Rodney wiedział, że nie jest z nim najlepiej. Nie czuł się sobą od pewnego czasu i wszystko go irytowało. Radek nawet przestał się z nim sprzeczać, a to nie oznaczało niczego dobrego, bo tylko ten śmieszny Czech był w stanie mu się przeciwstawić i chociaż Rodney nie mówił o tym na głos – uwielbiał ich wzajemne bitwy słowne. Nic tak nie poruszało jego umysłem jak krwiste metafory i nawiązywanie do fundamentalnych praw astrofizyki. Mało kto za nimi nadążał, a Mitchell przeważnie znikał w ciągu kilku sekund, jakby kontakt z nauką mu szkodził.
Rodney odmawiał uznania, że odmowa Johna go złamała. W końcu nie byłaby pierwszą. Jednak sposób w jaki mężczyzna na niego patrzył wciąż sprawiał, że jego ciało przenikał dreszcz. I Przewodnik nawet go nie odrzucił. Powiedział mu, że to nie z jego powodu i Rodney mu wierzył. Nie chciał jednak być odesłanym przez Jeannie na leczenie psychiatryczne, gdy oznajmiłby jej, że wycofuje się z ich niezwykle dochodowego biznesu.
W pierwszej chwili, gdy John powiedział wprost, że przeszkadzają mu jego pieniądze, Rodney chciał je nawet oddać znienawidzonemu Centrum, ale czuł, że nie tędy droga. I Przewodnik czułby się winny, że sprowokował go do tak dziwnego zachowania. Zresztą John zagroził mu pozwem, a Rodney nie chciał zakazu zbliżania. Może jednak – kiedy sytuacja uspokoiłaby się, a on byłby bardziej stabilny, mężczyzna zgodziłby się jednak na tę kawę. I może Rodney był żałosny, ale mógłby czekać na nią nawet resztę życia.
Sama obecność Johna go uspokajała i mężczyzna nie wziął mu za złe tego cieszenia się z pokazania Rononowi, że miał jednak rację. Przekaźniki przy jego dwóch doktoratach naprawdę nie były problemem. I zapomniał się na tę krótką chwilę. Ćwiczył przed lustrem normalne zachowanie i nawet udało mu się Johna początkowo zwieść. Zachowywał się zgodne z normami społecznymi, czytał o nich cały dzień wcześniejszy, więc znał je na pamięć. Ten jeden raz je przyswoił i zawiódł. Nie potrafił udawać kogoś kim nie był, ale Johnowi nie przeszkadzała jego mała arogancja. Ani fakt, że wspomniał o swoich dwóch doktoratach. Nie uznał go za dupka, gdy dodał, iż jest prezesem własnej firmy.
Wiedział, że garnitur od Calvina Kleina, który kupiła dla niego Jeannie. Kilka osób przed szpitalem nawet odwróciło się na jego widok, dodając mu pewności siebie. Nie był tak przystojny jak John, ale jednak nie wyglądał źle. Uszedłby w tłumie, chociaż jego tyłek w tych spodniach wyglądał zjawiskowo i postarał się pochylać tak nad maską samochodu, aby John miał na niego doskonały widok. Jednak jego Przewodnik nie wydawał się zainteresowany. Bardziej docenił jego pomoc przy samochodzie i to było okej. Rodney nie chciał być kochany za swój wygląd, który nie był jakiś wybitnie ponad normę. Nie, gdy John lubił jego umysł.
To było doskonałe i zbyt piękne. I Rodney powinien był wiedzieć, że do tego nie dojdzie.
Nigdy nie czuł się komfortowo w swojej skórze jako Strażnik, ale udawało mu się panować nad sobą. Jego umysł brał górę nad wszystkim innym, ale odpowiedź Johna, powód, dla którego Przewodnik go nie chciał – nie miał sensu. Nie bardzo potrafił do tego dopasować sensowny scenariusz i to zaburzało jego procesy myślowe. A gdy jego umysł zajęty był Johnem – jego ciało szalało. Słyszał wszystko i wszystkich na raz. Czuł pot jednego z ochroniarzy i wiedział doskonale, że drugi miał problemy z sercem. Zwolnił go zresztą wcześniej z pracy i wysłał do lekarza, ku zdumieniu Jeannie.
- Nie umiem się skupić, gdy wydaje mi się, że on nagle umrze – wyjaśnił wzruszając ramionami.
Zagroził Centrum odcięciem dotacji i zastanawiał się czy to był dobry pomysł. Ewidentnie potrzebował pomocy, ale wątpił, aby ją otrzymał. Nie w takiej formie, którą chciał. John jednak wybrał i chociaż wszystko buntowało się w nim fundamentalny szacunek każdego Strażnika do Przewodnika – wymuszał na nim posłuszeństwo.
Nie oznaczało to jednak, że nie mógł wrzeszczeć na niekompetentnych współpracowników, którzy nie rozumieli co do nich mówił. Jakby nagle używał całkiem innego języka. Dla Zelenki była to norma, Radek płynnie mówił tylko po czesku, ale pozostali ewidentnie zostawali w tyle, irytując go, bo terminy goniły, a O'Neill dzwonił do Mitchella co drugi dzień, jakby nie wiedział, że w ten sposób tylko marnuje ich drogi czas.
I pewnego dnia Rodney wstał po prostu z łóżka, czując się może nie kompletnym, ale też nie całkiem załamanym. Przywitał się o poranku z Jeannie, która przez chwilę przyglądała mu się, marszcząc brwi, a potem nagle uśmiechnęła szeroko, zapewne odgadują prawidłowo, że wszystko będzie dobrze. Rodney przecież żył bez Johna już wcześniej. Jego egzystencja nie była cudowna, ale dokonał fantastycznych rzeczy i na tym powinien się skupić i teraz.
Mitchell chodził cholernie zadowolony z siebie od rana. Rodney nie przepadał za Cameronem szczerzącym się jak idiota, tym bardziej, że podpułkownik kupił mu kota, przyprawiając go prawie o atak apopleksji. Nie chciał kolejnego zwierzaka, nie wtedy gdy jeszcze nie doszedł do siebie po stracie poprzedniego, a podpułkownik 'Chyba Mamy Problem' Mitchell nie miał za grosz empatii. I Rodney nawet nie mówił o współodczuwaniu na poziomie Przewodników – wystarczył ludzki level, a Mitchell się gubił.
Sam Carter miała wpaść tego popołudnia do ich laboratorium i wymienić ochroniarzy, których przydzielił im rząd, jakby spodziewali się, że Rodney pozwoli wykraść swoje pomysły i patenty. Wynajęci przez niego ludzie radzili sobie do tej pory znakomicie, ale Armia zawsze wolała mieć w środku swoich ludzi, więc pozwolił Mitchellowi przejąć kontrolę nad placówką. Szczególnie, gdy sami za to płacili, a on i Jeannie oszczędzali prawie milion miesięcznie. Nie zamierzał narzekać, bo żołnierze byli cisi i bardziej podobni do gwardzistów przed pałacem Buckingham – nie zdradzali nawet drgnieniem, że żyją. Rodney łatwiej mógł się skupić, skutkiem czego lepiej mu się pracowało. Gdyby jeszcze naukowcy, z którymi współpracował byli równie wytresowani – byłby w siódmym niebie.
Czuł, że coś jest nie tak, gdy tylko Sam pojawiła się w drzwiach laboratorium. Czterech mężczyzn wmaszerowało za nią i Rodney zamarł, gdy znajomy zapach uderzył w jego nozdrza. Sądził, że postradał zmysły, bo wyraźnie czuł, że John jest gdzieś blisko. Jego ciało samo zareagowało – wyprostował się, starając się dostrzec jak najwięcej, ale nie widział znajomego bałaganu na głowie, który tak doskonale pamiętał.
- Doktorze McKay, Rodney – przywitała się Sam, ale zignorował ją i podszedł bliżej do żołnierzy.
Jeden wyraźnie nie miał wprawy w staniu na baczność. I Rodney zamarł.
- John? – spytał z niedowierzaniem.
Mężczyzna z mundurze ledwo przypominał Przewodnika, którego widział jeszcze niedawno w podziemiach szpitala. Jednak to był on. Chociaż nie patrzył na niego, jakby zmuszał się do tego z całych sił i to było bez sensu, bo John, którego on znał nie był wojskowym, a kierowcą karetki.
- Co ty tutaj robisz? – spytał Rodney i ponownie nie doczekał się odpowiedzi.
Mężczyzna jednak zacisnął szczękę w bardzo charakterystyczny sposób, jakby powstrzymywał się przed wybuchem wściekłości. John, którego znał Rodney – zapewne wygarnąłby mu w tej chwili. I to był ten sam John, ale stojący w cholernym mundurze, który krępował go nie tylko fizycznie, zniekształcając przyjemną dla oka sylwetkę, ale również jego usta, bo cholerne rozkazy nie były do ignorowania.
Mitchell podszedł bliżej niego dalej z tym uśmieszkiem na ustach, jakby coś mu się udało i Rodney zaczął podejrzewać, że rozgryzał tę zagadkę.
- Kapitanie Sheppard, może pan odpowie? – zaproponował Cameron i Rodney nie znosił tego tonu.
Coś ścisnęło go za gardło, gdy John w końcu podniósł głowę, ale bynajmniej nie po to, aby spojrzeć na niego.
- Ależ oczywiście podpułkowniku Mitchell – odparł mężczyzna tonem, który mówił jasno 'spierdalaj'.
A potem John spojrzał na niego i uśmiechnął się nie rozluźniając szczęki.
- Dzień dobry doktorze McKay. Rozkazy z dzisiejszego poranka jasno wskazują, że nasz wesoły oddział został oddany do pana dyspozycji – odparł John.
Rodney nie wiedział jak ma to rozumieć.
- Mitchell – syknął zamiast tego, czując wzrastającą wściekłość.
Nie rozumiał jak podpułkownik mógł to zrobić. Wszystko w nim buntowało się i krzyczało nie. Przewodnik nie chciał tutaj być. Wypromieniowywał niechęć każdym porem swojej skóry. I to nie była bezpośrednio wina Rodneya, ale nie zmieniało to faktu, że wiedział, iż z kawy – jednej pojedynczej – nawet za dwadzieścia lat nic nie będzie. Bo John znienawidził go już w tej chwili. Wojsko nie mogło zmusić żadnego Przewodnika do więzi, ale John był w Rezerwie, więc pewnie Mitchell mu groził, a John się nie ugiął i został powołany. A gdy raz się dostało w ich ręce, rozporządzali tobą jak chcieli. Rodney widział ten scenariusz przed oczami całkiem klarownie. Jeden szczegół się nie zgadzał.
- Byłeś majorem – powiedział, przyznając tym samym, że czytał akta Johna. – Zdegradowałeś go?! – warknął z niedowierzaniem.
- Podpułkownik mnie nie zdegradował. Moja degradacja czekała – odparł jednak John tonem, który jasno mówił, że jest wściekły, ale już się z tym pogodził.
I Rodney nie chciał, aby jego Przewodnik tracił siebie. John wydawał się bez życia i bez energii. Jakby cała jego chęć do istnienia odeszła, gdy włożyli na niego mundur. Zapewne siłą. I pewnie Mitchell nie dał mu nawet kilka minut ostrzeżenia zanim wysłał ludzi do jego domu, wyciągając go. I Rodney czuł się chory i nie mógł patrzeć na Johna – nie takiego, nie pokonanego. A jednak nie potrafił oderwać oczu, bo coś było jeszcze nie tak i nie umiał dojść do tego co.
Skojarzenie, które miał pierwsze, gdy John przychodził mu na myśl – znikło. I gdy doszło do niego, że Przewodnika nie tylko wcielono do wojska, ale również upokorzono – zmuszając do ścięcia włosów – zaczął oddychać czerwienią.
Ona w zasadzie była wszędzie i chociaż poczuł ból w pięści – widział tylko ją. Czerwień. Cholerną czerwień, bo ktoś dotknął jego Przewodnika wbrew jego woli. I teraz Rodney nigdy nie dowie się jakie w dotyku były włosy Johna. Ktoś inny ich dotykał przed nim.
- Rodney! – krzyknęła Sam, ale miał to gdzieś.
Ktoś próbował złapać go za ramię, ale machnął raz łokciem i napastnik upadł na ziemię z głuchym jękiem. Rodney miał to w nosie.
- Sheppard! Kurwa! Zrób coś! – krzyczał Mitchell, który najbardziej pachniał czerwienią i to jego należało nauczyć, aby nie dotykał jego Przewodnika.
Johna nie należało zmuszać, bo nikł w oczach. Potrzebował wolności. I nie będzie jej miał, bo Mitchell nie rozumiał nic a nic z tego co Rodney próbował wytłumaczyć mu od miesięcy.
- A czy widzisz, żeby McKay był w niebezpieczeństwie? – spytał spokojnie John. – Zgodnie z zasadą paragrafu piątego, ustęp szósty oraz dwudziesty siódmy wzajemnych stosunków pomiędzy Strażnikiem i Przewodnikiem, Przewodnik ma obowiązek ingerować wyłącznie, gdy Strażnik będzie w niebezpieczeństwie – wyjaśnił John spokojnie.
Rodney tymczasem wymierzył kolejny trafny cios, ale czerwień nie znikała.
- Sheppard! – wrzasnął Mitchell.
- Mówiłem, że tego pożałujesz – odparł spokojnie John.
- Chodzi o włosy?! – spytał z niedowierzaniem podpułkownik.
- Nazywał mnie włochatą truskawką. Jak sądzisz, czego brakuje? – spytał John.
I tak, dokładnie o to chodziło. Miał w nosie, że styl fryzury Johna był nieregulaminowy. John nigdy nie powinien być w wojsku.
- Sheppard! Uspokój go to rozkaz! – warknął Mitchell i ten hałas był okropny.
Rodney instynktownie zacisnął dłonie tak, aby stłumić wrzaski. Jego uszy bolały czerwienią. Myślał kolorami, a raczej jego umysł stał się monochromatyczny. Pod jego dłońmi odezwało się rzężenie, ale zignorował je, bo jego Przewodnik był bezpieczny. Nie potrzebował się zatem niczym przejmować.
- Shep… rd… Nie… dchać – usłyszał całkiem wyraźnie i to chyba dalej był Mitchell.
A skoro skurczybyk mógł mówić, Rodney robił coś nie tak.
- McKay – powiedział nagle John, stając koło niego.
Nie na tyle blisko, aby go dotknąć, ale wyraźnie czuł jego obecność.
- Rodney, puść go. Chyba już się nauczył, że nikt nie może dotykać moich włosów – odparł John i miał rację.
Rodney zatem otworzył dłonie, czując nagle jak bardzo są poskurczane jego palce. Ból rozchodził się po całych jego ramionach i potrząsnął głową, chcąc pozbyć się mgiełki sprzed oczu. Coś upadło ciężko na podłogę i spojrzał w dół, zobaczył poczerwieniałego na twarzy, z trudem oddychającego Mitchella. John stał zaraz obok w swoim ohydnym mundurze i Rodney znów się czuł mały.
- Tak bardzo cię przepraszam. Nie wiedziałem, że ten półgłówek będzie chciał cię zmusić do… - urwał, bo to nie chciało mu przejść nawet przez usta. – Nic dziwnego, że nie dorobił się jeszcze całego pułkownika. Jest tak tępy, że szlaja się całymi dniami po korytarzach, a potem udaje mądrego, gdy O'Neill do niego dzwoni. A nie ma pojęcia nawet co robimy. I nie wie nic o nas. Nie wiem jak mogli szefem mojej ochrony zrobić człowieka, który ma empatię ameby – powiedział na jednym oddechu i John skinął głową, że rozumie.
Nie zmienił jednak ułożenia ciała i to było złe. Widzieć Przewodnika tak spiętego.
Rodney rozejrzał się wokół, szukając Carter, bo tylko ona mogła zrozumieć, że Johna należało uwolnić zanim Przewodnik znienawidzi go do końca. A już teraz nie miał najmniejszych szans. Może nawet spadły poniżej zera. Zera absolutnego. Kosmicznego chłodu próżni.
Carter wpatrywała się w niego w czystym szoku, a żołnierze, którzy towarzyszyli Johnowi z jakiegoś powodu leżeli na podłodze.
- On nie może tutaj być – powiedział Rodney. – On nie może tutaj być, musisz to zrozumieć. On… On nie chce tutaj być – powiedział i nie wiedział nawet dlaczego nie jest się w stanie wysłowić.
Carter wciąż się nie ruszała.
- Nie słyszałaś kobieto? Zadzwoń do swojego generała i ma natychmiast przeprosić Johna, a potem odwieziecie go do domu – rozkazał jej, ale Carter uniosła brew.
- Tego się nie da tak zrobić. Wniosłem skargę, ale ją zignorowano. Potem wniosłem kolejną i dostałem odpowiedź, że jestem własnością Air Force, więc… - urwał John.
- Ale sprowadzili cię tutaj, bo myśleli, że ja tak chcę. I mogę im powiedzieć, że tak nie chcę i będą musieli cię oddać tam skąd cię zabrali – powiedział Rodney z pewnością w głosie.
Nie było żadnego procesu w fizyce, który nie dałoby się odwrócić.
- Jeśli będziesz wnioskował o oddalenie mnie… - zaczął John i urwał, jakby każde kolejne słowo miało go słono kosztować. – Jeśli tak zrobisz, jestem pilotem. Dobrym pilotem i potrzebują takich na froncie w Afganistanie. A tam… - John zrobił kolejną przerwę. – A tam umrę, więc byłbym wdzięczny, gdybyś jednak pozwolił mi tutaj zostać – dokończył z trudem Przewodnik.
Rodney przełknął gulę, która wytworzyła mu się w gardle i spojrzał na Johna, który z zainteresowaniem przyglądał się swoim butom. Mężczyzna ewidentnie nie chciał nawiązywać z nim kontaktu wzrokowego. I może to przez strach, który Rodney raz czuł. John podzielił się z nim wspomnieniem z wojny. Rodney nie wiedział którym, ale był pewien, że John nie chce tam wracać.
- Reakcja łańcuchowa – przypomniał sobie nagle, że jest jednak jedyna fizyczna reakcja, której nie dało się odwrócić.
Rozpad jąder, prowadzący do całkowitego zniszczenia. Gdy raz się rozpoczynał, nie można było nic poradzić. Jak podczas lawiny zniszczeniu ulegały kolejne atomy, wymuszając na kolejnych ten sam rozpad. I czuł, że coś podobnego miał przeżyć teraz. John nie chciał zostać i nie mógł odejść. A Rodney wątpił, aby był w stanie wytrzymać ciągłą obecność Przewodnika. Jednak odesłanie Johna, skończyłoby się jego śmiercią. I dostawał ataku paniki na samą myśl. Nie sądził, aby Mitchell planował coś podobnego, ale mężczyzna był ewidentnym idiotą, który nie potrafił przewidzieć następstw swoich czynów.
- Co? – spytał John. – Chyba nie macie tutaj drugiego projektu Manhattan? – wyrwało mu się i ewidentnie chciał cofnąć swoje słowa.
Kilka lat w cywilu zapewne pozwoliło mu wrócić do tego kim naprawdę był zanim wstąpił do wojska. I Rodney uwielbiał jego spontaniczność. I może trochę nieregulaminowe podejście do wszystkiego. Jemu nie był potrzebny łańcuch dowodzenia. Nie był oficerem.
- Nie. Fizyka teoretyczna – przyznał Rodney. – Powinieneś podpisać klauzulę poufności – dodał. – Jeśli masz jakieś alergie, powiedz Fordowi. Powinien się gdzieś tutaj kręcić.
- Mogę zostać? - spytał John wprost.
Rodney miał ochotę powiedzieć, że to chyba oczywiste. I że ta kawa jest nadal aktualna, ale nie potrafił się na to zdobyć.
- Otaczają mnie idioci. Chyba jesteś mi potrzebny, abym nie zabił żadnego z nich – przyznał, patrząc jak Mitchell nareszcie podnosi się z podłogi i patrzy na niego zszokowany.
