Rodney bardzo powoli dochodził do siebie i mocno zdziwił go fakt, że znajduje się w karetce centrum. Od razu poczuł, że wokół niego znajduje się aż nazbyt wielu prowadzących. Jeszcze nigdy nie opanowywał go taki spokój i to było nienaturalne.
- Spokojnie Strażniku McKay – powiedział jeden z mężczyzn.
I nie, to na pewno nie był ten, który mówił do niego jeszcze kilka chwil wcześniej. W zasadzie obecnie ręka, która obejmowała jego nadgarstek była o wiele zbyt delikatna. Przewodnik, z którym miał do czynienia wcześniej miał spracowane dłonie, pocięte i szorstkie. Pełne odcisków i zgrubień. I jego paznokcie nie były aż tak równo przycięte.
Rodney kochał tamte dłonie i chciał, aby wróciły. Jednak ten dupek tutaj przytrzymywał go w pozycji leżącej, jakby Rodney był jakimś inwalidą. A nie był. Zawsze kiedy udawało mu się dojść do siebie po odlocie, jego ciało szybko się regenerowało. Jego umysł był w jeszcze wyższej gotowości i dziwił się, że Jeannie pozwoliła tym ludziom go zabrać.
- Doktorze McKay – poprawił faceta, zabierając swoją dłoń.
- Jest pan jeszcze zdezorientowany – zaczął tamten i jego głos był tak bezbarwny jak tylko mógł.
Facet był dziwny nawet jak na prowadzącego. Przewodnicy znani byli z empatii, ale od tego mężczyzny bił spokój, który Rodneyowi nie kojarzył się ze zrozumieniem, ale nicością.
- Nie jestem zdezorientowany. Macie natychmiast zawrócić karetkę. Chcę się dostać z powrotem do mojego laboratorium. Zostawiłem niedokończony eksperyment – skłamał gładko. – Oczywiście możecie dalej się kłócić, że wiecie lepiej ode mnie jak się czuję, ale wtedy zadzwonię do siostry. Ona do prawnika i upewnimy się, że łatwo się tego nie wygrzebiecie. Nie wiem po co w ogóle mnie zabraliście z mojego budynku, skoro wiedzieliście, że jestem już przytomny – prychnął.
- Przewodnik, który się panem opiekował, nie jest…
- Pod wpływem Centrum. Och, jakie to przykre – odparł McKay. – Jeden wam umknął i robi co chce? Mam to w nosie. Uratował mi życie i wyciągnął, więc powtarzam, chcę wrócić do budynku.
Widział jak mężczyzna ze złości zaciska dłonie w pięści, ale w końcu zapukał w szybkę, która oddzielała go od kierowcy.
- Zawracaj.
Rodney próbował spławić tych dupków, ale i tak wysłali z nim jednego ze swoich ludzi. Facet snuł się za nim jak cień i Rodney wątpił, aby dzisiejszego dnia się go pozbył. A jak najszybciej musiał odszukać człowieka, który faktycznie mu pomógł. Najgorsze w byciu Strażnikiem na odlocie było to, że najczęściej nic nie widział. I nie wiedział w tej chwili jak wygląda tamten Przewodnik. Z łatwością mógł opisać każdy palec mężczyzny, ale gdy dochodziły do twarzy, w jego głowie pojawiała się pustka.
Wiedział jak wiele dzielili w tamtej chwili i gdyby ktokolwiek inny dotknął jego umysłu w ten sposób, Rodney odgryzłby mu głowę później, zaskarżył i zmusił do podpisania klauzuli poufności. W końcu to była jego głowa i jego emocje. Nie miał nic innego, co chroniłby równie mocno, ale z drugiej strony miał swoje powody. Nie dzielił takiej intymności z nikim, bo to wymagało zaufania. I chociaż Jeannie znała go najlepiej ze wszystkich – ten nieznany mu jeszcze mężczyzna pobił ją na głowę.
Pamiętał jak się czuł w obecności Przewodnika. To nie był odmóżdżający spokój, ale pełna energii stabilizacja. Jego umysł był jasny i klarowny. Aktywny niczym płaszcz słoneczny podczas rozbłysku. Mężczyzna nie próbował go stłumić, ale faktycznie prowadził przez lęk, który Rodney odczuł na widok rzuconej w jego stronę cytryny. Grodin zapewne nie był świadom do czego to doprowadzi i pewnie powinien był powiedzieć w końcu wszystkim, że tak naprawdę dostaje ataku paniki na widok tych żółtych owoców, ale nie potrafił się na to zdobyć. Wyśmiewano go całe życie i nie potrzebował dodawać niczego na swój talerz.
A jednak ten Przewodnik był inny. Nie rozumiał jego strachu, ale za to świetnie znał inny i potrafił się do tego odnieść. Nie próbował udawać, że ta sprawa z cytrynami wydaje mu się dziwna, ale nie osądzał go. Wiedział, że ludzie robią różne rzeczy ze strachu. Na przykład kłamią przez ponad trzydzieści lat swojego życia na temat alergii – i nie jest to najdziwniejsza rzecz pod słońcem.
Mężczyzna pomógł mu w tamtej chwili tak bardzo, że zapewne sam nie zdawał sobie z tego sprawy. Rodney czuł w sobie moc. Może mógłby nawet przebywać z tym samym pomieszczeniu co cytryny. Jedna lub dwie. Nie, nie mówimy jeszcze o skrzynkach, ale coś ewidentnie rozsadzało go od wewnątrz.
I co zabawniejsze to nie cytryny okazały się dla niego śmiertelne. Zelenka użył Epipenu i normalnie podziękowałby mu za to, gdyby nie fakt, że w połączeniu z adrenaliną po prostu odleciał. Bodźce uderzały w niego, gdy stracił kompletnie kontrolę nad swoim ciałem, nad wszystkimi zmysłami. I wtedy przyszedł On. Jego Przewodnik.
Wiedział, że mogliby być czymś doskonałym i właśnie dlatego spieszył z powrotem do firmy. Nie mogło minąć wiele czasu, odkąd oprzytomniał, a Jeannie zapewne będzie chciała podziękować mężczyźnie osobiście. Lubiła być oficjalna.
Widział jak pracownicy drugiego i trzeciego szczebla patrzą na niego w szoku. Nie spodziewali się, że wróci tak szybko, a plotki pomimo tego, że wszyscy podpisywali klauzule tajności różnego rzędu, rozchodziły się po firmie w tempie błyskawicy. Wiedział doskonale również co o nim mówiono. Był Strażnikiem – słyszał ich wszystkich każdego dnia i dlatego Jeannie zawsze starała się znaleźć mu najbardziej pochłaniające czas projekty, aby osuwał się w nie, a nie podsłuchiwał swoich własnych pracowników.
Wyjechał na ostatnie piętro i tak, jego Przewodnik był tutaj. Jeannie zapewne wezwała go do siebie, uścisnęła mu dłoń. Ta myśl sprawiała mu przyjemność. Chciał, aby tych dwoje się dogadało. Zapach ciała mężczyzny uleciał, ale wyczuwał jego resztki z łatwością. Spóźnił się. Mężczyzny nie było już w budynku. Jednak coś było ewidentnie nie tak. Jego umysł sam podsunął mu kolejną wskazówkę. Przewodnik zostawił w nim nitkę, trochę starodawne i nie na czasie, ale to właśnie sprawiło, że Rodney zaczął mieć nadzieję. Nie mógł jej odnaleźć w karetce centrum, gdzie był odcięty od świata, ale tutaj też nie potrafił do niej sięgnąć. Jakby się tam znajdowała, a jednocześnie jej nie było. I to nie miało nic wspólnego z prawem Heisenberga, a jednak go przerażało.
Wyczuł Jeannie zanim ją zobaczył i wyprostował się na widok siostry, aby widziała go w dobrym zdrowiu.
- Mer! – krzyknęła przerażona. – Właśnie jechałam do Centrum – poinformowała go.
I tak, podejrzewał, że nie zostawiłaby go w tamtym miejscu na całą noc. Rzadko bywał ich gościem. Starał się głównie przychodzić na bale, aby utrzymywać z nimi dobry kontakt. Wolał jednak płacić, a nie lobbować. To Jeannie była miła dla ludzi. On był geniuszem, który dawał im to, czego potrzebowali w tamtej chwili.
Nie odpowiedział jej, bo jego uwagę przyciągnął zapach dobiegający ze śmietnika. Kosz przyciągał go coraz bardziej i instynktownie sięgnął do plastikowego worka.
- Mer! – krzyknęła Jeannie, ale zignorował ją.
Trochę zaskoczony wpatrywał się w kopertę pełną pieniędzy. Pachniała jak Przewodnik i Jeannie, jak ich prawnicy i żal. Nie był dobry w rozpoznawaniu uczuć, ale ten jeden raz uderzyło coś w niego i to mocno. Podniósł głowę i spojrzał na zszokowaną siostrę.
- Co to jest? – spytał z nadzieją, że to jednak nie to, co myśli, że jest.
Wyjaśniało to co się stało z nitką. Z nitką umysłu Przewodnika. Mężczyzna zabrał ją. Zabrał jedyny element, który ich łączył. Rodney mgliście pamiętał, że Przewodnik dotykał go dwukrotnie i teraz wiedział, że odbyło się to ze sporą przerwą pomiędzy. Trudno było mu wychwycić początkowo tę niewielką zmianę. W końcu jego umysł był jakby przymglony przez pewien czas. Minuty i godziny nie miały znaczenia.
- Co to jest?! – spytał tak głośno, że poczuł jak sekretarka za biurkiem podskakuje.
- Tamten pan to wyrzucił, gdy wychodził – powiedziała dziewczyna pospiesznie, jakby bała się, że to jej wina. – Nie wiedziałam… - zaczęła i urwała, gdy zdała sobie sprawę, że Rodney nie zwracał na nią najmniejszej uwagi.
Cały czas patrzył na Jeannie, która wpatrywała się w niego w szoku.
- Doktorze McKay, powinien pan – zaczął Przewodnik przysłany przez Centrum.
- Wynoś się i nie waż się mnie dotykać – prychnął Rodney, widząc, że mężczyzna zamierzał położyć mu rękę na ramieniu. – Nie jesteś mój i ja cię nie chcę – powiedział z pewnością w głosie.
Mężczyzna wyprostował się i przez chwilę wyglądał tak, jakby Rodney dał mu w twarz. Tak właśnie smakowało odrzucenie. I to jego smak Rodney miał w ustach. Jego Przewodnik już go nie chciał, bo jego cholerna siostra próbowała go kupić. Kupić jego usługi, jakby mężczyzna był cholerną prostytutką. Jednym z tych, którzy dotykali każdego kto popadnie. Jego Przewodnik taki nie był. Rodney czuł jak mężczyzna zwlekał z kontaktem, jakby nie był do niego przyzwyczajony. Jak nie miał jednak w tym wypadku innego wyboru, więc zdecydował się na podzielenie się sobą ten jeden raz. I polubił to. Rodney czuł to wyraźnie. Inaczej nie dałby części siebie jemu na te kilka drobnych minut zanim Jeannie wszystko zniszczyła.
- Rodney – powiedziała jego siostra.
Zorientował się, że stoi na środku korytarza z kopertą pełną pieniędzy w dłoni. Jeannie potraktowała jego przewodnika jak żebraka. I ta myśl sprawiała, że dostawał mdłości. Cytryny nagle przestały być takie straszne. Sekretarka i kilku ochroniarzy wpatrywało się w niego z czystą ciekawością, której nawet nie starali się ukrywać. I nie chciał, aby widzieli go w dzień jego największej porażki. Nigdy jeszcze nie czuł się tak obnażony, tak bezbronny.
Rzucił kopertę na biurko sekretarki.
- To dla ciebie. Weź sobie dzisiaj wolne – powiedział, chociaż wiedział, że dziewczyna nie jest jego podwładną.
Nie bezpośrednio. Jeannie jednak nie zaprotestowała, więc sekretarka zabrała swoją torebkę i ruszyła w stronę wyjścia.
Jeannie przyglądała mu się z wyraźnym zmartwieniem na twarzy, ale nie potrafił się opanować. Nie wiedział nawet co miałby zrobić. Kiedy w karetce czuł nić, nie miał nawet pojęcia, że to wspomnienie po niej. Nigdy nie sądził, że ktokolwiek się nim zainteresuje tak naprawdę. Prowadzący, których spotykał przeważnie unikali go później, bo był zbyt głośny i zbyt agresywny, gdy coś nie szło po jego myśli. Był cholerykiem i furiatem, nie potrafił usiedzieć na jednym miejscu i nazywał ludzi idiotami, gdy na to zasługiwali. Wokół niego zawsze było tak wiele negatywnej energii, że czasem na ulicy widział jak ludzie obdarzeni większą empatią, odsuwają się od niego instynktownie. I wiedział, że znalezienie kogoś, kto wytrzymałby z nim jest niemożliwe, dlatego to porzucił i zaczął pracować po kilkanaście godzin dziennie. I tak nie miał innego życia.
I miał niewielką szansę. Jedną na milion. Przewodnik znalazł go nieprzytomnego, więc Rodney nie mógł nazwać go idiotą albo obrazić w inny sposób. Nie krzyczał też na innych. I mężczyźnie spodobał się jego umysł, a to było już coś. Przewodnik wykonał pierwszy krok i cholera, ale zabrał Rodneyowi wszystko w parę minut później, całą nadzieję i całą radość. Radość, która trwała tak krótko, że niemal nie rozpoznawał jej smaku. Nie pamiętał kiedy ostatni raz był szczęśliwy. Endorfiny w jego mózgu wyglądały na obcych i dziwił się, że jego układ immunologiczny nie potraktował ich jako intruzów. I to byłaby historia jego życia – reakcja alergiczna na szczęście.
- Rodney, powiedz coś – poprosiła Jeannie. – Nie wiem co się dzieje – przyznała.
I nie dziwił się. Był jedynym w ich rodzinie, który musiał się z tym wszystkim zmagać. Jego siostra oczywiście przeczytała wszystkie dostępne pozycje na temat Strażników i Przewodników, gdy zdali sobie sprawę, że należy do tej grupy. Jednak czytanie, a poznanie tematu z pierwszej ręki to coś całkiem innego.
- Zostawił we mnie ślad swojej świadomości – powiedział Rodney, starając się nie brzmieć zbyt żałośnie.
Nie chciał płakać. Nie robił tego tak długo, że pewnie znowu potrzebowałby usług Centrum.
Jeannie skrzywiła i uderzyła pięścią w swoje biurko.
- Wiedziałam, że on ci coś zrobił, po prostu wiedziałam. To jak na ciebie patrzył… - zaczęła i urwała, gdy pokiwał głową.
- Tak bardzo nic nie rozumiesz – westchnął. – On… To było zaproszenie. Gdybym chciał się z nim skontaktować. Mógłbym. Nie mógł mnie do niczego zmusić – wyjaśnił jej.
- Nie rozumiem więc…
- Zabrał to – wszedł jej w słowo Rodney. – Zabrał to. Zabrał nić. Zabrał zaproszenie. Nic już nie ma. Są tylko wspomnienia. Nić była piękna, Jeannie – powiedział jej, wiedząc, że znowu to robi.
Nigdy nie potrafił opisywać tej swojej drugiej natury. A ona nigdy nie rozumiała.
- Nie chciałeś nigdy nikogo takiego – zaczęła ostrożnie jego siostra.
- Oni mnie nie chcieli – przyznał Rodney przez zęby. – Jestem… Widziałaś ich? Pieprzeni zwolennicy medytacji. Są martwi. Lubią takich martwych od środka, którzy muszą się modlić, aby ich zmysły ich nie zabiły. Lubią takich, którzy nad sobą nie panują. Wtedy przychodzą i jesteś od nich zależny.
- Tak, dokładnie tak powiedziałeś – wtrąciła Jeannie.
Wziął głębszy wdech.
- Tak, bo ja nad sobą panuje. Nie potrzebuję ich, ale jednak… - urwał. – Jak się czujesz, gdy Kaleba nie ma? – spytał. – Potrafisz żyć, prawda? Ale co to za życie?
Jeannie spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
- Nie wiem kim on jest – powiedział Rodney.
- Kierowcą karetki – poinformowała go Jeannie spokojnie. – Wiem w jakim szpitalu pracuje. Znajdziemy go bez problemu, jeśli będziesz chciał. Daj sobie jednak kilka dni na uspokojenie. Ten atak był silniejszy niż inne…
- Nie mogę – poinformował ją czując gorycz w ustach. – Wycofał nić. Zabrał ją, Jeannie. Nie mogę teraz nic – odparł i wzruszył ramionami.
Wiedział, że brzmi tak, jakby całe jego IQ odpłynęło wraz z Przewodnikiem, ale mało go to obchodziło. Był tak cholernie zmęczony. Nie umiał rozmawiać o uczuciach i z Jeannie nie musiał. Zawsze nadawali na innych falach.
- Nie rozumiem – przyznała jego siostra.
- On jest… - zaczął Rodney i urwał. – Jest starej daty. Dawniej kiedy Przewodnik spotkał Strażnika, ten pierwszy zostawiał ślad swojej obecności w umyśle tamtego. Czasy były ciężkie i to co on zrobił dla mnie, było normą. Dotykało się obcych, bo nie było Centrum i ten Przewodnik, który pierwszy napotkał Strażnika, pomagał mu wrócić. To jednak nic nie znaczyło. Nie trzeba było kompatybilności. Czasami jednak Przewodnik czuł, że to może być coś więcej, ale Strażnik musiał dojść do siebie. Zostawiał więc ślad po sobie. Coś jak 'byłem tutaj, zadzwoń, jeśli chcesz, żebym pobył dłużej'. I on to zrobił. Teraz zazwyczaj spotykasz ludzi w Centrum i Przewodnik robi to na twoją prośbę, żebyś mógł go znaleźć nawet w największym tłumie – wyjaśnił jej Rodney.
- Nie widzę problemu. Możesz przecież zadzwonić do tego szpitala i umówić się z tym facetem – odparła Jeannie.
- Nie, nie mogę. On to zabrał. I chociaż zwyczaj nie jest kultywowany na takich zasadach jak dawnie, zabranie nici wciąż oznacza odrzucenie. On już nie chce mieć ze mną nic wspólnego. Straciłem swoją szansę, rozumiesz? – spytał przez ściśnięte gardło. – Nie będzie go już. Nigdy – dodał, wzruszając ramionami.
- Rodney, mamy dwudziesty pierwszy wiek. Przeproszę go za te pieniądze. Nie chciał ich, więc… - urwała. – Jest Przewodnikiem, więc pewnie rozumie jak to jest martwić się o swojego brata.
Rodney mocno wątpił, aby to pomogło.
- Znam go – powiedział krótko. – To koniec – dodał nienawidząc tego jak słabo brzmiał.
- Rodney, miałeś z nim kontakt przez dziesięć minut i nie zamieniliście ani słowa. Nic nie wiesz o tym facecie i dlatego się martwiłam – odparła Jeannie.
- Znam go – uparł się. – A on zna mnie. Wiesz co mi powiedział? Że nie muszę wstydzić się strachu. Pokazał mi wojnę, na której był. Wiem, że coś jest nie tak z jego rodziną, a on trzymał się z dala od Strażników. Byłem jego pierwszym, któremu dał… nić. Znam go i wiem, że jest tak cudowny, że pewnie ktoś go zaraz zabierze. Może już teraz spotkał Strażnika, który nie jest głośny i nie… - urwał, biorąc głębszy wdech, bo Jeannie wpatrywała się w niego w szoku. – Nie wiem jak ma na imię. Nie wiem jak wygląda, ale wiem jak bije jego serce, co wypełnia go. Jakie emocje odczuwa.
- Ma na imię John, tak mówiła do niego ratowniczka – odparła Jeannie cicho. – I jest całkiem przystojny.
- Kojarzy mi się z włochatymi truskawkami – powiedział, chociaż to nie miało sensu.
- Nie wiem o co chodzi z truskawkami, ale jest jednym z tych, którzy mają bałagan na głowie – dodała jego siostra.
