Wracamy na właściwy tor z historią. Zbliżamy się do poznania kilku prawd, a może bardziej zahaczek, które o tych prawd poprowadzą.

Po raz kolejny, Miłego czytania i zachęcam do pozostawiania po sobie śladu.


Maxwell szedł korytarzem do gabinetu dyrektora, jego dyscyplina i ćwiczenia pod okiem mistrzów pozwalały mu zachowywać kamienny wyraz twarzy, ale chciał się śmiać i skakać z radości. Ostatnie kilka godzin z Daphne było niesamowite i zamierzał szybko to powtórzyć.

Przed drzwiami czekała na niego profesor McGonagall i nieznany mu mężczyzna.

- Jest pan punktualny panie de'Vireas. –Powiedziała zimno.

- Przykro mi, że doszło do tego wydarzenia i straciła pani wiarę we mnie. Nie żałuje jednak niczego, co zrobiłem. Obiecałem w gabinecie dyrektora, że zrobię więcej dla bezpieczeństwa uczniów, niż gdybym był nauczycielem. Pani miała związane ręce, nawet gdybym powiedział pani, że maja Mroczne Znaki, co mogła pani zrobić? Dyrektor zabroniłby działania i wie pani o tym. – Zmierzył mężczyznę chłodnym wzrokiem, ale wyciągną rękę w oficjalnym powitaniu.

- Nazywam się de'Vireas, ale to pan wie. Domyślam się, jaką pełni pan funkcje, jednak chciałbym poznać pana imię. –

- Javier Giscard – uścisnął dłoń i dodał – Mam być przedstawicielem Rady nadzorczej oraz ministerstwa w nadchodzącej rozmowie. Rada dowiedziała, się o niestosownym zachowaniu dyrektora wobec pana. Tym razem się to nie powtórzy. – Zapewnił.

- Szpiegujecie dyrektora poprzez obrazy? A to mnie nazywają manipulatorem. Chodźmy, bo dyrektor gotów uznać, że nie stawiłem się na czas. – Powiedział ruszając, a kamienna chimera ożyła mimo braku hasła.


W gabinecie, oprócz Dumbledora byli pozostali nauczyciele, także było dość tłoczno. Dyrektor siedział za biurkiem, a reszta była podzielona na ewidentne stronnictwa. Severus, Theodora i Flitwick stali pod oknem bliżej wolnego krzesła na środku. Reszta stała z dala od krzesła, a po stronie dyrektora. Czuć było w powietrzu niedawna walkę, choć raczej słowną sądząc po braku obrażeń i zniszczeń. Max zatrzymał się za drzwiami, pozwalając przejść przedstawicielowi rady oraz wicedyrektorce, ciekaw jak zajmą miejsca. Javier ruszył pewnie i staną obok grzędy feniksa, odcinając się od dwóch grup. McGonagall stanęła na środku, rozejrzała się i po chwili, zajęła miejsce za krzesłem, dając do zrozumienia wszystkim, że będzie bronić uczniów. Ruszył do przodu, gdy dyrektor przemówił.

- Usiądź, mamy do ciebie kilka pytań. –

- Nie. Nie dam postawić się w roli ucznia na dywaniku. Nie jest to mój proces, a ja nie mam kłopotów. Być może opowiem na wasze pytania, o ile nie będzie to szkodziło moim celom i uznam, że warto dzielić się czymkolwiek. – Powiedział twardo, co wywołało oburzenie wśród grupki wsparcia Dumbledora, a rozluźnienie u jego zwolenników. – Słucham, o co chcecie zapytać. –

- Nie możesz tak postępować – zaczęła profesor Sprout – To, co zrobiłeś, te bestialskie tortury uczniów. Kim ty jesteś, żeby móc robić takie rzeczy i nie mieć wyrzutów sumienia. –

- Głupie pytanie. – Odparł krótko – Śmierciożercy nie mają wyrzutów sumienia, zwolennicy Voldemorta także ich nie mają. Ci „uczniowie" nie zawahaliby się sekundy przed gwałtem i morderstwem. Dlaczego mam być bardziej wyrozumiały wobec nich? Cały Zakon Feniksa walczący z Voldemortem nie osiągnął nic sensownego. Udało wam się złapać śmierciożerców dopiero jak Potter dał się wciągnąć w zasadzkę. A dał się w nią złapać, bo wasz „jaśniejący" przywódca odmówił mu i wam informacji, które dobrze znał. Zakon upadnie, jeśli będzie tak działał. – Mówił z pogardą – Przecież wiedzieliście, kim są śmierciożercy, Potter powiedział wam, kogo widział na cmentarzu. Nie mogliście ich pojedynczo zabijać? Albo choćby porywać? Osłabiać Voldemorta? Głupcy, idący za ślepcem. – Zakończył, ale widząc szok na twarzach zaatakował dyrektora.

- Czemu Voldemort wybrał Pottera? Może zdradzisz swoje sekrety starcze? – Ale gdy ten milczał, Max prychnął – Milczysz, więc ja będę mówił. Czemu Zakon pokłada nadzieję w złotym chłopcu, a nie w Albusie Dumbledorze? Do rytuału na cmentarzu, w czasie którego Voldemort odzyskał ciało, nie musiał używać Pottera. Mógł użyć innego czarodzieja. Czemu Potter? Ma to na pewno związek z ochroną jego matki, poświęceniem, które mu dała. Teraz teoretycznie działa też na Voldemorta. Ale jaki to ma związek z Przepowiednią? – To w końcu wywołało reakcję dyrektora, na twarzy, którego odmalowało się przerażenie?

- Harry zdradził ci przepowiednie? – Spytał zaszokowany.

- Niezła próba. Nie to nie Harry, to blef. Nie uważam cię za głupca, który da się łatwo podejść. O rytuale wiem od śmierciożercy, którego przesłuchałem w lecie. –

- Ja mam pytanie panie de'Vireas. – Powiedziała zza jego pleców McGonagall. – Jakie ma pan zamiary? Czy dołączy pan o Zakonu, aby z nami walczyć? –

Max odwrócił się do niej, nie spuszczając z pola widzenia dyrektora.

- Powiedziałem pani o moich zamiarach, nic się nie zmieniło. Pokonać ostatecznie Voldemorta, ale nie zamierzam dołączyć Zakonu Feniksa. Kilka dni temu byłbym w stanie z wami współpracować, dziś jest to niemożliwe. Nie odmówię jednak pomocy, jeśli ktoś z jego członków zgodzi się na moje warunki. –

- Minerwo, Albusie i reszto. To o czym tu dywagujecie, nie jest przedmiotem tego spotkania i dziwię się panu de'Vireasowi, że traci czas na odpowiadanie na te pytania. Spotkaliśmy się tu, by stwierdzić, czy Maxwell złamał jakiś punkt regulaminu, a jeśli tak to, jaką nałożyć na niego karę. – Powiedział spokojnie Snape.

- Motywy są równie istotne jak czyny – skontrowała profesor Vector.

- Znamy motywy, powiedział o nich dość głośno, a skoro ma idealny powód, czyniący prawdziwymi te wyjaśnienia, których udzielił na korytarzu, głupotą było by podawanie teraz innych. Chyba nikt, z obecnych nie oskarży szczerze tego młodzieńca o głupotę. - Nauczyciel obrony ewidentnie nie zamierzał wchodzić w motywy - Maxwell, choć postąpił inaczej, niż ktokolwiek by spodziewał się po kimś, kto jasno deklaruje się, jako wojownik światła. Nie złamał jednak prawa, albo inaczej. Złamał je będąc świadomym, że ma uprawomocnienia. Pamiętajmy, że Aurorzy także mogli torturować śmierciożerców i używać zaklęć niewybaczalnych. -

- Ale żaden Auror nie zaatakował i nie torturował dzieci. - Zarzuciła profesor Sprout - do tego na oczach całej szkoły, tam mogli się znaleźć pierwszoroczni. Nie próbuj mi nawet wmówić, że działał pod wpływem emocji z powodu panny Greengrass, bo jeśli tak, to znaczy, że nie może posiadać takich uprawnień, skoro nie potrafi nad sobą panować. -

- Nie sądzę, aby pan de'Vireas działał pod wpływem emocji. Zauważ też, że z działaniem powstrzymał się do czasu, aż pojawi się cała szkoła i nauczyciele. Mógł to załatwić szybciej i ciszej. Sądzę, że miała to być lekcja pokazowa, dla innych potencjalnych zwolenników Voldemorta w szkole. Zgadzam się z Severusem, nie mamy wpływu na metody. Nie mamy mocy, ani uprawnień do ukarania go. Mam też wrażenie, że nie jest to typowe zachowanie pana de'Vireasa i zazwyczaj postępuje inaczej, bardziej subtelnie. Dlatego jeśli nikt nie ma więcej pytań, chciałbym zakończyć to następującym wnioskiem. Zgłosimy, jako Dyrekcja i nauczyciele, zażalenie i protest do Światowej Rady Czarodziejów. I na tym zakończymy to zebranie. - Powiedział, Dumbledore niespodziewanie stając po stronie Maxwella - Nie dziwcie się tak, potrafię dostrzec, kiedy ktoś inny ma rację. Pan de'Vireas wytknął nam i mi w szczególności kilka błędów. Wyciągnę z nich wnioski. -

- Ja mam dwa pytania. - Powiedział piskliwym głosem Flitwick - Po pierwsze, jakim sposobem teleportowałeś się po Hogwarcie, to może być bardzo niebezpieczna luka w zabezpieczeniach zamku. Po drugie tarcza, której użyłeś. To mogłoby drastycznie zwiększyć bezpieczeństwo uczniów, gdyby umieli postawić takie tarcze. Tarcza zasługuje, na co najmniej pięćdziesiąt punktów, ale zrozumiesz, dlaczego nie mogę ci ich przyznać. -

- Rozumiem. Co do nauki tarczy potrzebowałbym około dwóch tygodni, aby opracować nowy wariant dla siebie. Oczywiście nie zgodzę się nauczać jej nikogo, kto nie poda się badaniu Veritaserum i nie złoży magicznej przysięgi. Nie mogę zaryzykować, że moja tarcza przeniknie do śmierciożerców. Proponowałbym nauczenie jej wybranych nauczycieli i prefektów, którzy w razie ataku, mogliby osłonić uczniów, lub uwięzić śmierciożerców. - Odpowiedział Max, na co Pomona zareagowała krzywym uśmiechem.

- Mówisz o braku tajemnic, o potrzebnie chronienia uczniów, a nie chcesz ich nauczyć nowej tarczy. -

- Dość Pomono - powiedział dyrektor - warunki Maxwella są logiczne. Nie mogę obiecać, że się na nie zgodzę, ale proszę cię byś opracował nową tarczę dla siebie. W najgorszym wypadku będziesz miał nową doskonalszą tarczę, której nikt nie widział, a my zostaniemy tam gdzie jesteśmy. Czy twoja tarcza jest odporna na zaklęcia niewybaczalne? -

- Tak. Zatrzyma Crucio, Imperiusa i zakrzywi zaklęcie śmierci. Choć to już zależy od użytej mocy stawiającego tarczę i rzucającego zaklęcie. Przez typ tarczy, który postawiłem w korytarzu ja przebiłbym się nawet Drętwotą, ale była by to zbędna strata mocy. Łatwiej byłoby wysadzić ścianę i przedostać się wyrwą. Brak wam innowacji, myślenia poza schematami. – Odpowiedział de'Vireas.

- Chcesz powiedzieć, że przebiłbyś drętwotą tarczę, której nie mogliśmy przebić, ani usunąć? - Spytała zaszokowana nauczycielka zielarstwa.

- Gdyby postawiło ją, którekolwiek z was. – Wyjaśnił Maxwell. – To kwestia mocy. Ten typ tarcz jest zasilany z magii rzucającego, im więcej jest się gotowym jej poświęcić tym są potężniejsze. -

- Chyba cię to nie dziwi? - Spytał ironicznie Snape, patrząc na profesor Sprout. - Ten chłopak pokazał już kilka razy swoją potęgę, a jeśli jest tak jak mówi i nie pokazuje więcej niż musi pełnia jego mocy, musi być druzgocząca. -

- Przejdźmy jednak do drugiego mojego pytania. Co z teleportacją? - Powiedział, Flitwick, aby ukrócić kłótnię w zarodku.

- Nikt na to nie wpadł? - Spytał de'Vireas rozglądając się po zebranych. - Myślenie poza schematami. Przecież nawet pan dyrektorze potrafi się teleportować do i spoza Hogwartu. -

- Fawkes? Nie zaobserwowałem tam feniksa. - Odparł Dumbledore.

- Skrzat domowy pod peleryną niewidką. - Powiedział nagle Snape. - Poczułem na sekundę dotyk na łydce, gdy wciągnąłeś mnie do środka. -

- Dokładnie. Ale nie martwcie się o lukę. Kano wraz z Zgredkiem już ją łatają. Żaden skrzat spoza Hogwartu nie będzie mógł się deportować, ani aportować bez wcześniejszej zgody innych skrzatów. Skrzaty są tak pomijane, że Voldemort i tak by się nie zniżył do ataku za ich pomocą. -

- Dobrze skoro to wyjaśniliśmy, zamykam to spotkanie. Panie de'Vireas, jeśli się pan zgodzi chciałbym porozmawiać chwilę w cztery oczy. – Powiedział Dyrektor, Max skinął głową, a reszta nauczycieli i Giscard niechętnie musieli się zgodzić.

Gdy nauczyciele wychodzili, Max spojrzał na Snapa.

- Czy mógłby pan zostać. Mamy coś do omówienia, co wymaga pana obecności. - Snape spojrzał na dyrektora, ale ten nie oponował, wrócił, więc na swoje miejsce.

- Chyba powinieneś zacząć skoro zatrzymałeś Severusa. - Powiedział spokojnie Dumbledore.

- Chyba tak. Mogę skorzystać z myślodsiewni? - Zapytał ruszając do kamiennej misy. Wydobył srebrną nitkę wspomnienia i wrzucił ją do środka. - Zapraszam, to zaoszczędzi nam jakieś pół godziny, a ja wciąż mam do zrobienia dziś dwie prace i trening. -

Dumbledore pochyli się nad misą. Max pokazał mu wspomnienie z głowy Voldemorta, mówiące o Niezłomnej Przysiędze. Gdy Dumbledore wyprostował się nad misą nie wyglądał na zaskoczonego.

- Dlaczego mi to pokazałeś? - Spytał wracając za biurko.

- To chyba jasne. Jest pan celem Malfoya, a gdy mu się nie powiedzie profesora Snapa. Z tego, czego dowiedziałem się o profesorze do tej pory muszę stwierdzić, że zrobi to z żalem. Jest dostatecznie utalentowanym czarodziejem, by tego dokonać. Z tym, że nie będzie tego chciał. Warto było by pomyśleć o tym jak pozwolić działać Draconowi, ale bez sukcesów. -

- Nie przejmujesz się za bardzo moim losem, prawda? - W głosie dyrektora nie było złości.

- Nie. Jest pan stary, żyje pan w sztucznie przedłużonym czasie. To odbija sie na psychice, a ktoś obdarzony taka mocą, nie może mieć rozchwianej psychiki. - Max mówił spokojnie, jakby rozmawiali o ciekawym temacie lekcji.

- Hmm może masz racje, ale ciągle są niezałatwione sprawy. -

- Zawsze będą, taka kolej życia. -

- Łatwo ci mówić, masz szesnaście lat. - Powiedział z żalem, Dumbledore - To jednak nie jest temat rozmowy. Zgadzam się, że najlepiej utrzymać Status Quo. Wiedziałem o tej przysiędze i misji młodego Malfoya, Severus powiedział mi o tym przed złożeniem przysięgi. Rozwiązanie jest dość proste, widzisz ja umieram. Nie ocali mnie, ani Kamień Filozoficzny, ani łzy feniksa. W wakacje zetknąłem się z potężną klątwą, która zalęgła się w mojej magii, zabija mnie od dłuższego czasu. Eliksiry Severusa spowalniają proces, ale jest on ostateczny. Dlatego pod koniec roku, Draco, albo Severus będą mogli mnie zabić. Wole odejść w ten sposób. Liczyłem, co prawda, że zrobi to Severus, za co w nagrodę Voldemort odda mu szkołę, a on będzie chronił uczniów. Temu byłem tak wściekły, gdy zdemaskowałeś przed, Voldemortem Severusa jako mojego szpiega. Nie docierało do mnie, że za kilka tygodni, i tak niemiałbym szpiega, oraz stracił Severusa. -

- Hmm, to niekorzystne rozwiązanie. - de'Vireas zamyślił się - Będę potrzebował próbki krwi, skóry oraz o ile to możliwe wspomnienie momentu infekcji klątwą. Mam przyjaciół, znawców run, łamaczy klątw, wampiry, może znajdą metodę. Potrzebuję pana jeszcze przez przyszły rok. - Popatrzył na Snapa - Przydadzą sie też eliksiry, którymi spowalnia pan proces. Może uda się wynaleźć doskonalsze wersje. Rozumiem, że Status Quo obowiązuje do Bożego Narodzenia. Wtedy albo powstrzymamy Malfoya przed powrotem do domu i tym samym zdradzimy, że cos wiemy, albo wróci i Voldemort go zabije, przenosząc przysięgę na profesora Snapa. – Dyrektor potwierdził skinieniem głowy.

- Czy to wszystko, o czym ty chciałeś rozmawiać? - Spytał Dumbledore.

- Tak, teraz przechodzimy do pańskich tematów.-

- Severusie zostaw nas, jeśli możesz. - Dotąd milczący nauczyciel obrony, wyglądał jakby zamierzał coś powiedzieć, ale skinął tylko głową i wyszedł. - Chciałem cie przeprosić za tamta próbę ataku na twój umysł, podałem ci już powody tego, ale teraz przepraszam. Chciałbym też zacząć współprace. Masz rację, że Zakon niewiele dokonał. To moja wina, bałem się o życie członków zakonu, a więc bałem się podejmować jakiekolwiek akcje. Nie wiem czy wiesz, ale w tym roku uczę osobiście Harrego, chciałbym abyś dołączył do tych lekcji, z braku lepszego słowa. Poznajemy historię Toma Riddla, aby wiedzieć, dlaczego i jak stał sie tym, czym jest dziś. - Dyrektor wyglądał, jakby miał mówić dalej, ale Max przerwał mu gestem ręki.

- Nie. Wiem o Horcruksach, znam historię Riddla, znam jego sposób myślenia. Nie mogę jednak w oczach Harrego zostać sprowadzony do roli mu równego, ani nie mogę stać się dla niego nauczycielem. - Dumbledore okazał tym razem autentyczne zdziwienie.

- Wiesz o Horcruksach? -

- Tak, ale chętnie dowiem się czy udało się panu jakiś zniszczyć. -

- Dwa, dziennik Riddla z wskazówkami do otwarcia komnaty Tajemnic, oraz pierścień Gauntów. -

- Nie ma już także medalionu Slytherina. -

- Czyli został wąż, tiara i kielich. - Głos dyrektora był pełen euforii, ale zawahał się.

- I Harry, tak wiem. Został też jeszcze jeden, który stworzył wtedy, kiedy próbował zabić Harrego. -

- Jesteś pewien? Jak go odnalazłeś i zniszczyłeś? -

- To moi przyjaciele. Niestety nie wiemy, czym jest owy dodatkowy Horcruks. Sam Voldemort nie jest tego pewien. A co za tym idzie zniszczenie go będzie wyjątkowo trudne. – Maxwell wydawał się nie dbać o Horcruksy, ale też nie bagatelizował ich.

- Co zamierzasz, gdyby nie udało się odkryć, czym jest owy Horcruks? –

- Mamy dwie opcje. Jedną z nich jest zabicie Voldemorta tyle razy ile trzeba, aby spalił moc Horcruksów, ale to może się drastycznie odbić na Harrym. Poza tym, z każdym odrodzeniem, będzie potężniejszy. Wchłania magiczny potencjał artefaktu, którego używał, jako magazynu. Do tej pory chyba tego nie odkrył, bo gdy odzyskał ciało, nie było już medalionu od dłuższego czasu. Dziennik nie był zbyt potężnym przedmiotem. A Pierścień, z tego, co wiem, zniszczył pan, gdy miał już ciało. Więc moc przyjdzie do niego, w momencie następnego odrodzenia, wtedy możemy mieć kłopoty. Wszystkie Horcruksy, które mu pozostały są niezwykle potężne. Prościej będzie uwięzić Toma wysondować jego wspomnienia, nie będzie mi żal, jeśli przy tym zniszczymy jego umysł. –

- To może być nasze jedynie wyjście. Dziękuję za to, co powiedziałeś. – Dyrektor wydawał się szczerze zadowolony. – To chyba wszystko. Pozdrów proszę o pannę Greengrass, jak zapewniła mnie profesor Hess, wszystko z nią porządku? Madame Pomfrey nalegała, aby stawiła się do skrzydle szpitalnym, ale także po zapewnieniu profesor Hess uznałem, że została wyleczona. –

- Tak, Daphne czuje się dobrze. Nadzwyczaj dobrze. – Dodał z uśmiechem, po czym wstał i wyciągnął rękę do dyrektora. – Cieszę się że wyjaśniliśmy kilka spraw. Nie mam złudzeń, nie jesteśmy przyjaciółmi, a i do zaufania daleka droga, ale przynajmniej nie mam ochoty połamać panu kości. –

- Często masz taka ochotę? – Spytał dyrektor z lekka obawą – W ogóle, nie tylko wobec mnie. -

Maxwell stojąc już przed drzwiami, odwrócił się i powagą powiedział.

- Prawie cały czas, wobec prawie każdego. Ale spokojnie dyrektorze, okiełznałem moją Bestię, czasem pozwalam jej zdjąć kaganiec jak dziś w korytarzu, ale zawsze trzymam ją spętana łańcuchami. – I wyszedł zostawiając dyrektora z przerażeniem na twarzy.

Było dość późno, zbliżała się cisza nocna, ale Daphne powiedziała mu, że będzie czekała. Ciekawe czy ma ochotę wracać dziś do siebie, McGonagall nie była by zadowolona gdyby dowiedziała się, że dwoje uczniów spędza noc w jednym pokoju, ale z drugiej strony, zawsze można się tłumaczyć, że bała się być sama, a Max ma dwie sypialnie, albo spał na kanapie. Ta noc zapowiadała się wyjątkowo ciekawie.


Dwa dni później, gdy wychodził z wody, podszedł do niego Blaise z Susan.

- Potrzebuję pomocy – powiedział prosto z mostu.

- Słucham? – Max przywołał ręcznik gestem ręki.

- Olewam moja rodzinę, olewam Slytherin, olewam Czarnego Pana. Nie dbam o ryzyko, ale boję się o Susan. – Wyrzucił ślizgon. – Dasz rade zapewnić jej bezpieczeństwo? –

- Nie absolutne. – Powiedział de'Vireas, ale Blaise skiną głową ze zrozumieniem. – Potwierdzisz to, co powiedziałeś pod Veritaserum? –

- Tak, kiedy tylko zechcesz. – Powiedział ślizgon poważnie rozumiejąc, że nie jest to brak zaufania, ale element ochrony, tych, którzy są bliscy dla Maxwella.

- Później, teraz porozmawiajmy – powiedział de'Vireas z zadowoleniem i akceptacją. - Myślę Susan, że jesteś bezpieczna w swoim domu. Dam ci za to dwa amulety, jeden to awaryjna tarcza, bardzo mocna. Aktywuje się, gdy leci w ciebie jakikolwiek czar i tworzy kulistą sferę, będzie trwać przez jakieś trzy minuty, potem amulet trzeba ładować. Można też własną mocą podtrzymywać postawioną tak tarczę. Z tym, że będziesz musiała nauczyć się wyłączać i włączać amulet na lekcjach i po nich. Nie możesz pozwolić, by ktoś o nim wiedział przed czasem. Drugi to amulet alarmowy, po ściśnięciu przekaże do mnie informacje, że jesteś w niebezpieczeństwie. – Max skończył się wycierać i stał teraz z ręcznikiem przewieszonym przez ramię.

- Hej, czemu ja nie dostałam amuletu tarczy? – Spytała z udawanym wyrzutem Daphne.

- Bo byłem idiotą. – Powiedział poważnie. – Zmodyfikowałem twój alarmowy amulet. Teraz jego rzemień jest amuletem tarczy, z tym, że działa trochę inaczej. Twój rozpoznaje zagrożenie, za to jest słabszy. Nie chciałem wprowadzać więcej stresu w twoje życie. Ale jak już wiesz, to mogę go zmienić na porządną wersję, wymagającą aktywacji. – Daphne pokręciła głową, w uniwersalnym geście mówiącym, „Faceci".

- Nie chciałeś wprowadzać stresu? Zrobiłeś coś jeszcze, o czym nie powiedziałeś mi, nie chcąc wprowadzać stresu w moje życie? –

- Nic takiego nie przychodzi mi do głowy. – Widać było, że przekomarzanie się sprawia mu radość, ale zaraz spoważniał - Wracając jednak do istotnych spraw. Co z twoim bezpieczeństwem Blaise? –

- Nieistotne. – Odpowiedział Blaise – umiem o siebie zadbać. –

- A ja niby nie umiem? – Spytała groźnie Susan, ale dodała – spokojnie wiem, że nie to miałeś na myśli. Ale jeśli tobie wolno się o mnie troszczyć, to działa to w dwie strony. –

- Zamieszkasz ze mną. Postaram się załatwić przeniesienie dla ciebie do domu Niezrzeszonych. – Stwierdził zamyślony - Kano i Zgredek z pewnością dostosują pokoje. Myślę, że dam rade przekonać do tego dyrektora. –

Blaise i Susan wydawali się zaszokowani tym pomysłem, ale Daphne zaśmiała się.

- Macie zabawne miny, fajnie będzie mieć tam jeszcze kogoś poza gryfonami. –

- Ja nie jestem gryfonem – zaprotestował Max – poza tym od jakiegoś czasu pojawia się Luna. –

- Eee, ok. Mamy Lunę to jedna Krukonka, mamy Mnie to jedna Ślizgonka, a potem mamy Pottera, Ginny, Hermionę, czasem Rona, Nevilla i ciebie, bo mimo paru cech ślizgona jesteś cholernym gryfonem. – Zrobiła skwaszoną minę, jakby było jej niedobrze, że spotyka się z gryfonem – Miło będzie, gdy dołączy ktoś z puchonów i drugi ślizgon. –

- Blaise, co ty na to? – Spytał Max z godnością, nie komentując wyliczanki Daphne.

- Dobra, ale chcę osobną sypialnię, nie będę dzielił z tobą dormitorium. –

- Ja też domagam się, by Max miał osobną sypialnię. – Powiedziała Daphne, czym wywołała ogłuszający ryk śmiechu Maxwella i rumieniec na twarzy Susan.

- Nie martwcie się, Kano zadba o osobne pokoje i łazienki. Po drugiej stronie salonu, poza tym moja sypialnia jest obłożona stałym zaklęciem ciszy. – Wyjaśnił Max – No i najważniejsze ja też, nie mam zamiaru rezygnować z prywatności. –


- Pani Wicedyrektor mogę zając pani kilka minut? – Spytał oficjalnie McGonagall, po lekcji Transmutacji.

- Czy to tak oficjalne jak brzmią twoje słowa? – Spytała spoglądając groźnie za kilkoma uczniami, którzy zbierali się wolniej niż reszta. Ci pod jej spojrzeniem natychmiast uciekli.

- Nie aż tak, ale jednak oficjalna. Chciałbym, aby pomogła mi pani w przekonaniu dyrektora, o tym, iż Blaise Zabini, powinien opuścić pokój wspólny oraz dormitorium Slytherinu. Chciałbym, a Blaise popiera ten pomysł, aby dołączył do domu Niezrzeszonych. Oczywiście moglibyśmy odgrywać farsę, że będzie u mnie nocował, ale wolałbym to załatwić oficjalnie. – Wyjaśnił.

- Czemu to ty z tym do mnie przychodzisz? – Spytała siadając przed za biurkiem, a jemu wskazując miejsce przed. Max odruchowo skinął ręką stawiając wokół nich barierę ciszy. – Pańskie opanowanie magii bezróżdżkowej jest imponujące. A korzystając z ciekawości to chciała zapytać, czy naprawdę zapomniał pan różdżki na nasza pierwszą lekcję, czy była to wykalkulowana zagrywka, mając na celu zdobycie zaufania, panny Granger i mojego, po tym jak kazał jej pan powiedzieć mi prawdę. –

- Hmm, szczerze mówiąc był to błąd, który wykorzystałem. Zapomniałem, ze nie uczycie magii bezróżdżkowej. Na egzaminach nikt nie pytał mnie o różdżkę, a nawet nie wykazał zdziwienia, że jej nie używam. Niby wiedziałem, że używacie tu różdżek, sam ich czasem używam, albo samych rdzeni. Po prostu nie pomyślałem, że nie korzystając z niej będę się tak wyróżniał. Potem tylko wykorzystałem okazje, by pokazać jak wspaniale otwarty i uczciwy jestem. – Powiedział rozbrajająco szczerze.

- Teraz robisz to samo? – Ton głosu wicedyrektorki, był bardzo podejrzliwy, ale też nie było w nim wrogości.

- Tak, co nie zmienia faktu, że jestem też szczery. – Skinęła mu głową, na znak, że rozumie, co chciał powiedzieć. – A wracając do sprawy, która mnie sprowadza. Przychodzę ja, by podkreślić, że nie mam nic przeciwko Blaisowi. To powinno przyspieszyć sprawę. Przyszedł do mnie wczoraj, poprosić o ochronę dla Susan Bones. Zrobił coś, co przekonało mnie, że jest tym, którego potrzebuję. Wywarł na mnie duże wrażenie w przedziale profesora Slughorna. A proszę mi wierzyć, Blaise i każdy inny ślizgon niepopierający Voldemorta jest w niebezpieczeństwie. Obecnie moje przedstawienie z korytarza trzyma ich w ryzach, ale niebawem zaczną się ośmielać. A czystka zacznie się od własnego domu. –

- To logiczne argumenty. Sądzę, że nie będziesz miał większych problemów z przekonaniem dyrektora do tego pomysłu. – Powiedziała po chwili zastanowienia. – Albus wziął sobie do serca twoje uwagi. –

- Ale nadal nie przesłuchał uczniów z użyciem Veritaserum, ani nawet nie podaje tego radzie pod debatę. Nie będę traktował go jak wroga, ale zdecydowanie, bardziej liczę się z pani zdaniem na temat bezpieczeństwa uczniów niż z jego. – Powiedział szorstko. – Kiedy możemy ruszyć z tą sprawą? –

- Dziś po obiedzie. Mam z nim spotkanie, zapraszam na początek, zajmiemy się tym. Masz moje słowo. – Skinął jej z uznaniem głową i wstał.

- Dziękuję. Naprawdę wolałbym nie mieć w pani wroga, a wiem, że sceny, jakich była pani świadkiem w korytarzu wstrząsnęły panią bardziej niż innymi. Profesor Sprout była bardziej wylewna, ale szczerze mówiąc, nie uwierzyłem, aby zależało jej na dobru uczniów choćby w połowie tak jak pani. – Zamilkł na kilka sekund. – Dla wyjaśnienia, bo może to ułatwi pani zrozumienie. Nie sprawia mi żadnej przyjemności ranienie i zabijanie. Robie to, bo to jedyne, co zapewni ostateczne zwycięstwo, nad Voldemortem. Nie powiem, że usuwanie takich osobników, ze szkoły, czy z społeczeństwa nie dalej pewnego rodzaju satysfakcji. Sprawiedliwość wymierzana wedle osądu oskarżonego jest niesprawiedliwa. Tylko Prawo Naturalne, które każdy człowiek, niezależnie od rasy, wychowania czy pochodzenia może osądzić zbrodniarzy typu Voldemorta i jego popleczników. Żadne prawo ludzkie nie da rady tego zrobić w sposób sprawiedliwy. – Zakończył.

- Hmm, na pewno czuje ulgę, gdy wiem, że nie jest to coś, co uważasz za chwalebne, a jedynie konieczne. – Powiedziała powoli. – Prawo Naturalne, to coś, o czym słyszałam. Tak byli sądzeni zbrodniarze wojenni, z ostatniej wielkiej wojny mugoli. O ile dobrze zrozumiałam, chcesz powiedzieć, że morderstwo, zawsze będzie morderstwem, okrucieństwo, okrucieństwem. Niezależnie, co o tej sprawie mówi prawo w danym kraju. To mądre słowa, ale nie łatwo żyć wedle takich zasad. –

- Nie łatwo. Pomaga świadomość czynienia świata lepszym. – Zakończył długim spojrzeniem w oczy nauczycielki, po czym wyszedł.


- Dzień dobry, dyrektorze, profesor McGonagall. – Powiedział wchodząc do gabinetu. – Wybaczcie spóźnienie. –

- Nie jest to wielki problem. Minerva przedstawiła mi twoją propozycję i dwie kolejne. – Odpowiedział Dumbledore, zachęcając go gestem, by usiadł w jednym z wolnych foteli przed biurkiem. – Nie mogę się zgodzić na to, by przenieść pana Blaisa, o innego pokoju. Byłoby to niesprawiedliwe, wobec innych uczniów. Jednak mam inną propozycję. Tiara oficjalnie uznała twój, nazwijmy to żart. Więc Niezrzeszony to oficjalny dom Hogwartu, dopóki jest w nim, choć jeden uczeń. Przeniosę pana Zabiniego do domu Niezrzeszonych, jednocześnie usankcjonuje ten dom. Stanowisko opiekuna zaproponuję profesor Hess, bo wydaje się to właściwe. Nie będziecie oczywiście potrzebować prefektów, ani tym bardziej tworzyć drużyny, quiditcha, ale weźmiecie udział w pucharze domu, oraz otrzymacie barwy. – Poczekał na potwierdzenie od Maxwella, a potem kontynuował. - Myślę, że na zajęcia wszyscy będą uczestniczyć zgodnie ze starymi planami zajęć. Gdyby w przyszłym roku, Tiara przydzieliła kogoś do domu Niezrzeszonych, wtedy zajmiemy się problemem grafiku. Co o tym myślisz? –

- Całkiem sensowny plan. Szczerze nie chciałem proponować tak daleko idących zmian w funkcjonowaniu szkoły. – Odpowiedział ostrożnie. – Pomysł mi się bardzo podoba. Uważam nawet, że dodanie nowego domu dobrze zrobi szkole. Nie macie domu dla osób łączących cechy gryfonów i ślizgonów. –

- Zgadzam się, dlatego opracujemy cechy domu i w przyszłym roku, przedstawimy je podczas ceremonii przydziału. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. – Powiedział dyrektor. – Przejdźmy o przyjemniejszej części. Nazwa domu. Niezrzeszeni w żaden sposób nie nawiązuje do tradycji Hogwartu. Domy, nazywają się od nazwiska ich twórców, dlatego proponuję Niezrzeszeni de'Vireas, a w uczniów można by nazwać Vireasami, lub Devireasami. –

Maxwell popatrzył na niego zimnym wzrokiem.

- No dobrze, to nie był najlepszy żart. – Wycofał się szybko dyrektor. – Jednak postępując tak jak do tej pory, nie unikniesz sławy. Co do dalszych zmian. Profesor McGonagall, przekazała mi, że dwoje innych uczniów, także wyraziło chęć zmiany domu. Udzieliłem na to zgody. Wierzę, że Zgredek, wraz z twoim skrzatem zdołają dopasować pomieszczenia. Mianuje też Zgredka oficjalnie skrzatem tego domu. –

- Ci dwaj uczniowie? – Zapytał de'Vireas. – To nie są przypadkiem uczennice? –

- Tak, to panna Bones i panna Greengrass. – Odpowiedziała McGonagall – Wierze, że nie będzie to problemem. –

- Żadnym. - Odpowiedział wstając. – Proszę pamiętać o reszcie Slytherinu, wiem, że profesor Snape będzie czuwał, ale nie da się dostrzec wszystkiego, co dzieje się w dormitorium. Może portrety wam pomogą. –

- Popracujemy na tym. – Obiecał dyrektor, a Maxwell po skinięciu głową na pożegnanie ruszył do wyjścia.


Po dotarciu do swojego pokoju okrył, że Zgredek i Kano wprowadzili już zmiany. Właściwie to zmienili pokój gościnny, na pokój dla Blaisa, a po drugiej stronie salonu stworzyli pokoje dla Susan i Dahpne. Mimo, iż pokoje Blaisa i Susan w miejscach okien powinny mieć ścianę granicząca z korytarzem, to posiadały okna z takim samym widokiem jak salon, oraz sypialnia de'Vireasa. Kiedyś wyjaśni Kano, jak bardzo takie podejście burzy u ludzi poczucie ładu. Ale nie teraz.


- Mam nadzieję, że rozumiecie zmiany, które zachodzą od dziś. – Powiedziała Theodora, do zebranych członków jej nowego domu. – Oficjalnie wskakujemy na trzecie miejsce w rywalizacji domów. Dyrektor przeniósł wasze punkty do nowego domu. Będziecie teraz na świeczniku, a co za tym idzie, musicie pilnować się bardziej niż zwykle. Znoszę tą głupia zasadę, że w pokoju wspólnym mogą przebywać tylko członkowie danego domu. Ale każdy z was ponosi odpowiedzialność za czyny zaproszonych przez siebie gości. Jakieś dodatkowe pytania? – Zakończyła. – Aha. – Dodała. – Oficjalnie profesor Dumbledore nie będzie ogłaszał możliwości zmiany domu. W razie ewentualnych chętnych kandydatów, wnioski będą rozpatrywane indywidualnie. –


- Powiem szczerze, że odrobinę wam zazdroszczę. – Powiedziała Ginny podczas jednego z wieczornych spotkań w pokoju Niezrzeszonych. – Każdy ma swój pokój, do tego wasz salon jest taki przestronny, daje takie dobre uczucie samotności. Choć gdyby w waszym domu, była normalna liczba uczniów, to nie dałoby się tego odczuć. –

Siedzieli wspólnie od jakiejś godziny po zakończeniu wieczornych biegów, do których chcieli dołączyli Susan i Blaise, a którym Max grzecznie odmówił. Stwierdził, że będą mile widziani od pierwszego października, bo wtedy planuje oficjalnie rozpocząć treningi, dla ochotników. Zachęcił ich jednak do ćwiczeń i regularnego biegania.

Nie zraziło ich to do wspólnego spędzania czasu. Dlatego, jak tylko Max i Daphne wrócili i wzięli prysznic, dołączyli do nich w salonie. Zaraz pojawiła się także Hermiona, Ginny, Nevill, Harry i Ron, a chwile po nich Luna. Ron dołączył do nich po raz pierwszy, a Harry drugi, obaj po namowach swoich dziewczyn i widać było, że nie czuli się całkiem swobodnie, w tak mieszanym towarzystwie. Wieczory w pokoju Niezrzeszonych należały już niemal do tradycji, mimo iż trwały zaledwie od kilku dni.

Podobne wieczory zdarzały się już wcześniej, ale teraz zyskały jakby na oficjalności.

- Nie jest źle. – Powiedziała Daphne. – Całkiem wygodne te pokoje. – Czy wywołała salwę śmiechu u innych dziewczyn i Blaisa. Daphne nie spędziła ani jednej nocy w swoim pokoju, od przeniesienia się do nowego Domu. Susan jak na razie sypiała siebie, ale zdarzało się, że Blaise wracał do swojego pokoju znacznie później niż pustoszał pokój wspólny.

- W sumie to nie powiedzieliście jak udało wam się wkręcić w ten dom. – Spytał Harry.

- Blaise spodobał się Maxowi, na tyle, że zaprosił go do siebie, a Daphne i ja złapałyśmy się pędzącego pociągu. – Wyjaśniła, Susan, co miało znaczyć, że nie dostanie raczej uczciwej odpowiedzi. Niezrzeszeni, zgodnie stwierdzili, że tym razem dyrektor ma racje i nie ma, co rozgłaszać, że dom jest otwarty na wszystkich.

Rozmowa zmieniła kierunek na lżejsze tematy, aż po jakichś dwóch godzinach Daphne wstała z swojego fotela.

- Ja się zbieram do łóżka. – Pochyliła się nad fotelem, w którym siedział Max i namiętnie go pocałowała, czym wywołała radosne gwizdy i rumieniec na twarzy Rona, który nie był jeszcze świadkiem publicznego pokazu czułości. – Nie każ mi na siebie długo czekać. – Dodała i bez skrepowania ruszyła w stronę pokoju Maxa, w których po kilku sekundach zniknęła.

Ron wpatrywał się w drzwi i na przemian, zamykał, albo otwierał usta, aż Ginny, nie pacnęła go w tył głowy. Natychmiast poderwał się z fotela.

- eee… Musze… dokończyć zadanie z transmutacji. Dobrej nocy. – Wymamrotał i czym prędzej ruszył do wyjścia.

- Chyba powinnam, za nim iść. Tak, by upewnić się, że nie zrobi nic głupiego. – Powiedziała wstając Hermiona.

- Mam nadzieję, że mój brat nie narobi wam kłopotu. – Powiedział Ginny, gdy druga gryfona wyszła.

- Raczej nie. Poza tym Daphne mogła być subtelniejsza, podejrzewam, że zagrała sobie kosztem Rona, jako, że był tu pierwszy raz. – Powiedział. – Dlatego zamierzam udać się teraz do pokoju i dogłębnie wyjaśnić jej, czemu zachowała się nieodpowiednio. – Powiedział wywołując nową falę śmiechu.

- Mam przygotować sobie zaklęcie ciszy, czy sam takie postawisz? – Spytał Blaise. – Nie chciałbym być świadkiem jakichś krzyków. –

- Niebój się. – Powiedział Max. – Jednorazowa wpadka w tym temacie w zupełności wystarczy. Poza tym miało was nie być, przez co najmniej dwie godziny. –

- O czym on mówił? – Spytała, Ginny, gdy Max zniknął już w swojej sypialni. – Chcę szczegółów. – Zażądała z uśmiechem.

- No cóż, pierwszego dnia w tym domu. – Zaczęła Susan. – Jakby to powiedzieć delikatnie. Nie wiedzieliśmy z Blaisem, jak ważne jest trzymanie się umówionych godzin powrotu do pokoju wspólnego, gdy ma się za współmieszkańców ludzi, którzy przywykli, ze mają całe to pomieszczenie dla siebie. –

- Na nasze, a może i ich szczęście Max rzuca zaklęcia Kameleona naprawdę dobrze i szybko. – Dodał Blaise. – Choć ich późniejsze pojawienie się w pokoju wspólnym, to chyba była jedyna okazja, w jakiej można było zobaczyć zawstydzenie u Maxa. –

- Zawstydzenie, to złe słowo. – Poprawiła, go Susan. – Myślę, że cos takiego jak przyłapanie na seksie nie może go zawstydzić. To było raczej zakłopotanie, z powodu, że zawstydzili nas. Chyba faktycznie, nie spodziewali się, ze wrócimy tak szybko. –


Następnego ranka, gdy Niezrzeszeni wychodzili na śniadanie, w progu spotkali się z profesor Hess.

- Wróćcie na chwilę do środka, mam wam cos do powiedzenia. – Powiedziała wchodząc do pokoju wspólnego. – Siądźcie. Tak Blaise, ty i Susan też.-

- Nie spodziewajcie się, żadnego łajania czy surowości. Nie uważam, aby działo się tu cokolwiek złego, a poza tym jesteście na tyle dorośli, żeby podejmować decyzje samemu. – Powiedziała uśmiechając się znacząco do Daphne i Maxa. – Jednakowoż dotarła do mnie informacja, że uczniowie z mojego domu, nie sypiają w swoich łóżkach. Dotarła do mnie poprzez innego opiekuna domu, który to wyjaśnił mi obrazowo, do czego może to doprowadzić, gdy przykład wezmą młodsze roczniki. Dlatego obiecałam się podjąć kroki i zadbać o to, by uczniowie byli w swoich łóżkach. Jednak nie mam za wiele czasu, dlatego, wyznaczę wam dyżury i polecę pilnować tego nawzajem. Liczę na waszą odpowiedzialność i tym podobne. Nie zawiedźcie dobrego imienia domu Niezrzeszonych. Mam nadzieję, że ten incydent się nie powtórzy i było to jednorazowe wydarzenie. – Dokończyła monotonnym tonem.

- Pilnujcie, kogo zapraszacie, albo, przy kim jesteście otwarci. Ok? – Powiedziała już normalnym tonem. – Wiem, że pomiędzy wami nie dzieje się nic złego, ale nie będę mogła długo udawać, że wiem, gdzie i kto, z kim sypia, gdy dojdzie to o uszu innych opiekunów. Wasze szczęście, że trafiło to McGonagall, która mimo swojego sztywnego kręgosłupa zdaje się być po waszej stronie. -


Wraz z początkiem października de'Vireas rozpoczął oficjalne treningi domu Niezrzeszonych, choć w szkole uczniów tego domu nieoficjalnie nazywano Devireasami, lub Dumbeldorczykami od nazwiska założyciela. Obie nazwy funkcjonowały, choć częściej słyszało się to pierwsze. Max zazwyczaj zaciskał wtedy usta w grymasie, a Daphne śmiała się, że mógł nie zaczynać z dyrektorem.

Na same treningi mogli uczęszczać uczniowie z wszystkich domów. Max jednak dzielił ich na grupy. Sam zajął się treningiem wybranych przez siebie, a oni mieli prowadzić treningi dla następnych grup. Na razie ten problem nie nastąpił, bo nie było tylu chętnych o aktywności fizycznej. W grupie były oczywiście Daphne, Hermiona i Ginny. Dołączył też Harry, Blaise i Susan oraz po namowach Hermiony i Ginny, Ron. Nevill i Luna pojawili się niezapowiedziani, ale nikt nie zaooponował, a wręcz ich pojawienie się wywołało falę radosnych powitań. Największym szokiem było to, że de'Vireas zaprosił także Theodorę, a ta pojawiła się w towarzystwie Snapa.

- Chyba został pan upolowany profesorze? – Rzucił ironicznie Max, a nauczyciel obrony ku zaskoczeniu reszty zaróżowił się.

- Milcz. Bo zacznę sprawdzać twoją sypialnię. – Ogryzła się Theodora. – My jesteśmy w przeciwieństwie do niektórych, dorośli i nam nikt nie może niczego zabronić. –

- Racja. – Powiedział Max poważniej. – Po prostu się cieszę. – Machną różdżką dwa razy i po jego prawej, wyrosły z ziemi dwa niewielkie budynki, coś na wzór szatni drużyn quiditcha.

- Zaczynamy oficjalnie trenować, będzie to trening przed wojna, więc powinniśmy mieć mundury. W szatniach znajdziecie oficjalne stroje. Od dziś jesteśmy Armią Smoka. Gdy dołącza do nas inni, a wkrótce będzie tu ich chmara, staniecie się dowódcami drużyn, a potem oddziałów. – Zrobił pauzę – Znaczy to, że będę od was wymagał więcej, w krótszym czasie. Idźcie się przebrać. – Zakończył samemu ruszając do szatni oznaczonej symbolem odwróconego trójkąta.

W środku były proste szafki na ubrania, szafek było kilkanaście oraz ławki na środku, gdzie można było usiąść. Gdy do środka weszła reszta Max był już w samych bokserkach i wkładał właśnie obcisłą koszulkę z długim rękawem. Wyglądała niemal dokładnie jak ta, którą widzieli na nim do tej pory, gdy biegał. Różnica polegała na tym, że ta nie była czarna. Owszem większość była czarna, ale miała srebrne i szare naszywki na ramionach, na piersi miała srebrna tarczę z smokiem, oraz dużą jej wersje na plecach pomiędzy łopatkami. Miała też kilka kieszonek na klatce piersiowej oraz na przedramionach. Zaraz też wciągnął spodnie z podobnego obcisłego materiału, a na nie luźne spodnie, które Severus i Harry widzieli w lesie. Na nogach zawiązał wysokie buty na miękkiej podeszwie. Ubrał też rękawice bez palców. Inni poszli za jego przykładem i już po kilku minutach wszyscy byli gotowi.

Odkryli, że ich koszulki miały po trzy paski, jego cztery, była to jedyna różnica. Harry nie miał problemu z ubraniami, ale ci, którzy całe życie byli w świecie czarodziejów czuli się nieswojo.

Max wyprowadził ich na zewnątrz, a po chwili dołączyły do nich dziewczyny. Theodora szła na końcu starając się ukryć uśmiech, Dziewczyny, bowiem nie założyły luźnych spodni, ale wyszły jedynie w obcisłych getrach. Większość chłopaków otworzyło usta na widok obcisłych nóg i pośladków.

- Daphne kochanie, musisz iść ubrać na wierzch także te drugie spodnie. Wywołujesz we mnie uczucia, które sprawiają, że ciężko będzie mi ćwiczyć. Wiesz naprężenia w spodniach utrudniają swobodny ruch. – Dziewczyny oblały się rumieńcem, a Theodora wypchnęła gromkim śmiechem. Max także się śmiał, choć nie dało się wyczuć w tym złośliwości. – Wyglądacie pięknie, ale to nie będzie mugolski fitness, a trening armii. Dlatego, wykonacie popisowy w tył zwrot i pójdziecie ubrać spodnie, a my obiecujemy nie gapić się za bardzo. –

Gdy dziewczyny wróciły de'Vireas stał tam gdzie został.

- Wiesz, że jesteś okropny? – Powiedziała Daphne podchodząc do niego – Mogłeś przyjść już ubrany, żeby wszyscy wiedzieli, czego oczekujesz. –

- Wybacz, Theodora wiedziała jak powinien wyglądać taki strój. Zakładam, że po prostu nie mogła się oprzeć chęci poparadowania w obcisłych spodniach, przed profesorem. – Mrugnął okiem do Snapa – A poważnie, to jak doszłyście do tego, że nie potrzebujecie spodni? –

- To chyba moja wina. – Powiedziała Hermiona – Wiem, że mugolki chodzą w takich obcisłych getrach na ćwiczenia. –

- A ja, kiedy usłyszałam, że Hermiona tłumaczy im, iż to naturalne, nie mogłam się powstrzymać. – Dodała Theodora. Nikt nie skomentował, że nauczycielka tłumaczy się przed uczniem.

- Dobrze. Zanim zaczniemy musimy ustalić kilka rzeczy. Oficjalnie jest to element zaawansowanego kursu obrony, który od jutra ogłosi profesor Snape – A widząc jego zaskoczenie dodał. – Ja jestem uczniem i choć mam kontakty w ministerstwie, niewielu będzie zachwyconych pomysłem, że to Ja prowadzę takie zajęcia. Zauważyliście, że łatwo tworzę sobie wrogów, wydając się protekcjonalnym dupkiem. – Zaśmiali się – W każdym razie oficjalnie pan prowadzi Kurs, a ja pomagam przy ćwiczeniach fizycznych. Ogłosi pan, że zgłosić się może każdy, ale egzamin wstępny, ze względu na wymagający charakter kursu, będzie polegał na walce ze mną w klubie pojedynków. Każdy, kto wytrzyma dwie minuty, może dołączyć. – Rozejrzał się.

- Od teraz będziemy ćwiczyć na poważnie. Ginny i Hermiona będą prowadzić rozgrzewkę. Potem ja zajmę się treningiem w pierwszych dwóch tygodniach ćwiczymy, co dwa dni. Potem prowadzenie tych zajęć będziecie przejmować cyklicznie. Za tydzień rozpoczniemy też ćwiczenia z użyciem magii. – Zrobił pauzę. – Jakieś pytania? –

- O co chodzi z tymi ubraniami? Są dziwne. – Stwierdził Ron.

- Tylko na początku. To produkt mugolski, działa w ten sposób, ze ściskając twoje mięśnie, powoduje, iż układ krwionośny doprowadza do nich więcej powietrza. Dzięki temu można ćwiczyć dłużej, bez bólu. Dodatkowo moi przyjaciele dodali do nich kilka nowych właściwości. We włókna jest wpleciona sierść Tracil, każda z tych kieszonek na koszulce pomieść tyle, co duży plecak, kieszenie w spodniach, pomieszczą tyle, co bagażnik samochodu. Nie staną się przez to cięższe. Zatrzyma temperaturę ciała, czyli na pustyni i na Arktyce, będzie wam ciepło lub zimno jedynie w te elementy, których nie osłaniacie. Rękawiczki mają miejsce na magiczne rdzenie, na razie ich nie ma. Przy odrobienie praktyki, można rzucać w nich zaklęcia jak różdżką. Buty mają czar ciszy na podeszwach, a jednocześnie nie przebije ich najostrzejszy nóż. Nadal dziwne? – Spytał na koniec Rona. – Aha czary dzięki Tracil są niewykrywalne. –

- eee Nie. – Odpowiedział Ron.

- W takim razie ustawić się w półokrąg i robić to co Ginny. – Polecił, a oni bez słowa jęku ustawili się. Max poszedł na miejsce Ginny, szepcząc do niej po drodze – Zrób taka rozgrzewkę jak zawsze. –

Wykonali proste ćwiczenia rozciągające na wszystkie partie ciała. Część już miała dość, w tym o dziwo Ron, który po treningach quiditcha powinien mieć dobrą kondycję, a na pewno lepszą Nevill.

- Dobrze, jak już się rozgrzaliśmy to przejdziemy do właściwych ćwiczeń. Na początek przebiegniemy się dookoła jeziora, z kilkoma ćwiczeniami. Biegniecie parami, macie sobie pomagać pokonywać przeszkody. Biegnijcie za mną i Daphne i róbcie te same ćwiczenia, co my. Zostawię tablice informacyjne dla tych, którzy zostaną w tyle. –

Ruszyli i o dziwo nadążali do trzeciej stacji. Na pierwszej zrobili dwadzieścia pompek, na drugiej musieli wspiąć się parami na pięciometrowe liny. Na trzeciej czołgali się krętą rurą o średnicy niewiele większej niż rozstaw ramion Maxa. Na pierwszym okrążeniu podobnych stacji było dziesięć.

Po dotarciu w pobliże szatni okazało się, że został z Daphne sam, kilkadziesiąt metrów za nimi byli profesorowie Snape i Hess, potem Luna z Nevilem, razem z Zabinim i Susan. Dużo dalej Ginny czekająca, aż Harry upora się z przeszkodą, a mniej więcej w połowie Ron i Hermiona.

- Masz ochotę na jeszcze jedną rundkę? – Spytał Daphne, ale ta pokręciła głową. – Ok, przekaż reszcie, że mają odpocząć do mojego powrotu. – Ruszył biegiem, o wiele szybszym niż wcześniej. – Do Rona i Hermiony dotarł trzy stacje przed końcem. – Hermiono leć, ja będę teraz parą dla Rona. – Dziewczyna rzuciła swojemu chłopakowi pocieszające spojrzenie, ale wykonała polecenie.

- Ron, co jest? Grasz w Quiditcha, a z tego, co słyszałem bardzo dobrze? – Spytał pomagając mu wspiąć się na dwumetrowy mur.

- Nie ważne, rezygnuje, nie daje rady i nie będę psuł wam zabawy. – Powiedział wściekły Weasley.

- Ok. – odparł Max, a widząc niedowierzanie dodał – chyba nie sądzisz, że będę ci zmuszał. To nie zabawa, my ćwiczymy, aby zaatakować Voldemorta. Potrzebuje najlepszych, bo partacze mogą przez swoją niekompetencję zabić bliskich mi ludzi. Hermiona powiedziała, że jesteś najlepszy, wierzę jej osądowi, ale nie mam zamiaru tracić czasu, na sprawienie, abyś ty też jej uwierzył. Nie wyrzucam cię, żeby jasne. Mogę z tobą ćwiczyć dodatkowo. Nie będę jednak tracił czasu na pomaganie Ci w uwierzeniu w siebie. Więc jak będziesz chciał poćwiczyć dodatkowo, to zgłoś się do mnie, albo do Hermiony, czy Ginny. Możesz też ćwiczyć na tych zajęciach, bo wbrew pozorom radzisz sobie. Po prostu trafiłeś na grupę, w której jesteś najsłabszy, co nie znaczy, że jesteś słaby. Jestem zaskoczony, że wszyscy pokonali ten dystans. Nie wierzyłem w Nevilla, ale on najwyraźniej o tym nie wiedział, albo się nie przejmował, albo miał dość tego, że nikt w niego nie wierzy. Był piaty ma mecie, wyprzedził złotego chłopca, a na ostatniej prostej wykrzesał dość sił, aby Blaise opuścił, choć miał szansę go prześcignąć. – Dobiegli do reszty.

- Dobra dam wam chwile na ochłonięcie, po czym przejdziemy do treningu siłowego. Wydajnościowy wam dziś odpuszczę, bo spisaliście się nad podziw dobrze w czasie biegu. – Powiedział do leżących na trawie. – Ktoś ma ochotę na jeszcze jedno kółko ze mną? – Ginny Hermiona, Daphne i Theodora wstały. – Ok, macie czas na odpoczynek, aż nie wrócimy. –

Gdy odbiegli kawałek powiedział do Hermiony, ale dostatecznie głośno, by reszta to słyszała.

- Ron chce zrezygnować. Powiedziałem mu, że to w porządku, ale zmotywowałem go troszkę. Twoją rolą, jeśli chcesz go tutaj jest nieprzekonywanie go, ale pokazanie mu, że cokolwiek wybierze będziesz przy nim. Musi odnaleźć swoja pewność siebie inaczej nic z tego nie będzie. – Pokiwała głową ze zrozumieniem. Dziewczyny już dawno nauczyły się, że jeśli chcą dotrzymać tempa Maxwellowi nie mogą tracić oddechu na dyskusje. –

Po dotarciu na start na twarzy de'Vireasa pojawiły się wreszcie ślady potu, otarł je rękawem, a następnie przeskakują z nogi na nogę gestem poderwał resztę o pionu.

- Biegniemy do zamku, do pokoju życzeń. Schody dobrze wam zrobią. – Jęknęli, ale ruszyli za nim. – Kto da radę niech robi to, co ja. – Rozkazał, a potem zaczął wchodzić po schodach w bardzo dziwny sposób. Wchodził na każdy stopień pojedynczo, najpierw prawą nogą, dokładał lewą, podskakiwał w miejscu, potem lewą na następny, dokładał prawa i podskakiwał. Następną kondygnacje pokonał skacząc obiema nogami po trzy stopnie. Ludzie na korytarzach gapili się na nich, cześć komentowała ich stroje, a część śmiała się z sposobu, w jaki Max wchodził po schodach.

Dotarli do pokoju życzeń, w którym znaleźli w pełni wyposażoną, przynajmniej wedle wiedzy Hermiony siłownie. I to skopiowaną w trzech torach identycznych maszyn i akcesoriów. Max podzielił ich na grupy wedle płci. Dziewczyny posłał na lewa stronę, facetów na prawa. A sam zajął środkowy tor.

- Patrzcie jak wykonuje ćwiczenie. Panie biorą jedną czwartą obciążenia, panowie połowę. Patrzcie na pierwszą moją serie. Po każdej serii macie odpoczywać minimum minutę, maksymalnie dwie. Ja w moich przerwach będę pomagał poprawić wam technikę. –

Położył się na ławeczce i zademonstrował im jak się dobrze ułożyć, jak szeroko ująć sztangę i jakie ruchy wykonywać. Pokazał też jak należy asystować z tyłu, aby w razie, czego pomóc ćwiczącemu. Następnie założył na sztangę po dwadzieścia kilogramów na stronę i wykonał pełną serię dwunastu powtórzeń. Reszta grupy wykonywała ćwiczenia sumiennie. Przeszli przez pełny trening klatki i bicepsów. Następnie biegiem poprowadził ich nad jezioro, gdzie czekały szatnie.

- Ostatnie ćwiczenie i to macie powtarzać w dormitoriach codziennie rano i wieczorem nawet jak nie mamy naszych ćwiczeń. – Pokazał im podstawowe ćwiczenia Tai Chi, a następnie prosząc Zabiniego o pomoc, zademonstrował, jak te same ruchy, które wykonywali powoli mogą być śmiertelnie niebezpieczne, gdy wykona się je z siła i szybkością.

- Dobra. Koniec. Najważniejsza dla was rzecz, to wypić to, co zaraz podam wam Kano i Zgredek, a potem wrócić do siebie i wziąć prysznic. Obowiązkowo pierwsze przez jakieś pół minuty polewać mięśnie lodowatą woda. Będzie was mniej boleć jutro. – Mówił, gdy Kano i Zgredek pojawili się z tacami jakiegoś dziwnego gęstego płynu, smakował bananowo. Max wypił swój duszkiem.

- Dziękuję za dziś, byliście wspaniali. Spotykamy się pojutrze. -

Dokładnie tydzień później rozpoczęli treningi magiczne, używali pokoju życzeń, jako miejsca, w którym Max mógł tworzyć takie warunki i miejsce treningowe, jakiego potrzebowali.

Czasem była to zwykła sala z matami na podłodze, gdzie de'Vireas uczył ich walki w bliskim kontakcie. Czasem makieta miasta, ulicy albo zamku, gdzie walczyli z wyskakującymi przeciwnikami, kryjąc się za przeszkodami. Uczyli się walczyć w grupie, gdzie jedni osłaniali inni atakowali. Max nauczył ich korzystać z rdzeni w rękawicach, więc dla postronnych wyglądali jakby rzucali zaklęcia bezróżdżkowo. Zabronił im jednak korzystać z tego poza ich grupą. Wydał każdemu wykonany przez siebie duplikat różdżki i na treningach, z użyciem rękawic używali właśnie tego duplikatu.