DejaVu, dziękuję za cudowny komentarz! Pewnie ucieszy cię fakt, że to opowiadanie jest zakończone i przerzucane :) Nie wiem jak stoisz z innymi platformami od fanfiction, ale polecam wraithbait - portal z opowiadaniami tylko do fandomu SG-1 i SGA :) Oczywiście po angielsku :)

A teraz zapraszam na rozdział!


John był całkiem świadom tego, że nie pozostawili mu wyboru, więc znowu zachował się jak dobry żołnierz i włożył mundur. Materiał nie był szorstki, ale czuł się tak, jakby spętano go drutem kolczastym i zmuszono do chodzenia. Mitchell zresztą upierdliwie stawił się w bazie i obserwował zadowolony z siebie jak przechodził transformacje.
- Rusz się. Masz wizytę u fryzjera za kilka minut – poinformował go mężczyzna.
John zesztywniał i dotknął włosów, które odstawały we wszystkie strony. Włochate truskawki – tak Rodney o nim myślał.
- To nie jest dobry pomysł – powiedział ostrożnie. – Nie możecie ściąć moich włosów.
- Nie możesz się tak pokazać w mundurze – odparł Cameron.
- Mitchell…
- Podpułkowniku – wszedł mu w słowo mężczyzna.
- Podpułkowniku Mitchell – wypluł zatem, patrząc na tego dupka. – Pożałujecie ścięcia moich włosów – powiedział całkiem szczerze.
Gdy prawie dobę później Rodney wpadł w szał, John nawet nie był zaskoczony. Wiedział, że nie doceniali McKaya. Jako naukowiec Rodney niewiele się ruszał i zapewne jeśli przeszedł podstawowe szkolenie wojskowe było to związane bardziej z protokołami, które miał do przeczytania niż obozem przetrwania, ale w tamtej chwili Rodney był terminatorem. Mitchell dostał w twarz śmiesznie mała pięścią i Rodney łokciem załatwił dwóch szeregowych, którzy byli na tyle tępi, aby zajść go od tyłu. W zasadzie wyglądało to bardziej tak, jakby Strażnik się oganiał od natrętnych much. Lśniące, niewidzące oczy Rodneya wbite były w Mitchella, który zaczął na niego wrzeszczeć – jakby John nie ostrzegał ich wszystkich na temat swoich włosów. Ścięto je zresztą kompletnie złośliwie. Obaj z Mitchellem wiedzieli, że szybko nie znajdzie się ponownie w bazie, więc nikt z przełożonych nie miał go widzieć przez kilka następnych miesięcy. Dlatego Mitchell pozwalał sobie na cywilne ciuchy. No i fakt, że rzucały się mniej w oczy.
Jednak jemu kazali założyć mundur, żeby pokazać mu jak wiele mogą. A kapitańskie insygnia tylko uświadomiły go w tym, że naprawdę nie lubi gnojka.
Poczekał aż Mitchell dobrze zaczerwieni się na twarzy i poprosił, aby Rodney puścił dupka. Jego Strażnik nie był mordercą, ale nie panował w tamtej chwili nad sobą. I nie chciał, aby McKay zdał sobie sprawę, że swoimi drobnymi rękami, które przeważnie trzymały śrubokręty, zabił swojego szefa ochrony. Może tak naprawdę przyjaźnili się z Mitchellem. Nie wiedział tego na pewno.
Strażnik spojrzał na niego przepraszająco i wtedy rozpętało się piekło, bo do Johna doszło, że jest w gównianej sytuacji. Rodney go nie chciał. Tak po prostu nie chciał przy sobie kogoś, kto raz go odrzucił – co było całkiem logiczne. Jednak McKay myślał o zwróceniu prezentu Air Force i John wiedział doskonale co to będzie dla niego znaczyło. Zastanawiał się nawet czy nie zostawić na McKayu śladu swojej świadomości, swoich emocji, żeby zaczęli wszystko od nowa, skoro nie miał wyboru, ale to nie powinno się tak odbywać. Zresztą teraz był wojskowym i wyczuwał, że McKay jest naprawdę z tego niezadowolony. Możliwe, że Air Force już raz próbowali manipulować Strażnikiem tak jak chciało to robić Centrum. I teraz był lojalny w stosunku do wojska. Musiał, bo nie miał wyboru.
Mitchell miał rację – był zbyt dobrym pilotem, żeby pozwolili mu spokojnie doczekać emerytury w bazie. Zastanawiał się czy znajdzie się w Iraku czy Afganistanie, ale to nie miało znaczenia. Czuł się ociężały i przeładowany. I nigdy nie medytował, ale teraz nagle to o czym opowiadał mu Teal'c na Bliskim Wschodzie zaczynało go pociągać. Gdyby tylko mógł usiąść na podłodze i skrzyżować nogi.
Próbował znaleźć jakieś wyjście z sytuacji, ale jako dezerter nie wytrzymałby długo. Znaleźliby go i trafiłby do więzienia, gdzie pewnie też długo by nie pociągnął. Był emocjonalnie niestabilny, gdy wokół było tak wiele negatywnych emocji, a wątpił, aby chłopaki w mamrze byli szczęśliwi.
Tak czy siak czekała go śmierć, więc przygryzł wargę i starał się nie patrzeć na McKaya. Po tak wielu upokorzeniach czekało go kolejne. Miał nadzieję tylko, że Rodney nie uzna go za kłamcę. W końcu był wojskowym teraz. A oni nigdy nie byli bezinteresowni i szczerzy. A John chciał tylko żyć.

Mitchell spoglądał na niego wściekle i John czekał na słowa, które nigdy nie padły.
- Pan kapitan miał rację – wtrąciła się major Carter ku jego zaskoczeniu.
Nie znał kobiety, ale zaczynał ją lubić. Miała wokół siebie spokój.
- Cam, myślałeś, że co się stanie? – spytała Carter. – Wcieliłeś do Air Force Przewodnika Rodneya…
John nie zamierzał jej nawet poprawiać. Mógł myśleć o McKayu jak o swoich Strażniku, ale to bardziej wypływało z faktu, że Rodney był jego zdaniem. I doskonale obaj o tym wiedzieli. McKay nie po to miał dwa doktoraty, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że John jest teraz opłacany przez wojsko, aby mogli jeszcze w inny sposób go kontrolować. I nie zamierzał nawiązywać kontaktu ze Strażnikiem z byle powodu. Rodney panował nad sobą doskonale przez te wszystkie lata. Nie potrzebował go i obaj o tym wiedzieli.
- Nie wiedziałem, że McKay zamieni się w maszynę do zabijania – odwarknął Mitchell, przykładając sobie zimy okład do oka.
- Rodney nie zabiłby cię – odparł John, a potem odchrząknął. – Panie podpułkowniku – dodał, przypominając sobie, że teraz łańcuch dowodzenia go obowiązywał. – Nie jest mordercą.
Sam nie zadała kłamu jego słowom, zapewne znając Rodneya. Musieli współpracować przez pewien czas i John nie mógł nie przyglądać się ciekawie kobiecie. Z nią też się nigdy nie zetknął, więc zapewne z Mitchellem brali udział w jakiś tajnych projektach od samego początku.
Jego przełożony spojrzał na niego mrużąc wściekle oczy. Odciski palców Rodneya zapewne miały zostać na jego gardle jeszcze kilka długich dni. John sądził, że gdy Strażnik dojdzie do siebie, dostanie ataku paniki na widok tego co zrobił, ale Rodney nie wydawał się tym zaniepokojony, jakby jego natura już teraz przeszła do porządku dziennego nad tym, że czasem może stać się bardziej agresywny. Miał w zasadzie w końcu powód.
- Żeby było jasne, nie wysłałbym cię do Afganistanu – powiedział nagle Mitchell i John poczuł jak od mężczyzny bije fala wstydu. – Czytałem twoje akta – przypomniał mu podpułkownik. – Nie bardzo mi się spodobała ta adnotacja na temat tego, że postąpiłeś wbrew rozkazowi i kazałem pogrzebać. Ford był chyba wtedy z tobą… Miał do opowiedzenia trochę inną historię… Podobno wiedziałeś, że żyją, ale nikt cię nie chciał słuchać – ciągnął dalej Mitchell. – Nie jestem całkiem dupkiem. Zostawili pod moją opieką Rodneya i McKay zaczął się na moich oczach rozpadać. W chwilach takich jak ta robisz to co musisz, nie licząc się z kosztami – odparł Mitchell i westchnął, gdy zimny okład znowu poruszył się na jego kości policzkowej. – I czasem popełniasz błąd.
John nie wiedział, co miałby odpowiedzieć, więc skinął głową, że przyjął wszystko do wiadomości.
- Jesteśmy najstarsi stopniem i uwierz mi, że wszyscy wokół to dzieciaki, które latały co najwyżej na symulatorach… - podjął Mitchell. – Chciałbym, żebyśmy się jakoś dogadali.
- Bo boisz się, że McKay kiedyś naciśnie za mocno – odgadł John i z zaskoczeniem obserwował jak mężczyzna zesztywniał.
- Rodney mnie naprawdę zaskoczył. Nigdy nie widziałam go takiego – przyznała Carter.
- Bo nigdy nie widzieliście wściekłego Strażnika – odparł spokojnie.

Forda skojarzył niemal od razu, gdy go zobaczył. Młody porucznik awansował i teraz obaj byli kapitanami. Aiden jednak z przyzwyczajenia zasalutował, więc John uśmiechnął się kwaśno, obracając się do niego ramieniem tak, aby chłopak mógł zobaczyć naszywki na jego kurtce.
- Już nie major. Jesteśmy teraz równi stopniem, Ford – oznajmił mu, starając się nie pokazać, że to była jedna z tych rzeczy, które naprawdę go zabolały.
- Dla mnie pan będzie zawsze majorem. Kiedy pan podpułkownik Mitchell spytał o pana, nie mogłem powiedzieć ani jednego złego słowa. Jest pan świetnym pilotem i świetnym dowódcą – poinformował go Ford.
I tak, to był jeden z tych, którzy się w nim zadurzyli.
- Dziękuję… Aiden – powiedział, uśmiechając się lekko i nie mogąc nie zastanawiać się czy Ford czasem się nie przyłożył do jego ponownego powołania. – Mów mi John, chyba będziemy przez pewien czas kolegami.
- Nie śmiałbym – zaczął Ford, ale John machnął dłonią.
- Uwierz mi na słowo, że tak będzie lepiej. A teraz… Nie wiem nawet gdzie mamy kwatery – dodał i rozejrzał się wymownie wokół.
- Och, tak, oczywiście – powiedział Ford. – Kazałem przenieść pana rzeczy do pokoju. W zasadzie nie wychodzimy z kompleksu, jeśli nie musimy. Budynek ma sześć pięter w górę oraz sześć pięter w dół. Przy czym zamieszkujemy pierwsze minus – wyjaśnił mu Ford. – Tam jest też stołówka.
- Nie dojeżdżacie z bazy? – zdziwił się.
Nie słyszał jeszcze o podobnej placówce naukowej. Znajdowali się na obrzeżach miasta i teren był strzeżony, ale z ulicy nie widać było, że kompleks jest tak rozległy, aby pomieścić mini jednostkę. Byli zatem samowystarczalni.
- Doktor McKay czasem pracuje czasem po dwadzieścia godzin na dobę. Zmieniamy się zatem według własnego czasu, a jajogłowi pracują według swojego – odparł Ford. – Mówił, że kiedy postanowił stworzyć tę firmę, chciał, aby przypominała mu o kompleksie w Colorado Springs – dodał Ford. – Nie wiem czy pan tam był, ale… Tu jest fajniej. Nie mamy nad głową całej góry i nie ma się wrażenia, że zaraz się umrze – dodał Aiden.
- Świetnie – zakpił John i pozwolił się wprowadzić do windy.
Ford podał mu identyfikator i wstukał kod do windy, odblokowując ich piętro.
- Najniżej jest magazyn i zabawki McKaya. Wynalazki, które uruchamia dla wojska. W zasadzie nikt nie rozumie o co z nimi chodzi, ale nie pytamy – przyznał Ford.
- Oczywiście – odparł John.
Nie miał w planach robienia wycieczek. Rozmowa z Mitchellem wytrąciła go z równowagi. Facet ewidentnie żałował swojej decyzji, ale jak wszystko na tym świecie, nie mogła zostać cofnięta. Zbyt wiele biurokracji by to wymagało, a wojsko nie znosiło biurokracji. John nie miał pojęcia też dlaczego nikt go nie słuchał. O ile dobrze się zorientował, był jedynym Przewodnikiem w budynku, więc z zasady powinni byli go traktować jako specjalistę od Rodneya. Mitchell jednak jak typowy ignorant uważał, że wie lepiej. I ta ślady pod duszeniu naprawdę miały długo zostać.
Jego pokój nie różnił się wiele od innych tego typu. Pusta pojedyncza półka, łóżko z przygotowaną pościelą oraz biurko. Brak okien go nie zaniepokoił, ale brak zamka w drzwiach już tak.
- Ach, no i karta zamyka i otwiera drzwi. McKay powiedział, że gubi klucze i dlatego wszystko jest na karty magnetyczne. Dobrą stroną tego jest to, że jak pan nie ma uprawnień, to drzwi pana gdzieś nie wpuszczą – wyjaśnił Ford.
- John, mów mi John – powtórzył i Aiden uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby nie mógł uwierzyć, że poprzednia propozycja nie była jednak całkiem kurtuazyjna.
John nie cierpiał kurtuazji.
- John – powiedział Aiden radośnie. – Zostawię cię teraz samego John. Gdybyś miał pytania, moje kwatery są zaraz obok.

John nie potrafił medytować. Teal'c próbował go nauczyć, gdy mieli pierwszy postój, ale nie wychodziło mu to. Wokół za wiele się działo. Krzyki, wybuchy, jęki rannych. I John nawet nie o tym mówił. Wokół panowała atmosfera strachu, bo jeśli wojsko przekłamywało coś – to właśnie obraz tego jak wojna naprawdę wyglądała. Ich żołnierze bali się, chociaż parli naprzód i John nie wiedział dlaczego nie mówiono o tym na głos.
Teal'c nie był Przewodnikiem, ale mógłby nim być. Nigdy go nie badano. Nie wiadomo było też jak wielu Strażników było w krajach Bliskiego i Dalekiego Wschodu, ponieważ nie prowadzono statystyk. John podejrzewał, że większość z nich zapadła w śpiączki po pierwszych wybuchach i nalotach. Takiego hałasu nie był w stanie nikt przetrzymać.
Kompleks, który zbudował Rodney był oazą spokoju i John nie dziwił się, że całość znalazła się pod ziemią. Był odcięty od świata i to nie była najgorsza rzecz. Nie uderzały w niego emocje innych, bo na ich piętrze znajdowało się co najwyżej dwudziestu wojskowych w jednej chwili, a każdy z nich nie dokładał do szumu więcej, niż mężczyzna, który chyba dreptał przed jego drzwiami.
John instynktownie czuł, że McKay jest za cienkim kawałkiem metalu – nie po jakimś magicznym feromonie, który wydzielali tylko Strażnicy. Po prostu mieszanka strachu, brawury i niepewności była jak odcisk palca Rodneya. Wątpił, aby ktokolwiek, kto poznał bliżej McKaya, potrafił powiedzieć o nim złe słowo. Strażnik był nieśmiały. John zauważył to na samym początku, jeszcze w garażu dla karetek. McKay jednak z całych sił starał się to pokrywać płytką bezczelnością, co Johna bawiło skrycie.
Wstał, wiedząc, że zaskoczy Rodneya i pchnął niezamknięte drzwi.
- Coś się stało, doktorze McKay? – spytał spokojnie i dostrzegł, że Ford niby przypadkiem wybrał ten moment, aby wyjść ze swoich kwater.
- Chciałem tylko zobaczyć… To znaczy… Nie wiem czy jest ci wygodnie… Gdy projektowano budynek według moich wskazówek… - zaczynał Rodney i nie dokończył żadnego zdania.
Zerknął jednak do środka i rozejrzał się, jakby pierwszy raz widział te pokoje. I może faktycznie tak było. Rodney nie wyglądał na faceta, który zaprzyjaźnia się z wojskowymi, którzy go pilnują. John nie byłby zdziwiony nawet, gdyby nie znał ich imion. Jeśli potrafił nie zauważyć Ronona – Strażnik naprawdę był wybiórczy w postrzeganiu, co zapewne pomagało mu funkcjonować.
- Jest okej – odparł John, nie wiedząc co dodać.
- Będzie pewnie wyglądać lepiej, gdy przywieziesz swoje rzeczy – stwierdził Rodney, ale wydawało się bardziej, że mówi do siebie.
John odchrząknął.
- To są moje rzeczy – poinformował mężczyznę.
Nie miał zbyt wielu cywilnych ciuchów. Teyla wyciągała go na zakupy od czasu do czasu, ale unikał ich jak mógł. Nie cierpiał plątania się po centrach handlowych. Mieszkał z Rononem, więc nie chciał też w cudzym mieszkaniu się urządzać. Nie kupił więc żadnych mebli ani obrazów. A plakat z Johnnym Cashem i tak byłby trudny do powieszenia nad łóżkiem. W wojskowej torbie znajdowały się mundury na zmianę i pewnie jeden galowy, którego nigdy nie zamierzał włożyć. Zostawił je za sobą, gdy opuszczał bazę i nie wierzył, że Air Force nadal miało jego stare rzeczy.
Rodney spoglądał na niego w czystym szoku.
Przez chwilę nawet sądził, że Przewodnik zawiesił się, ale McKay zamrugał w końcu, jakby wychodził z transu.
- Cóż… Pozostali przywieźli ze sobą telewizory i komputery… - zaczął Rodney i urwał. – Nie znam się na tym, co robią mężczyźni w naszym wieku – przyznał w końcu szczerze Strażnik.
- Nie oglądam telewizji – odparł John. - Biegam w wolnym czasie.
McKay zamrugał ponownie.
- Och, więc… Więc pewnie ucieszy cię, że za budynkiem jest naprawdę spory teren zieleni. Kilka hektarów. Musisz wyjechać na parter i wejść na tył budynku. Twoja karta… Ona otwiera wszystko, jeśli chcesz. Mamy siłownię na drugim piętrze, bo Mitchell narzekał, że nie ma co tutaj robić… - zaczął Rodney.
- Hej doktorku, naprawdę mamy dostęp do tego parku na tyłach? – zdziwił się Ford, zachodząc McKaya od tyłu.
Rodney podskoczył, a potem zaczerwienił się wściekle, jakby został przyłapany na gorącym uczynku. Biło od niego zażenowanie i panika.
- Tak, tak – powiedział w końcu Rodney. – Odblokuję wasze karty jeszcze dzisiaj – dodał potwierdzając podejrzenia Johna, że tak naprawdę to on miał mieć dostęp do terenów zielonych firmy. – Cóż… - zaczął Rodney i przestąpił nerwowo z nogi na nogę.
- Jak się czujesz? – spytał John wprost.
McKay spojrzał na niego lekko spanikowany.
- Jak ja się czuję? Porwano cię i zmuszają mnie do przetrzymywania cię – powiedział Rodney, ignorując fakt, że Ford popatrzył teraz na nich szeroko otwartymi oczami. – Nienawidzę cholernego wojska. Wy Amerykanie jesteście jakimiś psychopatami. Kompleks bohatera? Mitchell rzuci się następnym razem na cytrynę, gdy ktoś będzie chciał sobie stroić ze mnie żarty?
- Lepsza cytryna niż granat – odparł John, nie zastanawiając się nawet nad tym jak to brzmi.
Oczy McKaya zrobiły się wielkie jak spodki.
- Fizycy teoretyczni i tak nie robią niczego ważnego, Rodney. To nie tak, że ktokolwiek będzie zainteresowany porywaniem cię – zakpił i Strażnik złapał przynętę.
- Chciałbym ci oznajmić, że jestem szalenie ważnym człowiekiem. Do komputerów firmy średnio raz dziennie próbuje się włamać haker, ale oczywiście mamy najlepsze zabezpieczenia, więc CIA i inne agencje mogą się cmoknąć. I fizycy teoretyczni w tych czasach, John, zajmują się tworzeniem projektów, które później są wykonywane przez inżynierów. Czy sądzisz, że z dwoma doktoratami babrałbym się w składaniu czegoś według schematu? Nie mam czasu na układanki – prychnął Rodney.
- Z przekaźnikiem w karetce poszło ci nie najgorzej – przypomniał mu John i Strażnik zaczerwienił się lekko.