Wznowioną publikację DEDYKUJĘ:

Min i Nazgulicy, z podziękowaniem za wpisy z 2013r.


Pierwsza publikacja: czerwiec 2015r.

.

Rozdział 4

.

Moje dziecko

.

.

Dumbledore siedząc w fotelu zerknął na magiczny obraz zawieszony tuż nad wejściem do gabinetu. Przedstawiające panoramiczną scenkę rodzajową malowidło, usytuowane było pod samym sufitem, w mało ekspozycyjnym punkcie. Niebo na obrazie właśnie się zachmurzyło a ostre podmuchy wiatru hulały między zabudowaniami wzbijając tumany kurzu. Kury zaczęły zbierać się do kurnika, kot czmychnął do stodoły i bez wątpienia, przez dziurę w wielkich drzwiach obserwował podwórko. Stojące w otwartej stajni konie niespokojnie odwracały głowy, spoglądając ku człowiekowi, który sprowadził im ten ponury klimat. Przy furtce prowadzącej do gospodarskiego obejścia stał Kingsley Shacklebolt. Warujący przy bramce wielki, niezbyt urodziwy pies przyjrzał się mężczyźnie, który coś do niego powiedział, i ostatecznie odsunął się, pozwalając człowiekowi przejść. Minister Magii wkroczył na podwórko i ruszył krętą, wydeptaną dróżką, co ni mniej, ni więcej oznaczało, że znajdował się obecnie na klatce schodowej prowadzącej do gabinetu dyrektora Hogwartu.

Minerwa musiała podać mu hasło – wywnioskował Dumbledore, widząc jak pies (odpowiednik kamiennego Gargulca), odsuwa się. Dyrektor poczuł rosnące zainteresowanie. Zastanawiał się, co też mogło skłonić Shacklebolta do wizyty. Spojrzał na zegar - mugolski klasyk, z prywatnych komnat Severusa. Zbliżała się północ. Nie spodziewał się, by sprawa ministerialana wymagała spotkania o tak późnej porze, tym bardziej, że Shacklebolt nie zapowiedział się wcześniej. Zazwyczaj, kontaktowali się listownie lub przez Fiuu. Pogoda na obrazie wyraźnie sugerowała, że gość nie jest w dobrym nastroju.

Uprzejmy głos zaproszenia odpowiedział na zdecydowane pukanie do drzwi.

- Witaj, Dumbledore – pozdrowił dyrektora przybyły mężczyzna. Niski głos Shacklebolta zabrzmiał chrapliwie, jakby minister nadwyrężył struny głosowe.

- Witaj, drogi Kingsley`u. Wejdź, proszę. Widzę, że pogoda stała się bardzo dokuczliwa. – Faktycznie, gnany podmuchami wiatru deszcz, głośno uderzał o szybę wielkiego okna. – Jak widzę masz ciężki wieczór? Jesteś przemarznięty. Myślę, że ciepła herbata będzie jak najbardziej na miejscu. Usiądziesz?

- Dziękuję. Na dworze jest nieprzyjemnie. Chętnie bym się napił herbaty, ale może odłóżmy to na później.

Minister najwyraźniej nie zwrócił dotąd uwagi na stan swojego odzienia. Teraz wypowiedział szybko zaklęcie suszące i czyszczące.

- Jak to się mówi pod zmokłym kundlem. Proszę, siądź. – Stary czarodziej wskazał ręką krzesło. Przypatrując się swemu gościowi zdecydował się rozpalić mocniej w kominku.

- Miło z twojej strony – powiedział Shacklebolt, kiedy płomienie na palenisku zapłonęły raźniej.

- Naturalnie. Nie będę ukrywał, że jestem zaciekawiony powodem twej wizyty. To raczej niezwyczajna pora. Choć oczywiście miło jest widzieć cię również bez wyraźnego powodu.

- Godzina istotnie jest mało stosowna. Wybacz, Dumbledore. Uznałem, że nie powinienem odkładać tej rozmowy. Obstawiałem, że pewnie nadal pracujesz. Moja obecność tu nie ma na celu towarzyskiej pogawędki.

Dyrektor nie miał wątpliwości, że jego gość wyraźnie pragnął być w tym momencie gdzie indziej.

- Wolałbym spotkać się w innych okolicznościach – kontynuował minister, patrząc gospodarzowi w twarz. Być może byłoby łatwiej, gdyby Albus po prostu przejrzał jego myśli. Dumbledore jednak nie kwapił się by pójść tą drogą. - Obawiam się, że nie mam dobrych informacji, Albusie.

- Tak, tyle oczywiście zdążyłem wywnioskować. – Oczy starego czarodzieja błyszczały życzliwie.

Shacklebolt potakująco kiwnął głową.

Dyrektor pomyślał, że Kingsley sprawia wrażenie, jakby był gotów pozwolić mu na użycie legilimencji, aby uniknąć konieczności formułowania problemu na głos. To było niepokojące. Zastanawiał się czy powinien martwić się problemem, z którym czarodziej przybył czy też stanem samego ministra. Czuł leciutki zapach alkoholu i anyżowych landrynek.

- Pozwolę sobie zauważyć, że w ostatnich latach, to i owo razem przeżyliśmy – powiedział. - Myślę, że i tym razem jakoś sobie poradzimy. Po prostu zacznij.

Mówiąc to wyciągnął w stronę gościa pudełko z malinowymi żelkami; kilkoma pozostałymi na dnie. Prawdę powiedziawszy, był pewny, że powinno być pełne nadziewanych musem truskawkowym pralinek z gorzkiej czekolady. Było to niepokojące odkrycie; dyrektor poczuł nagle nerwowy ucisk w żołądku. Skąd wzięły się tu malinowe żelki? Gdzie są pralinki? Minerwa lubiła maliny, ale żelki zdecydowanie nie były w jej guście. Severus prawdopodobnie nie tknąłby ciągutek nawet pod działaniem zaklęcia Imperius; podobnie jak McGonagall dawał się niekiedy naciągnąć na te praliny. Snape jednak nie gościł w biurze od dłuższego już czasu a Minerwa w żadnym razie nie zjadłaby takiej ilości czekoladek. Dumbledore za pralinkami nie przepadał, ciągutki wolał w nieco bardziej zaskakujących smakach, uwielbiał zaś landrynki z malinowym nadzieniem. Czuł, że ten, zdawałoby się, mało istotny wątek, ma znaczenie, którego nie powinien bagatelizować.

Kingsley, machnąwszy wielką dłonią, podziękował za poczęstunek; oczywiście nie dostrzegł niczego niezwykłego w kwestii słodyczy, jakie mu zaoferowano.

Były auror wielokrotnie w swej karierze zmuszony bywał do udzielania podobnych wyjaśnień; obecnie, gdy był Ministrem Magii wyręczali go inni. Tę sprawę jednak musiał wziąć na swoje barki, a w pewnych sytuacjach doświadczenie i rutyna nie wystarczały.

- Wracam z oględzin miejsca, w którym znaleziono ciało czarodzieja. Na wybrzeżu Szkocji. Morze wyrzuciło zwłoki – mówił patrząc Dumbledore`owi w oczy. - Zgon nastąpił trzy dni temu. Wstępnie ustaliliśmy, że w organizmie znajduje się trucizna. Samobójstwo lub upozorowane na samobójstwo morderstwo. Obie opcje wydają się prawdopodobne. Wygląda na to, że obecna w krwi i tkankach substancja to specyfik z wyższej półki. Skomplikowany eliksir. – Kingsley spuścił wzrok. – Bardzo kosztowny i raczej ekstrawagancki sposób na popełnienie samobójstwa czy pozbycie się wroga. Lek przygotowywany na specjalne zlecenie, podawany jedynie w warunkach ambulatoryjnych, w bardzo precyzyjnych dawkach. W przypadku przedawkowania wywołuje nieodwracalne, błyskawicznie postępujące uszkodzenia układu nerwowego a w efekcie śmierć.

W starej twarzy dyrektora nie drgnął nawet jeden mięsień. Dumbledore oczywiście zarejestrował każde wypowiedziane przez gościa słowo. Gdyby zechciał wyciągnąłby stosowne wnioski a nawet dopowiedział część historii, której minister i jego eksperci z biura aurorów nie znali, i w ten sposób nie zmuszał Shaklebolta do dalszego wysiłku. Istniała jednak pewna przeszkoda, która nie pozwalała mu na ową uprzejmość. Otóż, historia ta – jak błyskawicznie skonstatował umysł starego czarodzieja - nie miała prawa się wydarzyć. Zrozumiałym było więc, że dyrektor nie mógł pozwolić sobie na nadanie jej znaczenia priorytetowego.

Istotne było to, że Albus Dumbledore, czuł się zdenerwowany kwestią słodyczy. Miał nieodparte wrażenie, że jest ona tropem do rozwiązania problemu, z jakim przybył Shacklebolt. Intuicja podpowiadała mu nawet, że to może być klucz do całej sprawy. Pragnął zająć się tą właśnie częścią problemu i nie miał chęci analizować wywodów ministra.

- Tak. Rozumiem, mój przyjacielu, że pojawił się dla was problem mistrza eliksirów, który mógłby przygotować taki specyfik? – stwierdził z pewnym naciskiem dyrektor. – Domyślam się też, że masz już listę warzycieli, którzy byli zdolni wykonać go na zlecenie Świętego Munga. Znajduje się na niej niewiele nazwisk a jedno z nich jest nam doskonale znane. – Tu w głosie Dumbledore`a zabrzmiała wyraźnie nuta niezadowolenia. – Ba, masz nawet informację, że taki specyfik zamówiono i uwarzono.

Shacklebolt uznał, że dyrektor wykonuje ruch wymijający, jakby starał się odsunąć na bok rozwiązanie, które zapewne już przemocą wdzierało się mu do umysłu. Minister nie był gotowy na takie zagranie ze strony starego czarodzieja.

- To nie jest właściwy problem – powiedział krótko. – Nie z tym przyszedłem. – Nie chciał kontynuować tej gry w chowanego, to nie miało sensu.

- Oczywiście, że to nie jest właściwy problem - podsumował ostro Dumbledore. Z trudnością przychodziło mu skupienie myśli na tym, co było ważne. Intuicja. Prawdopodobnie powinien zamówić zapas pralinek z gorzkiej czekolady; prędzej czy później Severus będzie zmuszony go odwiedzić. – Wybacz mi, ale jesteś w błędzie, co do istoty rzeczy. Dalsze rozwodzenie się nad tym, to marnowanie czasu.

Przez chwilę w gabinecie panowała głucha cisza. Powietrze, którym oddychali obaj mężczyźni zdawało się gęste, palące. Dumbledore zetknął ze sobą palce dłoni, które oparł o biurko i wpatrywał się swego gościa tak intensywnie, jakby próbował zbić go z tropu, zniechęcić do brnięcia w sprawę.

- Jeżeli się mylę, to niestety jedynie w kwestii okoliczności. I to nie one sprawiły, że postanowiłem poinformować cię osobiście – powiedział Kingsley.

- Cóż więc jest, według ciebie, właściwym problemem? – zapytał w końcu tracąc zwykłe panowanie nad głosem dyrektor. – Słucham przyjacielu.

Shacklebolt milczał wpatrując się w silne szczupłe dłonie dyrektora. Ręce trzęsły się. Kiedy podniósł wzrok, stara twarz zaczynająca zdradzać wielkie napięcie stężała. Dumbledore był tak blady, że wydawało się, iż zaraz zsunie się z fotela. Niebieskie oczy stały się szare i przerażająco puste. Albus znał odpowiedz na własne pytanie, jednak to Shacklebolt musiał na głos wypowiedzieć nazwisko, dyrektor musiał je usłyszeć z czyichś ust.

- Powiedz! – zażądał wreszcie.

- Przykro mi Dumbledore. Zmarły to Snape… Severus Snape. Nie mamy wątpliwości. Zbadałem ciało osobiście.

Stary czarodziej wykonał ruch jakby pragnął wstać, nie podniósł się jednak. Zacisnął powieki. Jego zahartowane ciało zaczęło dygotać jak u schorowanego starca.

Albus Dumbledore nie rozgrywał już wielkiej partii, której doniosły cel, pozwalał wytłumaczyć przed samym sobą pewne decyzje i ponoszone ofiary. Nie ochronił swojego dziecka. Zawiódł. Nie po raz pierwszy zawiódł kogoś najbliższego; kogoś, od kogo wymagał posłuszeństwa i pełni zaufania. Porzucił to, za co ponosił odpowiedzialność a nie miał do tego prawa. To nie miało się prawa wydarzyć!

Fawkes zaczął wściekle trzaskać w metalowy drążek i głośno skrzeczeć. Dyrektor poczuł szarpanie. Wyczuł boleśnie zaciskający się na ramieniu dziób. Kręcił głową, nie chciał… Pragnął żeby wszystko się skończyło, w tym momencie, w tej chwili. Pragnął natychmiast powrócić do przeszłości i wymazać obecną, nieakceptowalną rzeczywistość. Musiał wrócić do przeszłości i naprawić błąd! Nabrał powietrza i spojrzał…

Nagle obraz zerwał się a w jego miejsce pojawił się inny. W komnacie było ciemno. Dumbledore zdał sobie sprawę z tego, że leży we własnym łóżku. Fawkes siedział na nocnej szafce i przypatrywał się mu wyłupiastymi oczami.

- Sen! To był sen… To był sen!

Feniks zaskrzeczał. Albus nabrał kolejny raz powietrza i jęknął. Sen. Tak. To był koszmar – powtarzał w myślach. - Shacklebolt nie przyniósł żadnej wiadomości. Severus! Jest cały i zdrowy.

Fawkes zaczął nucić. Dumbledore westchnął; był kompletnie mokry i roztrzęsiony. Chwilę siedział w pościeli, starając się zebrać siły, po czym wstał. Śpiew feniksa pomógł mu się nieco opanować, ale nie miał zamiaru kłaść się spać. Snów nie należało ignorować; powinno się je przynajmniej przemyśleć.

Rzucił na siebie zaklęcie suszące. Nasunął kapcie i drżącymi rękami założył niebieski szlafrok, który ozdobiony był haftem przedstawiającym niesforne kocięta i różnobarwne ptaszki. Ptaszki bez wątpienia poukrywały się za rozłożystym kołnierzem i tam drzemały a koty porozkładane w rożnych dziwnych pozycjach i miejscach spały pomrukując. Minerwa irytowała się nieco, widząc go w tym okryciu; Severus twierdził, że jeden z kotów (które nieustanie się przemieszczały i które trudno było choćby policzyć) miał obwódki wokół oczu i karcący wyraz pyszczka. Dyrektor powstrzymywał się od komentarza. Jeden z kociaków na pewno był czarny, miał białe mankiety na przednich łapach i łatę pod brodą.

Dumbledore, żwawym krokiem przeszedł do gabinetu. Musiał pomyśleć.

Zaczął od zrobienia sobie gorącej czekolady. Okręty na jego niezwykłym zegarze ustawiły się w jednej linii, z dala od siebie, jeden niesiony falą drugi dzielnie z nią walczący. Otworzył właściwą szufladę biurka i wydobył pudełko pełne nadziewanych pralinek, po chwili zastanowienia postanowił zjeść jedną, by ocenić ich jakość. Wszystko było jak należny.

Minęło dwanaście dni od chwili, gdy Severus wyprowadził się z zamku.

W miarę jak dyrektor rozmyślał, czuł jak niezwyczajne dla niego poczucie paniki wzrasta. W głowie zaczęły mu się układać fakty. Rezygnacja Severusa. Motywy, które młodszy czarodziej podał w liście i te ukryte, których dyrektor jedynie się domyślał. Jego pożegnanie z Poppy i dyrektorem Świętego Munga. Sugestia, że więcej nie będzie ważył eliksirów dla Wagnera… W Hogwarcie zostały niemal wszystkie jego rzeczy. Nawet część książek z domu po rodzicach mistrza eliksirów, dyrektor znalazł poukładane stosami, w gabinecie w lochach. Severus zabrał ze sobą jednak wyposażenie laboratorium…

Być może były tu pewne luki, pewne rzeczy wydawały się nie do końca logiczne, ale czasem emocje dyktują niedorzeczne rozwiązania. Dumbledore nie miał zamiaru już ani chwili zwlekać. Powinien to zrobić dawno. Serce tłukło mu się w piersi, jakby miało ją rozerwać, czuł jak krew z szaleńczą siłą pulsuje w jego kończynach i głowie.

.

xxx

.

Na dworze panowały ciemności; dochodziła czwarta nad ranem. Severus Snape wyszedł przed dom. Była to zrujnowana kamienna wieża z niewielką przybudówką, resztę stanowiły pojedyncze, omszałe, sypiące się ściany, które pozostały po większych budynkach oraz studnia i kilka stosów kamieni. Zakupił ową posiadłość dziewięć lat temu i przystosował do tego, by mógł spędzać w tym miejscu letnie wakacje. Wnętrze mieszkalne, jakie urządził na dwóch poziomach owej leciwej wieży, było przede wszystkim praktyczne, ale i całkiem wygodne. Brakowało jedynie bieżącej wody oraz kanalizacji, jednak jako czarodziej znośnie radził sobie z niedogodnościami. Przybudówkę przystosował i zagospodarował jako laboratorium: małe, odpowiadające jego wakacyjnym potrzebom; gdyby jednak pragnął pracować tam, na co dzień, potrzebowałby jeszcze cieplarni umożliwiającej uprawę niektórych gatunków roślin oraz paru innych udogodnień. W szopie stojącej pod jedną ze zrujnowanych ścian, mieszkały trzy wielkie sowy; używał ich przede wszystkim do transportu ingrediencji.

Przez myśl przeszło mu by sprawić sobie konia pod wierzch; sprawdzałby się w tym terenie, jako środek transportu, gdyż przestrzenie były rozległe, a do najbliższego osiedla ludzkiego - gdzie robił podstawowe zakupy - był spory kawał drogi. Nie chciał posługiwać się magią poza polem ochronnym posiadłości. Samochód terenowy, jakiego czasem używali tutejsi mugole, raczej nie wchodził w grę – zbyt wiele zachodu z opanowaniem urządzenia, na dodatek ograniczało ono swobodę ruchu a droga zdatna do przemieszczania się autem prowadziła na około. Niektórzy mieszkańcy ze względów praktycznych używali koni. Tym czasem Lucjusz Malfoy swego czasu nalegał na to, by Severus nauczył się jeździć wierzchem; to było w dobrym tonie, a arystokrata postawił sobie za cel, ucywilizować swego kolegę.

To właśnie Lucjusz był tym, który rekomendował go Czarnemu Panu. Severus zachłysnął się wówczas nowym światem otwierającym przed nim swe podwoje. Był dumny, że znalazł się w kręgu bliskich znajomych dziedzica rodu Malfoyów. Lucjusz zapraszał go do swojego wspaniałego domu, konsultował z nim prywatne sprawy, obchodził się względnie taktownie, udzielając lekcji towarzyskiej ogłady a w niektórych sytuacjach, pokazywał się z nim publicznie. To nigdy nie była przyjaźń, Malfoy nie praktykował czegoś podobnego, on kalkulował. Dostrzegł w Severusie Snapie kogoś, kto miał szansę na zdobycie mocnej pozycji u stóp ich Mistrza, i który jednocześnie ma przydatne i niebezpieczne zdolności. Snape na szczęście dość szybko otrzeźwiał, nabierając odpowiedniego dystansu do spraw i również zaczął przeliczać na chłodno, co może zyskać, a co stracić na tym przymierzu. To zapewniało ich układowi niezłą stabilność. Dopiero wówczas Malfoy zaczął go względnie cenić, jako towarzysza. Obaj, Lucjusz i Czarny Pan inwestowali w Snape`a. O ile Severus porzucił Lorda, o tyle do końca zachował wobec rodziny Malfoyów pewien, dość dużo go kosztujący rodzaj lojalności; dzięki niemu, jedyny męski potomek tego starego rodu nadal żył, a Narcyza nie spędziła ani godziny w Azkabanie.

Co do konia jednak, mistrz eliksirów przewidywał, że w takim odosobnionym, surowym miejscu, jazda wierzchem mogłaby okazać się przyjemna (urządzanych z wielkopańskim zadęciem zabaw w siodle organicznie nie znosił). Miałby trochę zdrowego ruchu, który ostatnio bardzo zaniedbywał. Tyle tylko, że zapach czy raczej smród charakterystyczny dla stajni i urzędującego w niej czworonoga, nie nastrajał Severusa przychylnie do pomysłu. Oczywiste było bowiem, że musiałby sam oporządzać zwierzę i chociaż nie należał do wydelikaconych a znajomość zaklęć gospodarskich zdecydowanie upraszczała procedurę, to jednak jego zmysł węchu, był niezwykle czuły i wymagający – ciężki, przenikający wszystko wokół zapach stajni byłby zbyt przytłaczający i uniemożliwiałby pracę nad eliksirami. Konie, których dosiadał w towarzystwie Malfoya miały pewien plus – były wyprowadzane ze stajni po karmazynowym dywanie i podstawiane jeźdźcowi wymyte, wyczesane i wywietrzone, tak by nie drażnić jego delikatnych nozdrzy i nie ubrudzić jaśniutkich safianowych rękawiczek. Poza tym do kłopotliwych obowiązków jakie miałby jako właściciel czworonoga, dochodziła kwestia opieki nad wierzchowcem, w czasie, gdy przebywałby w podróży. To zamykało sprawę; pomysł upadł.

Tuż przed wielkim nosem Snape`a, bezszelestnie przefrunęła sowa płomykówka, ta sama, która była tu parę godzin wcześniej. Rozpoznała jedną z jego sów i przykleiła się do ptaszyska, które przywlekło ją do mistrza eliksirów. Severus złapał się kamiennej ściany, by nie stracić równowagi. Ściągając brwi i mrużąc oczy, spojrzał prosto w błyszczące, wyłupiaste ślepia ptaka. Sowa usiadła na rancie kamiennego kręgu studni; dzieliły ich dobre trzy metry. Dziedziniec był słabo oświetlony, bo jedynie z okien wieży i przybudówki padały na niego trzy, blade snopy światła. Ptak kilkakrotnie odezwał się, co przypominało - jak Snape złośliwie ocenił - wrzask napadniętej na Nokturnie kobiety. Wiedział, że była to jedna z doświadczonych i wytrwałych sów szkolnych (po wypadku miała na łebku bliznę w postaci kilku nieelegancko układających się piór) – sam niekiedy z niej korzystał. Zgadywał, że tym razem nadawcą był Dumbledore. Ta znajomość została zakończona, raz na zawsze – pomyślał z nagłym rozdrażnieniem. Nie łudził się wprawdzie, że długo uda mu się ukrywać przed Albusem miejsce swego pobytu, miał jednak nadzieję, że przynajmniej na jakiś czas wystarczy staremu sama wiedza i nie będzie nachodził swojego dawnego szpiega. A później… No cóż, Severus nie wyglądał zbyt daleko w przyszłość, więc nie martwił się tym, czego może dyrektor zapragnąć za kilka tygodni czy miesięcy. Najwyraźniej pomylił się i Dumbledore zamierzał nękać go od samego początku.

- Mówiłem ci, że z nikim nie koresponduję – odezwał się bardzo wyraźnie, przywołując na twarz nieprzyjemny wyraz, jakby to mogło przemówić do wyobraźni ptaka. - Nie interesuje mnie ten, kto przywiązał ci do nogi pergamin i to, co w nim napisał. Wynoś się, póki masz wszystkie pióra. Na noc możesz skorzystać z gościnności moich sów. – Wskazał wolną ręką szopę. – A potem, won!

Od strony szopy odezwało się pohukiwanie jednego z jego ptaków. Płomykówka przez chwilę wyglądała na niepewną, ale ręka Snape`a i ton z jakim wypowiedział ostatnie słowa znacząco wskazywały kierunek w jakim powinna się udać a ptasi głos zdawał się przywoływać, więc odleciała. Być może postanowiła poczekać do rana i wówczas podjąć kolejną próbę dostarczenia wiadomości.

Tu, w górach, Snape był w jakiś sposób wolny – może nie od swych wewnętrznych demonów, ale od świata - tego zorganizowanego, społecznego, od cywilizacji. Od wizytującego go i wymuszającego na nim różne rzeczy Dumbledore`a. I od Dumbledore`a nieskładającego mu wizyt, ale nadal czegoś od Severusa oczekującego.

Mistrz eliksirów usiadł za domem, niedaleko owej drewnianej szopy, mając widok na polanę i mroczny las. Wyciągnął różdżkę, skupił się i rzucił zaklęcie. Po chwili, na szerokim pieńku, na którym zazwyczaj stawiał filiżankę z herbatą lub butelkę szkockiej, ostrożnie wylądowały dwie miarki z niezbyt smakowicie wyglądającymi substancjami i dwie szklanki wypełnione w jednej trzeciej wodą. Cały dzień pogoda była dżdżysta, więc większość czasu spędził w ciasnym gabinecie, ślęcząc nad papierami, potem pracował w laboratorium. Na zakończenie kontynuował eksperyment siedząc przed kominkiem ze szklanką starej whisky w dłoni i oczami wpatrzonymi w ogień. W nocy aura nieco się poprawiła toteż, gdy wyszedł, chwilowo nic mu nie leciało na głowę. Chłodne powietrze było przyjemne. Blednący już księżyc przeświecał przez zwały chmur. Spojrzał w górę spodziewając się znaleźć na niebie gwiazdy. Nie było nic widać.

- Żadnych więcej drogowskazów dla błądzących potępieńców – mruknął do siebie na pół wyraźnie. Twarz wykrzywiła mu się w drwiącym grymasie a przynajmniej tak zakładał (mięśnie pozostawały pod wpływem alkoholu). Opierając głowę o ścianę, przymknął oczy.

Logicznie rzecz biorąc on już nie potrzebował drogowskazów. Potwór nie żył. Ciemność, która go otaczała dostatecznie mocno wyblakła i rozrzedziła się (przy okazji jednak, zgasły nieliczne jasne gwizdy - to, czego się trzymał przez wszystkie mroczne lata). Gwiazdy nie były już jednak warunkiem koniecznym, by nie stracić poczucia rzeczywistości i orientacji. Rozeznawał się już całkiem znośnie w sprawach tego świata, znał dość dobrze siebie i nie zamierzał po raz trzeci oddać się na usługi jakiegoś szaleńca albo popaść w obłąkańcze idee.

Sentymentalizm nie leżał w jego naturze, unikał też nurzania się we wspomnieniach czy filozofowania na tematy egzystencjalne, jeśli coś rozważał, starał się być po prostu praktyczny. Praktyczne podejście do życia, jak wierzył, było jedynym zdrowym rozwiązaniem dla człowieka a przynajmniej dla niego. Emocje nigdy nie wychodziły na dobre. Otaczała go wreszcie cisza, miał święty spokój (musiał tylko pozbyć się tej sowy), brak poważniejszych zmartwień, żadnych nakazów, zakazów, rozkazów. Postanowił też nie mieć żadnych wyrzutów sumienia – zamknąć tamtą opasła księgę. Zależał jedynie od siebie, żył dla siebie, pracował dla siebie.

Był nieco pijany. Lekkie kołysanie w głowie i nieco gumowate członki. Nie był zbyt oryginalny w kwestii trunków, wybierał albo czystą polską wódkę albo szkocką single malt whisky. Bez udziwnień, zależnie od celu, w jakim pił. Lucjusz przekonał go do tego, co pijali dobrze urodzeni i usytuowani oraz aspirujący do wejścia w owe sfery. Jeśli chodziło o whisky Severus gustował w gatunkach torfowych (trochę dymu, smoły i wodorostów – to pasowało do niego) - wymagały od warzyciela głębokiego wsłuchania się w naturę, w ich prostocie kryła się prawda i magia. Cenił równowagę, wybierał trunki o odpowiednio wyważonej mocy. Jego upodobania w tym względzie okazały się bardzo zgodne z gustem profesor McGonagall, co niestety nastręczało mu teraz pewnych problemów. Nie mogąc uwolnić się od przebłysków niepożądanych, irytujących myśli, pierwszy kieliszek z nowo otwartej butelki szkockiej wylewał – bez żalu. Bez żalu za tym, co za sobą pozostawił (takie było założenie). Whisky, cenił oczywiście ze względów zawodowych. Powstawała w oparciu o czytelne procesy chemiczne wymagając jednocześnie uwzględnienia sekretu natury. By uwarzyć trunek trzeba było rzetelnej wiedzy, cierpliwości i precyzji oraz intuicji. By stworzyć wyjątkową whisky trzeba było być artystą. Dostrzegał i doceniał cudowną wirtuozerię ludzi, którzy go warzyli. Mistrzowie przekazywali sobie tajemnicę o jego sporządzaniu jak skarb, z pokolenia na pokolenie, z szacunkiem. Nie wchodziła w grę bylejakość a jej charakter był ściśle związany z miejscem, w którym się rodziła i dojrzewała.

Blisko siedemnaście lat minęło od czasu, gdy ostatnio się upił; w ogóle zdarzyło się to Snape`owi zaledwie dwa razy aż do tego roku. Z odrazą patrzył na to, jak jego ojciec upadla się w ten sposób, niszczy rodzinę, za którą był odpowiedzialny i ostatecznie samotny zapija się na śmierć. Żałosny człowiek. Poza tym w zawodzie szpiega, spożywanie nadmiernych dawek alkoholu było wielce niewskazane. Od kiedy jednak ograniczenia zawodowe zniknęły, inni ludzie wraz z obowiązki, jakie miał wobec nich również, od czasu do czasu mógł oddać się we władanie trunkowi. W takich okolicznościach wybierał wódkę. Ujemnymi i nieakceptowanym efektami owego stylu życia, były - stan, w jakim znajdowało się ciało i umysł po zażyciu kilku godzin marnego snu, gdy poziom alkoholu we krwi podnosił się oraz, w rozliczeniu kilkunastomiesięcznym, trwałe upośledzenie niektórych potrzebnych w profesji warzyciela funkcji pycho- fizycznych. Gdyby miał w planach kontynuowanie pracy naukowej i eksperymentowania w laboratorium powinien był zaprzestać praktykowania tej formy rozrywki.

Wielki, kościsty kot, bezczelnie obtarł się o nogi mistrza eliksirów; długi i nieadekwatnie gruby do reszty ciała ogon, owinął się niczym wąż wokół łydki mężczyzny. Zwierzę zamiauczało i wskoczyło na brzeg ławki, na której siedział.

- Won - warknął Snape.

Kot w odpowiedzi rozpoczął długi rytuał mycia. Severus spojrzał na niego ze zwykłą dezaprobatą co kota w najmniejszym stopniu nie obeszło. Snape`a nie wzruszało to, że jedno oko rudego bydlęcia jest uszkodzone i częściowo pokryte bielmem ani to, że brak mu jednego palucha u przedniej łapy a na karku między łopatkami świeci mu łata pozbawiona futra, nie zaimponowały mu też próby dostarczenia mu do łóżka w darze upolowanych gryzoni.

Pogoda w tym rejonie świata, w którym obecnie egzystował, była zazwyczaj ponura czy może właściwiej byłoby stwierdzić: złowieszcza. Miejscami nieustannie utrzymywała się mgła, często popadywało a wiatr dął zawzięcie, urządzając tak za dnia jak i nocą prawdziwe koncerty: wyjąc, jęcząc, dzwoniąc i stukając przedmiotami. Słońce wkradało się tu niczym opryszek - ostrożnie, przemykając między zielonymi polami, wzgórzami, pomiędzy konarami drzew i kamiennymi zabudowaniami gospodarstwa. Teren był jakby trochę bardziej zapomniany i przeklęty niż pozostałe miejsca Szkocji; idealne w zastępstwie mających swój mroczny urok lochów Hogwartu (człowiekowi trudno się wyzbyć pewnych przyzwyczajeń, które przez lata hodował). Była tu przestrzeń, która dawała mu nieznane dotąd poczucie swobody. Dotychczas spędzał w owym miejscu jakieś dwa tygodnie w czasie letnich wakacji, czasem też kilka dni z zimowych ferii.

Nie zajmował się już kwestią swojego wyglądu, mógł porzucić mroczny wizerunek i wszelkie pozory; przelotnie myślał o tym, że z czasem pewnie zmienią się mu i pozostałe nawyki. Po kilku dniach pobytu w szkockiej posiadłości stwierdził, że niespecjalnie przeszkadza mu paskudny zarost na twarzy; zaklęcie zmieniające wygląd jego włosów samo przestało działać i nawet nie umiałby powiedzieć, kiedy dokładnie się to stało. Jedyne, co zrobił z niesfornymi siwiejącymi kosmykami, to wiązanie ich w kucyk, tak by mu nie wpadały w oczy i nie właziły w usta. Kompletnie nie interesowały go powody, dla których kiedyś zaczął zmieniać wygląd włosów; wiedział, że gdyby je obciął na krótko, w lustrzanym odbiciu ujrzałby coś na kształt ducha swego ojca, bez cienia jakichkolwiek cech fizycznych matki. Jedynie połamany w dzieciństwie nos, nadawał jego twarzy nieco indywidualnego wyrazu – ani za matką ani za ojcem (ale, o ironio za jego wyrazisty kształt przynajmniej częściowo odpowiadał również Tobiasz Snape). Obecnie niewiele rzeczy miało dla niego większe znaczenie. Dbał o siebie w sposób podstawowy, na tyle, na ile uważał to za konieczne dla istoty posiadającej rozwinięte zmysły i zdolność abstrakcyjnego myślenia.

Prawda była jednak taka, że wypadł z rytmu, stracił wewnętrzną dyscyplinę. Miotał się, szukał wyzwań, mimo to nie widział sensu by to wszystko ciągnąć, by budować życie całkiem od nowa.

- Przeklęty człowiek – wymruczał marszcząc brwi. Jego obecna praca a w zasadzie zabawa w pracę, potwierdzała to, jak nisko upadł. – Żałosny!

Najwyższy czas by z tym skończył.

Spojrzał na prowizoryczny stoliczek, próbując ustabilizować wzrok, wyciągnął szczupłą dłoń, powoli chwycił pierwszą miarkę i uniósł w górę. Kot przytuliwszy się do jego uda, częściowo ukryty pod połą kurtki, drzemał.

Gdzieś za plecami mężczyzny - niezwyczajnie nisko - nastąpiło wyładowanie atmosferyczne. Kot uniósł rudy łeb i w napięciu nasłuchiwał.

Snape wypił eliksir przymykając oczy.

Powietrze wokół zafalowało a świat na moment jakby ciut pojaśniał – dostrzegł to poprzez opuszczone powieki. Kot postanowił opuścić miejsce swego spoczynku i zbadać teren.

Złapał oddech. Eliksir przemierzał jego gardło, potem doszedł do żołądka… Wlewał się w żyły. Grzał, może palił, inaczej jednak niż wysokoprocentowy alkohol. Severus czuł jak nieco trzeźwieje w wyniku tego uczucia. Nie potrafił powiedzieć, czy to było przyjemne, czy wręcz przeciwnie. Odstawił miarkę i przesunął rękę po wodę; wypił pierwszą szklankę. Odczekał chwilę. Stwierdził, że nadal jest pijany, ale żyje, właściwa reakcja powinna nastąpić za chwilę, po zażyciu drugiego eliksiru. Nie zdołał opracować sposobu zespolenia substancji, eliksir był niestabilny. Woda była składnikiem wiążącym. Sięgnął po drugą miarkę z eliksirem. Wzniósł naczynie w toaście, mrucząc na głos myśl „W wasze ręce zapijaczone mordy!". Wydawało mu się, że zdanie to wymówił bardzo przyzwoicie.

Przyłożył do ust szkło i przechylając zamknął oczy. Tym razem coś wyraźnie wstrząsnęło powietrzem, ale jego myśli płynęły dość wolno i chwilę trwało nim zrozumiał, że to bariery ochronne. Poczuł na języku zimną, lodowatą substancję… pierwsze krople zaczęły spływać do gardła, gdy usłyszał krzyk. To był bardzo znajomy głos; w myślach pojawiła się mu odpowiedź na ten głos, która otwierała się i zamykała w czymś w rodzaju gniewnego – „NIE!", na przekleństwa nie było już czasu. Mniej więcej w tej samej chwili, coś w niego uderzyło wyrywając mu z ręki miarkę z eliksirem i sprawiając, że już nie siedział. Zwijał się leżąc na błotnistej ziemi. Ból był subiektywnie rzecz oceniając, dość mocny. Zwymiotował. Potem wszystko się uspokoiło i zgasło.

Rudy kot ukrywający się pod ławką, zwinnie uskoczył przed lecącym w tym kierunku zaklęciem, zasyczał, w imponujący sposób zjeżył się i ostatecznie czmychnął, uznając, że rozsądniej jest obserwować owe wypadki z bezpiecznej odległości. Jakkolwiek po kilku minutach ocenił, że prawdopodobnie nic nie zagraża jego życiu, za to ciekawość dokucza mu zbyt boleśnie, by ją zignorować. Ostatnio działo się tu tyle ciekawych rzeczy i skoro już zaakceptował tego człowieka, który mu się tu sprowadził, to wypadało teraz zobaczyć, co dziwnego się z nim stało. Po chwili stał już dość blisko centrum wydarzeń, choć nie na widoku. Drugi człowiek, który narobił zamieszania pachniał kotami - tymi samymi, co jego człowiek, gdy tu przybył - poza tym teraz wyglądało jakby był życzliwie nastawiony do jego człowieka. Tylko, po co najpierw zrobił mu krzywdę. Może to było takie powitanie; jego człowiek też go witał w podobny sposób (wymawiając mu na dodatek kolor futra, wytykając wojenne rany i wmawiając żarłoczność oraz lenistwo). Doprawdy, głupi, nieelegancki zwyczaj. Gorsze jednak, że jego człowiek w wyniku tego tu powitania zrobił się… mało przydatny i kotu nie bardzo to się podobało. Wyglądało na to, że parodniowa idylla się zakończyła i może znowu być zdany tylko na swoje pazury, nie mając gdzie wygrzać kości i wysuszyć futra, bo sam przecież nie rozpali na palenisku.

Snape powoli uniósł powieki, by spojrzeć wprost w skoncentrowane na nim oczy należące do osoby, którą doskonale znał i której głos usłyszał nim poczuł ból. Albus Dumbledore. Przerażone oczy Dumbledore`a były jednak czymś, czego właściwie nie znał… - uświadomił sobie z rosnącym niepokojem. – Dlaczego stary patrzył na niego z takim przerażeniem?! Spróbował się odsunąć i z jakiegoś powodu nie mógł tego zrobić w zamierzony sposób. Albus trzymał go… Na rękach… W tym momencie Severus zdał sobie sprawę z perspektyw, z jakiej ogląda Dumbledore`a i świat wokół, a potem zwrócił spojrzenie na własne dłonie. Wziął głęboki oddech. Zamknął powieki i odliczywszy do pięciu, raz jeszcze otworzył… Były tam nadal - niekształtne i niezgrabne łapki. I to należało potraktować, jako właściwy powód do wybuchu. Czując falę gniewu i irytacji, i może delikatnie wzbierającej rozpaczy zaczął wrzeszczeć.

.

xxx

.

Harry zatrzasnął okno, z którego właśnie wystartowała Hedwiga z listem. Gniewnie przemierzył salon, kierując się do kuchni, gdzie Syriusz spożywał poranną jajecznicą i czytał "Proroka". W gazecie znajdował się obszerny artykuł dotyczący Severusa Snape`a a poniekąd i Harry`ego, którego autorka - Ritta Skeeter, zamieszała w sprawę.

„Jak długo pozostaniemy naiwni, pragnąc w śmierciożercy widzieć romantycznego kochanka i szlachetnego, dzielnego wojownika w służbie dobra?" i „Czy zdrajca może być bohaterem?!" – głosiły tytuły. Zaś jeden z ostatnich akapitów brzmiał:

.

Dla dopełnienia czarnej historii, pragniemy przekazać jeszcze jeden argument przemawiającym za tym, że należy się mieć na baczności. Jest to decyzja, którą niedawno podjął Harry Potter. Po roku ukrywania się i zwlekania, wreszcie zdecydował się na odbycie kursu aurorskiego - podobno na testach był bardzo zdeterminowany. Wiemy z dobrego źródła, że powiedział, iż nie ma wyboru. „Czas bym powrócił. Nie można tego dłużej odkładać. Problemy same się nie rozwiążą. Zrozumiałem, że muszę skończyć, co zacząłem, dla dobra naszego świata." Czyżby chłopiec wiedział coś, czego my oficjalnie nie wiemy?!

.

- Naciągane czy nie, Smark znowu ląduje w rynsztoku – rzucił głośno Black. – Nowy Czarny Pan z mroczną władczynią u boku! – prychnął podsumowując jedną z teorii dziennikarskich.

- Uważasz Syriuszu, że to jest zabawne? – ryknął Harry powodując, że Black upuścił na podłogę jajko, które właśnie unosił na widelcu. - To cię, na przeklętego Salazara, naprawdę bawi?

Syriusz uniósł ręce, w których trzymał gazetę i widelec, w geście poddania się.

- Uważam, że trudno o głupsze i bardziej żałosne wymysły - powiedział spokojnie. - Nie, Harry, nie trawię Snape`a i nigdy go nie strawię, staram się przeto, nie nabijać go nawet na widelec, i… powiedzmy, że wolałbym by mi go więcej już nie serwowano pod żadną postacią w porannym, popołudniowym i wieczornym menu.

- Wysłałem sowę do pana Lovegood`ea. Napisałem, że pragnę udzielić wywiadu dla Żonglera w odpowiedzi na te podłe kłamstwa. Pojutrze będę się widział z Dumbledore`em, ciekaw jestem, co zamierza w tej sprawie. Mam nadzieję, że zechce coś zrobić, w końcu jego i profesor Mac też ta krowa wmieszała w sprawę. Snape jest jego podwładnym.

- Na to, że Dumbledore zmartwi się pokrętnym artykułem na swój temat nie liczyłbym, że przejmie się sprawą dobrego imienia swego czarnego robaczka, też bym nie obstawiał zbyt wysoko. Już prędzej Minerwa dostanie ataku apopleksji ze względu na ciebie i dobre imię szkoły, które narusza ten czarny pijar.

- Co ty robisz? – zapytał Harry patrząc jak Syriusz starannie wyrywa z gazety zdjęcie Snape`a.

- To wyjątkowo udane zdjęcie. Jedyne, na którym się… uśmiecha.

.

xxx

.

Minerwa McGonagall sunęła korytarzami szkoły, zamiatając kamienną posadzkę brzegiem długiej, lekko zsuniętej z ramion szaty. Ruch jej cienia w jakiś sposób przywodził na myśl rozjuszonego, szarżującego hipogryfa. Wyglądała jakby była zdolna wydrapać ślepia bazyliszkowi (a potem wyrwać gadowi kły i gołymi rękami skręcić mu kark).

Negocjacje z Radą Szkoły były tak pochłaniające, że nie zdążyła porozmawiać z Albusem o problemach finansowych związanych z warzycielską działalnością Severusa Snape`a. Znalazła jednak chwilę, by napisać i wysłać mistrzowi eliksirów list zawierający wezwanie do tego, aby zechciał łaskawie udzielić jej wyjaśnień, i żądanie, by wywiązał się ze swych nauczycielskich obowiązków. Z dyrektorem planowała pomówić dzisiaj rano. O poranku stwierdziła jednak, że sytuacja nieco się zmieniła. W związku z tym zamierzała wymagać, by Dumbledore podał jej konkretny adres swego bezczelnego pracownika i pupila, aby mogła przesłać mu wściekłego patronusa. Była pewna, że Albus doskonale wie, gdzie aktualnie przebywa Snape, zawsze wiedział.

Trzy dni temu wysłała do Severusa jedną ze szkolnych sów płomykówek z listem, nakazując ptakowi nie wracać bez odpowiedzi. Sowa powróciła dzisiaj rano, bez jej listu, ale też bez informacji zwrotnej. Wyglądało na to, że mężczyzna bezczelnie ją zignorował, nie pierwszy zresztą raz. To było jednak tylko preludium, które doprowadziło ją do irytacji i podniosło ciśnienie. Prawdę powiedziawszy nie kwestia tupetu Severusa, była głównym powodem jej obecnego wzburzenia i tego, że w takim stanie zmierzała teraz do biura Dumbledore`a. Chociaż i w tym przypadku chodziło o owego nieznośnego człowieka, którego jednak, mimo wszystko… szanowała i podziwiała. Któremu bezdyskusyjnie ufała. Który przez wiele lat był jej… znajomym, współpracownikiem i podwładnym.

Wraz z całą poranną pocztą urzędową przysłano Minerwie nowy numer Proroka Codziennego, którego przejrzenie wytrąciło ją z równowagi a właściwe doprowadziło do takiej furii i frustracji, jakich dawno nie czuła.

Na stronie tytułowej widniała fotografia Harry`ego Pottera, który robił zaciętą, nieco desperacką minę znacząco zaciskając w dłoni różdżkę oraz większe od tamtego, bardzo nieprzyjemne zdjęcie Snape`a odwracającego się przez ramię i złowieszczo, jakby ironicznie wyszczerzającego ku czytelnikowi krzywe zęby. Widząc to ostatnie Minerwa przewróciła oczami i cicho prychnęła. Nie mówiąc o tym, że Severus nigdy nie wyszczerzał się w tak nienaturalny, idiotyczny sposób, w ogóle rzadko ukazując swe uzębienie to na dodatek garnitur zębów, jaki zafundowano mu na zdjęciu dalece odbiegał od jego rzeczywistego, który jednak nieźle pamiętała. Oczywiście preparowanie fotografii było na porządku dziennym, co nie zmienia faktu, że budziło to jej sprzeciw i niesmak. Sfabrykowane czy rzeczywiste fotografie obu czarodziejów na tyle często jednak wypełniały strony gazet, czasopism a nawet książek, że jako takie specjalnie już nie poruszały profesor McGonagall, jednak zamieszczony poniżej tytuł, brzmiał zdecydowanie wstrząsająco. Bardzo obszerny tekst opublikowany na pierwszej i szóstej stronie był więcej niż alarmujący. Minerwa McGonagall dosłownie zapłonęła z oburzenia, niesmaku i niepokoju przebiegając oczami kolejne linijki dzieła Rity Skeeter. Aż w końcu doszła do fragmentu, który sprawił, że buchnęła w niej prawdziwa furia. Wzrok jej pociemniał jakby zalała ją gęsta, czarna fala gniewu. Trzęsła się, ciężko łapiąc oddech, powietrze wokół niej było naelektryzowane, a przedmioty w komnacie zaczęły niebezpiecznie drżeć. Gdyby przeczytała te oszczercze supozycje w obecności ich autorki, niewykluczone, że nie powstrzymałaby się przed użyciem wobec Skeeter jakiegoś wyjątkowo podłego zaklęcia.

No cóż, istniały sprawy, do których Minerwa McGonagall prawdopodobnie nigdy nie będzie miała chłodnego stosunku. Artykuły pojawiające się w „Proroku" były na czele owej listy. Uważała, że coś trzeba z tym tematem zrobić, podobne kalumnie nie mogły być tak po prostu puszczone mimo uszu. Skeeter już dawno powinna odpowiedzieć za swoje kłamstwa i manipulacje przed sądem.

Jeden z akapitów brzmiał:

.

Gdzie obecnie przebywa Severus Snape, mroczny czarodziej okrzyknięty romantycznym kochankiem? Czy nie powinno się go przesłuchać przy użyciu Veritaserum? Prawdę powiedziawszy nie odbył się dotąd żaden proces, a przecież Snape śmierciożercą był, jego sumienie nie jest czyste. Czy Dumbledore przerwie w końcu swe milczenie idąc w ślady Harry`ego Pottera i stanie w obronie świata czarodziejskiego? Podkreślmy – Snape jakby nie patrzeć jest mordercą. Jeszcze w dzień poprzedzający ostatnią bitwę dostarczył Temu-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać kolejną partię eliksirów, które ów wykorzystał – jak sam powiedział – by zabijać i torturować niewinnych (tak jak to robił przez lata przy użyciu niezawodnych wywarów swego mistrza eliksirów). Co tak naprawdę ów człowiek zrobił dla nas, uczciwych obywateli, co przede wszystkim nie byłoby z korzyścią dla niego samego? Trudno znaleźć taką rzecz a co dopiero obronić używając faktów. Te zaś każą uznać, że SS to człowiek bardzo przebiegły, wywijający się niczym wąż. Szpieg, kalkulujący na zimno, bezwzględny i wyrachowany. Nie ma w nim nic z romantycznego kochanka, którego tak pragnęliśmy w swej naiwności ujrzeć. Którego tak poszukiwaliśmy wśród trudów tych czasów, wśród bólu i rozpaczy czarnych dni. Jednak, jeśli pozostaniemy w świecie owych złudzeń pod naszym nosem, na nasze życzenie, ironicznie się śmiejąc, powstanie nowy Czarny Pan i być może ujrzymy przy jego boku mroczną władczynię jego nieludzkiego serca.

.

Co za brednie! – rzucała w myślach profesor McGonagall. – Śmie podpierać się tym, co powiedział Voldemort a podważa słowa Dumbledore`a i Harry`ego Pottera! Wkłada w ich usta jakieś wyssane z palca bzdury. Kolejny raz znalazła sobie kozła ofiarnego. I w moim stosunku do Severusa nigdy nie pojawił się brak szacunku czy zaufania, ty krowo! – wyrzuciła przypominając sobie kolejne wersy:

.

Sami-Wiecie-Kto, przed śmiercią, wyraźnie wspomniał o tym, że SS zdawał sobie w pełni sprawę z tego, że nigdy nie miał pełnego zaufania dyrektora i swych kolegów (w tym powszechnie szanowanej profesor Minerwy McGonagall), że nie był poważany w owym środowisku, a nawet często czuł się jawnie wykorzystywany i upokarzany. Pozwolimy sobie też nadmienić, że wicedyrektorka Hogwartu, która jako jedna z niewielu nie uległa zbiorowemu szaleństwu każącemu gloryfikować „byłego" śmierciożercę, nadal nie obdarza kolegi i podwładnego sympatią i ufnością; utrzymuje nawet większy niż wcześniej dystans.

.

Minerwa była krańcowo wściekła i w jakiś sposób zrozpaczona, w związku z tym, że w artykule wykorzystano sprawę ich prywatnych relacji. Skeeter śmiała na tym polu dokonywać publicznych, niemających nic wspólnego z prawdą ocen. Na dodatek:

.

Nie mamy zamiaru negować, że to siła miłości była tarczą, która odbiła śmiertelne zaklęcie rzucone przez Sami-Wiecie-Kogo, choć doprawdy któż to zbada. Trzeba jednak zapytać – miłości jakiej, do czego? Porzucając emocje i pragnienie widzenia wszystkiego w jaśniejszych barwach rozważmy, czy argument „miłości", może nas przekonywać, że Snape jest po właściwej stronie? Czy wiemy, kim jest owa ukochana, dla której porzucił swego Lorda? Jakież ona ma poglądy, jaką dotychczas prowadziła działalność? Czy gdyby była to kobieta czysta i godna szacunku nie pokazałby jej światu? Spójrzmy na sprawę z drugiej strony - czy normalna, szanująca się kobieta mogłaby odwzajemnić uczucie takiego człowieka? Jakby go nie reklamować, Severus Snape przy bliższym poznaniu okazuje się dość odstręczającym typem. Wspomnienia uczniów i kolegów nauczycieli wiele o nim mówią a przeszłość śmierciożercza potwierdza ten obraz.

.

Minerwa McGonagall przeczytawszy powyższe linijki zapragnęła wpaść do biura Proroka wywlec tę gadzinę za kłaki i zamienić – na stałe, w coś wyjątkowo obrzydliwego. Dumbledore musiał zareagować. Natychmiast. Zdecydowała, że choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką zrobi w swoim życiu, dopilnuje by problem został właściwie rozwiązany.

.