Dziękuję ogromnie za komentarze i zapraszam na kolejny rozdział :)
Budynek firmy Rodneya był ogromny. Nie dostrzegł tego początkowo, gdy byli tu pierwszy raz z Teylą, ale kompleks ukrywał pod ziemią przestrzenie, które zaskoczyły Johna. Nie zdziwiłby się, gdyby Mitchell faktycznie nie wiedział co tak naprawdę Rodney robił, ponieważ ilość laboratoriów i tajnych skrytek była zaskakująca. Ford też marszczył brwi ilekroć drzwi otwierały się przed nim jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Normalnie nie mamy tutaj dostępu – poinformował go Aiden i John nie po raz pierwszy spojrzał podejrzliwie na swoją kartę.
Było dla niego oczywistym, że Rodney umożliwił mu poruszanie się po każdym z pięter. Strażnik jako istota terytorialna nie lubił obcych szwędających się wszędzie, ale John był Przewodnikiem. Pewne prawa po prostu go nie obowiązywały. A inni uczyli się nareszcie gdzie leżała granica. McKay sam ją nakreślił przyduszając Mitchella tak skutecznie, że podpułkownik nadal miał na szyi siniaki.
- A co tutaj jest? – spytał John ciekawie.
W zasadzie trafili już do jednego z kuchennych magazynów. Nie miał już czterech lat i podkradanie galaretki, gdy nikt nie widzi – nie kręciło go. Jednak nudził się niemożliwie, zamknięty w czterech ścianach własnego pokoju. Marines odnosili się do niego podejrzliwie, mając zapewne mieszane uczucia względem kogoś, kogo sprowadzono tutaj siła, a kto wcale nie chciał tutaj być. John czuł ich niepewność i nie wytrzymywał długo, gdy udawali, że na niego nie patrzą, gdy tak naprawdę śledzili każdy jego ruch.
Jedynym, który zachowywał się w stosunku do niego normalnie – był Ford. Aiden jednak nadal miał kompleks szeregowego i szukał u niego aprobaty. I Mitchell miał rację – nawet z kapitanem u boku – nadal był wyższy stopniem. Szacunku nie zyskiwało się poprzez tytuł. Ford nie zachowywał się jak jego kolega z równy rangą. I zapewne jeszcze przez wiele tygodni pozostanie tym samym porucznikiem, z którym spotkał się na jednej z misji.
- Prywatne pokoje McKaya – odparł Ford.
John zatrzymał się od razu, nie wiedząc za bardzo czy chce iść dalej. Rodney na pewno wyczułby jego obecność. I nie chciał mieszać Strażnikowi w głowie. Nie był szpiegiem przysłanym przez Air Force, aby sprawdzać jakie porno McKay ma pod poduszką. Każdy miał prawo do prywatności.
- Sądziłem, że ma dom poza kompleksem – zdziwił się.
Ford wzruszył ramionami.
- Facet jest pracoholikiem. Jest częściej tutaj niż tam. Mówili, że nie ma co robić z pieniędzmi, a zamiast żyć jak król, pracuje po nocach – poinformował go Aiden.
- Pieniądze to nie wszystko – odparł John.
Nie dodał, że w Strażniku intrygowała go właśnie ambicja i fakt, że Rodney nikt nie osiadł na laurach. Świat nauki był pełen rzeczy do odkrycia. I pieniądze naprawdę nie dawały wolności, o której Ford zapewne marzył.
John wycofał się, starając się dotykać jak najmniej po drodze. Nie wątpił jednak, że Strażnik odkryje szybko, że jego prywatne pokoje zostały naruszone. John miał jednak dziesiątki wymówek przygotowanych pod ręką, gdyby McKay był niezadowolony z jego myszkowania. W końcu to Rodney ustalał gdzie komu wolno wejść i dlatego marines nie mieli dostępu do parku. Aż do dzisiejszego dnia.
Bieg był cudowny. Kiedy tylko udało mu się wyrwać na powierzchnię, zaczął zastanawiać się nad ucieczką. Jak daleko udałoby mu się dobrnąć zanim Mitchell wysłałby za nim ludzi w pogoń. Kompleks był rozległy i to mogło mu kupić kilka godzin, ale życie jako uciekiniera – w ciągłym stresie i lęku – nie było dla niego możliwe. Byłby wrakiem zanim minąłby miesiąc.
Wycofali się z Fordem z powrotem na ich piętro i John zamarł, gdy dostrzegł, że normalnie pusta przestrzeń oddzielająca od siebie pokoje marines, jest wypełniona pudłami. Kilku chłopaków ściągało folię z wyglądających na drogie mebli, a jeden starał się podłączyć ogromny telewizor do gniazdka, które było przeznaczone ewidentnie wyłączne na kable z płaskim wejściem. Musieli użyć przejściówki, ale najwyraźniej Rodney miał rację i otaczali go idioci.
- Co się dzieje, kapralu? – spytał Aiden używając odrobinę niższego głosu, co wcale nie sprawiało, że brzmiał bardziej męsko.
Nie w uszach Johna.
- Dostarczono nam je dzisiaj – odparł Harris. – Grodin kazał nam to rozpakować i podłączyć. Chyba McKay kazał mu to poskładać, ale Grodin powiedział, że nawet małpa sobie poradzi – dodał marines i brzmiał na zirytowanego.
John nie wiedział czy faktem, że naukowiec nazwał ich małpami czy przez to, że jednak marines stali odrobinę niżej, skoro zwykła wtyczka sprawiała im taką trudność. Chłopaki ewidentnie nie byli z łączności. I szczerze współczuł ich przyszłym żonom. Armia niestety nie wypuszczała samych złotych rączek, a składanie kałasznikowa na czas nie przydawało się w zwykłym życiu.
- Chyba zaczynam sobie zdawać sprawę dlaczego awansowałem tak wcześnie – westchnął Ford i zabrał jednemu z poruczników kabel. – Czy ty widzisz to wejście? – spytał zirytowany i John nie mógł nie zaśmiać się w głos.
A potem ten dźwięk zamarł mu nagle w gardle, gdy zdał sobie sprawę, że Rodney musiał to wszystko kupić. Rząd nie zaopatrywał w ten sposób świetlic. Nie dla żołnierzy niższego szczebla wysłanych na pilnowania jajogłowych. Normalnie, jeśli mieli szczęście w takich sytuacjach – posiadali komputer na czterech. Tymczasem konsola i pady to nie było jedyne, co znajdowało się w pudłach. Kolejne laptopy zostały wypakowane i wszystkie miały charakterystyczne nalepki Mc&Mr – McKay& Miller.
Kilku chłopaków podniosło głowy i zaczęły się szepty, których John nie chciał słuchać. Większość z tych idiotów pomyśli zapewne, że Strażnik próbuje go kupić. I to naprawdę był idiotyzm. Jeannie próbowała go spłacić jeszcze tak niedawno. I oni wszyscy nie zdawali sobie sprawy, że to nie kręci się wokół pieniądza. McKay nie zbliżyłby się do niego, gdyby nie okoliczności, które wymusił Mitchell. I może John trochę nagiął zasady prosząc, żeby Strażnik się go jednak nie wyzbywał, ale jednak kości już zostały rzucone.
McKay musiał odczuwać jakieś dziwne wyrzuty sumienia, ale istniała granica pomiędzy zezwalaniem mu na bieganie w parku, a wykupywaniu sklepu elektronicznego. Rodney ewidentnie nie chciał, aby to było zbyt oczywiste, więc 'obdarowani' zostali wszyscy. Jednak to było dość oczywiste, gdy widziało się skonfundowaną minę Forda na widok zabawek, które dostali. Nie wiedział jak długo chłopak pracował przy tym projekcie, ale zachowanie McKaya odstawało od normy. I John nie wiedziałby o tym, gdyby nie spojrzenia, które rzucano Rodneyowi.
Nie mógł nie próbować rozgryźć intencji Strażnika, chociaż to było bez sensu i czuł, że doszukuje się w tym więcej niż powinien. McKay nie cierpiał Centrum i wojska, i chociaż pracował z nimi – jednak dawał jednoznaczny sygnał Przewodnikom i żołnierzom – nie chciał ich tutaj. John wiedział doskonale jak kontakt działał na Strażników. Otwierali się na kilka chwil i jeśli im się spodobało podobne połączenie – szukali kompatybilnego Przewodnika. Nie musiał być tym samym, który nawiązał kontakt po raz pierwszy. To nie miało aż takiego znaczenia. I John prawie spodziewał się, że McKay – poruszony i wybity z równowagi – znajdzie na prędkości kogoś, kto stworzy substytut więzi, którą wytworzyli na piętnaście minut. Byłoby mu nawet łatwiej, jeśli wcześniej miał trudności. Centrum jednak podobnie jak wojsko było zbyt napastliwe i Rodney wiedział, co dla niego najlepsze. Samotność oznaczała niezależność i John też kiedyś stanął przed podobną decyzją.
John nie spodziewał się, że o piątej rano ktoś do niego dołączy w biegu i prawie się potknął, gdy dostrzegł za sobą Ronona. Rozejrzał się spanikowany, sprawdzając czy ktoś już w nich nie celuje, ale pas zieleni przed nimi i za nimi wydawał się pusty.
- Starzejesz się – powiedział jego przyjaciel, jak gdyby nigdy nic. – McKay dał mi kartę. Byliśmy wczoraj u ciebie, ale nie mógł nas wpuścić.
- Procedury wojskowe – powiedział, zatrzymując się.
Miał ochotę uściskać Dexa, ale jednocześnie nie wiedział czy gdy dotknie przyjaciela, on czasem nie zniknie. W końcu w laboratoriach mógł się czegoś nawdychać. Halucynacje nie byłyby jego jedynym problemem.
Ronon w końcu zdecydował się wyciągnąć dłoń i klepnął go w ramię, co było w jego języku prawie uściskiem.
- Macie dziwne zwyczaje w waszym kraju – powiedział Dex.
- Jest z Hawajów, co czyni cię jednak obywatelem Ameryki – przypomniał mu John, nie mogąc się powstrzymać.
Czuł się dziwnie ze świadomością, że może porozmawiać z Rononem twarzą w twarz. Mitchell dał mu bana na telefon zapewne obawiając się wezwania prasy na odsiecz. John jednak nie posunąłby się do czegoś podobnego, bo to uderzyłoby w McKaya jeszcze mocniej. Nie chciał, aby myślano, że Strażnik wykorzystał wojsko, aby ominąć regulacje między nimi. Prawa nie powstały bez powodów i teraz sytuacja była tak popieprzona, że przez ostatnie dwie doby starał się zrozumieć na czym stoi. I co właściwie obaj robili. Z jednej strony czuł się tak, jakby wokół siebie krążyli, ale z drugiej instynkt przypominał mu, że wszystko między nimi skończone. Nie czuł tego połączenia, które pojawiło się wcześniej.
I nie był dla Rodneya już włochatą truskawką – cokolwiek to znaczyło.
- Wyglądasz szpetnie – stwierdził Ronon bez wahania.
- Dzięki, dupku. Może chcesz do naszej wesołej kompanii? Ten miły fryzjer, który dobrał się do mojej głowy, na pewno ma również siekierę, którą obciąłby twoje dredy – prychnął John.
Ronon przewrócił oczami, a potem nagle spoważniał.
- Cofam to co powiedziałem wcześniej. McKay to nie jest los na loterii – powiedział szczerze Dex.
- McKay jest w porządku – odparł John i westchnął.
- Żałuję, że nie dorwałem tego dupka, który ci groził. Jest tutaj? – spytał Ronon ciekawie.
John uśmiechnął się krzywo na wspomnienie Mitchella.
- Nie masz czego żałować. McKay go dorwał – poinformował przyjaciela lekko.
Ronon spojrzał na niego z niedowierzaniem. I faktycznie jego Strażnik nie wyglądał na wojownika. I nie musiał. John nigdy nie zwracał uwagi na tych, których wojsko szkoliło jako maszyny do zabijania. Potem ludzie dziwili się, że każdy z nich dostawał Przewodnika, który życie spędzał na medytacji – jakby cokolwiek innego było możliwe, gdy wokół czuć było zapach śmierci, a od Strażnika bił spokój mordercy bez sumienia. John nigdy nie potrafił z nimi nadawać na jednej fali. Oczywiście był zmuszony niekiedy pociągnąć za spust, ale to nigdy go nie zmieniło w bezuczuciowe zombie. Nadal uderzały go emocje z każdej stron – taki po prostu był. I nie chciał tego w sobie tłumić.
Rodney był inny. Nie był mordercą. Nie był nawet zainteresowany tematem. I pewnie, gdyby ich zaatakowano, byłby pierwszym, który schroniłby się pod stołem i czekał aż hałas ucichnie. I John nie miał mu tego za złe. To była ludzka reakcja – strach. Nie wiedział dlaczego ludzie go próbowali stłamsić i udawać, że nie istnieje. Powinno się po prostu nauczyć z nim żyć. Tak jak John robił ze swoimi lękami.
- Skoro tak twierdzisz – odparł Ronon, ewidentnie nie wierząc w jego słowa.
- Trzech marines próbowało go powstrzymać, szkoda, że tego nie widziałeś – dodał tylko John i rzucił się w stronę najbliższego drzewa, wiedząc, że Ronon i tak go dogoni.
W zasadzie nie był do końca pewien co powinien robić. Mitchell zbywał go półsłówkami, zapewne czując się głupio, że nie ma dla niego przydziału. Ford ogarniał marines i oni byli pod jego rozkazami. John był obcy i zbędny. Został przydzielony do tego zadania tylko ze względu na dodatkowe umiejętności, których użycia odmawiał. Strażnik zasługiwał na więcej niż manipulowanie nim. A jeśli projekt był ważny – powinni zatrudnić więcej naukowców.
John starał się nie wchodzić nikomu pod nogi, więc w trakcie dnia ograniczył swoje wycieczki. Raz na jakiś czas zaglądał do laboratorium i przyglądał się Rodneyowi przy pracy. Strażnik zawsze wiedział, gdy jest obserwowany, ale nigdy nie podnosił głowy. Sztywniał jednak i przestawał się ruszać, jakby bał się, że Johna spłoszy każda bardziej aktywna reakcja. Laboratoria były zaskakująco ciche. Wyposażone w wielkie białe tablice pomieszczenia nie były zbyt ostro oświetlone i środowisko było ewidentnie dostosowane do delikatnych zmysłów Rodneya. I może dlatego mężczyzna wolał mieszkać w kompleksie, który rozplanował. Hermetyczne środowisko ograniczające bodźce do minimum na pewno było dla niego zdrowsze.
Od czasu do czasu jednak nawet tutaj działo się coś wybiegającego poza normę. Ostry dźwięk alarmu przecinał powietrze, gdy ktoś przypadkowo i bez upoważnienia znalazł się na ich terenie. Marines stawiali się przy wejściach w gotowości, a John wzdychał i ruszał w stronę laboratorium. Rodney zawsze jednak wydawał się w porządku, a potem uśmiechał się nieśmiało na jego widok, jakby dziękował niemo za troskę. John jednak właśnie po to zamieszkiwał ten kompleks – żeby upewnić się, że Strażnik przez przypadek nie odleci. I nie mógł nie podziwiać jak wielką kontrolę nad sobą miał McKay.
Kiedy rozległo się pukanie do jego drzwi, nie spodziewał się za nimi Jeannie Miller. Kobieta spojrzała niepewnie do środka, jakby nie wiedziała czy na pewno chce wejść do tak małego pomieszczenia. I John prawdę powiedziawszy nie wiedział czy chce ją wpuszczać. Nie miał jakiegoś problemu z obcymi w jego przestrzeni, ale kobieta za bardzo przypominała mu o ojcu. Nie odsunął się zatem, robiąc jej więcej miejsca.
- Mogłabym? – spytała i sugestywnie spojrzała do środka.
Widział ciekawe spojrzenia mijających ich marines i westchnął. Kobieta na piętrze, gdzie mieszkali sami mężczyźni to jednak nie był do końca dobry pomysł.
- Proszę bardzo – powiedział takim tonem, aby wszystko było dla nich jasne.
Miller nie miała za grosz empatii, więc mogła przegapić drobne szczegóły – jak fakt, że nie była ulubionym człowiekiem Johna. Była zbyt porywcza. Trochę przypominała pod tym względem Rodneya, ale on przynajmniej zbierał konieczne dane zanim podejmował decyzje i nie działał na ślepo.
Jeannie weszła do środka i rozejrzała się ciekawie po pomieszczeniu, jakby spodziewała się dostrzec cokolwiek, co powiedziałoby jej kim jest John. Niespecjalnie nie wykładał rzeczy na półkę. Po prostu nie miał ich zbyt wielu i chociaż Teyla z Rononem podsyłali mu non stop dzieła literatury rosyjskiej, żadnej z tych książek na razie nie tknął. Nie był aż tak zdesperowany i to prawdę powiedziawszy go nawet zaskoczyło. Dzięki konsoli miał jak zabijać czas, a marines zawsze chętnie mierzyli się z nim szczególnie, gdy odkryli, że nie był tak naprawdę ich zwierzchnikiem. Pomóc mógł też fakt, że Ford powiedział wprost dlaczego John wybrał Rezerwę. Marines rozumieli, że nie zostawia się swoich w rękach wroga i chyba im trochę zaimponował postawą. W końcu każdy chciał mieć dowódcę, który narazi dla ciebie życie i karierę.
- Nie chciałbyś… - zaczęła Jeannie.
- Nie. Nic od ciebie nie chcę. Chyba to już uzgodniliśmy – powiedział, wchodząc jej w słowo.
Jeannie zaczerwieniła się aż po koniuszki uszu. Rodney podobnie reagował, gdy zostawał przyłapany na gorącym uczynku.
Wstyd bił od kobiety przez chwilę, a potem zacisnęła usta i spojrzała na niego z determinacją, której się nie spodziewał po tej małej kobiecie.
- Nie jestem twoim wrogiem – poinformowała go z uczuciem. – Zastawiali sidła na mojego brata. Nie wiedziałam, że nie jesteś jednym z nich. I umiem się przyznać do błędu, gdy taki popełniam. Wiem też, że to wiele nie zmieniło między wami – dodała i spojrzała na niego z wyzwaniem w oczach.
Miała rację. Decyzję podjął sam. I nie miała ona nic wspólnego z pieniędzmi, którymi chciała go przekupić Miller. Wszystko krążyło po prostu wokół tego kim jest Rodney.
- Czytałam trochę o was. Przejrzałam wszystko co mogłam, gdy okazało się, że Rodney jest Strażnikiem, ale w Kanadzie było inaczej – przyznała Jeannie. – Kiedy przeprowadziliśmy się tutaj, to było jak szok kulturowy. Normalnie taka nie jestem – powiedziała z wyraźnym wysiłkiem.
I prawda była taka, że John jej wierzył. Jednak nie zapominał takich upokorzeń łatwo.
- Widziałam, że nie umeblowałeś pokoju – podjęła, spoglądając ponownie na puste ściany.
Nie chciał nawet kalendarza. Oznaczałoby to liczenie dni do emerytury, bo nie wierzył, aby zbyt szybko go wypuścili.
- I pewnie nie pozwolisz mi tego zrobić – dodała Jeannie.
Nie kłopotał się nawet odpowiadać. To było całkiem oczywiste. Nie chciał jej tutaj również i nie mógł się doczekać aż znowu usiądzie spokojnie na swoim łóżku i zacznie się wgapiać w szarą ścianę. W zasadzie te kwatery nie były najgorsze. Nie potrzebował nawet medytacji Teal'ca, aby popaść w marazm, który skracał jego dni. Ronon trzy razy w tygodniu pojawiał się na wspólnym biegu. Teyla czasami wpadała z Torrenem i mały naprawdę rósł na drożdżach.
- Nasi prawnicy pracują nad twoją degradacją. Rodney był wściekły, gdy się dowiedział o powodzie, dla którego się to stało – powiedziała Jeannie z trudem dobierając słowa tak, aby nie wypowiedzieć na głos o co tak naprawdę chodziło.
Ktoś musiał ją pouczyć, że przypominanie o śmierci przyjaciół jest faktycznym torturowaniem Przewodnika. John zawsze jednak był twardy. Wiedział też, kiedy należy zakopać topór wojenny.
- Nigdy i tak nie wykorzystam mojej rangi, ale doceniam gest – powiedział więc i spojrzał na nią mniej nieprzyjaźnie.
