanie nigdzie spokojnie usiedzieć, dość raźnym krokiem (na tyle na ile to możliwe, gdy ma się na stopach poranne pantofle) przemaszerował spory kawał hogwarckich błoni. Dotarł do chatki Hagrida, a gdy po kilku minutach pukania i czekania uprzytomnił sobie, że ten przecież wyjechał, trochę rozczarowany podreptał w stronę jeziora, by odwiedzić Wielką Kałamarnicę i zamienić kilka zdań z wygrzewającymi się w delikatnym porannym słońcu trytonami.
Jeśli idzie o owe nie dające mu spokoju kwestie natury osobistej, to wreszcie przynajmniej jedna sprawa nabrała nieco jaśniejszych barw. Dyrektor przez cały rok utrzymywał dystans, jedynie dyskretnie obserwując, jak Harry i Syriusz sobie radzą. Zgodnie z życzeniem, które młodzieniec bardzo jasno wyraził zaraz po bitwie, stary czarodziej nie naciskał na spotkanie i rozmowę. Czekał na sygnał; nie był jednak pewien, ile to może zająć czasu, a prawdę powiedziawszy, dręczyła go nieznośna obawa, że Harry zechce się odciąć od pewnych rzeczy z przeszłości, zapomnieć o niektórych osobach… w tym o dyrektorze. Tymczasem Albus Dumbledore pragnął podtrzymywać tę znajomość i nie miało to nic wspólnego z jakąkolwiek rozgrywką. Owo bierne wyczekiwanie było jednym z najtrudniejszych wyzwań, z jakimi mierzył się w swoim długim życiu. Na dodatek chłopak nie był jedyną osobą, która w ten sposób dręczyła myśli i serce czarodzieja.
Albus przez chwilę patrzył w okno, po czym zwrócił się do feniksa, który zaprzestał spożywania swego ulubionego posiłku w postaci świeżutkiej mątwy i od jakiegoś czasu z uwagą go obserwował.
- Czujesz to, prawda, mój drogi? Myślę, że wypiję herbatę i zajrzę do Severusa. Powinien niedługo wrócić, wyszedł wcześnie rano. Mam wrażenie, że coś się zmieniło w ciągu ostatnich dni i w jakiś sposób wyczuwam, że to nie jest zmiana na dobre. – Westchnął i szczupłymi dłońmi potarł starą twarz. Wyglądał na zmęczonego - nie w stricte fizycznym sensie, ale jak ktoś, komu coś ciąży na duszy.
- Jakkolwiek strasznie to zabrzmi… czasem tęsknię za tym, co było.
Fawkes podniósł wyżej szkarłatny łebek i kilkakrotnie zagwizdał, czy też może zaświstał. Dumbledore oparł łokcie na blacie i zetknął końce palców.
- Tak, chyba masz rację. – Niezbyt pogodnie przytaknął w odpowiedzi na to, co właśnie zasugerował mu ptasim językiem feniks. - Wygląda przynajmniej na to, że Harry ma ochotę odnowić relacje. Severus za to sprawia wrażenie, jakby chciał je na dobre zerwać. Myślę, że jest zmęczony, rozczarowany naszą znajomością. Może potrzebuje odpoczynku od tego wszystkiego i za jaki czas…
Na chwilę zapadła cisza. Czarodziej zdjął okulary i długimi palcami rozmasował swój krzywy nos w miejscu, gdzie oprawki pozostawiły czerwony ślad.
- Dawniej przynajmniej rozmawialiśmy… Tematy nie były przyjemne, ale były – mówił dość cichym głosem. - Zawsze było coś, co wymagało, by zamienił ze mną choć kilka zdań, a kiedy udawało mi się go namówić na wypicie herbaty albo partię szachów… przyznasz, mój drogi, że wówczas mogłem pokusić się o tę odrobinę pychy i uznać, że jestem naprawdę potężnym czarodziejem. – Czarne oczy Fawkesa uchwyciły spojrzenie dyrektora. Przez starą twarz czarodzieja przemknął cień uśmiechu.
Dumbledore dłuższą chwilę wspominał podejmowane przez siebie działania, które miały na celu wciągnięcie Severusa w bardziej towarzyskie relacje z kolegami, co niestety zazwyczaj kończyło się fiaskiem. Minerwa kiedyś, będąc wyjątkowo poirytowana, w obecności kilku członków grona pedagogicznego, skomentowała to „Zeus podejmuje kolejną beznadziejną próbą oswojenia dzikiego Hefajstosa, który znajduje upodobanie jedynie w uprawianej przez siebie sztuce" (mógłby przysiąc, że była to z jej strony jawna prowokacja). Sam nie mógł się powstrzymać od dodania, że o ile pamięć go nie myli ten akurat bóg mimo swej surowej powierzchowności był wrażliwy na subtelne piękno mając również drugie upodobanie, obsesyjne nawet, w pewnej bogini. Severus rozjuszony tym publicznym atakiem na swą osobę, zwrócił się do Albusa, mówiąc, że według niego dziki i agresywny kot nie powinien szwendać się luzem po Olimpie, nawet jeśli jest to pupil samego Zeusa. Jeżeli zaś Gromowładny nie opanuje bogini przemądrzałości, to mistrz eliksirów zmuszony będzie postąpić w charakterystyczny dla siebie subtelny sposób i powiadomić Wydział Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami by zajęli się kocicą. To był naprawdę długi i ciężki dzień – westchnął stary czarodziej w myślach, w odpowiedzi na owo wspomnienie. - Zresztą atmosfera przez kolejne dwa tygodnie była dość napięta. W gruncie rzeczy jednak, Minerwa była tą osobą, która (pomijając samego dyrektora) spędzała z Severusem najwięcej czasu – wystarczyło dostarczyć jej jedynie delikatnego pretekstu. Tak sytuacja przedstawiała się dawniej; od roku nie było dość mocnego pretekstu, by skłonić ją do nawiązania właściwej relacji służbowej z mistrzem eliksirów, nie mówiąc już o utrzymywaniu z nim jakichkolwiek stosunków towarzyskich. Pomijając wszelkie inne kwestie dotyczące owej sytuacji, Albus musiał przyznać, że zrobiło się zdecydowanie za monotonnie bez tych ich wzajemnych zaczepek i płomiennych dyskusji.
Fawkes przekręcił łebek, wyczekując.
- Przyzwyczaiłem się – odezwał się nadal nieco zamyślony - do tego, że Severus wpadał tu z tą swoją dopracowaną, ścinającą z nóg większość populacji ludzkiej maską na twarzy, a potem zdzierał ją i pokazywał minę skrzywdzonego chłopca, żądając, bym zainterweniował w sprawie Harry`ego i utemperował Minerwę. - Niebieskie oczy błysnęły.
Feniks kilkakrotnie zaskrzeczał i trzepnął skrzydłami. Stary czarodziej popatrzył w rozumne oczy przyjaciela i skinął głową.
- O tak, Minerwa z tą jej surową, wzburzoną miną wpadająca tuż przed nim lub tuż po nim, też pozostawiała niezatarte wrażanie. Ale o ile pamięć mnie nie myli, mój przyjacielu, gdy tylko rozpoczynała się wymiana tych ich wysmakowanych nieuprzejmości, ty dyskretnie ulatniałeś się, zostawiając mnie w ogniu. A zdaje mi się, że z nas dwojga, właśnie ty jesteś przystosowany do odradzania się z popiołów. - Długi palec dyrektora oskarżycielsko wskazał na feniksa, ale ten nie wydawał się specjalnie przejmować zarzutem, uznając widocznie, że jego zachowanie było uzasadnione. To, że był feniksem nie musiało oznaczać, że ma ochotę wskakiwać w każde ognisko i spopielać się; chyba stary i zazwyczaj rozumny czarodziej nie oczekiwał, że będzie się narażał na obrażenia spowodowane szalejącą w biurze Szatańską pożogą. Czarne oczy pobłażliwie spojrzały na Dumbledore`a, który uśmiechał się teraz delikatnie, kręcąc młynka kciukami.
- Jego arogancja i wściekłość przeciw zestawowi jej dobrych manier i furii. Niebezpiecznie blisko wydobycia różdżek. Pamiętasz, jak wysłali sobie liściki obłożone zaklęciami? Dobry Boże! - Tym razem czarodziej zachichotał, przypominając sobie całe zajście; Fawkes zawtórował mu, unosząc w górę skrzydła i pogwizdując. A potem znów wszystko ucichło i wesoły nastrój prysnął niczym mydlana bańka.
Dumbledore nabrał powietrza i przez zbyt długi czas zdawał się nie oddychać; patrzył gdzieś w dal ponad głową pierzastego towarzysza. Wreszcie wstał i podszedł do okna. Przez długą chwilę wpatrywał się w puste błonia - żadnych uczniów, jedynie trzy testrale przelatywały nad jeziorem, kierując się ku lasowi.
- Kiedy w zeszłym roku nie złożył podania o stanowisko nauczyciela czarnej magii, myślałem, że wróci do tego w tym roku - powiedział zamyślony.
Fawkes zaćwierkał głośno i postukał wielkimi pazurami w drążek, na którym siedział (kawałek mątwy zsunął się z żerdzi i chlapnął o srebrną tacę umieszczoną poniżej). Dyrektor nadal odwrócony do okna - nie zwracając uwagi na nieco obrzydliwy odgłos, jaki wydał posiłek jego pupila - kiwnął głową i odezwał się mocniejszym głosem:
- Naturalnie, że tak, mój drogi, to zawsze był upór i przekora, ale też, jak sądzę, potrzeba ujrzenia w oczach innych uznania; mieli pokłonić głowy, uznając jego wirtuozerię w czarnej sztuce. Nie jest i nigdy nie będzie wirtuozem czarnej magii. Nie potrafi zrozumieć, że to właśnie czyni go godnym, by schylić przed nim głowę - to, że nie przekroczył granicy, za którą mógł osiągnąć owo mistrzostwo. Poświęcił za to wiele, by stać się arcymistrzem w tym, co jest jego prawdziwą pasją i w tej dziedzinie zna swoją wartość i nie potrzebuje, by ktoś bił mu pokłony i trąbił o tym dokoła. Tylko widzisz, mam wrażenie, że nie chodzi o to, że on nagle pojął, w czym rzecz. Wygląda raczej na to, jakby odpuścił sobie walkę o swoje marzenia… Jakby naprawdę nie zostało już nic do osiągnięcia, żadnego celu – odrzekł, wspominając niedawną rozmowę, jaką odbył z młodym czarodziejem na Wieży Astronomicznej.
Od strony żerdzi w odpowiedzi dobiegło go przeciągłe skrzeczenie i pogwizdywanie; Fawkes starał się, jak tylko mógł, poprawić nastrój swemu czarodziejowi, wytrwale bijąc się z kłębami jego ciemnych myśli. Dumbledore, uśmiechając się blado, zwrócił połyskującą w świetle srebrną głowę w kierunku towarzysza.
- Terapia szokowa. Jest to jakiś pomysł. – Przeczesał palcami długą brodę i zaczął bawić się wielkim mosiężnym kluczem, który leżał na szerokim kaminnym parapecie. - Z całą pewnością. No cóż, przyznaję, przez moment kusiło mnie, żeby mu to zrobić, ale, jak sądzę, problem by nie zniknął. Zresztą gdybym zaoferował mu tę posadę i przyjął innego mistrza eliksirów, mielibyśmy tu… sądne dni. – Głos dyrektora zabrzmiał znowu pogodniej. - Wyobraźnia podsuwa mi straszne obrazy – ciągnął czarodziej. - Nasz wirtuoz byłby nie do opanowania. Przez chwilę cieszyłby się stanowiskiem nauczyciela obrony, a potem zacząłby komentować sprawy warzenia i nauczania swego biednego następcy. A, jak wiemy, Severus, gdy poczuje natchnienie, potrafi być nad wyraz nieprzyjemny. Obawiam się, że w ten sposób, ta tak zwana klątwa przeniosłaby się z obrony na eliksiry i tak czy tak przynajmniej raz do roku bylibyśmy zmuszeni szukać nowego nauczyciela.
Feniks zagwizdał, a potem ćwierknął kilka razy, wznosząc łebek ku górze. Dumbledore dyskretnie mlasnął, a jego jasno niebieskie oczy zaświeciły nagle łobuzersko. Fawkes zasugerował, że po szkole niosłyby się narzekania dotyczące tego, że nowi nauczyciele eliksirów są podejrzanie mili i prowadzą zajęcia z niestosownym entuzjazmem co może świadczyć o braku poważnego podejścia do niebezpiecznej dyscypliny; że noszą się za kolorowo co rozprasza uczniów; że eliksiry są za smaczne, co może oznaczać, że zmodyfikowano doskonałe receptury zmniejszając ich skuteczność…
- I zapewne jako pierwsza przeklęłaby mnie za tę decyzję pani Pomfry. Przypuszczam, że inny mistrz eliksirów w tej szkole może się pojawić dopiero po trupie obecnego. Zdecydowanie nie mam zamiaru pozwolić na takie zamieszanie za swojej kadencji. Ciebie, mój drogi, może to jednak nie ominąć, jeśli posiedzisz tu dłużej.
Fawkes poruszył skrzydłami, a potem wymownie ukrył za nimi głowę.
Gdy dyrektor odezwał się ponownie, ton jego głosu sposępniał.
- Nie zaproponowałem mu tej posady ponieważ nie odważyłem się zaryzykować, obawiając się, że klątwa nadal ciąży i że możemy go stracić. Taka jest prawda. Mam wrażenie jakby jakimś sposobem okpił śmierć i jakby ona szukała dostępu. Jakby ten czas, który teraz mamy został nam darowany przypadkiem… Gdyby odszedł, tak naprawdę wszystkim brakowałoby nie mistrza eliksirów, tylko Severusa. I tego nie dałoby się niczym zastąpić. Brakuje mi… - Przymknął oczy.
Feniks wyciągnął szyję, która nadzwyczaj się wydłużała i pokręcił łebkiem; jego wyłupiaste ślepia z uwagą wpatrywały się w dyrektora - walka z cieniami, jakie otaczały jego przyjaciela stawała się coraz trudniejsza.
Stary czarodziej nadal miał zamknięte oczy, a jego szczupłe dłonie zwinęły się w pięści, które w jednej chwili pobielały, zaciskane z desperacką siłą.
- Jestem paskudnie sentymentalny. Brakuje mi tych chwil, gdy wracał ze spotkań z Tomem i gdy udawało mi się wymusić na nim, by dał sobie pomóc… - odezwał się po chwili; jego głos zdawał się dochodzić z dużej głębokości, drżał; to były te rzadkie chwile, gdy ów wytrawny gracz tracił swoją własną maskę. Wziął głęboki oddech i jeszcze mocniej zacisnął powieki. - Gdy siedziałem przy nim. Kiedy zasypiał. Uspokajał się pod dotykiem mojej ręki. To były jedne z najgorszych i zarazem najlepszych chwil. Przyznasz, że ludzie są dziwni.
Fawkes zaczął cicho nucić. Dumbledore powoli się wyciszał. Wreszcie otworzył oczy, które były nieco szkliste i powoli podszedł do żerdzi, na której siedział jego przyjaciel.
Feniks, dośpiewawszy pieśń, zamilkł. Znał czarodzieja na tyle dobrze, by wiedzieć, że tak naprawdę tylko on sam może rozpędzić swoje czarne myśli, ruszając do działania; dopóki będzie poprzestawał na obserwowaniu i rozważaniu, cienie wokół będą tylko rosły. Być może wtrącanie się w czyjeś życie nie zawsze było na miejscu, ale czasem… Dostatecznie długo siedział na żerdzi w tym biurze, by zorientować się, jak funkcjonuje sam dyrektor, jak i tych kilka osób, dla których tak intensywnie biło serce jego przyjaciela. To, że domagały się one kategorycznie, by starzec przestał się wtrącać w ich prywatne sprawy, wcale nie musiało oznaczać, że będą czuły się dobrze, gdy ich mentor zastosuje się do tego żądania. Ludzie są dziwni.
Przez chwilę na siebie patrzyli, a potem stary czarodziej, uśmiechając się smutno, wyciągnął dłoń i pogładził błyszczące pióra.
- Tamte problemy przestały istnieć, mój przyjacielu, część rzeczy jakby wygasła, ale w miejsce tych relacji nie pojawiły się nowe…
Ptak znowu zaskrzeczał i, spoglądając z ukosa na krzywy nos Dumbledore`a, uderzył kilka razy nogą w pręt, próbując zachęcić czarodzieja do nieco chłodniejszej analizy problemu i podjęcia jakieś rzeczowej decyzji, która mogłaby pchnąć sprawy na przód.
- Czuję, że nie. On nie chce budować nowych relacji – powiedział dyrektor z goryczą. - Ma prawo pokierować swoim życiem wedle swej woli, nawet jeśli ten kierunek… nie jest zgodny z moimi pragnieniami.
Znowu odpowiedziało mu skrzeczenie. Czarodziej nabrał powietrza i przysiadł na schodach prowadzących na drugi poziom biblioteki. Splótł długie palce swych dłoni i wpatrywał się w nie intensywnie.
- Wiem, że cierpi – odezwał się z powagą. - Nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji… A ja nie umiem mu nic zaproponować. Nie potrafię mu pokazać, jaki jest dla mnie ważny, mój przyjacielu. Nie wierzy mi. Wymusiłem na nim te wszystkie rzeczy. – Przymknął powieki. - Uważa, że go nie szanuję… Nie może pogodzić się z tym, że mu nie powiedziałem o przepowiedni.
Fawkes zakwilił.
- Tak, ale on tego nie rozumie, nie chce myśleć tymi kategoriami. Jestem bezsilny, nie potrafię sprawić, by zaczął żyć, nie umiem mu pomóc – powiedział, podnosząc głowę i spoglądając w kierunku okna. - Czuję, jak coraz bardziej zamyka się w sobie, odcina. Od wszystkiego. Sytuacja z Minerwą… - Kolejny raz westchnął bezradnie. – Ona też się odcięła i to nie tylko od Severusa. Stara się to ukryć, ale dzieje się z nią coś bardzo niedobrego. Chociaż, czasem myślę… – Zmarszczył czoło i powoli ukrył twarz w dłoniach, zagłębiając się w myślach. Dumbledore od dłuższego czasu rozważał możliwe powody tej nagłej zmiany w zachowaniu Minerwy. Pytanie, czy nos cię nie zawodzi, Albusie – rzucił w myślach. - Może widzisz tylko to, czego byś sobie życzył.
Feniks bardzo uważnie obserwował przygarbioną postać; coś w jego przyjacielu dojrzewało – znał go wystarczająco długo, by to wiedzieć. Gdy po chwili Dumbledore podniósł głowę, jego jasnoniebieskie oczy błyszczały.
- Co powiesz, mój drogi, na to, bym jednak się wtrącił i zaaranżował jakąś sytuację, w której mogliby… byli zmuszeni pokazać swoje prawdziwe uczucia? – wypowiedział zdecydowanym głosem; bezradny staruszek jakby nagle gdzieś wyparował.
Feniks nie odpowiedział – nie było potrzeby. Dyrektor kontynuował:
- Myślę, że czas najwyższy zakończyć tę ich dziecinadę, zanim wyrządzą sobie jeszcze większą krzywdę. To oczywiste, że tęsknią do siebie wzajemnie. Dziękuję ci – dodał uprzejmie, kiwnąwszy ptakowi głową. Fawkes skłonił szkarłatny łebek. – Zdaje się, że przerwałeś dla mnie spożywanie swego posiłku. Wygląda na trochę wyschniętą. Wybacz.
Mątwa faktycznie nie była pierwszej świeżości, ale cóż, nadal jadalna – tak przynajmniej sugerowało spojrzenie, jakie rzucił na nią Fawkes już po tym, gdy jego pazur ostrożnie zbadał mięso.
Do okna zapukała duża brązowawa sowa. Dyrektor wstał i całkiem raźnym krokiem poszedł otworzyć posłańcowi. Pogłaskał zwierzę po głowie i wypiętej piersi, nim odwiązał sporych rozmiarów kopertę. Sowa, nie czekając na jakąś dodatkową gratyfikację, rzuciła się w powietrze i dość szybko zniknęła z pola widzenia. Dumbledore, zostawiając otwarte okno, usiadł za biurkiem i zabrał się za rozpakowywanie przesyłki. Wewnątrz znajdował się plik pism. Na pierwszym złożonym arkuszu widniało wypisane ręką Severusa:
.
Ten list, Dumbledore, bądź łaskaw odczytać w pierwszej kolejności.
.
Albus zamarł. Serce zaczęło mu bić jak szalone, ręce delikatnie zadrżały. Trwało długą chwilę, zanim przełamał się, by rozłożyć pergamin.
.
Dyrektorze!
Warunki układu, jaki zawarliśmy przed osiemnastu laty, zostały wypełnione. Dyskusja na temat przebiegu współpracy jest dla nas obu zbyt niewygodna, a na dodatek nikomu nie potrzebna, jako że obaj znamy fakty (jeśli jakieś swym zwyczajem przede mną zataiłeś – to szczerze pragnę umrzeć w nieświadomości). Bez wątpienia zawsze byłeś lepszym graczem niż Twój przeciwnik. W rozliczeniu - Czarny Pan, daj Merlinie, całkiem nie żyje, w przeciwieństwie do Pottera. Dwa rubiny w twej klepsydrze i, o ironio, dwa szmaragdy w mojej. Lily odeszła a Ona jest bezpieczna. Po jednym do tyłu;, po jednym na plus. Przyjmuję, że główny rachunek się zgadza.
Śmierć zakpiła sobie z nas obu (to pocieszające, że tobie też się takie rzeczy przytrafiają) i nie rozwiązała naszej umowy w przewidywany sposób. Obaj nadal żyjemy.
Czas zakończyć tę farsę. Zawsze miałeś problem ze zwalnianiem pracowników, którzy zdecydowanie nie spełniali koniecznych kryteriów. Moja rezygnacja znajduje się w dokumentach, które otrzymałeś.
Na pergaminie pozostawionym w gabinecie w lochach znajdziesz kilka nazwisk ludzi, którzy są dość kompetentni w swoim fachu i dość dyspozycyjni, by ewentualnie mogli zająć stanowisko nauczyciela eliksirów. Być może uznasz któregoś z nich za odpowiedniego. Zabieram z moich kwater kilka osobistych rzeczy, resztą dysponuj wedle woli. Na biurku zostawiłem posegregowane papiery, wśród nich są notatki dotyczące prac badawczych. Zostawiam te zapisy, które dotyczą modyfikacji, jakie wprowadzałem do eliksirów potrzebnych Poppy. Są wypróbowane i skuteczniejsze od poprzednich wersji, była zadowolona z ich działania, przekaż je więc nowemu nauczycielowi eliksirów.
Żywię nadzieję, że jeśli chodzi o rezygnację, wszystko zostało spisane i załatwione właściwie, jeśli jednak znajdą się jakieś urzędowe nieścisłości, dopełnij proszę sprawy.
Jestem świadom tego, że nasze wzajemne stosunki były uwarunkowane wyłącznie tamtą umową – tak z twojej, jak i z mojej strony. Mimo tego sprawiłeś, że na czas tej służby miałem dom, który był również twoim i jej domem. Dziękuję.
Zabezpieczenia moich kwater nigdy nie stanowiły dla ciebie problemu.
Bądź zdrów, dyrektorze.
Dbaj o Nią.
.
PS
Rezygnacja oznacza, że zdecydowałem się odejść i zerwać kontakt. Przyjmij to do wiadomości, Dumbledore. Moja teraźniejszość i przyszłość są do mojej wyłącznej dyspozycji.
Jestem przekonany, że to nie da ci spokoju, toteż dla twojej wiadomości piszę. Ja i Ona przeprowadziliśmy uroczą rozmowę. Zyskałem pewność. Nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Nie zna tajemnicy. Nie próbuj się wtrącać w tę sprawę. To jeden z ostatnich strzępów mojej prywatności i nie czuj się uprawniony do wydzierania mi go z uzasadnieniem, że uważasz, iż tak będzie dla mnie, dla Niej, czy dla świata lepiej.
I na Salazara – jestem przekonany, że to ty, Dumbledore, jesteś w rzeczywistości ślepcem. Jeszcze nie jest za późno, by przestać patrzeć na nią przez pryzmat mojej osoby.
Severus Snape
.
W pierwszym odruchu, z jakąś iskrą nadziei w sercu, dyrektor zerwał się i pobiegł do lochów. Nie umiał sam sobie potem wyjaśnić, czego właściwie się spodziewał; oczywiste było, że Snape wyjechał bez pożegnania. Mimo wszystko umysł i serce Dumbledore`a nie umiały pogodzić się z tym faktem. Powinien był przecież jakoś przewidzieć taką sytuację. Powinien się domyślić. Powinien był wiedzieć. Na korytarzu tuż przy wejściu do kwater mistrza eliksirów wyminął milczącego Krwawego Barona; wisiał w powietrzu z ułożonymi na rękojeści ciężkiego miecza, okutymi w łańcuchy rękami. Duch Domu Slytherina prawdopodobnie spodziewał się tej wizyty; nie odezwał się, nawet nie drgnął, gdy dyrektor uparcie pukał i dopraszał się, by nieobecny gospodarz otworzył. Zdawało się, jakby obaj po prostu wiedzieli, że taka beznadziejna scena musi zostać odegrana, by mogła nastąpić kolejna. Gdy Albus złamał zaklęcia zabezpieczające drzwi (Severus Snape nie zamierzał ułatwiać mu sprawy – blokady były wystarczająco mocne, by odział łamaczy z Biura Aurorów utknął w korytarzu na dobry miesiąc, a spece z Gringotta przynajmniej na tydzień) i wszedł do wnętrza, zastał pozostawiony w nienagannym porządku gabinet i komnaty prywatne. Na biurku, zgodnie z informacją zawartą w liście, leżały notatki: cztery stosy posegregowanych pergaminów i dwie książki, w których marginesy zapełnione były uwagami. W zasadzie niewiele więcej. Zniknęły rzeczy osobiste. Z pokaźnych zasobów biblioteki ubyło jedynie kilkadziesiąt pozycji. Zabrana została też część z prywatnego wyposażenia laboratorium.
W komnatach Snape`a nie było żadnych magicznych portretów, więc nie miał szansy dowiedzieć się czegokolwiek tą drogą. Naturalnie, wizyta w rodzinnym domu mistrza eliksirów na Spinner`s End, którą odbył kilka minut po zlustrowaniu kwater zamkowych, nic nie przyniosła – wyglądało na to, że i stąd gospodarz się wyprowadził; ukryty pokój, w którym pan domu urządził swoje laboratorium, był w tym momencie pusty, jeśli nie liczyć uderzająco czystych stołów i szaf.
Następny dzień Dumbledore spędził dość bezczynnie, wpatrując się w list i album ze zdjęciami, który zwykł trzymać w drugiej szufladzie swojego okazałego biurka; kolejny upłynął mu na przewracaniu do góry nogami szuflad i skrytek w komnatach Snape`a.
Na stoliku stojącym obok fotela przy kominku Severus pozostawił swój album. Dumbledore sprezentował mu go z okazji Świąt Bożego Narodzenia - pierwszych, które spędził w Hogwarcie jako członek grona pedagogicznego. Zawierał on ku zaskoczeniu dyrektora pokaźną kolekcję fotografii. Na początku wklejone było zdjęcie z Uczty powitalnej, na której Severus został zaprezentowany jako nowy mistrz eliksirów i opiekun Slytherinu – Albus sam je tam umieścił i opatrzył dedykacją. Na następnej stronie znajdowało się pożółkłe i wymięte zdjęcie Elien, matki Snape`a a dalej trzy mugolskie fotografie, na których była Lily – na jednym widniał obok niej młodziutki Severus; między stronami wetknięty był ususzony kwiatek, szmaragdowa wstążeczka i dwa liściki napisane bardzo starannym dziecięcym pismem matki Harry`ego. Kilkanaście fotografii przedstawiało uczniów z różnych domów w tym syna Lily. Dziesiątki stron wypełnione były zdjęciami, na których widniała Minerwa lub dyrektor; sam Severus znajdował się jedynie na tych, które podrzucił mu Albus. Strony księgi były nieskazitelnie czyste, dyrektor zastanawiał się więc, czy właściciel wracał do tych zdjęć – wspomnień, czy jedynie je tu archiwizował. Musiało być to ważne dla Severusa, skoro poświęcał swój cenny czas i uwagę na uzupełnianie albumu. Nie zabrał go jednak, jakby pragnął pozbyć się wszelkich wspomnień i sentymentów.
Dumbledore poczuł zimny dreszcz.
W szufladzie, w nocnej szafce pozostało oprawione w ramkę zdjęcie przedstawiające dyrektora, Minerwę i młodego mistrza eliksirów podczas tradycyjnego pikniku odbywającego się po pierwszej radzie pedagogicznej, tuż przed rozpoczęciem roku. Albus podarował takie samo zarówno Severusowi jak i Minerwie.
Dyrektor nie miał wątpliwości, że Snape zostawiając te osobiste, wiele zdradzające na jego temat przedmioty, liczył na to iż on je znajdzie i zabierze nim wpuści tu nowego lokatora. Tylko dlaczego?
Po kilku godzinach starań Dumbledore otworzył zabezpieczony szczególnie zjadliwymi zaklęciami schowek znajdujący się w ścianie sypialni. Kamienne bloki rozsunęły się, pozwalając zajrzeć dyrektorowi do środka. Serce mu zabiło, gdy zobaczył paczuszkę; dotąd wszystkie tajemne miejsca, w które zajrzał, były opróżnione. Rzucił kilka zaklęć, by sprawdzić przedmiot; tym razem poczuł, jak robi mu się gorąco. Zaklęcia wskazały, że przedmiot przeznaczony jest dla niego. Severus coś mu zostawił.
Sięgnął po paczkę. Rozwinął fioletowy papier.
W srebrnym pudełku znajdowało się opakowanie jego ulubionej pitnej czekolady z marcepanem - bardzo wykwintny i rzadki gatunek oraz przyprawa, którą mistrz eliksirów już kiedyś mu podarował (jego własna kompozycja) - czekolada w połączeniu z nią miała nieopisanie cudowny smak i aromat. Była też para wspaniałych mugolskich skarpet - zielonych, z pięknie wyhaftowanym na kostce herbem Hogwartu, feniksem i inicjałami APWBetcD.
Dumbledore westchnął i uśmiechnął się, widząc tę małą łacińską złośliwość dodaną po inicjałach wszystkich jego imion. Snape przez jakiś czas wymyślał mu dodatkowe imiona, naturalnie cudownie złośliwe, które umieszczał na posyłanych do niego - prywatnych i służbowych - notkach. Mistrza eliksirów zainspirowało przemówienie, jakim popisał się na jednym z ministerialnych rautów szef Departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof. Albus wyświadczył departamentowi drobną grzeczność, która pomogła zażegnać pewną kryzysową sytuację, więc ów człowiek uznał za słuszne wyjaśnić światu, ile zawdzięczają dyrektorowi (swoją drogą był to zdecydowanie podejrzany wybuch wdzięczności ze strony ministerstwa). W ten sposób przez bite dwadzieścia minut rozprawiał o symbolice imion, które nosi Dumbledore, starając się udowodnić, jak trafnie zostały one dobrane, przy czym nie dotarł do punktu, w którym wyjaśniłby, o jaką katastrofalną sytuację chodziło i co za uprzejmość wyświadczył im dyrektor. W związku z tym Severus przy każdej okazji, gdy dyrektor zażegnał jakiś szkolny czy „światowy" kryzys, sugerował, że słuszne byłoby przyjęcie kolejnego imienia, które uzasadniałoby dokonanie owego czynu. Wymyślał imię, wyczerpująco argumentując wybór, po czym nieodmiennie zgłaszał Minerwie, że należy dokonać aktualizacji w dokumentach osobistych dyrektora - przesłać dane do odpowiedniego urzędu w ministerstwie i podać informację do prasy. Droga Minerwa występowała oczywiście z pozycji osoby poważnie traktującej życie i potępiającej podobną dziecinadę a przy tym marnowanie jej czasu i brak właściwego szacunku dla ich zwierzchnika oraz do pełnionej przez nią funkcji. Co ciekawe jednak, Albus wiedział, że żadnego z tych otrzymanych od Severusa listów nie wyrzuciła… Sam Dumbledore kolekcjonował notki w sposób całkowicie jawny; Snape potrafił być w swej złośliwości wyjątkowo błyskotliwy.
W pudełku był też liścik. Stary czarodziej otworzył go, znajdując tam jedno słowo, nic więcej.
.
Dziękuję.
.
Długi czas stał, wpatrując się w drobne, ciasne pismo. Potem po prostu usiadł pod ścianą i zacisnął powieki. Kurczowo trzymając pudełko i list, siedział tak następne kilkadziesiąt minut.
Trzy następne dni starał się zdobyć informacje na temat miejsca pobytu swego byłego pracownika. Nie, nie byłego, dyrektor nie miał na razie zamiaru przyjmować rezygnacji Severusa Snape`a. Szanował jego wolę, ale… Jeśli Severus naprawdę chce odejść, będzie musiał się bardziej postarać. Samo odejście z pracy to jedno, ale opuszczenie domu i rodziny to już kwestia innej wagi. I gdyby Albus miał choć cień nadziei na to, że którekolwiek z powyższych przyniesie Severusowi szczęście albo chociaż otworzy przed nim jakąś nową drogę, na której odnajdzie przyzwoity cel… Rzecz w tym, że nie wierzył i nie miał zamiaru przyglądać się bezczynnie jak Snape popełnia ten błąd. Sam zresztą też nie zamierzał powtarzać błędu z przed lat.
Na kolejne dwa dni dyrektor zamknął się w swoim gabinecie, nie schodząc nawet na posiłki. Wysłał kilka sów i odbył parę rozmów przez kominek; Fawkes to znikał, to pojawiał się w kłębie płomieni, informując go o tym, jak się mają sprawy, które zlecił mu wybadać. Poszukiwania na razie nie przyniosły skutku, nawet przy możliwościach Dumbledore`a wymagało to trochę czasu.
.
xxx
.
Profesor McGonagall zapukała do biura dyrektora i po chwili, gdy usłyszała zaproszenie, weszła. Wróciła poprzedniego dnia wieczorem.
- Dzień dobry, Albusie – odezwała się kulturalnym tonem. Minerwa podobnie jak Severus miała urzekającą barwę głosu; oboje potrafili doskonale korzystać ze swych instrumentów. Wymarzone warunki wokalne do pracy w tym zawodzie – bezdyskusyjnie skupiali na sobie uwagę i wywierali doniosłe wrażeni na słuchaczach.
- Witaj, moja droga. Jak wyjazd? - Uprzejmie wskazał jej wygodne krzesło z podłokietnikami, które stało przed biurkiem i na którym lubiła siadać. Mimo perfekcji wykonania był to niezbyt gustowny mebel: na obrzeżach miał intarsję przypominającą szkocką kratę i bardzo misternie wyobrażone kwiaty maku, a tapicerka miękkiego, pikowanego siedziska była zielona. Wiele lat temu kupił trzy takie krzesła, ponieważ mimo wszystko miło mu się skojarzyły - z nią (oczywiście nie w tym rzecz, że Minerwa nie miała gustu). Obok stało inne - czarne, bardzo proste, ale całkiem wygodne - to kupił z myślą o innej osobie.
- Pomyślnie. Naprawdę wszystko ułożyło się nad podziw dla nas korzystnie. – Zachowując zwykłą powściągliwość, usiadła na swoim krześle. Sprawiała wrażenie, że jest raczej w dobrym nastroju, jak zazwyczaj pełna energii do pracy. Dumbledore spojrzał na nią uważnie. Jej oczy były lekko podkrążone i raczej przygasłe; tak było od dłuższego czasu.
- Wspaniale. Cieszę się, że nie miałaś kłopotów – odpowiedział uprzejmie i uśmiechnął się ciepło. - Nie powinienem był się zgodzić byś w ogóle się tym zajmowała, można to było załatwić pocztą!
- Nonsens. Pocztą nic byśmy nie załatwili – zareagowała stanowczo z nutą potępienia w głosie. - Mają wówczas czelność w nieskończoność zbywać człowieka jakimiś żałosnymi wymówkami. Wyglądasz na zmęczonego, Albusie. – Jej głos był zasadniczy, ale z tą szczyptą poufałości i troski, jakie pozwalały komuś uważnemu domyślić się, co kryje pod zasłoną formalności. Wielkie oczy świdrowały go.
- Och, dziękuję. Nie sypiam ostatnio zbyt dobrze. Za cicho tu i za nudno, gdy nie ma uczniów. Wiesz, że to zawsze wybija mnie z rytmu. Muszę się czymś zająć. Może miałabyś chęć zagrać w kręgle? Poczęstujesz się? – Wyciągnął ku niej metalowe pudełeczko z cukierkami nadziewanymi malinową marmoladą.
Pokręciła odmownie głową.
- Nie, dziękuję, ale miło z twojej strony. – Wyraźnie odnosiło się to tak do słodyczy jak i kręgli; Minerwa nigdy nie grała w kręgle i zupełnie nie odczuła w tej chwili potrzeby, by to zmieniać. Sam pomysł był już dość absurdalny, ale w stylu Albusa, więc nie zwróciła na to specjalnej uwagi. - Może powinieneś odwiedzić Poppy? – zasugerowała rozsądnie.
- Może… Myślę, że wpadnę do niej po jakiś środek nasenny, bo w końcu potknę się o własny nos. A nie wydaje się wskazane, by został on złamany kolejny raz; na tej krzywiźnie doskonale trzymają się okulary. – Zza szkieł-połówek błysnęły do niej błękitne oczy. - Widzę, że od samego wakacyjnego poranka jesteś w pogotowiu. Nie masz dla siebie żadnej litości, moja droga. – Skierował jasne spojrzenie na stos dokumentów, na którym trzymała równo złożone, eleganckie dłonie.
- Jeśli nie robi się tego systematycznie, to potem nie ma szansy zdążyć – powiedziała rzeczowym, nieco zbyt pedagogicznym tonem. - To są poważne sprawy.
- Naturalnie, że to są poważne sprawy, ale ty jesteś dla mnie co najmniej równie poważną sprawą, Minerwo – odezwał się poufale, patrząc na nią bardzo uważnie. - Wakacje są potrzebne wszystkim, nie tylko uczniom.
Policzki profesor McGonagall pokryły się leciutkim rumieńcem, ale spojrzała na niego nieco krytycznie spoza swych prostokątnych okularów.
- Z całą pewnością. Pragnę jednak zauważyć, że ty od rana siedzisz w biurze pochylony nad dokumentami. – Sugestywnie wskazała zarzucone pergaminami biurko i pokiwała głową, po czym płynnie przeszła do rzeczy: - W tym roku jest sporo dzieci z mugolskich rodzin i kilkoro pochodzenia czarodziejskiego z domów opieki. Wiesz, że to specjalne sprawy i wymagają szczególnej uwagi - powiedziała z naciskiem. – Musimy to przedyskutować, a potem trzeba przygotować dokumentację.
- Tak, naturalnie. Co ja bym bez ciebie zrobił? – Uśmiechnął się i zabrał za przekładanie i przegarnianie szpargałów piętrzących się na biurku, by zrobić miejsce na dokumentację, którą przyniosła oraz dwie filiżanki herbaty. - Dzięki Bogu, całej tej administracyjnej procedury nie było na egzaminach, jakie przyszło mi składać. Musiałbym chyba posłać kogoś pod działaniem Eliksiru Wieloskokowego w zastępstwie, by to zaliczyć.
- Mam nadzieję, że nie przyjdzie ci do głowy by podzielić się tym spostrzeżeniem z uczniami podczas uczty powitalnej. – Można zaryzykować twierdzenie, że znakomita większość ludzi gotowa byłaby zapłacić, by nigdy nie czuć na sobie spojrzenia, jakie właśnie posłała swemu przełożonemu.
- Obawiam się moja droga, że nie powiedziałbym im niczego odkrywczego. Rzecz w tym, że najpierw musieliby zdobyć eliksir. Gdybym zasugerował jakieś przyzwoite rozwiązanie tego problemu, to co innego.
- Śmiem twierdzić, że dyrektor, który ma być ostoją prawa i porządku inspirujący swych młodocianych podopiecznych do ewidentnie przestępczej działalności to kuriozum.
- Och, od przestępczych myśli do czynów jest jednak kilka żabich albo i kangurzych skoków - powiedział Dumbledore z karygodną beztroską.
- No chyba nie mówisz poważnie, Albusie – wyrzuciła tym tonem, który paraliżował nawet najbezczelniejszych uczniów a na twarz Severusa Snape`a przywoływał pełen diabelskiej satysfakcji uśmiech. – Wiesz, zazwyczaj jednak czyny są naturalnym następstwem myśli i nawet jeśli dzieli je kilkanaście kangurzych skoków to często przychodzą one zbyt łatwo. Wolałabym byś nie dostarczał uczniom natchnienia w tym kierunku. Chociaż przyznam, że często wątpię w to czy większość z nich pomyśli nim coś powie albo zrobi.
- No tak. Chociaż, odważę się twierdzić, że niekiedy trzeba odpuścić głębsze rozważania i pozwolić sobie na spontaniczność. – Przerwał przekładanie czasopism by spojrzeć na nią uważniej. – Czasem przychodzi mi do głowy, że tak zwany rozsądek z całym jego arsenałem należy wyrzucić do kosza.
- Wybacz, ale wątpię, by taki radykalizm kiedykolwiek był wskazany. Bo chyba nie próbujesz sugerować, że powinnam zająć się sprawami administracyjnymi szkoły rezygnując z rozumu na rzecz emocji? - Nie wytrzymała i zaczęła porządkować biurko od swojej strony, co naturalnie szło jej dużo sprawniej niż właścicielowi.
- Ta administracyjna pajęczyna. Nie wywołujmy Akromantuli z Zakazanego Lasu, Minerwo. Mówiłem o bardziej ludzkich stronach życia. Dziękuję ci – powiedział patrząc jak sobie radzi z jego bałaganem. - Nie wdaje ci się, moja droga, że czasem naprawdę warto byłoby zdać się na uczucia, zamiast bez końca rozważać i przeliczać?
- Obawiam się, że nie podzielam twoich teorii w tym względzie. I bynajmniej, nie chodzi o bezduszność, Dumbledore, raczej o umiejętność znalezienia złotego środka – odpowiedziała uciekając wzrokiem i przybierając kamienny wyraz twarzy. Wyraźnie siliła się na spokój. Położyła na blacie przyniesione dokumenty, próbując skupić się na czymś innym.
- Ach, złoty środek – powiedział entuzjastycznie, nie przestając się jej przyglądać. – Jak widać co do istoty jesteśmy doskonale zgodni. Gdzieś w okolicach setki nabrałem przekonania, że częściej powinniśmy podążać za tym co podpowiada serce. Ono lepiej wyczuwa co dla nas dobre niż rozum wykalkuluje. – Uśmiechnął się do niej życzliwie ale nieco zbyt smutno i wskazując na biurko rzekł: – Skoro mamy tu trochę miejsca, pozwolę sobie zaproponować ci herbatę.
- Chętnie, dziękuję – zgodziła się, spoglądając na niego z lekką dezaprobatą, po chwili jednak zapytała: - Są jakieś kłopoty, coś cię martwi? – Tym razem jej głos był pełen troski, a wielkie oczy śledziły go uważnie, gdy krzątał się przy przygotowywaniu obiecanej herbaty.
- Naprawdę aż tak źle wyglądam, gdy się nie wyśpię? - rzucił przez ramię i nim miała szansę odpowiedzieć, dodał: - Rozmawiałaś ostatnio z Severusem? – Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ten temat nie zostanie przyjęty życzliwie.
- Zdaje się, że wyjechał, Filch wspomniał, gdy widziałam go przed przyjściem tutaj – wygłosiła na wydechu. - Podobno mamy problem z mrówkami na parterze, chciał jakiś środek owadobójczy.
- Severus?
- O czym ty mówisz, Albusie. Filch, oczywiście. Odesłałam go do Hagrida.
- Ach, tak. Hagrid był tu dwa dni, jednak potem, że się tak wyrażę, tymczasowo wyemigrował, przenosząc się do Francji, by w rozkosznym towarzystwie Madame zajmować się konsumpcją magicznych ślimaków. Prosiłem, żeby przywiózł na spróbowanie… Ślimaki, naturalnie… chociaż może powinienem z grzeczności wspomnieć również o rozkosznym towarzystwie – poinformował nieco frywolnym tonem. Jako że nadal stał odwrócony tyłem, Minerwa jedynie mogła się domyślić, jaki dyrektor ma wyraz twarzy, tak jak on domyślał się bezbłędnie, że jej usta właśnie ściągnęły się w cienką linię, a plecy wyprostowały.
- Podobno pobudzają…
Chrząknęła znacząco.
- … magiczny potencjał – dokończył uparcie, odwracając się i patrząc na nią z delikatnym rozbawieniem. – Ślimaki, naturalnie.
Komnatę zaczął wypełniać delikatny, słodkawy zapach jaśminu i ożywczy zielonej herbaty.
- No cóż – skwitowała krótko, czując, jak policzki kolejny raz jej płoną. – Argus będzie musiał użyć kapci.
- Kapci? – zapytał zaintrygowany pomysłem. - Ach tak, mrówki! No, jestem pewien, że Argus znajdzie coś właściwego w Hogsmeade, by zniechęcić tych nieproszonych gości do osiedlenia się tu na dobre i nie będzie potrzeby urządzania jatki za pomocą kapci – zasugerował, stawiając przed nią piękną filiżankę (tę, którą najbardziej lubiła).
- Dziękuję. Brakowało mi tego zapachu. Twoja jest wyjątkowa – odparła uprzejmie, delikatnie wciągając kwiatowy zapach herbaty.
Dumbledore jedynie grzecznościowo rzucił jej pytające spojrzenie, na które odpowiedziała lekkim skinięciem głowy i wlał do filiżanki kapkę mleka oraz podał ciemny cukier; dość dobrze znali swoje zwyczaje i upodobania. Minerwa tradycyjną herbatę pijała w sposób nie tradycyjny i nie daj Merlinie by ktoś śmiał odnieść się do tego jej upodobania krytycznie. Oczywiście dla Severusa to „świętokradcze" odstępstwo „pani akuratnej" od herbacianych zasad, było niczym woda na młyn.
- Dziękuję. – Posłodziwszy napój jedną płaską łyżeczką, uniosła filiżankę i z przyjemnością otuliła ją drugą dłonią; cieniutka porcelana miło rozgrzewała chłodne ręce.
- Ależ proszę. Cieszę się, że mogę ci sprawić tę małą przyjemność. – Specyficzny sposób, w jaki ujmowała i podnosiła do ust filiżankę, gdy byli sam na sam, zawsze wydawał się mu urzekający. - Wracając jednak do tematu. Rozmawiałaś z Severusem? – zapytał.
- Albusie, wczoraj wróciłam. Nie rozmawiałam. Co miałoby być przedmiotem ewentualnej rozmowy? Są wakacje, profesor Snape ma wolne. – Nieco zbyt głośno odstawiła filiżankę na spodek. Jej głos stał się chłodny, a nawet delikatnie opryskliwy, jakby pytanie było nonsensowne. - Chodzi ci o jakąś konkretną sprawę?
- Po prostu chciałem wiedzieć, czy rozmawialiście, zanim wyjechał.
- Jeśli są jakieś problemy… Może mógłbyś jednak Severusa wziąć na siebie, to by mnie odciążyło. Mam naprawdę dużo na głowie. Zresztą obaj rozumiecie się najlepiej.
Dumbledore po raz kolejny uśmiechnął się nieco gorzko.
- Oczywiście, moja droga, nie mam zamiaru zarzucać cię niczym dodatkowym. Pytałem właściwie przez ciekawość. – Zrozumiał, że lepiej zakończyć temat. W zasadzie nie miał w tym momencie ochoty rozmawiać o ostatnich wydarzeniach. Może jednak powinna wiedzieć – przemknęło mu przez myśl. – Może to by właśnie coś ruszyło. Nie, nie teraz. - Zdecydował. - Najpierw sam się dowiem, co się z nim dzieje.
- Albusie Dumbledore, co się stało? – Tym razem w jej głosie pojawiła się nerwowa szkocka nuta.
- Po prostu… nad czymś się zastanawiałem. Cieszę się, że wróciłaś. Obawiam się, że jestem uzależniony od twojej obecności i towarzystwa. – Sięgnął przez biurko i na moment delikatnie nakrył starą dłonią jej dłoń; ręka McGonagall drgnęła niespokojnie, ale nie cofnęła jej, jakby po prostu chwilę zajęło jej przyzwyczajenie się do czyjegoś dotyku.
- To miłe… Dziękuję ci. – Wyraźnie zakłopotana odpowiedziała zbyt miękko, aż zmrużył oczy by przyjrzeć się jej uważniej. Minerwa nie często używała takiego tonu, co wcale nie znaczyło, że nie było w niej na co dzień życzliwości, ciepła, czy zdolności do wzruszeń, oczywiście, że były. Po prostu uważała ten rodzaj emocji za sprawę wysoce prywatną, coś, na co w jej mniemaniu nie wypadało sobie pozwalać publicznie (na pewno nie osobie na jej stanowisku). Nad to uznawała swoją wrażliwość i delikatność za słabość; chowała je głęboko, pozostawiając zazwyczaj jedynie na chwile samotności lub na te rzadkie momenty, gdy coś ją wyjątkowo poruszyło, trąciło jakąś osobistą strunę i przełamało jej zasłony bezpieczeństwa. To z kolei owocowało tym, że próbowała zatrzeć niekontrolowany wybuch emocjonalny, zwiększając swą surowość i szorstkość. Wyjątkiem były mecze quidditcha – tam pozwalała sobie na cały wachlarz emocji – była wówczas czarująca. Czasem, gdy zostawali sam na sam, Albus potrafił ją sprowokować, by pokazała coś z tych ukrywanych uczuć, odsłoniła jakiś skrawek swej prywatności – wiedział, że często ją tym irytuje, ale jednocześnie że jest to dla niej coś dobrego, coś, czego potrzebuje i na co podświadomie czeka.
- Staję się nieznośny, gdy któreś z was dwojga znika mi z oczu na dłużej niż kilka godzin – odpowiedział, uśmiechając się do niej ciepło. - Zrobiłem się zaborczy na starość. Okropna przypadłość.
- No cóż, z mojej strony raczej nie grożą ci jakieś specjalne przykrości w tym względzie. - W odpowiedzi usłyszał już bardzo charakterystyczny ton i zaobserwował, jak jej usta znowu ściągają się, tworząc cieniutką linię, a plecy prostują. - Severus jednak ma teraz swoje prywatne życie. Możemy przejść do rzeczy? – Nie miała wątpliwości, że Dumbledore mówiąc „któregoś z was" musiał mieć na myśli ją i Severusa.
- Uważasz, że nie ma prawa do prywatnego…
- Ma prawo. – Niezwyczajną dla siebie modą przerwała mu. Ostry szkocki akcent wyraźnie sugerował, że jest zdenerwowana. - Nigdy nie miałam zwyczaju wtrącać się w czyjeś prywatne życie, Dumbledore. Nie widzę powodu, byś sugerował, że nagle coś się w tej kwestii zmieniło. To nie moja sprawa, co kto robi po godzinach czy w wakacje. Wolno mu robić, co zechce, jeśli to nie koliduje ze szkolnymi obowiązkami. Naturalnie, jeśli nie łamie prawa. Czy możemy przejść…
- Oczywiście, proszę. – Tym razem to on jej przerwał.
- Dziękuję. – Gorączkowo przerzuciła papiery, które przyniosła. Próbowała się opanować, udać, że nie stało się nic, co mogłoby zakłócić jej zwyczajne poczucie równowagi. Policzki znowu miała zaczerwienione. – Przejrzyj, proszę, te dokumenty, sugeruję, że te dwie dziewczynki i ten chłopiec wymagać będą specjalnej uwagi – powiedziała arbitralnie, próbując ukryć podenerwowanie. - Najlepiej będzie, jak osobiście zajmiemy się wprowadzeniem tej trójki i to nie tylko w nowe realia, które będą ich dotyczyły. Mamy nauczkę, jeśli chodzi o ignorowanie pewnych problemów wychowawczych wyniesionych przez dzieci z domu, czy ośrodka opieki. Sądzę, że trzeba do tego podejść… programowo, tak, żebyśmy dali radę to opanować w szerszym kręgu uczniów. Będziemy musieli ze względów… …wprowadzić pewne zmiany… Naturalnie, to zależy od ciebie… …w programach wychowawczych są… Relacje… …też o wewnętrzne problemy…
- Albusie…? Albus!
Dumbledore nabrał powietrza i zamrugał. Popatrzył na Minerwę, która teraz wpatrywała się w niego z niepokojem.
- Dobrze się czujesz? Nie słuchałeś, co mówiłam?
- Wybacz mi, proszę. Nie, nie najlepiej. Chyba naprawdę dopóki porządnie się nie wyśpię, będę do niczego. Zostaw mi może te dokumenty i zrób notatkę, co potrzeba… Przejrzę je rano. Twoja sugestia jest jak najbardziej na miejscu. Czas wprowadzić pewne zmiany. To nie będzie proste, ale czas najwyższy wziąć się za to właściwie. Szczególnie mając na uwadze moje dotychczasowe porażki na tym polu. Naprawdę nie dałbym bez ciebie rady. Wiem, że przez ostatnie lata sukcesywnie zrzucałem na twoje ramiona coraz to więcej obowiązków i problemów, a ty radziłaś sobie z nimi bez słowa skargi dużo lepiej, niż zrobiłbym to sam. – Uśmiechnął się, ale jego oczy były nieco poszarzałe. - Obiecuję się poprawić w miarę możliwości…
- Albusie Dumbledore, nie praw proszę niedorzeczności – wygłosiła gniewnie, używając tonu pełnego nagany. - Co do porażek, nie bądź zbyt samolubny i samokrytyczny i bierz, proszę, pod uwagę, jeśli nie resztę kadry, to przynajmniej moje znaczące zasługi na tym polu. – Jej głos stracił na kategoryczności, ale za to sposępniał. - Nie sądzę też, by ktoś trzeźwo myślący mógł powiedzieć, że zrzucasz na innych swe obowiązki, sam zajmując się przesiadywaniem w bujanym fotelu. Zajmę się innymi sprawami, a to przerobimy razem jutro.
- Dziękuję – odpowiedział, patrząc na nią przenikliwie, czym się jednak zupełnie nie przejęła.
- Naturalnie – rzuciła zwięźle. - Śpij dobrze. - Wzięła dokumenty, wstała i zebrała się do wyjścia.
- Minerwo? – Zatrzymał ją przyjaznym, ale bardzo znaczącym, mocnym tonem.
- Proszę?
- Mówiłem poważnie. Uważam, że tobie też przydałby się wypoczynek… Wakacje. To nie jest sugestia, moja droga. – Tym razem spojrzał na nią z naciskiem.
- Zamierzałam wybrać się w przyszłym miesiącu na tydzień, czy dwa… - zakomunikowała nieco urażonym tonem. - Najpierw jednak obowiązki. Do jutra, Albusie.
- Jeszcze w tym miesiącu i co najmniej dwa tygodnie. Do jutra, moja droga. - Jego ton był bezdyskusyjny.
.
xxx
.
Minerwa rzuciła się w wir pracy. Zaledwie dwa tygodnie temu skończył się rok szkolny, ale było tyle rzeczy, którymi należało zająć się z myślą o przyszłym. Drugi dzień siedziała nad rozliczeniem rachunków z końca trzeciego semestru i rozpisywała wydatki, które trzeba było przewidzieć jeszcze przed wrześniem. Albus zajął się naciskaniem Rady Nadzorczej w sprawie finansów, ale naturalnie nie uzyskali całej potrzebnej sumy; dzięki Merlinowi, czy też przebiegłemu Salazarowi Slytherinowi i ponad czterdziestu latom pracy w szkolnictwie, zawyżyła nieco koszty, więc nawet po obcięciu dotacji jakoś się wyrobią. Mimo wszystko trzeba było jak zawsze oszczędzać, toteż z równowagi wyprowadziło ją odkrycie rachunków za składniki eliksirów. Severus oszalał! Takie rozliczenie zaraz po zakończeniu roku szkolnego? Co to niby miało znaczyć? Mistrza eliksirów nadal nie było, więc nie mogła wysłać mu notki z żądaniem udzielenia jej sensownych wyjaśnień. Wzburzona zebrała się i postanowiła pójść do Poppy z nadzieją, że może ona to wyjaśni. Jakby tego mało, Snape nie oddał jej nowego programu nauczania eliksirów dla klas I-III; Ministerstwo wprowadziło zmiany programowe, które zaakceptowała Rada. Minerwa poinformowała o tym nauczycieli na miesiąc przed zakończeniem roku i prosiła, by dostarczono jej wymagane programy najpóźniej w pierwszych tygodniach wakacji; owszem, przed końcem roku było dużo pracy z egzaminami, ale skoro ona zdążyła opracować swoje plany, inni też mogli to zrobić; ostatecznie minęły już niemal dwa tygodnie od zakończenia roku. Doskonale. Wyjechał. Miał prawo do swojego życia prywatnego, ale dopiero po wypełnieniu obowiązków.
Że też ten człowiek zawsze musi wszystko utrudniać – pomyślała wściekle, szarpiąc się z szatą wierzchnią, która zahaczyła się o zbyt fantazyjnie rzeźbiony podłokietnik krzesła.
- Zawsze wymusza sytuacje, jakby jemu przysługiwał inny pakiet praw i obowiązków – warknęła. - Nie szanuje pracy i czasu innych! Mojej pracy i czasu – dodała w myślach.
Postanowiła wysłać sowę przyzywającą go z powrotem dla uzupełnienia dokumentacji albo przynajmniej niech tam gdzieś, gdzie obecnie bawi, napisze i natychmiast prześle. Musi zapytać Albusa o miejsce pobytu Snape`a i ewentualny planowany czas powrotu opiekuna Slytherinu.
Dlaczego Dumbledore wypytywał czy rozmawiała z Severusem; Albus wyglądał jakby coś go martwiło - dręczyły ja uparcie powracające myśli. Wojna się skończyła, Snape nie jest już szpiegiem i aktualnie przebywa na wakacjach. O czym więc miałabym z nim mówić? Dlaczego, do cholery, Albus o to pytał? Czuła okropny niepokój, jakby stało się coś złego. To idiotyczne. Dlaczego Dumbledore chciał wiedzieć czy rozmawiali? Czy Severus poinformował dyrektora, że chce z nią coś omówić? O co mogło Snape`owi chodzić, gdy chciał z nią porozmawiać? Może pragnął po prostu poinformować o tym, że spóźni się ze sprawozdaniami albo o tych przeklętych wydatkach? – Czuła, że to mało prawdopodobne wytłumaczenie a jednak potrzebowała jakiejś prostej odpowiedzi. - Nie trzeba było robić zamieszania; mógł napisać. Jak zwykle jednak wolał doprowadzić do otwartego konfliktu, musiał mieć okazję do wygłoszenia tych wszystkich złośliwości. A teraz się zawziął i nie raczy odpowiedzieć na korespondencję. Gdybyś go do diabła wysłuchała, Minerwo, nie miałabyś teraz problemu. Miniony rok należał do najokropniejszych w życiu McGonagall. Uparcie powtarzała sobie, że sytuacja się nie polepszy, bo taka opcja po prostu nie istnieje, że pozostanie, jak jest. I to: „pozostanie jak jest" było dla niej obecnie dobrą opcją, znaczyło bowiem, że nie stanie się nic gorszego.
Weszła do skrzydła szpitalnego. Zastukała do drzwi prywatnej kwatery Poppy Pomfrey, ale nikt jej nie odpowiedział. Pielęgniarka planowała wyjazd za tydzień. W towarzystwie Alastora Moody`ego - dopowiedziała Minerwa w myślach. To ją jakoś dziwnie zszokowało, a nawet – do czego trudno było się jej przyznać - drażniło; nie to, by nie życzyła przyjaciółce i w gruncie rzeczy przyzwoitemu i interesującemu człowiekowi, jakim był Szalonooki, szczęścia. W każdym razie Pomfrey miała zamiar wyjechać dopiero za parę dni, więc McGonagall co najwyżej mogła mieć pecha i nie zastać jej, bo akurat chwilowo gdzieś wyszła.
- Poppy? – zawołała. – Poppy!
- W magazynie, Minerwo – odpowiedział jej głuchy odgłos dochodzący z pomieszczenia znajdującego się obok biura.
Zastała Pomfrey stojącą po środku szpitalnego magazynku z imponującej długości pergaminem w jednej dłoni i różdżką w drugiej. Podłoga zawalona była ułożonymi wedle jakiegoś systemu pudłami. Za wskazaniem pielęgniarki kolejne butelki i fiolki z eliksirami, pudełeczka z mazidłami i małe płócienne lub jedwabne woreczki wypełnione ziołami czy pigułkami posłusznie unosiły się z kartonów i leciały, by stanąć we właściwym miejscu na półkach ustawionych pod ścianą lub znaleźć się w jednej z szuflad; opróżnione szkła przenosiły się, ustawiając w wolnych kartonach - wszystko wedle opisów. Magiczne pióro odhaczało i notowało na pergaminie coś zgodnie z mruczanymi przez Poppy Pomfrey uwagami.
- Dzień dobry, Poppy. Czy TO… pochodzi od Severusa? – Minerwa zapytała nieco ostro, ogarniając wzrokiem sytuację. Odpowiedź naturalnie była oczywista.
- Dzień dobry. Przeszedł sam siebie. Ten człowiek jest niemożliwy pod każdym względem – odezwała się pielęgniarka, nadal koncentrując uwagę na właściwym ustawieniu leków. - Dostarczył mi przed wyjazdem taką partię eliksirów, jakby na pół roku wybywał i to w czasie semestru. Dotąd się z tym nie mogę uporać, inaczej to sobie rozplanowałam przed własnym wyjazdem. On w sposób dosłowny żyje pracą, zupełnie jak ty, moja kochana. Muszę je jakoś sensownie poustawiać. Na dodatek kazał mi skrupulatnie posegregować puste butelki. Zawsze obywał się bez tej wariacji, no, ale… - Machnęła ręką z pergaminem.
- Prawdę powiedziawszy, właśnie chciałam z tobą porozmawiać na ten temat – odezwała się z wyraźnym rozdrażnieniem i niemal pretensją McGonagall. - Dostałam rachunki na niebotyczną sumę za składniki i zastanawiałam się, dlaczego na koniec roku.
- Pojęcia nie mam. Wiesz, on zawsze dba żebym miała zapas, jest nieoceniony, ale to… No naprawdę. Jakby kolejna wojna się szykowała, Merlinie nas uchowaj! – Poppy Pomfrey zignorowała zły nastrój wicedyrektorki; znały się dość długo i wiedziała, że Minerwa w sprawach zawodowych bywa kategoryczna i drażliwa, szczególnie jeśli coś nagle przestawało iść wyznaczonym torem i rytmem. – Sama wiesz, że zazwyczaj dostarcza partię pod koniec wakacji i to nie takich rozmiarów. Poza tym sporządził podwójną ilość bardzo rzadko używanych eliksirów, stanowczo żądając bym wylała stare, jeśli nie zostały dotąd zużyte.
- Tak. No cóż… Muszę porozmawiać z Albusem. Postaram się wyjaśnić to dziwactwo. W ten sposób to się nie będzie odbywać. On sobie wyobraża, że wolno mu wszystko – wyrzuciła gniewnie.
Pielęgniarka na moment przerwała pracę, spoglądając na koleżankę.
- Wiesz, a może on po prostu wyjechał na całe wakacje. Dotąd spędzał większość letniej przerwy w zamku, ale zdaje się, że ostatnio nie czuje się tu najlepiej. – Pomfrey zwinnie próbowała wymanewrować się z pomiędzy pudeł. – Przyda mi się chwila odpoczynku. Usiądziesz? Może napijemy się herbaty?
- Dziękuję, ale dzisiaj nie. Mam jeszcze sporo rzeczy do zrobienia, a jutro udaję się z Albusem na spotkanie z Radą i muszę mieć gotową dokumentację – odezwała się swym rzeczowym tonem. - Chciałam tylko wyjaśnić sprawę z tym. – Potrząsając dłonią, wskazała na zawalony magazyn.
Poppy pokiwała głową, patrząc uważnie na Minerwę. Każdy po latach zaangażowanej pracy w danej dziedzinie wykazuje skłonność do oceny pewnych codziennych sytuacji i rzeczy przez pryzmat zdobytych tak doświadczeń i bywa natrętny. Pomfrey, naturalnie mniej lub bardziej pobieżnie, na podstawie obserwacji diagnozowała większość osób, z jakimi miała kontakt. Jej przyjaciółka z pewnością nie dbała o siebie właściwie, ale to było jej cechą i dopóki nie przekraczała pewnej granicy, Poppy nie reagowała, wiedząc, że to i tak niewiele wniesie. Minerwa nie tolerowała wtrącania się w jej dość rozbudowaną sferę prywatności, nawet najbliżsi przyjaciele mieli ostro wyznaczoną granicę, za którą nie należało dla własnego bezpieczeństwa wtykać nosa (oczywiście dwa największe hogwarckie nosy należały do ludzi, którzy niewiele robili sobie z zagrożenia i wtykali je, gdzie tylko mieli ochotę; być może z tego też względu oba były połamane). Pomfry miała świadomość, że McGonagall ze względu na traumatyczne doświadczenia z przed wielu lat, chorobliwie nie znosi wszystkiego, co wiąże się z resortem zdrowia i jakąkolwiek interwencją medyczną, jeśli chodzi o jej osobę. Pielęgniarka przez lata wypracowała kilka sposobów na to by przy minimalnym stresowaniu koleżanki móc przeprowadzić konieczne badania i udzielić jej pomocy – czasem jednak i te zawodziły. Poppy była właściwie usatysfakcjonowana wiedząc, że alternatywą pozostawała dyskretna interwencja Severusa, który całkiem nieźle znał się na magomedycynie, szantażu i manipulacji. Dzięki powyższym potrafił zmusić ją do zażycia właściwych eliksirów i podjęcia zalecanych czynności mających na celu przywrócenie zdrowia. Zdawała sobie sprawę, że Snape przez lata stał się jedyną poza Dumbledore`em osobą, która potrafiła skłonić Minerwę do spuszczenia tych najsilniejszych barier ochronnych; relacja jaka łączyła jej przyjaciółkę z mistrzem eliksirów była głęboka choć niekonwencjonalna. Naturalnie nie sposób było przegapić tego, że w ostatnim roku coś ich bardzo poróżniło. Pomijając jednak kwestię Snape`a, pielęgniarka czasem zastanawiała się, jak to możliwe, że między nią a Minerwą istnieje mocna prywatna zażyłość, w sytuacji gdy McGonagall tak alergicznie reaguje na sprawy związane z jej profesją. W tej chwili pani Pomfry zdecydowała, że to nie jest dobry moment na udzielanie koleżance rad dotyczących jej zdrowia - mimo że problem z jej stawami był coraz widoczniejszy.
- Wiesz, może on wreszcie zaczął prowadzić jakieś prywatne, nieco normalniejsze życie. – Wróciła do tematu Severusa. - W końcu teraz to możliwe. Kto wie czy nie ma ziarna prawdy w tej historii, z tajemniczą damą. Dumbledore nie zaprzecza… chociaż oczywiście nie potwierdza też… To by temu chłopakowi dobrze zrobiło i nam może też by jakoś pomogło – zakończyła, wznosząc wymownie oczy.
- Wybacz, ale nie interesuje mnie życie prywatne Severusa Snape`a, wymagam jednak, by nie kolidowało z jego obowiązkami… a wyraźnie koliduje. Nie dostarczył mi nawet dokumentów, o które prosiłam… - McGonagall ugryzła się w język; nie miała normalnie zwyczaju roznosić informacji o innych pracownikach, nawet gdy była wzburzona. Dlaczego ten człowiek zawsze musi doprowadzać mnie do takiego stanu! – pomyślała z wyrzutem.
- Daj mu chwilę, Minerwo. Przez te wszystkie lata nic nie robił, tylko dzień i noc nad czymś pracował, z czymś się szarpał. To całe piekło szpiegowania… Dzięki Bogu to już za nim i za nami. Ile można wytrzymać! On jest twardy, ale nawet to ma swoje granice i obawiam się, że Severus stał na takiej już obiema nogami – wygłosiła swoim rozsądnym tonem. - Szczęśliwy człowiek jest łatwiejszy we współżyciu. No i może dzięki kobiecie zacząłby o siebie dbać. – Tym razem wymownie westchnęła. - Wygląda gorzej, niż gdy uczęszczał na te przeklęte spotkania z… Volde… - Poppy Pomfrey zacięła się; mimo wszystko nadal, tak jak i znakomita większość czarodziejów, nie umiała spokojnie wymówić tego imienia.
- Voldemortem, Poppy, na litość Merlina! – wyrzuciła jednym ciągiem rozdrażniona McGonagall.
- Tak, tak… - potwierdziła szybko pielęgniarka, ku jeszcze większej irytacji swej koleżanki przymykając oczy. - No, w każdym razie Severus wygląda fatalnie i oczywiście nic sobie nie da na ten temat powiedzieć. Jestem przekonana, że faszeruje ciało eliksirami, żeby się trzymać na nogach, bo jadać nie jada prawie w ogóle! I na dodatek łże mi w żywe oczy. Sprawdzałam u skrzatów. - Jej głos stał się wręcz kategoryczny. - Nieodpowiedzialny człowiek… no, w każdym razie jeśli chodzi o swoje zdrowie. Może ten urlop trochę go podreperuje. Chyba że w ramach odpoczynku wystaje nad kotłami! – zawyła niemal tak, jakby Snape mógł ją usłyszeć i poprawić niedopuszczalne zachowanie.
Minerwa wpatrywała się w małe okienko, przez które widać było staw. Jej twarz była napięta, a nieco blade usta ściągnięte w charakterystyczną wąską linię.
- Wiesz, to możliwe, że on wyjechał na dłużej – ciągnęła z namysłem pani Pomfrey. - Jak dostarczał mi te eliksiry, to pożegnał się ze mną i podziękował. Wyobraź sobie, że powiedział, że jakoś nigdy dotąd się nie złożyło i czas najwyższy. Myślałam, że ataku serca dostanę. Wyobrażasz sobie? Zapytałam go za co te podziękowania a on na to, że za ostatnie ćwierćwiecze wyprowadzającej go z równowagi, okropnej nadopiekuńczości i przyjaźń. – Twarz pojaśniała jej ze szczęścia. - Wiesz, poczułam, że mi nogi zmiękły. Myślę, że to może być kobieta. Merlinie! Uważam, że to naprawdę… wzruszające… Wiesz, on jest dla mnie trochę, och, jak syn – twarz zaróżowiła się jej mocniej. McGonagall tym czasem odwróciła się tak, że pani Pomfrey nie mogła dostrzec wyrazu jej twarzy. - Byłabym naprawdę szczęśliwa gdyby okazało się, że ma kogoś…
- Widzę, że i ciebie porwał ten obłęd! – przerwał jej gniewny, pełen wyraźnej dezaprobaty głos. – Nie sądziłam, że masz czas zaczytywać się w tych absurdalnych historiach. Doprawdy, Poppy.
- Skąd! Oczywiście, że nie, Minerwo. Nie mam z pewnością ani czasu, ani tym bardziej chęci śledzić tej prasowej nagonki – odpowiedziała nieco urażona pielęgniarka. - Po prostu dobrze mu życzę. Okropne jest to zamieszanie. Nie dziwię się, że Severus ucieka, jeszcze bardziej zamykając się w sobie. Myślę, że w dużej mierze jego zła kondycja wynika właśnie z tego publicznego żonglowania jakimiś półprawdami i całkowitymi bredniami dotyczącymi jego osoby. Wygląda na przytłoczonego. I ta nieszczęsna ściana… Wiesz, dwa razy w środku nocy zastałam go, jak próbował rzucać na nią jakieś paskudne zaklęcia, które by to ukryły. Był… raczej zdesperowany. Nawet pytałam Albusa, czy nie uważa, że można by to jakoś dyskretniej eksponować, skoro już trzeba. Podobno nic się nie da zrobić, tam nic nie idzie ani zawiesić, ani ustawić. Okropne! Z drugiej strony przyznam, że o mało nie umarłam ze śmiechu kilka razy, gdy przypadkiem usłyszałam rozmowę dziewcząt. – Zachichotała cicho. - Zauroczone nauczycielem pensjonareczki. Sława przyciąga, wcześniej podkochiwały się w nim tylko te panieneczki o bardziej wyrafinowanym guście. Jest bez wątpienia fascynującą osobowością i ta jego inteligencja… ale jednocześnie ma on swój krnąbrny charakterek – dodała, wznosząc oczy i kręcąc głową. – Czasem mam ochotę rąbnąć go jakimś zaklęciem albo przypadkowo chwyconym przedmiotem i przy okazji posłać na tydzień do łóżka, żeby go podreperować. Dumbledore ma anielską cierpliwość. Wiesz, przyszło mi kilka razy do głowy, że jego ukochana musiałby być wielu sprawach podobna do ciebie, aby go utrzymać…
- Nie bądź absurdalna! – McGonagall nieprzyjemnie warknęła i z trudem nabrała powietrza w płuca. Zaskoczona Poppy zmarszczyła brwi.
- Minerwo, powiesz mi co się dzieje?
- Nic się nie dziej! Jestem po prostu zmęczona tymi wszystkimi głupotami. Wybacz, ale nie mam na to czasu. – Wysoki, szorstki głos przeciął powietrze; jej twarz była purpurowa. Nie spojrzawszy na koleżankę, odwróciła się i ruszyła do wyjścia. Takie zachowanie z całą pewnością nie leżało w naturze wicedyrektorki, pomyślała Poppy. Minerwa generalnie bez względu na stan wzburzenia zachowywała się kulturalnie, a przynajmniej utrzymywała uderzający pozór kultury, który stanowił przeciwwagę dla czyichś braków w tym względzie. Obecna sytuacja była wstrząsającym doświadczeniem.
- Minerwo… mogłabyś trochę odpocząć. - Poppy nie umiała się powstrzymać, czując, że dzieje się coś dziwnego. – Wiesz, to potrzebne dla zdrowia. Swoją drogą, chciałabym cię przebadać, mam wrażenie, że twoje stawy nie mają się najlepiej, myślę, że ty również to zauważyłaś. Severus zostawił tu dwa napary ziołowe, napisał, że mają mniej przykre skutki od tego eliksiru, który zażywałaś wcześniej – mówiła dość łagodnie, próbując nie rozdrażnić swej koleżanki jeszcze bardziej. - Może jednak…
- Odpoczywam właściwie. A moje stawy czują się dobrze. Pozwolę sobie zauważyć, że nie jestem dzieckiem i nie wymagam twojej ustawicznej troski ani niczyjej innej łaskawej uwagi. Mam siedemdziesiąt trzy lata, a to jest o szesnaście więcej niż ty, i wiem, jak o siebie zadbać – zripostowała bardzo nieprzyjemnym tonem. Poppy była drugą osobą, która poczuła się w obowiązku zasugerować jej konieczność wypoczynku i jak na jeden tydzień było to zdecydowanie zbyt wiele i groziło wybuchem. – Nie mam czasu, by usiąść przy herbatce z jakimś szmatławcem w ręku i tracić godziny na rozmyślania i dyskusje na temat wypisywanych w nich bzdur, być może z tego względu, że moje obowiązki nie kończą się wraz z rokiem szkolnym. Zażywam swoje leki jak należy i jeśli ten bezczelny człowiek raz jeszcze wtrąci się i zechce napuścić na mnie ciebie albo Albusa…
- Daj spokój, martwi się o twoje zdrowie podobnie jak…
- Och, nie bądź śmieszna Poppy. On jest do granic złośliwy. Uczynił z tego sztukę. Uwielbia to. Nic więcej.
- No naprawdę, Minerwo. Jesteś niesprawiedliwa.
- Och, taka tradycja. Zawsze jestem niesprawiedliwa wobec Severusa Snape`a. Pozostaję kompletnie ślepa, nie dostrzegając tego, co się kryje pod tą uroczą maską gbura. Dobrze, że są takie osoby jak ty, Poppy, które potrafią go zrozumieć i uszanować, a on to docenia. Wybacz, ale skoro już wszystko sobie wyjaśniłyśmy, nie mam czasu na wystawanie tu.
- Minerwa. - Poppy nie podniosła głosu, ale wyraziła się na tyle stanowczo, że zatrzymała profesor McGonagall w pół kroku. – Zostawiamy temat Severusa. Wiem, że jesteś zapracowana, ale właśnie do tego zmierzam. Wszystko musi mieć umiar. Proszę cię…
- Z pewnością. Wszystko ma swoje granice, Poppy. Do zobaczenia na kolacji – rzuciła przez ramię i zniknęła.
Poppy Pomfrey dość sztywno usiadła na stołku i pozwoliła sobie kilka razy głęboko odetchnąć.
- Minerwo McGonagall… co to wszystko niby miało znaczyć? – powiedziała do siebie. Ten wybuch frustracji, jakiego była świadkiem, a w zasadzie ofiarą, był naprawdę wstrząsający. Minerwa nigdy nie zachowywała się w podobny sposób.
.
xxx
.
Nie było innej możliwości – Albus Dumbledore w końcu dowiedział się, gdzie przebywa Severus Snape. Jednak wraz z tą informacją pozyskał kilka dodatkowych, które sprawiły, że na razie nie zdecydował się stanąć przed młodym człowiekiem.
Wiedział o swoim podopiecznym, o swoim szpiegu naprawdę wiele. Miał niezachwianą pewność, że mężczyzna go nie zdradzi, ale jednocześnie wiedział, że mistrz eliksirów jak każdy inny człowiek posiada swoje słabości i ma skłonność do popełniania błędów. Tak więc utrzymywanie ręki na pulsie było czymś koniecznym; Severus był zbyt ważny, zbyt cenny.
Jakkolwiek brutalnie by to nie brzmiało, w kontekście wielkiej rozgrywki, jaką Dumbledore toczył przez większość swego życia, posiadanie odpowiedniej ilości danych pozwalało mu ocenić przydatność i miejsce, jakie powinna zająć konkretna figura w danej grze. Mógł w ten sposób opracować kolejne ruchy, maksymalnie eliminując przy tym możliwość pomyłki, potknięcia. Albus naturalnie nie uważał za konieczne dawać znać ofierze swej dociekliwości, ile wie, dopóki nie było mu to bezpośrednio potrzebne, by wygrać wojnę lub małą bitwę polegającą na wtrąceniu się w czyjeś życie. Posiadane informacje pozostawały więc ukryte w jego umyśle lub, w bardziej praktyczny sposób, zamknięte we flakonikach w postaci wspomnień, i niektóre nigdy nie miały być spożytkowane. Człowiekowi zazwyczaj było potrzebne jakieś poczucie bezpieczeństwa, by mógł zachować równowagę psychiczną i być dość sprawnym do działania. Tym czasem ludzie nie czuli się bezpiecznie, gdy uświadamiali sobie, że ktoś może posiadać o nich pewne informacje. Czasem więc korzystnie było, by czuli się pewnie, kiedy indziej znowu należało tym poczuciem zachwiać, by wyeliminować przeciwnika lub nauczyć czegoś pożytecznego przyjaciela. Dumbledore mniej lub bardziej delikatnie, przy różnym założeniu i w różnym celu uświadamiał drugiej osobie, że zamiast zbliżyć się do wygranej, znacząco się od niej oddaliła.
Dyrektor, kontrolując sytuację na bieżąco, często po pierwszym rozpoznaniu decydował, że pewnych tropów nie musi podejmować. Wiedział wiele, wiedział o istnieniu ścieżki, ale nie każdą zwiedził. Pewne fakty, które obecnie miał okazję przeanalizować, nieco nim wstrząsnęły; nie zmieniły zasadniczo jego spojrzenia na Severusa, ale były jednak nieoczekiwane. Gdy lata temu poręczył za chłopaka, sporo zaryzykował, podejmując przy tym pewne urzędowe zobowiązania. Pozwalało mu to jednak, na dyskretne sprawowanie kontroli nad niektórymi sferami życia Snape`a. Umożliwiało między innymi zdobywanie tajnych informacji bankowych. Po pierwsze dowiedział się, że Severus w zasadzie jest bez grosza – jego skrytka u Gringotta była obecnie całkowicie opróżniona, co oczywiście mogło być skutkiem dokonania w ostatnich dniach odpowiedniej wypłaty. I w istocie - jak zdołał się zorientować - Severus dokonał takiej wypłaty, rzecz w tym, że była ona dość skromna. Stary czarodziej musiał zadać sobie w związku z tym kilka pytań i dojść do tego, jak to możliwe, że mistrz eliksirów, który generalnie nie wydawał zbyt znaczących sum na siebie, nie miał też rodziny, której mógłby w zrozumiały sposób przekazywać środki finansowe, posiadał tak małe oszczędności.
Poza tym, że Snape kupował książki, w tym - od czasu do czasu - wyjątkowo cenne i kosztowne pozycje i bywało, że inwestował swe prywatne środki w dodatkowe składniki do eliksirów lub jakieś specjalne wyposażenie laboratoryjne, jego potrzeby były raczej skromne. Na co dzień jadał i mieszkał w zamku, korzystając z zaplecza szkolnego, w tym z naprawdę dobrze wyposażonego laboratorium. Stroje preferował dobrej jakości, jeśli idzie o materiał i wykonanie, ale w zasadzie przez te wszystkie lata jego szafa prezentowała się więcej niż skromnie. Było też kilka drogich i bardzo pięknych przedmiotów - zakupił je dla czyjejś przyjemności, w prezencie. Do tego mogły dochodzić jakieś okazjonalne drobnostki i utrzymanie niewielkiego domu po rodzicach. Może jeszcze wakacyjny wyjazd w raczej mało popularne i niezbyt kosztowne miejsce. Całość tych wydatków nie przekładała się na tak marny stan konta.
Jako nauczyciel i wychowawca Snape nie zarabiał bardzo dużych pieniędzy, ale jednak przyzwoite: w magicznym świecie nawet nauczyciel szkoły niższego stopnia miał godne uposażenie i szczycił się społecznym uznaniem. Oczywiście Severus jako nauczyciel eliksirów warzył mikstury dla skrzydła szpitalnego, przez co otrzymywał przyzwoity dodatek do zwykłej pensji nauczycielskiej. Poza tym był on człowiekiem wysoko utytułowanym i bez wątpienia genialnym w swym fachu; przed Mistrzem Eliksirów Trzeciego stopnia drzwi kariery, a co za tym idzie skarbców, stały otworem - praca w tej dziedzinie mogła być bardzo, bardzo intratna. Tu jednak pojawiał się problem. Hogwart oczywiście był jedyną szkołą niższego stopnia, której wykładowca szczycił się wysokim tytułem mistrzowskim w dziedzinie eliksirów – nienaturalnym bowiem było, by ktoś taki wybierał karierę zwykłego nauczyciela. Oczywiście równie nienaturalne było, by nauczycielem zostawał były śmierciożerca i czynny szpieg. Zważywszy na przeszłość Snape`a i w efekcie rolę, jaką odgrywał w czasach wojny, realizował on głównie specjalne zamówienia dwóch wielkich graczy. Lord Voldemort, rzecz jasna, wyświadczał swemu warzycielowi honor, toteż o galeonach mowy być nie mogło, choć nie trzeba było tu inwestować w ingrediencje. Dla „kolegów" śmierciożerców jednak Severus sporządzał eliksiry, ceniąc się bardzo wysoko – skarbce arystokratów musiały być przepastne, jeśli ich właściciele chcieli grać w szeregach Czarnego Pana, a ktoś taki jak Lucjusz Malfoy nie liczył się z kosztami, dbając o dyskrecję i jakość. Dla samego Albusa i Zakonu warzył za opłatą lub bez niej i tu sprawa jego zarobków była dla dyrektora jasna – były niewielkie, co wynikało głównie z woli samego Snape`a. Zdarzało się też, że realizował zlecenia dla osób prywatnych, nie należących do kręgu wybrańców Lorda, biorąc za to godne pieniądze. Poza tym dyrektor wiedział od dawna, że Severus sporządza eliksiry lecznicze dla Kliniki Świętego Munga, tyle że aż do tego momentu nie drążył owej sprawy.
- Nie musisz ukrywać przede mną tych faktów, Gowenie. Jak już mówiłem, drogi przyjacielu, wiem, że on od lat warzy dla ciebie eliksiry – odezwał się Dumbledore do siedzącego naprzeciw dyrektora Kliniki Magicznych Chorób i Urazów Szpitala Świętego Munga, uzdrowiciela i profesora magomedycyny Gowena Wagnera. Obaj czarodzieje od dobrych kilkunastu minut toczyli swą dyskusję. W powietrzu obok przyjemnego aromatu herbaty i mniej przyjemnego zapachu typowego dla szpitala dawało się wyczuć między starymi przyjaciółmi niemiłe napięcie. – Naprawdę nie ma sensu, byś próbował zaprzeczać, tym bardziej, iż wiesz, że mam urzędowe prawo do tych informacji. Gowenie, Wieczysta Przysięga, którą mu złożyłeś nie zadziała w tym wypadku i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, przyjacielu. Pragnę jedynie, byś zdradził mi, wybacz bezczelność, ale bardzo mi te informacje potrzebne, jakie gratyfikacje pobierał za tę pracę?
- Około dwóch procent wartości… - wymówił cicho zrezygnowany mężczyzna, patrząc gdzieś poza swego rozmówcę.
- Wartości czego, Gowenie? - zapytał spokojnie, ale z delikatnym naciskiem, Dumbledore, domagając się bardziej klarownej odpowiedzi.
- Wartości danego eliksiru, Albusie – głuchym tonem udzielił odpowiedzi Wagner.
- Wybacz, ale obawiam się, że nie rozumiem… - oświadczył dość łagodnie Dumbledore. Cierpliwie, z uwagą przyglądał się uzdrowicielowi spoza swoich szkieł. - To był jakiś układ? Miał jakiś dług wobec ciebie, wobec szpitala?
- Tak… to był układ. I nie, nie miał długu – wyjaśnił ponuro dyrektor kliniki. - To ja i szpital, i pacjenci mamy wobec niego dług. – Nastąpiła chwila ciszy. Dumbledore analizował to, co usłyszał, nadal przyglądając się swemu rozmówcy. Uprzejmie powstrzymał się od zadawania kolejnych pytań, rozumiejąc, że uzdrowiciel zbiera myśli, by sam mu udzielić odpowiednich wyjaśnień. Należało dać mu chwilę.
- Kiedyś miałem problem z trudnym i drogim eliksirem… Osoba, dla której miał być przygotowany i uratować jej życie, była uboga… - starał się wyjaśnić w miarę dorzecznie. - Młoda dziewczyna z dwójką dzieci, samotna matka. Zapytałem twojego mistrza eliksirów, czy nie zgodziłby się uwarzyć mikstury i wziąć zapłaty w wielu ratach… To miało być zwyczajne zlecenie i on na początku zgodził się na taki układ. Przygotował eliksir i zażyczył sobie pierwszej raty… bardzo symbolicznej sumy, a następnie poinformował mnie, że uważa się za spłaconego… Potrafi być bardzo stanowczy i przekonujący, jak wiesz. - Dumbledore nieznacznie kiwną głową, przyznając rację koledze. – Zapytał, ilu miesięcznie mam takich pacjentów… Nasza rozmowa zakończyła się tym, że on zdeklarował się wedle swych możliwości dostarczać mi eliksiry w podobnych sytuacjach, za podobną gratyfikację, pod jednym warunkiem… że nikt, nigdy się nie dowie, że to on. Ze względu na… tę drugą stronę jego działalności zażyczył sobie, byśmy przypieczętowali to niezłomną przysięgą. – Profesor Wagner znał pewne szczegóły działalności Snape`a; Dumbledore czasem zmuszony był wzywać do Severusa, kogoś kto miał większe możliwości niż pani Pomfrey.
Przez chwilę obaj milczeli.
- Dumbledore… – Dyrektor kliniki był wyraźnie poruszony - Nie dość, że nigdy nie byłoby mnie w żaden sposób stać, by spłacić wobec niego dług wdzięczności, nie mówiąc o finansach, to teraz złamałem przyrzeczenie, które mu dałem.
- Nie złamałeś… - odpowiedział spokojnie, nieco zakłopotany Dumbledore. - Jak już mówiłem, wiedziałem, jak sądzę od samego początku, że warzył dla ciebie. Nie wiedziałem tylko, że robił to… za taką opłatą. Nigdy się tym nie zainteresowałem, uznając to wówczas za zbędne.
- Albusie, ja nie raz zastanawiałem się, skąd on ma pieniądze na tak drogie składniki, ale… Asklepiosie, wybacz mi, mimo dobrych i złych myśli, nigdy nie miałem dość siły, by zrezygnować z jego oferty… - Głos Wagnera nieco zadrgał, człowiek zdawał się być coraz bardziej zdesperowany. - Jego leki uratowały wielu ludzi, którzy bez nich nie mieliby szansy przeżyć, bo nie stać ich było na zakup w normalny sposób… nie mówiąc o tym, że do sporządzenia części z tych specyfików trudno znaleźć dość kompetentnego warzyciela. Ja przynajmniej niewielu bym zaufał. Wiesz, to nigdy nie był… sympatyczny człowiek, jeśli chodzi o obejście, ale ja znam wielu takich, którzy się uśmiechają na co dzień, a gdy poprosić ich o jakąkolwiek pomoc, która wymagałaby od nich poświęcenia czegoś prywatnego, uśmiech znika razem z nimi.
- Składniki kupował za własne, uczciwie zarobione pieniądze, co do tego nie mam wątpliwości – odpowiedział nieco głucho Dumbledore.
- Nie rozumiem, dlaczego to robił, ale… Albusie czy coś mu się stało? Jeśli mógłbym jakoś… jakkolwiek pomóc…
- Nie… Po prostu… pewne rzeczy mnie zaskoczyły, a do tego nie jestem przyzwyczajony – odpowiedział z nieco smętnym uśmiechem. Znowu na chwilę wyglądał na bardzo starego i zmęczonego człowieka. - Zechciej powiedzieć mi jeszcze jedno, czy ta umowa nadal was obowiązuje?
- Kilka dni temu dostarczył mi dwa eliksiry i zakomunikował, że to będą ostatnie. Nie śmiałem dyskutować… Nie wiedziałem, co powiedzieć, by nie zostać źle zrozumianym… Czy z nim na pewno wszystko…
- Nie wszystko… ale to raczej prywatne sprawy – Dumbledore z niepokojem zmarszczył brwi, przyjmując nową informację. - Dziękuję ci, Gowenie.
Albus Dumbledore, w przeciwieństwie do dyrektora Świętego Munga, domyślał się powodów, dla których mistrz eliksirów zachowywał się w ten sposób i z pewnych względów była to dla niego raczej przykra świadomość. Często nie mogli zaaranżować sytuacji, w której udałoby się podać antidota (jeśli te zostały wynalezione) albo ostrzec ofiary Lorda, który chętnie posługiwał się miksturami przyrządzonymi przez swego genialnego warzyciela.
- Severusie… – Dumbledore stał w drzwiach laboratorium mistrza eliksirów i od kilku minut obserwował, jak ten w skupieniu sporządza kolejną truciznę dla Voldemorta. Nikt, nawet dyrektor, ze względów bezpieczeństwa nie mógł podczas warzenia pewnych mikstur przekroczyć wejścia do laboratorium. Severus miał na sobie fartuch ze smoczej skóry, a jego włosy zebrane były w kucyk. Praca wymagała niezwykłej precyzji. Tom ostatnio zamawiał dość dużo takich eliksirów. Było tuż przed północą. – Dobrze się czujesz? - zapytał z troską stary czarodziej.
- Doskonale – usłyszał w odpowiedzi nieco zachrypnięty, nienaturalny głos Snape`a. Severus oczywiście wiedział, że dyrektor wszedł do jego kwater i obserwuje. Był do tego przyzwyczajony, nauczył się tym nie irytować; kiedyś zakomunikował Albusowi, że między innymi dzięki jego wścibstwu jest obecnie wstanie uwarzyć najtrudniejszy eliksir w najbardziej niesprzyjających warunkach.
- Nic nie zjadłeś na kolację… Po drodze tu zahaczyłem o kuchnię i coś przyniosłem. Zostawiłem w salonie. Widzę, że dwa specyfiki udało się ci ukończyć. – W rogu stały zakorkowane butelki w dwóch kolorach – ciemnoczerwonym i brunatnym. - Jak postępują prace nad…?
- Właśnie skończyłem – beznamiętnie wszedł mu w słowo Snape. Wykonując kilka płynnych, precyzyjnych ruchów, napełnił cztery flakoniki. Głośno i dość nierówno wypuścił powietrze, a jego twarz nieco się rozluźniła. Potem potarł swoje lewe przedramię. - Obawiam się, że nie skorzystam z twej uprzejmości. Impreza nie może się zacząć beze mnie, a Czarny Pan niecierpliwi się w oczekiwaniu na planowaną zabawę.
- Powiadomię aurorów, są w gotowości – odezwał się z powagą dyrektor. – Będą na miejscu. Alastor mówił, że wystarczy, byś…
- Na jakim miejscu, Albusie? – zadrwił Snape. Powoli się wyprostował i odwrócił do dyrektora. - Co niby zrobią? Doskonale wiesz, że los tych ludzi jest przesądzony. – Głos mistrza eliksirów stał się lodowaty, chociaż jego twarz wydawała się nadzwyczaj żywa, być może przez to odbijające się na niej zmęczenie. Zabezpieczył zaklęciem butelki i spakował je do specjalnego kuferka. - Pozwolisz, że już pójdę, spieszę się na spotkanie, mamy dzisiaj do zabicia kilka osób. – Narzucił na siebie prostą podróżną pelerynę, a ze skrytki w ścianie wydobył białą, pozbawioną wyrazu maskę, którą wsunął do wewnętrznej kieszeni szaty.
- Severusie, pamiętaj, że jesteś…
- Mordercą, Dumbledore. Jestem mordercą, nie bójmy się tego słowa. – Na bladej pociągłej twarzy pojawił się potworny grymas. Gdy sięgnął do włosów, by je poprawić - ściągając w zbyt ciasny kucyk - rysy wyostrzyły się mu jeszcze bardziej; przez moment dyrektorowi zdawało się, że to goła czaszka bez skóry, w której zioną pustką czarne dziury po oczach. - To kwestia wyboru – powiedział cicho. Nozdrza wielkiego nosa napięły się. - Jak wiesz, zgodziłem się nim być wiele lat temu…
Czarny płaszcz był ciężki i, gdy się poruszał, nie falował tak charakterystycznie jak zwyczajowa szata. Powoli zbliżył się do dyrektora. Albus spojrzał głęboko w czarne, gorączkowo płonące oczy; jego serce ścisnęło się, powodując wręcz fizyczny ból.
- Mam je w kieszeni, Dumbledore. Doskonałe narzędzia zbrodni – mówił Snape chłodnym jedwabistym głosem. - Za chwilę wyjdę z nimi z tej komnaty, a ty, jak masz to w zwyczaju powiesz, bym na siebie uważał. Potem dostarczę te eleganckie flakoniki zleceniodawcy i wrócę tu. Usiądziemy w twoim biurze przy wesoło trzaskającym ogniu, popijając herbatę albo Ognistą Whisky i będziemy czekać na wiadomość. Potem poklepiesz mnie po ramieniu i życzysz spokojnego snu. Zmierzając na kolejne spotkanie z Czarnym Panem, będę miał jednak rozkoszną pewność, że mój geniusz zostanie odpowiednio wynagrodzony, a jeśli dobrze pójdzie, on wyświadczy mi tę łaskę i pozwoli obejrzeć swe wspomnienia… Bym nacieszył się efektem swej ciężkiej twórczej pracy.
Dumbledore wielokrotnie odtwarzał w swej myślodsiewni tamto wstrząsające wspomnienie; ani Czarny Pan, ani sam Albus w zasadzie nigdy nie wykorzystywali Snape`a do brudnej roboty – mistrz eliksirów by mógł warzyć niektóre mikstury, musiał pozostawać w pewnym zakresie czysty - a jednak dzięki jego pracy i zdolnościom maltretowano i zabijano ludzi. Naturalnie Severus deprecjonował drugą stronę swej działalności, potęgując jedynie poczucie winy; w tej sytuacji Albus czuł się może i bardziej winny niż sam Snape. Severus nie miał wtedy racji, nie we wszystkim. Aurorom udało się uratować tych ludzi, którzy mieli wówczas zginąć. Voldemort był wściekły… nie na Snape`a jednak. Uznał, że inni spartaczyli sprawę; eliksiry były doskonałe. Część nieużytych w tamtej akcji wykorzystał przy innej okazji, informując swego mistrza eliksirów, swego szpiega po fakcie; pozwalając mu obejrzeć wspomnienia i nacieszyć oczy.
Albusa zaniepokoiła wiadomość o tym, że Snape zasugerował dyrektorowi Świętego Munga, że może to być ostatnia partia eliksirów, jaką dostarczył szpitalowi. W umyśle Dumbledore`a pojawiło się kilka sugestii i dyrektor zdecydowanie musiał dokładnie przemyśleć wszystkie.
.
