Od autora:

Dziękuję najserdeczniej za Wasze komentarze. Każdy z nich ma swój udział w powstaniu poniższego rozdziału. Skłaniały mnie do tego, by powracać do tekstu, kiedy nachodziło mnie poczucie, że nie dam rady wskrzesić Szk i że nie ma sensu tracić czasu. Poniżej rozdziału, zamieszczam po kilka zdań odpowiedzi na każdy z komentarzy.

Min - dziękuje za dobre słowo i korektę. Cieszę się bardzo, że nadal ze mną jesteś.


Publikacja: 01 marca 2016r.

.

Rozdział 5

.

.

Węsząc wielkie kłopoty

.

.

.

Severus Snape nie otwierał oczu i nie wykonywał żadnych ruchów mogących wskazywać na to, że się obudził. Dochodząc do siebie, wstępnie analizował wszystkie docierające do niego bodźce. Nieznośnie bolała go głowa, co utrudniało skupienie się i przemawiało za tym, by utrzymać stan bezruchu. Jego ciało znajdowało się w pozycji horyzontalnej i z pewnością nie spoczywało na desce czy zwałach gruzu, tylko na przyzwoitym materacu. Było dość wygodnie, ale zbyt ciepło. Idąc tym tropem, z wielką pewnością mógł stwierdzić, że aktualnie przebywa w skrzydle szpitalnym w Hogwarcie – zapach miejsca był mu doskonale znany. Brak przeciągów świadczył o tym, że zakwaterowano go w izolatce. W pomieszczeniu znajdowały się co najmniej dwie inne osoby. Był ranek - wyczuwał to w powietrzu i rozpoznawał po dzikich trelach dochodzących z zewnątrz budynku. Ergo: mógł się nieco odprężyć. Powinien się odprężyć, jeśli ból głowy miał zelżeć na tyle, by przeżył otwarcie oczu. Był bezpieczny, chociaż w niezbyt komfortowej sytuacji. Nienawidził budzić się w skrzydle szpitalnym, wysłuchiwać gderania Madame Pomfrey i znosić zamieszania, które zwykła urządzać na spółkę z Dumbledore`em. Co się tyczy owej dwójki – obecnie znajdowali się oni jakieś dwa metry od Snape`a, mniej więcej na godzinie drugiej. Dotarła do niego szeptana wymiana zdań. Miał ochotę syknąć, by zamilkli, ponieważ częstotliwość tych dźwięków drażniła go i wzmagała ból.

Powoli uchylił ciężkie powieki. Pojawiły się zawroty głowy. Z pewnością coś z nim było nie w porządku, czuł to teraz wyraźnie, chociaż nie potrafił odkryć źródła problemu. Nim zdążył zająć się powyższą kwestią, zaszeleściły nakrochmalone fartuchy i zobaczył Poppy Pomfrey. Jej twarz z wyrazu powagi i zatroskania przeszła natychmiast w wyraz rozczulenia. Poppy miała swoje dziwactwa, jednak taka reakcja była zdecydowanie poza jej charakterem i stylem działania. Rozczulanie się czy litowanie nigdy nie przynosiło dobrych efektów podczas leczenia pacjentów. Miała w sobie ogromne pokłady empatii i życzliwości, które predestynowały do tego zawodu. Niektórzy powiedzieliby, że była osobą miłą, ale pielęgniarka przede wszystkim charakteryzowała się kompetencją, (zazwyczaj) zrównoważeniem i zdecydowaniem. Od siebie dodałby natręctwo i nadopiekuńczość (na pewno w stosunku do jego osoby). Jednak nie rozczulanie się!

Któreś z nas zwariowało – przemknęło mu w związku z tym przez myśl.

Zdecydowanie nie miał na to wszystko siły. Priorytetem było jak najszybsze przeniesienie się do chłodnych, zacienionych i zacisznych lochów.

– Otworzył oczy. – Poppy Pomfrey odezwała się dziwnie miękkim głosem i wyciągnęła dłoń, najwyraźniej chcąc dotknąć palcem jego twarzy.

Wstrząśnięty tym zachowaniem Snape wzdrygnął się.

– Ma już te swoje brązowe ślepka, ale jeszcze nie tak ciemne. Proszę spojrzeć, profesorze.

Zza Pomfrey wyłonił się Dumbledore – Albus z ciepłym uśmiechem i do granic roziskrzonymi oczami.

„Dobrze się bawicie?!" – warknął na nich rozeźlony Severus, rzucając jednocześnie mordercze spojrzenie. – „Co do cholery!?" – dodał słysząc dzikie dźwięki, które wydobyły się z jego ust.

Wszyscy troje usłyszeli coś, co brzmiało mniej więcej tak: „Awwu-wa…eee pp! Oo jo oojy!". Gdzie „r", niezbędne w pewnych wyrazach, które okazjonalnie użyte pozwalały wyładować Severusowi frustrację, stawało się całkowicie nieme. I w tym momencie mistrz eliksirów zrozumiał, przynajmniej pobieżnie, swoją faktyczną sytuację. Oni przyglądali się jemu, ale on nie był sobą, niezupełnie w każdym razie. Wspomnienie niedawnych wypadków dotarło do niego z brutalną siłą.

– Gaworzy. W tym wieku dzieci namiętnie konwersują – powiedziała pielęgniarka. – Jest rozkoszny. – Po czym dodała przepraszającym tonem: – Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem coś podobnego o Severusie. Słodki aniołeczek.

– Istotnie, brzmi jak herezja – orzekł poważnym tonem Dumbledore. Życzliwy uśmiech nie zniknął ze starej twarzy, ale zmarszczki wokół jasnych oczu znacznie się pogłębiły, a badawcze spojrzenie przybrało na sile. Szczególnie fascynująca wydawała mu się mimika tego niemowlęcia.

„O nie! Nieee! To się nie dzieje! Nie jestem dzieckiem! – odezwał się Severus zdecydowanie podniesionym głosem, jednocześnie próbując wykopać się z przeklętych, owiniętych wokół jego miniaturowego ciała prześcieradeł. – Dumbledore to przez ciebie! Nie uśmiechaj się mącicielu!" („Waaaaa! Łaaa…! Daaa…! Da-ba…!").

– Już, już, kotku – powiedziała spokojnie pani Pomfrey i położyła mu wielką, ciepłą dłoń na brzuchu. Na jego małym, wydętym jak balonik brzuszku.

– Mam wrażenie, że nasz podopieczny odczuwa jakiś dyskomfort – odezwał się nieco zaniepokojony dyrektor. – Jest pani pewna, że z medycznego punktu widzenia wszystko z nim w porządku? Żadnych anomalii?

„Anomalii, Dumbledore?" – wysyczał Snape. Oczywiście gdyby był w stanie spojrzeć na sytuację nieco bardziej obiektywnie, użyłby prawdopodobnie dokładnie tego samego słowa. Ewentualnie wspomniałby o możliwych, a nawet prawdopodobnych aberracjach.

– Och, tak, fizycznie to okaz zdrowia – powiedziała z całym przekonaniem madame Pomfrey. – Wszystko prawidłowo rozwinięte, badanie nie wykazało żadnego stanu chorobowego. Jeśli zaś chodzi o intensywność jego reakcji, cóż, wydaje się, zważywszy na sytuację, że nie odbiegają od normy. Dziecko po prostu potrzebuje czasu, by się zaaklimatyzować. Niemowlęta źle reagują na gwałtowne zmiany w otoczeniu i rytmie dnia. Trudno orzec, co i kogo pamięta po tej przemianie. Zakładam jednak, że wie, iż nie jest w swoim domu i że nie jesteśmy jego rodzicami. Trzeba dać mu czas i obserwować. No i trzeba go koniecznie nakarmić. Przypuszczam, że to w znacznej mierze ukoi jego nerwy.

– Tak. To możliwe – powiedział z namysłem Dumbledore. Po czym dodał niefrasobliwie – To z całą pewnością będą interesujące wakacje.

Snape nie mógł uwierzyć, a przynajmniej pogodzić się z tym, co się zdawało właśnie dziać. Zaczął wierzgać krótkimi kończynami uwięzionymi w zwałach materiału i wrzeszczeć jak rozhisteryzowany bachor. W tej chwili był przede wszystkim wściekły i może trochę spanikowany. Jego żołądek coraz mocniej zaciskał się w supeł, dając znać, że ocenia zaistniałą sytuację jako wysoce niepokojącą, źle wróżącą.

„Zdejmij to ze mnie! NATYCHMIAST! Dumbledore! Nie! Nie macie prawa mi tego robić!" – Naturalnie z jego ust wydobyły się jedynie abu-gagi i nieco alarmujące krzyki. Mniejsze przedmioty w komnacie zaczęły nieznacznie drżeć i podrygiwać, co nie umknęło uwadze Dumbledore`a. Ten przejaw nerwowości niemowlęcia wydawał się go w jakiś sposób satysfakcjonować. Mały Snape z całą pewnością nie utracił zdolności magicznych.

– Och, kochanie, co się dzieje? – powiedziała pełnym nieznośnej wyrozumiałości tonem pielęgniarka. – Wszystko dobrze, skarbie. Przestraszyłeś się? – Poppy wyciągnęła po niego ramiona i uniosła w górę, przytulając do piersi i klepiąc po pupie. A zaraz potem wsunęła mu palec w usta i przesunęła nim po dziąsłach i dwóch maleńkich, ledwie kiełkujących ząbkach. Odruchowo ugryzł jej palec, zdając sobie sprawę, że odczuwa ból.

Co za upokorzenie! – pomyślał z rozpaczą. Pomfrey zaczęła nucić mu do ucha, co sprawiło, że na chwilę znieruchomiał. Gdy oszołomienie minęło, czerwony na twarzy, rycząc przeraźliwie, napiął się z całych sił, zamierzając dać jeszcze wyraźniej do zrozumienia, że sobie nie życzy, żąda, by go postawiono, by skończyli tę idiotyczną zabawę… I nagle zamarł. Odgłosowi rozbijającego się o ścianę lampionu (który najpierw dziko zadrżał a potem nagle opuścił swe miejsce na szafce nocnej) towarzyszył przeciągły dźwięk uwalniających się z ciała gazów. Potem Severus Snape poczuł jak TO się z niego wydostaje.

Nie, niemożliwe, niemożliwe! Nic takiego się nie mogło stać! To się nie mogło stać! Nie. Nie! – powtarzał w myślach.

– Wyczuwam mały kłopot – rzekł Dumbledore. Długie palce jego dłoni poruszyły się, nakazując roztrzaskanym szczątkom lampionu zebrać się w całość i zająć uprzednio zajmowane miejsce. – Imponująca siła, mój drogi. – Dodał z uznaniem i wyraźnym zadowoleniem.

– Zobaczymy, jak wygląda ten mały kłopot – odpowiedziała raźnym głosem pani Pomfrey. – Już, już, zaraz cię przewinę, kotku.

Poppy odłożyła go na łóżko. Dokładnie tak - ODŁOŻYŁA GO! Severus miał szeroko otwarte oczy i nie ruszał się, prawie nie oddychał. Wprawne ręce Pomfrey zabrały się za rozchylanie materiału i wówczas zareagował. Zaczął rozpaczliwie wrzeszczeć i kopać; próbował odepchnąć ją swymi krótkimi, niezgrabnymi rękami.

„NIE WAŻ SIĘ! NIE! NIE MASZ PRAWA! PRECZ! NIEEEE! JESTEM NAGI! ALBUS! DO CHOLERY!" („Aawww! Baaaw… Aaa! ŁAAHHHH! ŁAAAAAAhhhhhhhh! ŁAAAAAAAAAAAA!")

Nic nie pomogło. Był golusieńki i ubabrany swoją własną kupą. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że każdy ruch powodował, iż fekalia rozsmarowywały się jeszcze bardziej. Cuchnęło.

– Trochę za luźna, ale powodów do zmartwień nie ma – zawyrokowała pani Pomfry rzucając okiem na ekstrementy. – Zobacz, kochanie, jakie śliczne zwierzątka – dodała, wskazując Severusowi wyczarowane przez Dumbledore`a pstrokate stworzenia, które teraz raźnie maszerowały nad jego zminiaturyzowaną głową.

Snape, nie dając się zbić z tropu, zignorował ów przejaw infantylizmu i popis magii dyrektora.

Pielęgniarka machnęła różdżką i nieczystości zniknęły. Poczuł niewielką ulgę, co jednak nie znaczyło, że jego położenie przestało być rozpaczliwe. ROBIŁ POD SIEBIE! BYŁ NAGI! BYŁ DZIECKIEM… Z UMYSŁEM DOROSŁEGO! A ONI NIE ROZUMIELI JEGO SYTUACJI!

Dotarło do niego, że „duzi" coś mówią.

– Severusie, nic złego się nie dzieje, mój wspaniały chłopcze – odezwał się spokojnie Albus, masując go po brzuszku.

To nie miało się prawa zdarzyć! – apelował w duchu, do Merlin raczył wiedzieć, kogo, Snape.

Poppy zjawiła się po raz kolejny. Ze znajomością rzeczy, przekręciła go na bok i zaczęła wklepywać coś w jego nagie pośladki. Potem podłożyła mu pod tyłek pieluchę.

– Ma zaczerwienioną pupę, to może powodować dyskomfort – wyjaśniła. – Już, Severusie, już, skarbie – mówiła z troską. – Krem zaraz zadziała i przestanie szczypać. Dziąsłami też się zajmiemy. Już, już.

Był w sytuacji tak rozpaczliwej, że – jak sądził – niewiele było rzeczy, które ów koszmar mogły jeszcze pogłębić. A jednak. W chwili, gdy Poppy ułożyła go na pielusze, w polu widzenia Severusa pojawiła się McGoanagll.

– Dzień dobry. Słychać was… Jego słychać na korytarzu – oświadczyła, przyglądając się na wpół z zaciekawieniem, na wpół ze zdziwieniem, nagiemu niemowlęciu, leżącemu w szkolnej izolatce.

Próba zakrycia swych genitaliów zbyt krótkimi łapkami i przewrócenia się na bok, jaką Snape desperacko podjął, nie powiodły się. Poppy zablokowała go dłonią. Jedną, kobiecą dłonią, która była obecnie silniejsza niż jego obie ręce i nogi razem wzięte. Nim zdążył skutecznie zareagować, został zawinięty w pieluchę.

– Witaj, moja droga – odezwał się przepełniony nową radością Dumbledore. Mówiąc to, otulił Severusa miłym zielonym kocykiem w puszyste kotki, który chwilę wcześniej transmutował i uniósł go w górę. Snape został przytulony do piersi dyrektora i ucałowany w głowę.

– Nasz kociak przestraszył się – wtrąciła pielęgniarka. – Jest trochę strapiony. Już dobrze, dziecinko.

Severus zaczął wyć, warczeć i fikać.

„Nie jest dobrze, do kurwy nędzy!" – oponował rozpaczliwie.

McGonagall przyglądała się dziecku z pewnym niepokojem.

– Albusie, skąd w szkole wzięło się niemowlę? Czy ono jest chore? – zapytała z troską, ale też z odrobiną niezadowolenia. Przeczuwała kolejną awanturę, na którą nie miała siły. Potrafiła wiele znieść, ale nie wszystko na raz!

„Skąd dziecko!? Skąd!?" – krzyczał Snape. – „Niech ci powie, co zrobił! I nie dziecko! Żadne dziecko! NIE WYTRZYMAM… NIE MACIE PRAWA! ODŁÓŻ MNIE! NATYCHMIAST, DUMBLEDORE! POSTAW MNIE NA ZIEMI! Albus!"

Lampion stojący na szafce po raz kolejny z wielką siłą uderzył o ścianę. Minerwa z wątpliwym uznaniem uniosła brew.

– Już, już, mój magiczny chłopcze. Wspaniały pokaz, przyznaję, ale nerwy nam nie służą – rzekł dyrektor, przyglądając się dziecku z uwagą. Był wyraźnie zaaferowany rozpaczającym Severusem.

Profesor McGoanagall poruszyła różdżką i potłuczony przedmiot raz jeszcze poskładał się i stanął na właściwym miejscu.

– Dziękuję, Minerwo – powiedział stary czarodziej, uśmiechając się. – Przyniosłem go jakieś cztery godziny temu. Potrzebowaliśmy doświadczenia i opinii Poppy. Musiała obejrzeć i zbadać naszego chłopczyka i trochę mnie poinstruować. Dawno już nie miałem pod opieką takiego maleństwa. Ma trochę odparzone pośladki, to go nie nastraja najlepiej.

– I zaczyna ząbkować – dodała Poppy, wsuwając Snape`owi po raz kolejny do ust palec – tym razem smarując opuchnięte dziąsła maścią przeciwzapalną i przeciwbólową (którą Severus własnoręcznie uwarzył dwa tygodnie wcześniej).

Minerwa z rosnącym niepokojem spoglądała to na Albusa, to znowu na awanturującego się w jego ramionach malca i na Poppy.

– Proszę podać mu to do picia, dyrektorze. Herbata ziołowa – odezwała się Pomfrey, wyciągając do Dumbledore`a butelkę ze smoczkiem. – Musimy chwilę poczekać na mleko z Hogsmeade i na jakieś przeciery. Do tego czasu herbatka musi wystarczyć. Powinien się trochę uspokoić. Na pewno jest głodny i przerażony. Zbyt wiele wrażeń. Biedactwo.

Dumbledore usiadł na krześle; z trudem ułożył wierzgającego Severusa na kolanach w pozycji półsiedzącej i pocierając mu wargi mokrym smoczkiem, wsunął go w małe usta. Wstrząśnięty Snape nadal próbował wrzeszczeć, ale pierwsze kropelki płynu sprawiły niespodziewaną ulgę jego suchemu, podrażnionemu gardłu. Odruchowo pociągnął raz i drugi. Czuł pulsujący ból głowy i przytłaczającą bezsilność. Jego nowe ciało było takie nieforemne i słabe, takie nieposłuszne. Nie wiadomo, na jak długo był w pułapce. Albus leciutko kołysząc, pozwolił mu pić; małe rączki niezdarnie objęły butelkę, przejmując te minimum kontroli nad sytuacją.

Mistrz eliksirów zacisnął oczy.

Nie jestem dzieckiem! – myślał. Nie potrafił panować nad ciałem, nad własnymi dorosłymi emocjami, nad swoim przeklętym życiem. Jak to się może dziać? Nie może! Przeżyłem już swój koszmar, swoje upokorzenie… – myślał z rosnącą desperacją.

– Jest taki drobniutki – odezwała się Poppy. – Włoski jak futro kociaka, oczy też wyglądają jak ślepka kociątka. Minerwo, przyznaj, że jest słodki jak kociak – zagadnęła na wpół ze śmiechem.

– Temperamentny kociak – zawyrokowała McGonagall. Niemowlak jak niemowlak, nie było się czym ekscytować. – Albusie, czytałeś dzisiejsze wydanie Proroka? Widziałeś, co ten szmatławiec opublikował? – Potrząsnęła trzymaną w dłoni gazetą i poprawiwszy okulary, odczytała co pikantniejsze fragmenty.

– Bzdury! – żachnęła się pani Pomfrey. – Co za obłuda!

„Wspaniale!" – jęknął Snape. Przez zmęczoną głowę przeszło mu, że w obecnej sytuacji powyższe sprawy nie muszą go interesować; cóż mogła go obchodzić przeszłość TAMTEGO człowieka i konsekwencje tejże. Przy jego szczęściu bardziej realna i prawdopodobna, jak stwierdził, była niestety inna opcja; wyobraził sobie pierwszy w dziejach nowożytnych oficjalny proces wytaczany niemowlęciu i cele w Azkabanie z kołyską oraz przysługującą mu jako zbrodniarzowi jedną pieluchą dziennie.

Dyrektor popatrzył na niego z czułością.

– Dumbledore?! – odezwała się Minerwa poirytowana tym, że czarodziej skupia się na dziecku, nie przywiązując wagi do tego, co mu właśnie zrelacjonowała. – Uważam, że należy to ukrócić. Ona nie cofnie się przed wygłoszeniem najbardziej odrażającego kłamstwa. I na dodatek sieje to całe spustoszenie tylko po to, by utrzymać się w rankingu najczęściej czytanych i cytowanych pseudodziennikarzy. Proszę, powiedz mi, co zamierzasz z tym zrobić?!

– Przyznam, że spodziewałam się, iż prędzej czy później sprawy przybiorą taki obrót. To naprawdę było do przewidzenia – westchnął.

„Do przewidzenia!" – Severus wrzasnął i zaczął szarpać się w ramionach dyrektora. – „Należało zostawić mnie w spokoju! Byłbym daleko od tego wszystkiego i nie groziłaby mi kołyska w Azkabanie!"

– Do przewidzenia!? – fuknęła Minerwa. – Zamierzasz na to pozwolić, bo było do przewidzenia? Gdzie w ogóle jest Severus?! Albusie, uważam, że powinieneś… – Przerwała, by zaczerpnąć powietrza i zmienić ton na stosowniejszy. – Severus Snape jest naszym pracownikiem i powinniśmy zająć się tą sprawą. Uważam, że należy oficjalnie zakończyć ową farsę. Te nikczemne kłamstwa podważają zaufanie do szkoły. Shacklebolt powinien znaleźć na to czas. Na litość Merlina. Proszę powiedzieć mi, gdzie obecnie przebywa Severus Snape? – Akcent profesor McGonagall nabrał szkockiego charakteru.

– Naturalnie, że zajmę się sprawą – odpowiedział łagodnym tonem Dumbledore; błyszczące oczy wyrażały w tej chwili większe zainteresowanie zachowaniem McGonagall niż sytuacją Snape`a. – Domyślam się, że Harry zdążył zapoznać się z artykułem i nie omieszka sprostować sprawy ze swej strony. To zapewne będzie miało pozytywny oddźwięk. Będę się z nim widział jutro, więc pojawi się okazja do tego, aby zamienić kilka słów na ten temat. Porozmawiam też z Shakleboltem i Moodym. Musisz dać mi chwilę na przemyślenie spraw. Pochopne działania nie są wskazane.

„Pochopne działania! Nie życzę sobie z twojej strony żadnych działań oprócz takich, które przywrócą mi moje stare, zużyte ciało!" – wydusił z irytacją zbuntowany Snape. Byłby zapewne dodał jeszcze kilka przesyconych jadem zdań, jednak większość jego uwagi pochłaniała w tym momencie niestabilna emocjonalnie profesor McGonagall. Jej też miał ochotę rzucić w twarz słówko czy dwa. Czekał, aż zasugeruje, że to on sam, pragnąc odświeżyć swój, ostatnimi czasy przykurzony, mroczny wizerunek, podsunął Skeeter temat. W końcu podczas ich ostatniej przemiłej konwersacji wyraziła przekonanie, jakoby w tym zamieszaniu prasowym, jakie rozkręcono wokół jego osoby, czuł się jak tryton w wodzie. Teraz sama Minerwa rozbłysła na nieboskłonie, na którym do niedawna on królował, bo – jak wspomina artykuł – jako jedyna poznała się na fałszywym bohaterze. Prawdę powiedziawszy, nigdy nie czuł wobec Minerwy McGonagall takiego rozgoryczenia, jak w tej właśnie chwili.

Tym czasem Minerwa opanowała się i zaczerwieniła jednocześnie. Pomyślała, że właśnie odstawiła idiotyczną scenę. Na litość Merlina, podniosła głos na swego przełożonego. Fuknęła na Dumbledore`a. Nawet dziecko się gapiło.

– Przepraszam was – powiedziała, odzyskując panowanie nad głosem. – To było zdecydowanie niewłaściwe. Wytłumaczcie mi proszę, skąd wzięło się niemowlę? – kontynuowała, nim któreś z nich zdążyło odpowiedzieć. – Albusie, czyje to jest dziecko?

– Oczywiście, moja droga. Emocje w tym wypadku są zrozumiałe – rzekł z wyraźną i nieznośnie Severusa drażniącą wyrozumiałością stary czarodziej. McGonagall również nie wyglądała na ukontentowaną wytknięciem jej „zrozumiałego" braku kontroli nad własnym zachowaniem.

– Co do dziecka – kontynuował niezbity z tropu Dumbledore – w zasadzie mogę powiedzieć, że jestem jego prawnym opiekunem.

„Kim do cholery jesteś? Od kiedy?" – wrzasnął oburzony Snape. Jego sytuacja pogarszała się z sekundy na sekundę. Na dodatek w skutek ciągłych prowokacji, które zmuszały go do krzyków, bolało go gardło.

– Jesteś opiekunem tego niemowlęcia? Ale… nie wiedziałam, że… – powiedziała zupełnie zbita z tropu profesor McGonagall.

– Z pewnością, moja droga. Może usiądziesz obok nas? – Mówiąc to, wskazał jej miejsce na łóżku.

Minerwa zawahała się, nie mogąc odnaleźć się w sytuacji. Wziąwszy kolejny głębszy oddech, upewniła się, że zdołała odzyskać względną kontrolę nad własnymi myślami i emocjami. Koniec końców, w ciągu kilkudziesięciu lat współpracy, Dumbledore zdążył zaskoczyć ją tyloma „dziwactwami", że nauczyła się z nimi właściwie radzić. Należało po prostu uporządkować sprawy, ustalić priorytety, zastosować właściwy system. Tym między innymi się zajmowała – porządkowaniem bałaganu, metodyczną pracą.

Zerkając na dyrektora i jego podopiecznego uznała, że scena jak na jej gust jest przesłodzona. Była już chyba na to za stara. Albus Dumbledore opiekunem niemowlęcia. No cóż, trudno, takie rzeczy z różnych przyczyn się zdarzają. Pytanie, czy dyrektor zamierza sprawować opiekę osobiście? Idąc tym tropem – może to zalążek nowej idei Albusa? Dziecko chowa się lepiej, gdy ma towarzystwo w stosownym wieku. Poczuła jak wraz z przypływem tej myśli robi się jej nieznośnie gorąco. Żłobek i przedszkole? Dumbledore`a prawdopodobnie było stać na coś takiego.

Usiadła we wskazanym miejscu. Nie należało wyprzedzać biegu wypadków. Możliwe przecież, że to tylko czasowe – są w końcu wakacje. Prawdopodobnie za kilka dni, najdalej tygodni wszystko wróci do normy.

– Jak ma na imię? – zapytała. Pójście tym torem wydawało się najstosowniejsze.

– Severus, moja droga – odpowiedział, patrząc na nią uważnie dyrektor.

– Proszę? Pytałam, jak dziecko ma na imię.

– Severus. Ten chłopczyk w moich ramionach ma na imię Severus.

Minerwa zamarła.

– Albus… On… Czy on…?

Te ciemne włosy i oczy – dodała w myślach, czując, jak po raz kolejny robi się jej nieznośnie gorąco i nieco słabo.

– Ale dlaczego, ty jesteś jego opiekunem?! Albusie, co się stało z Severusem?! Proszę mi wyjaśnić – wyrzuciła gwałtownie, zrywając się z łóżka. Była blada, a jej głos wyraźnie drżał.

– Ciiii. Minerwo, na litość. Przestraszysz go! – odezwała się Poppy.

Severus patrzył na Minerwę z mieszaniną zaciekawiania, zażenowania i rozdrażnienia. Miał ochotę powiedzieć, że jest wolnym, dorosłym człowiekiem, że od jakiegoś czasu ani pan Dumbledore, ani też pani McGoanagall nie są już jego zawodowymi zwierzchnikami, może więc być, gdzie mu się podoba, robić, co mu się podoba, może się z nim dziać cokolwiek i oni nie powinni się tym interesować. Myśl ta jednak wydała mu się nieco na wyrost w sytuacji, w jakiej się znajdował i to naturalnie nie poprawiło jego podłego nastroju. Niestety, musiał się w końcu pogodzić z tym, że nie mógł wziąć merytorycznego udziału w dyskusji.

– Gdzie jest Severus? Severus Snape! – Ton profesor McGonagall był kategoryczny, a akcent szorstki i twardy. – Czy to jest jego syn? Snape`a nie ma go w szkole. Albusie, proszę mi powiedzieć, co się stało! Nadal jestem tu wicedyrektorem.

– Ależ spokojnie, moja droga – odezwał się Dumbledore. Wiedział, że Minerwa nie jest w najlepszej formie i dokładanie jej kolejnych zmartwień nie było jego zamiarem. – Severus jest zdrowy i bezpieczny, Minerwo. I jest w szkole.

Niemal niedosłyszalne westchnienie ulgi było jedynym, co profesor McGonagall zdołała w tej sytuacji z siebie wydusić.

– Minerwo, to nie jest syn Severusa – wtrąciła się Poppy. – To jest właśnie Severus. Nasz mistrz eliksirów. Jakkolwiek wydaje się to niewiarygodne.

– Doszło do wypadku i Severus chwilowo jest ośmiomiesięcznym niemowlęciem – wyjaśnił nieco zakłopotany dyrektor.

– Kochanie, usiądź. Jesteś blada jak duch – stwierdziła z niepokojem Poppy i na wszelki wypadek podeszła do przyjaciółki, by ją asekurować.

McGonagall gapiąc się ze zgrozą na Severusa (który patrzył na nią równie intensywnie), usiadła ciężko na łóżku.

– Wypadek? On jest zdrowy? – powiedziała dość bezbarwnie.

– Tak. Generalnie. Ma trochę odparzeń na pośladkach i w pachwinach, i lekko podniesioną temperaturę przez ząbkowanie, ale jak wiesz, to nic niezwykłego. Wszystko do opanowania – udzieliła odpowiedzi Poppy. – Jest zadbany. Dobrze odżywiony, chociaż bardzo drobnej budowy.

– Jak mogło… To… tymczasowe?!

– Tak. Tak sądzimy – powiedział Dumbledore.

– Nie masz pewności? – wydusiła, patrząc z przerażeniem na swego zwierzchnika.

– Obawiam się, że nie mam pewności. Wygląda na to, że do przemiany doszło w skutek połączenia jakiegoś eksperymentalnego eliksiru z zaklęciem. Z tego, co wiem, nie ma udokumentowanych naukowo przypadków tego typu przemiany. Severus prawdopodobnie i tym razem przeciera nowe szlaki – wtrącił z lekkim uśmiechem. Nie wyglądał jednak na wesołego. – Skontaktowałem się z Gowenem Wagnerem.

W tym momencie Severus, mistrz eliksirów trzeciej klasy, były nauczyciel i wychowawca, były szpieg, współzabójca Czarnego Pana postanowił mimo wszystko włączyć się do rozmowy i wszyscy usłyszeli:

„ŁAAAHHHHH! Ababbb Łaaaaaaaa! Ba-baaa ŁAAAHHHHHHHHH!" – co w zamierzeniu miało brzmieć:

„NIEEee! Nie ma pewności?! Zwariowałeś! To twoja wina ty… TY STARY WĘŻU! WEŹ JĄ STĄD! NIE RÓB MI TEGO! ZOSTAW MNIE! NIE MASZ PRAWA! NIE UDAWAJ, ŻE NIE WIESZ, CO SIĘ DZIEJE! I NIE WAŻ SIĘ MNIE IGNOROWAĆ, DO KURWY NĘDZY!"

W istocie, czuł, że jego sytuacja, nie po raz pierwszy, jest nędzna; wyjątkowo marna.

Dumbledore uniósł rozkrzyczane maleństwo, ułożył sobie na piersi i zaczął się z nim kołysać. Severus nałapawszy się powietrza dostał okropnej czkawki. Dyrektor położył go na ramieniu, w pozycji horyzontalnej, twarzą w dół i delikatnie bujając, poklepywał po plecach. Snape przestał płakać, a przynajmniej krzyczeć. Nie sądził dotąd, że Dumbledore jest taki wysoki, ergo że z poziomu jego ramienia może być tak daleko do podłogi.

– To jakieś szaleństwo! – wydusiła wreszcie McGonagall. Nadal była niepokojąco blada. – Co zamierzasz z nim zrobić do czasu, gdy… zmiany zostaną cofnięte?

– Oczywiście zaopiekuję się naszym chłopczykiem – odpowiedział spokojnie, tym razem z bardzo wyraźnym zadowoleniem, Albus Dumbledore.

Severus jęknął. Czkawka przeszła, ale pozycja była przerażająca. Nie panikuj, nie panikuj – powtarzał w myślach. Miał lekki lęk wysokości, który ujawniał się w pewnych sytuacjach. A niby czemu nie latał niczym przeklęty Złoty Potter na zamiataczkach?

„Albus. Proszę, proszę…. Będę wymiotował" – zakwilił, kurczowo zaciskając powieki i drapieżnie wbijając małe, niezgrabne paluszki w żylaste przedramię i zbyt wiotką materię szaty starego czarodzieja. Walczył ze sobą, by nie zwrócić ziołowej herbatki i nie doznać przez to kolejnego upokorzenia. – „Przestań kołysać, przestań…" – zaklinał głośno. W myślach napominał się, by głęboko, równomiernie oddychać.

Zdyscyplinuj umysł… zapanuj nad ciałem – powtarzał niczym mantrę w myślach. Musiał odzyskać panowanie nad swoją psychiką, opanować zdziczałą wyobraźnię. To był problem siedzący w jego głowie, a on nie miał w zwyczaju pozwalać na to, by ta drobna kwestia wpływała na swobodę podejmowanych przez niego działań.

Severus generalnie potrafił opanować swój strach przed wysokością i ekstremalnymi sytuacjami, był w końcu szpiegiem i byłym śmierciożercą, a nadto diabelnie dumnym człowiekiem, ale zazwyczaj panował trochę bardziej nad własnym ciałem i miał przy sobie różdżkę. Zazwyczaj nikt w przypływie jakiegoś obłędu nie bujał go, trzymając głową w dół.

– On chyba… To chyba nie jest dla niego dobre – powiedziała zaniepokojona stanem dziecka Minerwa. – Może powinieneś go odwrócić, Albusie. – Czuła się nieznośnie nie na miejscu.

Dumbledore, w którym wezbrała ojcowska czułość, delikatnie przekręcił go i ułożył na powrót w pozycji wertykalnej.

– Co się dzieje, mój chłopcze? – odezwał się z troską. – Cały się spociłeś. – Stara dłoń przetarła poczerwieniałą, wilgotną twarz niemowlęcia.

Przerażony Severus zamilkł, kurczowo przywierając do szerokiej piersi. Jego małe łapki wplątały się w brodę czarodzieja. Nie przejmował się faktem, że wyrwie staremu garść hodowanych od dziesięcioleci włosów. Gdyby miał warunki do rozważań, mógłby nawet poczuć satysfakcję – nie raz miał dziką ochotę chwycić za tę brodę i wytargać, a teraz właśnie mogłoby mu to ujść na sucho. Tym czasem poczuł, jak silna ręka podtrzymuje i gładzi jego twarz i głowę. Powoli się uspokajał. Nadal nie otwierając oczu, czuł, jak jego żołądek wraca do normy.

Albus mnie nie upuści – powtarzał w myślach. – Gdzie moja różdżka? Różdżka… Skup się, wezwij ją. – Ta różdżka zawsze była mu wierna, musi posłuchać jego wezwania, przecież to nadal jest on. – Przeklęty ból głowy. Niech ten koszmar się skończy! – Nie mógł się skupić.

– Boi się wysokości – powiedziała Minerwa. – Severus ma lęk wysokości. Może cierpi na niego również po tej przemianie.

– Ależ Minerwo – powiedziała życzliwie Poppy – Severus Snape nigdy nie cierpiał na lęk wysokości. Skąd ten pomysł? Zresztą maluszki zasadniczo nie mają takich problemów. Szkrab może się przestraszyć konkretnej sytuacji, ale nie będzie to typowa fobia.

– Oczywiście, że dorosły Severus ma lęk wysokości. Tylko, rzecz jasna, stara się tego nie pokazywać – odpowiedziała zdecydowanym, a nawet gniewnym tonem McGonagall. Nozdrza niebezpiecznie jej zadrżały. – Skoro się przyjaźnicie, powinnaś była dawno to zauważyć, Poppy. Być może jednak masz rację, że jako niemowlak jeszcze jej nie miał – zakończyła łagodniej, jakby zawstydzona swą wcześniejszą wypowiedzią. – Chodzi mi o to, że nie możemy mieć pewności, jak przebiegła przemiana. To nie jest przeciętny niemowlak.

Poppy poczuła się równie zmieszana. Czy naprawdę mogła nie zauważyć, że Severus cierpiał na lęk wysokości? Zdecydowanie nie. To była absurdalna sugestia. Znała Severusa od dziecka. Ale co miał znaczyć ten ton, jakby wyrzut w głosie Minerwy?

– Minerwo – spróbowała raz jeszcze pani Pomfrey, jakby samo zagadnienie miało znaczenie decydujące. – Nikt, kto cierpi na lęk wysokości, nie będzie w stanie stanąć na krawędzi tarasu obserwacyjnego Wieży Astronomicznej. Według Septymy Severus jest najczęstszym gościem Wieży, a miejsce na krawędzi jest jego ulubionym punktem. Ja na samą myśl o nim znajdującym się w tamtym miejscu cierpnę. I o innych wyczynach tego chłopaka, jak choćby brawurowe latanie bez użycia miotły, którą to umiejętność objawił rok temu, już nie wspomnę. Oczywiście masz rację, że przemiana mogła doprowadzić do wystąpienia jakichś nieznanych nam na ten moment nieprawidłowości, ale chyba nie ma powodu brać pod uwagę lęku wysokości. Przebadałam Severusa i wszystko wskazuje na to, że jest normalnym, zdrowym niemowlęciem.

– Poppy – odpowiedział podrażniona tym, że przyjaciółka próbuje kwestionować coś, co było faktem i co chwilę wcześniej jej wyjaśniła. – Prawdopodobnie masz rację, że nikt z taką fobią nie byłby w stanie robić czegoś podobnego. Nie zniosłaby tego też większość ludzi niemających podobnych problemów. Rzecz w tym, że Severus nie należy do żadnej z powyższych kategorii. To chyba nie umknęło twej uwagi. Severus to Severus! Staje tam pomimo swego lęku albo na przekór lękowi. – Minerwa czuła coraz większy dyskomfort. Zastanawiała się, po co zaatakowała w ten sposób Pomfrey? Po co w ogóle roztrząsała tę kwestię? Co tak naprawdę ją rozdrażniło? – Wspomniałam o sprawie, gdyż byłam przekonana, że wiesz – dodała lżejszym tonem na zakończenie. Jasnym było, że w gruncie rzeczy była to złośliwość i chęć dopieczenia Poppy. Dlaczego zachowywała się w taki sposób?

Obie panie zamilkły.

Dumbledore przyglądał się swemu zastępcy bardzo uważnie. Dlaczego wcześniej nie uświadamiał sobie tego, co teraz w jednym momencie stało się dla niego jasne? Severus miał lęk wysokości. Czy naprawdę był tak mało uważny, tak mało dbał o tego chłopaka? Minerwa naturalnie zauważyła. I aż dotąd nie komentowała tego faktu. Dlaczego teraz tak bardzo podkreślała to, że wie? To nie w jej stylu. I skąd gniew? Fakt, że ostatnio reagowała bardzo impulsywnie a jeśli chodziło o Snape`a z rozdrażnieniem i niechęcią. Albus oczywiście nigdy nie uwierzył, że przestała szanować, czy dbać o Severusa (gdyby tak się stało, zachowywałaby się zupełnie inaczej), ale dawała z siebie wszystko, by przekonać do tego otoczenie, mistrza eliksirów i siebie samą. Szczególnie interesujące wydawało się dyrektorowi to ostatnie. Dumbledore nie był specjalnie zaskoczony tym, że tak łatwo zerwała z twarzy ową maskę, gdy na horyzoncie pojawił się ktoś niebezpieczny i pozbawiony moralnych hamulców, kto postanowił zabawić się kosztem życia bliskiej dla niej osoby. Taka właśnie była Minerwa. Na dodatek, ją samą oskarżono o to, że stoi w czołówce osób, które nie życzą Snape`owi dobrze. Ktoś obcy śmiał się wtrącić w ich prywatną relację, a tego McGonagall nigdy nie tolerowała. Stary czarodziej z życzliwością uśmiechnął się do swoich myśli.

Tym czasem zdziecinniony Severus z wysiłkiem porządkował w głowie to, co właśnie usłyszał, jednocześnie walcząc ze swą fizyczną i psychiczną słabością. Wiedziała. Przez cały czas zdawała sobie sprawę, że miał lęk wysokości i nigdy nie dała mu odczuć tego, że jest świadoma prawdy. Dlaczego nie wykorzystała takiej wiedzy w którejś z ich "dyskusji"? W głowie dźwięczały mu przed chwilą wypowiedziane przez Minerwę słowa. Była zła, że Poppy nie rozumiała? Czy też była w gruncie rzeczy zadowolona, że Pomfrey nie była w stanie tego zrozumieć, a ona sama tak? Czy ta kobieta właśnie oskarżyła jego i Pomfry o to, że się przyjaźnią?! Wypomniała Poppy przyjaźń z nim?! Co właściwie tu się przed chwilą wydarzyło? O co McGonagall chodzi? I do cholery, czy w tym przeklętym zamku nic nie może pozostać tajemnicą; o czym jeszcze wie Minerwa albo pozostali mieszkańcy, co jemu wydaje się być prywatną, niedostępną nikomu poza nim sprawą? I jak, na szczwanego Salazara, wpadła na pomysł, że Severus ma syna? Chyba nie brała na poważnie większości z tego, co wypisywali w gazetach!

– Jak mogło do tego dojść, Albusie? – zapytała, wracając na stabilniejszy grunt i spoglądając na uspokajające się w ramionach Dumbledore`a maleństwo. Mały Snape miał znajomo zaciśnięte usta. Wydawał się być sfrustrowany, niezadowolony. Nie dziwiła się.

– To dość skomplikowany ciąg zdarzeń, za który niestety ponoszę znaczną odpowiedzialność – odpowiedział czarodziej. – Poddałem się emocjom.

– To może być transmutacja? – zapytała bardzo niepewnym tonem. W obecnej chwili nie była przekonana co do tego, czy dalsze uznawanie dotychczas przyjętych praw naukowych jest zasadne. Być może Severus je właśnie obalił. To prawdopodobne, że Snape zrobił jej coś podobnego! Nie była nawet w stanie sformułować dostatecznie logicznych pytań, co dopiero myśleć o odpowiedziach.

– Prawdę powiedziawszy, nie mam pojęcia – odpowiedział Dumbledore. – Na razie.

McGonagall otworzyła usta, ale coś sprawiło, że zmieniła zamiar, skinęła jedynie głową, wstała i po prostu wyszła.

W kilka sekund później w ambulatorium pojawiły się dwa skrzaty, które pani Pomfrey wysłała na zakupy do Hogsmeade. Poppy z ulgą mogła zająć się przygotowaniem rzeczy potrzebnych małemu Severusowi. Zachowanie Minerwy sprawiło jej tym razem pewną przykrość, ale też raz jeszcze postawiło wielkie znaki zapytania. Coś niezrozumiałego i niedobrego w jej mniemaniu działo się z jej przyjaciółką.

– Madame Pomfrey, proszę mi wybaczyć pewne natręctwo, ale zważywszy na niezwykłe okoliczności muszę się upewnić – odezwał się Dumbledore. – Czy badając krew Severusa, nie wykryła pani niczego niewłaściwego lub zastanawiającego?

– Absolutnie niczego. I jestem przekonana, że to krew Severusa Snape`a. DNA i sygnatura magiczna też się według mnie zgadzają. Można oczywiście przeprowadzić specjalistyczne bania w Świętym Mungu, jeśli jest taka konieczność – dodała bez urazy. – Pan podejrzewa, że to niemowlę to nie jest w pełni nasz Severus?

– Nie. Myślę, że to jest Severus – odpowiedział, uśmiechając się i gładząc dłonią małą rozgrzaną główkę swego podopiecznego. – Byłem ciekaw czegoś innego. Przypuszczam, że profesor Snape spożył przed przemianą jakąś ilość alkoholu i chciałem się dowiedzieć, czy krew niemowlęcia zawiera przynajmniej jej śladowe ilości.

– Definitywnie nie zawiera – odpowiedziała i z dezaprobatą pokręciła głową. – Eksperymenty przeprowadzane pod wpływem alkoholu proszą się o wypadek. Zawsze wierzyłam, że akurat w kwestii zachowywania zasad bezpieczeństwa w laboratorium Severusowi nie można nic zarzucić – dodała z wyrzutem.

– Ja także nigdy w to nie wątpiłem. I nie zmieniłem zdania – powiedział uprzejmie dyrektor. – Dziękuję, Madame Pomfrey.

– Naturalnie. Jeśli będzie pan miał inne pytania, proszę się nie krępować, dyrektorze. O każdej godzinie jestem do dyspozycji. Postaram się pomóc, jak tylko potrafię. – Mówiąc to, pielęgniarka po raz pierwszy popatrzyła na niemowlę ze smutkiem. – Mam nadzieję, że do nas wróci. – Powiedziawszy to, pomachała dłonią przed swoją twarzą, jakby pragnęła odpędzić jakiś niechciany obraz albo osuszyć oczy. – Jest nieznośny ale… przywykam.

– Tak – powiedział, uśmiechając się Dumbledore. – Wie pani, generalnie mam tendencję do myślenia o sobie z wielki uznaniem, jeśli chodzi o trafność doboru personelu – zagadnął ani trochę nie skrępowany. – Naturalnie pomijam wówczas wątek nauczycieli obrony przed czarną magią, to jak dotąd pozostawało nieco poza moją kontrolą. Co do reszty, powiedziałbym, że tworzymy szczególną drużynę. Jestem za to głęboko wam wszystkim wdzięczny.

Pani Pomfrey pokiwała głową w podziękowaniu i wzruszona odeszła, by przygotować małemu Severusowi mleko.

– Myślę, mój drogi, że incydent, do jakiego doszło w nocy, może przynieść nam pewne korzyści – powiedział do małego mistrza eliksirów Dumbledore, gdy wreszcie zostali sami. Severus chwilę wcześniej z ociąganiem skończył pić swoje mleko i teraz zdawał się odpoczywać. – Po pierwsze, odeśpisz i zaczniesz się lepiej odżywiać. Tego, co ostatnio spożywałeś, nie możemy nazwać pełnowartościowymi, domowymi posiłkami. Poza tym zasługujesz na trochę beztroski. Mam wrażenie, że kompletnie zapomniałeś, jak żyć, nie pracując. Oczywiście nie ty jeden masz ten problem. Postaram się, by wszystko ułożyło się jak najlepiej. Myślę też, że Minerwa prędzej czy później nie wytrzyma i zdecyduje, że powinniście spędzić ze sobą trochę więcej czasu. To będzie miało dobroczynny wpływ na nas wszystkich. Oczywiście twoja dorosła forma działa na nią bardziej stymulująco, ale małymi kroczkami. – Stara dłoń czule pogładziła drobną twarz dziecka. – Jesteś w domu, mój kochany chłopcze.

Wyczerpany Severus, na którego silnie zadziałały środki uśmierzające ból, czuł się coraz bardziej ociężały. Właściwie niezbyt wyraźnie zarejestrował fakt, że McGonagall wyszła, nie mówiąc już o tym, co zaszło później. Jego małe ciało stało się bezwolne, myśli zaczęły się absurdalnie plątać, umysł czepiał się jakichś dziwnych obrazów. Nie miał ochoty na walkę, na jakikolwiek opór, na analizowanie i rozważanie problemów. Wypił podane mleko; czuł, że musi odłożyć na później batalię o swą godność. Był piekielnie głodny i zmęczony. Wyrwanie się z koszmaru rzeczywistości było w tej sytuacji jedynym dobrym, kojącym wyjściem. W ten sposób miał ciągłe poczucie, że Minerwa jest gdzieś w pobliżu; widział jej twarz, słyszał głos (chociaż nie zastanawiał się nad tym, co mówi). Był przekonany, że czuje miękki chłodny dotyk ręki; potrafił bezbłędnie określić, że to jest jej ręka. Temperatura, faktura skóry, zapach, rodzaj dotyku… To dawało mu poczucie pewnej kontroli nad sprawami. Z uwagą obserwował ruch szczupłych palców jej dłoni i kiedy już zaczynała rodzić się w nim myśl, że coś tu nie gra, że coś ważnego powinien i miał zrobić w owej sprawie, nie dał rady, myśl się rozwiała, a on popadając w błogosławioną bezmyślność, zasnął.

.

.

xxx

.

.

Wiatr miotał strugami deszczu, raz po raz chlastając nimi o dach wielkiej wieży i okna gabinetu profesor McGonagall. Dochodziła jedenasta, tymczasem na zewnątrz panował półmrok. Pani wicedyrektor starała się skupić na zadaniu; zamierzała dokończyć łatanie dziur w budżecie szkoły. Niestety nic z tego, co zrobiła przez ostatnią godzinę, nie spełniało minimum wymagań, jakie sobie stawiała. Co kilka minut przyłapywała się na tym, że wsłuchuje się w odgłosy dochodzące zza okien; wzrok uciekał jej znad pergaminu i zawieszał się na pokazie fontann i wodospadów, które urządziła natura.

Odłożyła pióro i sięgnęła po dzbanek z herbatą, by napełnić filiżankę. Dzbanek, dzięki nałożonemu nań zaklęciu, był nadal ciepły, ale niestety pusty. Zdjęła okulary i przymknęła na chwilę oczy. Miała za sobą okropny poranek, poprzedzony nocą obfitującą w koszmarne sny. Była wzburzona i przemęczona. O skupieniu się na pracy nie było mowy. Wierzyła, że pomógłby jej długi spacer po błoniach. Marzyła o tym. Niestety zważywszy na pogodę, realizacja tych pragnień musiała być odłożona w czasie (opcja przepłynięcia błoni nie wchodziła w rachubę). Machnęła różdżką, by podsycić płomień w kominku i poprawiła szal okrywający ramiona.

Miała poczucie całkowitej utraty kontroli nad otaczającą ją rzeczywistością. Nie mogła pogodzić się z faktem, że taka sytuacja jak ów kuriozalny wypadek Severusa w ogóle zaistniała, że musi ją rozważać. Takie przypadki należą do bajkowych opowieści, tam jest ich miejsce. Człowiek przejmuje się takimi historiami, mając kilka, góra kilkanaście lat, gdy czyta bardzo podkolorowane przygody Merlina czy czarodziejki Morgany. A jednak się zdarzyło.

Oczywiście rozumiała, że fakt, iż usiądzie w swoim gabinecie i zajmie się zwykłymi zajęciami, nie sprawi, że sprawy wrócą do jako takiego porządku.

– Na litość boską! – wyrzuciła nerwowo.

Eksperymentalny eliksir – w myślach cały czas mimowolnie wałkowała temat. – Co on zamierzał zrobić? I co miało znaczyć to, że Dumbledore`a poniosły emocje? Co w ogóle Albus miał wspólnego z eksperymentami Severusa? Przynajmniej jest zdrowy… jako niemowlak.

Prawda była jednak taka, że nikt z nich nie wiedział, co się naprawdę wydarzyło. Nie mogli też przewidzieć, co będzie działo się dalej z niemowlęciem. Czy pozostanie zdrowe, czy będzie się właściwie rozwijało i dorastało? Co z umysłem Severusa? Czy proces da się odwrócić? Nawet jeśli Dumbledore znajdzie sposób na jego odwrócenie, to czy ewentualne – choćby minimalne błędy, jakie mogły powstać w organizmie podczas pierwszej przemiany – nie zostaną podniesione do potęgi podczas kolejnej. Z czym się zetkną i kim lub – nie daj Merlinie – czym będzie to, co ujrzą? Minerwa znała wyniki eksperymentów z tego zakresu i miała podstawy, by być zdenerwowaną. Prowadzenie prac nad tego rodzaju przemianą było od pewnego czasu prawnie zabronione i istniały ku temu ważne powody.

Dlatego też powinna się przewietrzyć i nabrać dystansu. Wzięła kilka głębszych wdechów, wyjęła z szuflady w biurku eliksir na ból głowy. Odmierzenie na łyżeczkę kilku kropli okazało się trudne. Dłoń drżała. Bolały ją palce i nadgarstki.

– Weź się w końcu w garść – wycedziła przez zęby.

Zapewne powinna była posłuchać Poppy i zająć się sobą. Jej stawy były w złym stanie i jeśli czegoś z tym nie zrobi, niedługo będzie miała problem z operowaniem różdżką (kiedyś już przechodziła to piekło). To był mocny argument i Minerwa nawet nie próbowała wmawiać sobie czegoś innego. W tej chwili czuła jednak jeszcze większą niechęć do skorzystania z zaoferowanej przez Pomfrey pomocy niż kilka godzin wcześniej. Jak to możliwe, że wszystko jest ze sobą tak dalece powiązane? – myślała. – Jak to możliwe, że takie absurdalne zachowanie staje się moją normą?! Jak to możliwe, że była tak bardzo od tego wszystkiego zależna? Bezwzględnie należało się ogarnąć; właściwie zaszeregować problemy, ustalić priorytety i podjąć konkretne działania. Bez emocji.

Jasne było, że budżet musiał poczekać na lepsze czasy. Zresztą człowiek odpowiedzialny za powstanie w nim pewnych wyłomów był chwilowo, CHWILOWO, niezdolny do udzielenia stosownych wyjaśnień. Aby mogła pociągnąć tego człowieka do odpowiedzialności, potrzebowała go w jego dawnej postaci i dostatecznie dobrej kondycji. Pojawił się też na horyzoncie inny problem, który z łatwością mógł przerodzić się w sytuację kryzysową – brak nauczyciela eliksirów. Zatrudnienie kogoś na czasowe zastępstwo wcale nie było proste i ani trochę się jej nie uśmiechało.

– I ten człowiek miał czelność twierdzić, że to Potter sprawiał kłopoty! – powiedziała głośno i prychnęła. Była w naprawdę podłym nastroju. Podjęła decyzję, by metodycznie wszystkie te zawiłości wyprostować i przywrócić porządek. A profesor Severus Snape, z tym jego pakowaniem się w niestosowne, a dosadniej rzecz ujmując, kretyńskie i w końcu niebezpieczne sytuacje, był ostatnio po prostu nie do zniesienia. – Nie do zniesienia! Co on sobie wyobrażał!? – rzuciła wściekle.

Podeszła do regału i nieco zbyt energicznie zaczęła wyciągać kolejne tomy z zakresu transmutacji i historii magii. Woluminy za wskazaniem różdżki przenosiły się na biurko. Kiedy skończyła, ponad blatem górowały cztery zgrabne, planowo rozmieszczone wieże ułożone z książek. Zaparzyła pełny dzbanek herbaty i uprzątnęła biurko ze szkolnej dokumentacji.

Mogła z góry przyjąć, że w znanych jej zapisach dotyczących transmutacji (a była w tym zakresie dostatecznie oczytana) nie ma przypadku przemiany, której uległ Severus. Niewykluczone jednak było, że uda się odnaleźć jakiś trop, może wpaść na pomysł.

Na podstawie pobieżnego opisu wypadku wiedziała, że było to najprawdopodobniej działanie eliksiru i zaklęcia. Poppy Pomfrey stwierdziła, że mają do czynienia z prawidłowo rozwiniętym niemowlęciem. Niemowlę było Severusem Snape`em pod względem biologicznym (oczywiście we wczesnym stadium rozwoju) i magicznym – gdyby było inaczej, pielęgniarka dostrzegłaby to podczas badań. Logiczne.

Doszło więc do przemiany o charakterze transmutacyjnym lub do biologicznego cofnięcia w rozwoju, ergo – w czasie. Czy mogła mieć jednak pewność, że cofnięcie w rozwoju jest tożsame z cofnięciem w czasie? Nie mogła – zdecydowała. A czy mogła być pewna jeszcze czegokolwiek? – westchnęła w myślach. Należało uwzględnić możliwość, że ów mały Severus, z którym mają do czynienia, nie jest w istocie Severusem sprzed 39 lat, choć nadal jest to Snape. Mówiliby wówczas o zaburzeniu naturalnego porządku świata, w którym, w układzie liniowym czasu, zachodzi jedynie starzenie się organizmów.

Jeśli mieliby do czynienia z manipulowaniem czasem, pojawiały się dodatkowe problemy. Przeniesienie istoty z przeszłości do przyszłości; proces, który został naukowo opisany, tyle że całkowicie teoretycznie. Było to raczej mało prawdopodobne, gdyż w tym momencie, ona nie powinna mieć już żadnych wspomnień związanych ze Snape`em, gdyż ten nie powinien pojawić się w jej przeszłości. Teoretycznie, rzecz jasna.

Spojrzała na wykres, który rozrysowała i zakreśliła opcje, które uznała za warte zbadania w pierwszej kolejności. Snape i Dumbledore dokonali przełomu w którejś z powyższych dziedzin. Niestety z relacji Albusa wynikało, że całkowicie przypadkowo i niekontrolowanie.

Severus powinien pozostawać w związku z tym pod stałą obserwacją tak, by mogli powiedzieć, jak przebiegają procesy biologiczne i rozwój. To raczej nie wróżyło temu niemowlęciu beztroskiego dzieciństwa. Należało mieć nadzieje, że będzie to po prostu krótki okres.

Zaczęła od wertowania książki Lawerence`a „Transmutacja. Sny o podboju nowych obszarów", tom I. Zgrabnym ruchem różdżki przywołała na biurko większy świecznik, w którym zapłonęły trzy knoty; za oknem nadal było szaro. Potem otworzyła opasły tom II „Transmutacja. Poszukiwanie nowych rozwiązań. Intuicja i metodyczne badania". Notatki, które robiła, były symboliczne i stanowiły ciągi cyfr, liter i innych znaków graficznych.

Wiedziała, że ktoś kiedyś odwoływał się do jednej z obiecujących teorii Lawerence`a.

Przez chwilę intensywnie wpatrywała się w widoczny za oknem, wysunięty daleko poza elewację łeb jednego z rzygaczy, który niezmordowanie pluł wodą niczym smok zionący ogniem. Starała się sobie przypomnieć. Jej usta zaciskały się coraz to bardziej, aż niemal zupełnie zniknęły. Chwilę po tym, gdy intensywnie zaczerwienione pojawiły się ponownie, wygłosiła rozkazującym tonem:

Accio „Transmutacja współczesna" rocznik XIV, numery 2-4. – Za wskazaniem różdżki z niskiego regału, na którym spoczywały periodyki uniosły się wybrane egzemplarze, by po chwili trafić w jej dłonie.

Jeżeli przyjąć, że w grę wchodziła transmutacja, to w tym przypadku należało zaliczyć ją do wymuszonych. Myśl owa sprawiła, że Minerwie po plecach przemknęły ciarki (nie chciała teraz rozważać, co prawdopodobnie przechodził Severus podczas procesu tak skomplikowanej przemiany). Po drugie, przemiana nie należała do klasycznych, ze względu na użycie eliksiru. Czy była to jeszcze transmutacja czy też już inna gałąź magii – zdania były podzielone. I trzecia sprawa – McGonagall zdecydowanym ruchem pióra wykreślała na pergaminie zbiory i wykresy – jeśli zaklasyfikować to jako transmutację, musiałaby być formą dotąd nieosiągalną – pełną transmutacją istoty ludzkiej w (tę samą) istotę ludzką, ale mającą inne cechy rozwojowe. Przy czym transmutacja oznacza, że obiekt A został zmieniony w obiekt B. Czyli oba obiekty bazują na tym samym materiale, który na skutek magicznego działania ulega przetworzeniu, ale w efekcie pozostają dwoma osobnymi obiektami – przemiana przebiega skokowo. Między transmutantem (formą pierwotną) a efektem transmutacji (formą otrzymaną) nie ma właściwej formy przejściowej. Podczas tego skoku zachodzi duże prawdopodobieństwo wystąpienia aberracji. W efekcie wystąpienia tych anomalii, podczas retransmutacji nie otrzymuje się pełnej jakościowo formy wyjściowej.

Minerwa przerwała robienie wykresu i wpatrywała się w pergamin w miejscu, w którym zaznaczyła współczynnik prawdopodobieństwa wystąpienia nieprawidłowości.

Transmutacja jednej istoty ludzkiej w inną była teoretycznie możliwa, jednak jak dotąd nieosiągalna (w każdym razie ewentualny sukces nie był udokumentowany), ze względu na hiperskomplikowanie. Nie do przejścia wydawała się złożoność fizyczna i biologia organizmu ludzkiego, inną jeszcze sprawą był niezwykły umysł ludzki oraz właściwości magiczne. Profesor McGoanagall zakładała (jak większość jej kolegów i koleżanek po fachu), że jeśli kiedyś doszłoby do podobnej transmutacji, byłaby ona najprawdopodobniej oparta na tych samych zasadach co animagia lub metamorfomagia. Transmutacja taka byłaby więc wynikiem działania niewyobrażalnie silnej i poddanej precyzyjnej kontroli magii czarodzieja będącego przedmiotem transmutacji. Zachowane zostałyby też wówczas właściwości magiczne u obu obiektów (podczas przemiany z użyciem zaklęcia rzuconego przez osobę drugą forma otrzymana w wyniku przemiany nie przejawiała właściwości magicznych i często, pomimo doskonałego odwzorowania mechanicznego, nie zachowywała wszystkich właściwości biochemicznych charakterystycznych dla organizmów naturalnych – była imitacją).

Nie mogła mieć wątpliwości co do tego, że mały Severus na pewno zachował zdolności magiczne. Występowanie tak silnej magii u ośmiomiesięcznego niemowlęcia było wyjątkowo rzadko spotykane. Trudno jednak powiedzieć, czy Severus w swym właściwym dzieciństwie tak wcześnie przejawiał owe zdolności, czy jest to wynikiem przeniesienia aktywności magicznej z formy dorosłej. Odpowiedź na to pytanie mogła być istotna. Przeniesienie sugerowałoby transmutację z zachowaniem zdolności magicznej (co dotąd w transmutacji wymuszonej – prawdopodobnie – nie zostało osiągnięte). Sugerowałoby też, że przetransportowane mogły zostać i inne „właściwości". Idąc tym tropem – w końcowym rozrachunku takie przeniesienia mogą klasyfikować się jako błąd. Pytanie, czy przeniesienie (nadal traktowane jako anomalia) wyklucza biologiczne cofnięcie w czasie?

Biorąc pod uwagę pozostałe kwestie problematyczne z zakresu transmutacji, w tym fakt zastosowania poza zaklęciem eliksiru (połączenie nieznane w tej dziedzinie nauki), skłonna była raczej twierdzić, że mają do czynienia z czymś, co wykracza poza czystą transmutację.

Co też Severus próbował uwarzyć w tych swoich kotłach? – zastanawiała się. – W zasadzie należałoby zacząć od badania tego eliksiru. Czy Dumbledore ma jakąś próbkę? Notatki Severusa? Zważywszy na umiejętności i doświadczenie Snape`a, mogła z łatwością sobie wyobrazić, że próbował sięgnąć po coś wykraczającego ponad to, co było w zasięgu większości badaczy. Mogła sobie wyobrazić, że jego uwaga kierowała się na to, co wymagało twórczego rozmachu, kreatywności. Potrzebował wyzwań na miarę swoich możliwości; warzenie dla skrzydła szpitalnego nigdy ich nie zaspokajało, tę lukę uzupełniały prace zlecone, jakie był zobligowany wykonywać. To było jasne.

– Natura nie znosi próżni – wyszeptała – szczególnie taka natura, jaką ma Snape.

Minerwa wiedziała, jak trudno wrócić człowiekowi z rzeczywistości wojny do normalnego życia; im dłużej trwało to piekło, im bardziej było się zaangażowanym, tym gorzej. Wiedziała, jak ciężko wyplenić z siebie pewne przyzwyczajenia, wyleczyć obsesje. Nawet jeśli ma się silny charakter. Nie raz zastanawiała się, co dzieje się ze szpiegiem, który przeżył taki koszmar? A co dzieje się z wybitnym Mistrzem Eliksirów, który nagle musi się odnaleźć w roli przeciętnego warzyciela?

Liczyła się z tym, że to jedynie kwestia czasu, gdy Severus zechce złożyć na ręce Dumbledore`a wypowiedzenie i zająć się czymś innym niż uczenie i wykonywanie eliksirów dla szkolnego ambulatorium. To była kwestia czasu. Miał do tego prawo. Przecież nic go tu już nie trzymało. Realnie na sprawę patrząc - marnował tutaj swe możliwości.

Nalała sobie herbaty i zmusiła się do tego, by powrócić na bardziej stabilny grunt, a w każdym razie do prześledzenia tej konkretnej sprawy - wypadku.

Istniała teoretycznie inna ewentualność przemiany poza transmutacją. Coś większego i bardziej pożądanego niż Kamień Filozoficzny, który pozwalał spowolnić biologiczne starzenie się organizmu, wydłużając życie tak bardzo, że mogło się wydawać nieskończone (Nicolas Flamel prowadził skrupulatne badania na tym polu). Chodziło o możliwość biologicznego cofnięcia w czasie samej istoty ludzkiej (właściwie należałoby zacząć od uwieńczonego sukcesem cofnięcia jakiejkolwiek istoty żywej), nie zaś całej otaczającej ją rzeczywistości. Coś zdecydowanie różnego od cofania się w czasie za pomocą zmieniacza czasu. Chodziło o faktyczne odmłodzenie i możliwość ponownego rozwoju, czyli zestarzenia się, poczynając od punktu w czasie, w którym doszło do przemiany. Proces, który nie naruszał przeszłości. Druga szansa. Kojarzyła opowieści o Merlinie i Morganie, które mówiły o zaklęciach i eliksirach, za pomocą których tych dwoje dokonywało podobnych rzeczy. Istniały też bardziej makabryczne opisy eksperymentów prowadzonych na tym obszarze już od zarania dziejów (co ciekawe, prawnie nie zakazano ich prowadzenia, tak jak zrobiono to w przypadku transmutacji). Z tego, co Minerwie było wiadomo, nie potwierdzono dotąd uwieńczonego sukcesem przypadku. Nie była pewna, czy istniały dorzecznie spisane formuły zaklęć i eliksirów. Jeśli tak, to zapewne w czarnomagicznych księgach. Z tym co najwyżej można było udać się do Dumbledore`a. Inny osobnik, którego Minerwa miała nieszczęście poznać osobiście, a który mógł się nieźle orientować w temacie – na szczęście – nie żył. Nie żył zaś między innymi dzięki człowiekowi, który obecnie był problematycznym niemowlęciem. Ten ostatni nie mógł zabłysnąć swą niewątpliwie rozległą wiedzą w dziedzinie czarnej magii, jak i w kwestii eliksiru ze względów wiadomych.

Profesor McGonagall wzięła głębszy oddech.

Ten rodzaj przemiany przy całym swoim nieprawdopodobieństwie wydawał się jej jednak bardziej prawdopodobny od transmutacji. Jeśli z tym właśnie mieli do czynienia, przemiana polegała na przejściu od formy wyjściowej A1 do formy otrzymanej A2 i przebiegała w sposób ciągły liniowy, przez co występowały właściwe formy przejściowe.

– Formy przejściowe – westchnęła. – To jest to. Myślodsiewnia. Można przeprowadzić szczegółową obserwację procesu przemiany i być może na tej podstawie określić jej rodzaj.

Poczuła bardzo nieprzyjemny skurcz w żołądku.

Oczywiście nie była tak naiwna, by biec z tym odkryciem do Dumbledore`a. To jasne, że musiał wpaść na ten pomysł. Miał więcej danych na temat zdarzenia. Zapewne jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobił na gruncie poszukiwań, było dokładne prześledzenie i przeanalizowanie własnego wspomnienia. Naturalnie ciekawiły ją wnioski – w końcu wyglądało na to, że mają do czynienia z czymś dotąd nieosiągalnym dla człowieka – ale nie zamierzała iść do jego gabinetu i prosić o zdanie relacji. Zresztą i tak sensowniejsze wydawało się poczekać, aż Albus omówi rzecz z Uzdrowicielem Wagnerem.

Co w ogóle jej przyszło do głowy, by brać się za te poszukiwania – rozmyślała. Jeśli byłaby konkretna potrzeba, gdyby dyrektor potrzebował jej do jakiegoś wyznaczonego zadania w tym zakresie, naturalnie była gotowa się podjąć. Albus doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że może na nią liczyć. Ale poszukiwania na własną rękę… Nie znała nawet szczegółów całego zajścia. Dumbledore nie był skory do ich wyjawienia. Być może Snape nie życzył sobie, by się mieszała w jego sprawy. Oczywiście, że sobie nie życzył. Wyglądało zresztą na to, że obaj panowie planowali jakieś wspólne zajęcia i coś nie poszło zgodnie z planem. To oczywiste, że Albus wiedział, gdzie jest i co robi Severus.

– Oczywiście. W końcu jest jego opiekunem prawnym – wyrzuciła. – A prawda jest taka, że to nie jest twoja sprawa, McGonagall. To, co działo się z Severusem, nigdy nie było twoją sprawą. To zawsze należało tylko i wyłącznie do Severusa i Dumbledore`a. I tak powinno pozostać.

Byłoby jednak wskazane, by dyrektor poinformował ją dostatecznie wcześnie o tym, czy należy zatrudnić nauczyciela na zastępstwo, czy może nie urządzać farsy i po prostu poszukać kogoś na stałe. Miała i tak wystarczająco dużo na głowie. Budżet było trzeba przygotować z wyjaśnieniami Severusa, czy też bez nich. Zresztą jakiekolwiek by one były i tak nie mogły zmienić sytuacji finansowej, jaka zaistniała. Musiała się pozbierać i skupić na zaplanowanych zadaniach, na właściwych zadaniach. Rok szkolny zacznie się zgodnie z przewidywaniami i wszystko musi być gotowe. A koniec końców, i ona miała również prawo do urlopu. Ona również miała jakieś życie poza pracą.

Deszcz przestał padać, na zewnątrz nadal było pochmurno, a grunt wokół zamku bez wątpienia przypominał bagnisko. Postanowiła wyjść na spacer. Jej różdżka wykonała kilka płynnych piruetów i choć z ust Minerwy nie padły żadne słowa, na oparciu fotela stojącego przy kominku wylądowała ciepła wełniana peleryna, szal i kapelusz. Zaklęciem przywołała też buty z wysoką cholewką. Ubrała się i wyszła na korytarz.

Nie zdążyła jednak dobrze obrócić się w progu i zamknąć drzwi gabinetu, gdy z poziomu podłogi doszedł ją potworny koci jazgot, którego o mało nie przypłaciła atakiem serca, połamanymi kończynami i rozbitą o klamkę szczęką.

– Co ty do diabła wyprawiasz! – ryknęła na myszkującego pod jej drzwiami kota. W pierwszym momencie spodziewała się ujrzeć bezczelną kotkę Argusa Filcha, ale wzburzona istota, która siedziała teraz kilka metrów dalej, na samym środku korytarza, nie była wyleniałą kocicą woźnego. Rude bydle z wielkim i doskonale wymodelowanym irokezem biegnącym od łba po najeżony ogon, z zawziętością i ostentacją doprowadzało teraz do porządku skalaną jej butem łapę. Minerwa przyglądając się mu z podejrzliwością i dezaprobatą, czekała. Kościste stworzenie na chwilę przerwało szczotkowanie futra, podniosło łeb i odwdzięczyło się równie krytycznym spojrzeniem, jakby chciało powiedzieć „Należałoby patrzeć pod nogi!". Profesor McGonagall ścierpiała tę bezczelność, nie dając się zbić z tropu. Zwierzę miało uszkodzone jedno oko, co mogło nieco konfudować przeciwnika – Minerwy to nie wzruszało.

Wicedyrektorka przybrała minę wyraźnie oznajmującą, że to wszystko nie robi na niej najmniejszego wrażenia. A gdyby jakiekolwiek robiło, to nie byłoby ono zbyt pochlebne.

Tymczasem kot stwierdził, że zmysł poszukiwacza go nie zawiódł. Przecież nie trafił pod te drzwi przypadkiem. Woń kocicy. Zapach był złożony i przez to wydał mu się znacznie bardziej intrygujący niż zapachy innych kotek. Ostatnio miał sporo niezwykłych przygód i zawarł już kilka dość obiecujących znajomości. Rozważał możliwość przeniesienia się na stałe w ów rejon i w związku z tym przeprowadzał wstępne rozeznanie. Postanowił przyjrzeć się bliżej temu nowemu człowiekowi, jego norze i co ważniejsze odnaleźć kocicę. Postawiwszy do pionu ogon, pełnym godności krokiem ruszył w kierunku profesor McGonagall; parę razy głębiej zaciągnął się jej zapachem i stwierdził, że ten człowiek pachniał najlepiej z dotychczas spotkanych i bez wątpienia był najbliżej związany z poszukiwaną kotką. Ocierając się o buty i płaszcz, zastosował zwykłą procedurę pozostawienia własnego zapachu i dziarsko przemaszerował przez próg, by wkroczyć do gabinetu.

Minerwa popatrzyła za nim, mrugając oczyma z niedowierzania, po czym obruszona ruszyła za intruzem. Wyjęła różdżkę i bezgłośnie rzuciła w futrzaka zaklęciem ujawniającym ewentualnego animaga. Usłyszała przeciągłe miałłłłłł, ssssss i kolejne ałłłł, miłłłł. Kot wyjątkowo mocno skarżył się (nie było w istocie, na co – zaklęcie nie bolało).

– Nie bądź śmieszny – prychnęła do niego nieco pogardliwie. Niemagiczny – zawyrokowała w myślach. – Zawsze to coś.

Kot tym czasem przyjął jako pewnik, że jednym z najbardziej nielubianych przez niego i zdecydowanie nieprzyzwoitych zwyczajów ludzkich jest witanie kotów tymi skądinąd fascynującymi patykami.

Bestia nieco utykała, McGonagall dopuściła możliwość, że jednak musiała go nieźle przydepnąć. Dopuszczała jednak i inną ewentualność, a mianowicie to, że intruz „ściemnia". Minerwa znała się trochę na uczniach i kotach. Tymczasem rzeczony kot zapamiętale wyśpiewywał swoje żale, co jednak nie przeszkadzało mu myszkować po gabinecie.

– To mnie ani wzrusza, ani też nastraja przyjaźnie! – powiedziała tonem niedającym się zignorować. – Radzę więc, byś skierował się do drzwi wyjściowych.

Bydle rzuciło na nią ukradkowe spojrzenie i choć zaprzestało zawodzenia, nadal przemierzało gabinet. Irokez nieco już mu oklapł, a ogon przestał przypominać wycior do lufy armatniej. Postanowił grać na zwłokę. Wszędzie wyczuwał intrygujący zapach kocicy, były i ślady sierści. To wymagało zbadania.

– Widzę, że jesteś dostatecznie inteligentny – stwierdziła z pewnym znaczącym naciskiem profesor McGonagall a w myśli dodała „próżny", jako że kot najwyraźniej połechtany jej uwagą lekko się nadymał. – Radzę więc, by następną twoją decyzją było…

Kot nie dając jej dokończyć, wskoczył na biurko. Oczywistym było, że Pani się z nim droczy. To mu się podobało. Jego Człowiek też czasem się tak droczył.

Zapanowała głęboka cisza, która trwała i trwała…

Kot przeczuwał, że coś nie poszło jak należy. Czasem i tak się zdarzało. Najpierw pojawiło się mrowienie pod skórą na karku, potem jego futro się jakby nieco zbyt mocno rozgrzało – obawiał się, że za chwilę poczuje swąd spalenizny. Znał te odczucia. To nie była sprawka tego cudownego patyczka, tylko sygnały wysyłane przez jego „wewnętrzne oko". Zaniepokojony odwrócił się, by sprawdzić, co się dzieje. O tak, była zła – stwierdził. Znał to spojrzenie. Nie podobał mu się szczególnie układ ust i owa wysoko uniesiona brew. Nie lubił, gdy brwi tak robiły, to się źle kończyło dla kota. Następny ruch musiał być głęboko przemyślany i błyskawiczny, jeśli ta kiełkująca przyjaźń miała przetrwać.

– Cieszę się, że się rozumiemy – oznajmiła chłodnym tonem Minerwa McGonagall. Brew ani drgnęła. Nie zamierzała pozwolić na dalsze pogrywanie ze sobą, doskonale wiedziała, co to bydle próbowało osiągnąć. – A teraz proszę opuścić moje komnaty! – wskazała palcem drzwi. Kot nieco się skurczył, ale nie ruszył z miejsca. – Natychmiast – powtórzyła i przygotowała różdżkę. – I ani się waż! – dodała, przeczuwając, że kocur planował właśnie kradzież znajdującego się na talerzyku herbatnika.

Kot mruknął pod nosem i z godnością zszedł z biurka, po czym niespiesznie ruszył do drzwi. Na progu usiadł jednak i trzema machnięciami języka przemył nadepniętą łapę; dopiero wówczas mógł kontynuować rekonesans. Minerwa była na tyle wyrozumiała i uprzejma, by nie odbierać mu tej resztki godności.

Jeszcze przez chwilę stała bez ruchu, po czym postanowiła raz jeszcze spróbować zrealizować plan przewidujący wyjście na spacer.

W korytarzu usłyszała przeraźliwy jazgot dochodzący z wyższego piętra. Doskonale wiedziała, co się stało. Intruz właśnie zapoznawał się z Panią Norris.

Musiała się przejść, odzyskać równowagę wewnętrzną. W tej chwili nawet nie chciała myśleć o tym, co ów rudy, nieznany jej kot robił w zamku. Bała się, że nie jest to przypadkowa, niewinna obecność. Przez czterdzieści lat pracy żaden z licznych milusińskich, które należały do uczniów, a z pośród tych sporo było kotami, nie miał czelności wtargnąć do jej komnat. Nie ważyła się tego zrobić nawet Pani Norris.

.

.

xxx

.

.

Dumbledore stał przy oknie, wpatrując się w Zakazany Las i błotniste błonia, przez które teraz uparcie brnęła profesor McGonagall. Pomyślał, że życzyłby sobie ujrzeć ją jeszcze kiedyś spacerującą z Severusem i nie miał na myśli Snape`a siedzącego w dziecięcym wózku. Chociaż to byłby już jakiś pozytywny początek, zważywszy na relacje, jakie łączyły tych dwoje przez miniony rok. Pomyślał też, że nie życzyłby sobie, by się przeziębiła albo wykończyła nerwowo.

Rozważał to, co właśnie zobaczył w myślodsiewni i to, czego tam nie zobaczył. Trzykrotnie zaglądał do misy i analizował wspomnienie z wydarzeń w szkockiej posiadłości Severusa. Wciąż miał poczucie jakiegoś braku. Wiedział, że prawdopodobnie tam kryje się rozwiązanie zagadki.

Wspomnienia oczywiście miały ograniczony zakres, obejmowały jedynie to, co umysł ich właściciela świadomie i podświadomie zarejestrował (choćby nie wiem, jak człowiek pragnął, nie mógł przekroczyć tych granic).

Coś w tym, co oglądał, wzbudzało niepokój. Czy był to odcień rozbłysku zaklęcia, rozszczepienie podczas uderzenia w ciało, spazmatyczna reakcja tego ciała, ból…?

Oczywiście po wstępnym przeanalizowaniu bardzo skrupulatnie prowadzonych przez Severusa notatek oraz przebadaniu pozostałości eliksiru zrozumiał, że poniosły go emocje i wyobraźnia. Zareagował niestosownie. Pozwolił, by strach dyktował mu rozwiązania. Popsuł chłopakowi eksperyment. Dość niewinny eksperyment, dzięki Merlinowi. No cóż, to akurat odkrycie przyniosło mu dużą ulgę i nawet nieco rozbawiło. Severus od dawna nie miał czasu na tego typu zabawy. Dumbledore zastanawiał się nad tym, dlaczego zainteresował Snape`a ów temat. Całkiem możliwe, że chodziło po prostu o wynalezienie specyfiku, który stałby się światowym „hitem" i pozwolił mistrzowi eliksirów uzyskiwać pokaźne dochody. Jak jednak wpadł on na pomysł eliksiru błyskawicznie usuwającego efekt zatrucia alkoholowego? Czyżby w końcu zaczął doświadczać na własnej skórze efektów nieumiarkowanego spożycia napojów alkoholowych? Ilość opróżnionych butelek z whisky, jakie Dumbledore znalazł w salonie Snape`a, przemawiała za tą właśnie opcją i była to mniej podnosząca na duchu strona owego odkrycia.

Wracając jednak do meritum sprawy. To, o czym stary czarodziej był przekonany, to to, że przemiana Severusa nie była wynikiem transmutacji. Takiej skromnej odpowiedzi mógłby w tej chwili udzielić Minerwie na jej pytanie. Przypuszczał też, że połączenie niestabilnego eliksiru Severusa i rzuconego przez niego zaklęcia rozbrajającego samo w sobie nie mogło być sprawcą tego „cudu". Musiał zadziałać jakiś dodatkowy czynnik. Być może coś zadziałało tu jak katalizator.

Albus podszedł do biurka i położył dłoń na otwartej księdze, która na nim spoczywała. Był to bardzo stary i zniszczony rękopis, który Dumbledore przechowywał w swoich komnatach pod kluczem, zabezpieczony kilkoma silnymi zaklęciami. Przez chwilę wpatrywał się w zabrudzoną stronicę. Zamieszczona tam formuła i opis były niekompletne, w zasadzie nie mógł na ich podstawie niczego konkretnego wnioskować. Pomijając może to, że autor w sposób świadomy nie ujawnił całej swojej wiedzy. Dumbledore wiedział, że istnieje lub istniała księga uzupełniająca te braki, że stanowiły jakby rozmyślnie rozdzielony komplet. Istotne było, czy ostatni właściciel egzemplarza księgi, która przed nim spoczywała, miał w swych rękach ów brakujący element. Na pierwszej karcie kodeksu widniały nazwiska wszystkich tych, którzy byli w jej posiadaniu; aby móc odczytać tekst trzeba było zostawić swą sygnaturę. Nad nazwiskiem Albusa widniało imię, które przybrał Tom Riddle, jeden z pierwszych autografów należał do Salazara Slytherina. Autor dzieła podpisał się jedną literą, która rozpalała wyobraźnię i zrodziła legendę owej księgi. „M". M jak Merlin? Podobno druga, napisana była przez kogoś, kto wbrew intencji „M" zapragnął zdradzić tajemnice, podobno jej autor również podpisał się literą „M" (jak Morgana?). Co do ich autorstwa, Dumbledore pozostawał sceptykiem. Nie zmieniało to faktu, że znał kilka potężnych formuł zasugerowanych w znajdującym się przed nim kodeksie, wiedział więc, że księga jest prawdziwa.

Dumbledore`owi przeszło przez myśl, że może jednak szuka w całym tym zajściu czegoś, czego tam nie ma. Chodziło o to, że był to jedyny ślad zaklęcia, które – teoretycznie – mogło zmienić dorosłe ciało w dziecięce. Jakim jednak cudem miałoby mieć udział w nocnym zdarzeniu?

.

.

xxx

.

.

Po zaledwie dwugodzinnej drzemce Snape obudził się cały spocony, stwierdzając, że jego rozpaczliwe położenie zasadniczo nie poprawiło się. Zmienił miejsce pobytu, przeniesiono go do prywatnych komnat dyrektora, a jakże, do jego „prawnego opiekuna". Leżał w dziecięcym łóżeczku (więzienna, okratowana z czterech stron koja, jak zawyrokował), po jednej stronie głowy miał przyjaźnie uśmiechniętego zielonego węża (żałosne), po drugiej rudego kota (z całą pewnością nie był to lew) – dzięki Merlinowi oba były pluszowe i nieruchome. Za to nad głową miał tętniącą życiem, niezmierzoną przestrzeń kosmosu usianą planetami, gwiazdami, asteroidami… i wykazującymi szczególna aktywność, może nawet pewne niezrównoważenie Zodiakami. Wszystko to naturalnie w wersji bajkowej.

Ubrali go w tradycyjną dziecięcą koszulę. Na biało – jak na niewiniątko przystało. Ile by oddałby teraz za śpiochy, w które ubierali dzieci mugole. Dumbledore uczynił mu wprawdzie tę uprzejmość i oszczędził falbanek oraz koronek na owej sukience, nie oparł się jednak temu by umieścić na piersi żółtą kaczkę. Snape przez chwilę przyglądał się kreaturze z wrogością, jakby oczekiwał, że okaże się czymś potworniejszym niż wyszycie (to byłoby w stylu dyrektora), ale nie dała się sprowokować, pozostając nieruchoma. Potem ze zgrozą spojrzał na swoje szeroko rozłożone jak u żaby pulchne nogi, między którymi tkwiła pielucha. Z wysiłkiem zsunął te dwie nieforemne kiełbasy razem. Nie miał niestety wątpliwości co do tego, że nieświadomie podczas snu pozbył się ze swego ustroju ziołowej herbatki i mleka.

W związku z tym wszystkim pierwszym słowem, jakie wypowiedział, było rozpaczliwe „kurwa", którego dźwięk sprawił, że poczuł większą niż chwilę wcześniej irytację. Severus Snape rzadko używał podobnych słów (pomijając dzień dzisiejszy), więc kiedy już to robił, robił to porządnie - nienaganna dykcja, właściwa emisja głosu. Tym czasem z pieczołowitością i naciskiem wypowiedziane „kur" zostało zupełnie rozmemłane niczym rozgotowana kaszka. Działo się z nim coś bardzo niedobrego, jeśli miał to przetrwać, musiał opanować swoje emocje; w pierwszej chwili dał się zaskoczyć, ale nie mógł pozwolić dalej się prowokować. Chłodny umysł i dystans.

Musiał znaleźć rozwiązanie, sposób by wrócić do dawnej formy cielesnej. Po pierwsze skoro nie mógł się wypowiedzieć werbalnie tak by go zrozumiano, mógł spróbować formy pisemnej. Łapy miał wprawdzie obecnie zgrabne jak niedźwiedź ale z całą pewnością będzie w stanie utrzymać pióro i coś nagryzmolić. Uświadomią sobie, że nie jest dzieckiem, z którym można robić co się podoba. Będzie mógł wziąć udział w merytorycznej dyskusji.

Odwrócił leżąca na poduszce głowę by zlokalizować jakieś przybory piśmiennicze. Piór i kałamarza nie było w zasięgu wzroku za to zauważył, że podobny do pluszowego kot siedzi na półce z książkami i gapi się na niego jednym zdrowym okiem i jednym znacznie uszkodzonym. Snape znał to bezczelne, podszyte wyższością spojrzenie. I tym razem nie mógł odmówić pchlarzowi racji. Oczywiście Dumbledore zabrał Kota wraz z resztą inwentarza (skoro był kot, to stwierdził najwyraźniej, że należy on do Severusa i ów chciałby go mieć przy sobie - co było oczywiście mylnym wnioskiem). Miniaturowy mistrz eliksirów nie miał jednak wiele czasu na rozważanie kwestii dotyczących rudego pupila, ani też rozwijanie kiełkującego w umyśle planu zmiany pozycji horyzontalnej na wertykalną i podjęcia próby wysadzenia magią ze dwóch szczebelków swej klatki. Chwilę później padł na niego długi cień, a potem ukazała się chuda, wysoka niczym Wieża Astronomiczna postać starego czarodzieja. Haczykowaty nos, który się nad nim pochylił, był niesamowicie duży, przerażająco wielki. Zaczęło się.

– Witaj, mój drogi. Jak się miewasz? Doskonale wyczułeś moment. Mamy godzinę do przybycia Gowena.

Była to naturalnie ciężka godzina, w której nie po raz pierwszy ujawniły się głębokie różnice w poglądach i planach obu czarodziejów, nie po raz pierwszy też Dumbledore przeforsował swoje opcje. Wszystko to zaś odbyło się w obecności Kota, który prowadził natrętną obserwację - zapewne gromadząc niezbędne mu do spiskowania dane. Dyrektor z radością pozwolił wejść pupilowi swego podopiecznego do łazienki. Severus z wyjątkową niezręcznością rzucił w wędrującego po rancie wanny zwierzaka gumową kaczką, która dotąd dryfowała po ogromnej przestrzeni wód.

Kot natychmiast zabrał się za badanie przydatności gumowej kaczki i najwyraźniej stwierdził, że z braku innych stworzeń, które można upolować i dręczyć, nada się i to. Ze znajomością rzeczy zabrał się więc do osaczania dzikiego ptaszyska, a po osiągnięciu założonego celu przeprowadził udaną pacyfikację. Pododuszane, ale najwyraźniej ciągle żywotne żółte monstrum (ku uciesze dyrektora i Kota) wydawało przeraźliwe gwizdy i świsty. Opór w obliczu wykwalifikowanego łowcy był naturalnie beznadziejny. Kiedy kąpiel się skończyła, dumny Dumbledore wyniósł z łazienki naburmuszonego, ale lśniącego Severusa, Kot zaś obślinioną i nieco napoczętą kaczkę. Gdy pół godziny później drzwi gabinetu otworzyły się i stanął w nich dyrektor Szpitala Świętego Munga, Kot unosząc swą zdobycz, wypadł na klatkę schodową. Snape, który to zauważył, kibicował bydlakowi, życząc, by ów odnalazł drogę do domu w górach (i na tę okoliczność Severus był gotów podarować mu kaczkę).

.

.

xxx

.

.

Po godzinnej przechadzce, Minerwa powróciła do zamku przesiąknięta wilgocią i nieco zmarznięta ale i uspokojona.

Gdy była u szczytu schodów prowadzących do korytarza, w którym znajdowały się jej komnaty, jej nerwy zostały wystawione na kolejną próbę. Panował tu półmrok – nie można było się więc dziwić, że nie dostrzegła tego, co leżało na jednym ze stopni. Tak też po raz drugi tego dnia nadepnęła na coś, co wydało przeraźliwie świszczący odgłos i po raz kolejny chwyciła się za rozkołatane serce. Całe szczęście, że na klatce schodowej była solidna poręcz, za którą mogła złapać, broniąc się przed upadkiem. Kiedy spojrzała w dół, kilka stopni poniżej miejsca, w którym stała, zauważyła żółtą gumową kaczuszkę. Bez wątpienia była to dziecięca zabawka.

– Na litość boską! Co jeszcze?

Myśl o Severusie rozrzucającym po szkole zabawki nie wydała się jej w tym konkretnym momencie zabawna. Machnęła różdżką, likwidując gumową padlinę.

.

.


Dział - Odpowiedzi na komentarze czytelników:

Lirthea :

Oj tam, może nie będzie aż tak źle! Może kiedyś dotrzemy do właściwego zakończenia tej historii. Dziękuję Ci bardzo, za ciepłe i entuzjastyczne słowa. Niezmiernie się cieszę, że polubiłaś bohaterów. Przyznam, że Dumbledore to dla mnie chyba najtrudniejsza kreacja w tym zestawieniu bohaterów. Jak wspiąć się na wyżyny jego umysłu i zachować lekkość bytu? Jest dużo bardziej skomplikowany niż inni, bardziej tajemniczy. Mam nadzieję, że przeczytasz kolejny rozdział i się nie zawiedziesz, nie odkochasz się. Ukłony.

ZooM :

Bardzo mi miło, że czekasz na dalsze losy bohaterów. Cieszy mnie, że sen Albusa wywołał u Ciebie pewne napięcie, że dałaś się wciągnąć w grę. Prolog to faktycznie twardy orzech, obawiam się, że sporo osób mógł zniechęcić do dalszego brnięcia w opowieść. Wątek kidfic jak widać – ku rozpaczy Severusa - rozwija się, czy ciekawie to już Waszej ocenie pozostawiam. Kot nie został porzucony na Twoje wyraźne życzenie. Mam nadzieję, że czytelnicy i bohaterowie polubią „rude bydle", któremu Severus nadał imię „KOT". Pozdrawiam.

Z SZ:

Dziękuję, że się przemogłaś i skomentowałaś. Opinia, że to dobra i warta kontynuowania historia a rozdziały są „cudowne" jest warta, by siedzieć i pisać. Mam nadzieję, że zostaniesz z nami po tym rozdziale. Pozdrawiam.

minnie :

To wspaniale, żeś taka sentymentalna względem Sztuki kochania. Niesamowicie ucieszył mnie odzew od dawnego czytelnika. Wątek Minerwa-Syriusz jest w przygotowaniu. Mam szczerą nadzieję, że rozdział przypadnie Ci do gustu i przysporzy trochę radości. Kłaniam się.

minnie89 :

I raz jeszcze stary wierny czytelnik. Jak ja się cieszę, że tylu ludzi jest sentymentalnych i to na dodatek wobec Sztuki kochania. To duże wsparcie. Czytając twój komentarz bardzo się zaczerwieniłam i poczułam obarczona ciężarem sprostania wielkiemu wyzwaniu. Chcę wierzyć i trzymam kciuki by i ten rozdział okazał się wciągający, by postacie i klimat opowieści pozostały w twym odczuciu „żywe". Co do konfrontacji Kocicy z Severusem, to jak widzisz chwilowo jedynie kocica w relacji z temperamentnym kociakiem (ewentualnie z rudym bydlęciem należącym do S). Pozdrawiam Cię i dziękuję.

Elanor :

Witaj, to miłe, gdy można zaszczepić u czytelnika sympatię do czegoś, co generalnie nie leży w jego guście. Ciekawa jestem, do jakich refleksji na temat kanonu przywiodło cię moje opowiadanie? Przyznam, że pisząc, doznałam wielu olśnień, co do wydarzeń czy relacji bohaterów z kanonu. Nagle spojrzałam na nie z zupełnie innej perspektywy. Jednym z nich była decyzja i styl w jakim Dumbledore odebrał puchar Slyterynowi. Liczę na to, że trójka Twoich ulubionych bohaterów, którzy są również moimi ulubionymi, nie zawiedzie na dalszym etapie opowieści. Dziękuję Ci również, za słówko zachęty dotyczące moich pozostałych opowiadań. Wszystkiego dobrego.

Zrozpaczony Anon :

Poczułam ukłucie paniki czytając Twój komentarz. To mnie jednak zmobilizowało. Proszę, oto rozdział. Wiem, długo trzeba było czekać. Dukam następny. Dziękuję za to, że zechciałaś przedłożyć swą prośbę. Ukłony.

Arya :

Dziękuję za miłe słowa. Ja również mam obecnie nadzieję na to, że kiedyś zakończymy to opowiadanie ( a dzieli nas od tego jeszcze kilka a może i więcej rozdziałów, które zostaną opublikowane!). Oby nie trzeba było zbyt długo czekać. Liczę na to, że wskrzeszone w V rozdziale postacie nadal są dobre. Pozdrawiam.

Ego Vagus