Rodney czuł Johna na długo zanim Przewodnik wchodził do laboratorium. Nie podnosił głowy, nie chcąc płoszyć mężczyzny. W końcu sam fakt, że zapamiętał tak dobrze jego zapach był jego winą. I jeśli Zelenka przypatrywał się potem mu dziwnie – John o tym nie wiedział.
- Naprawdę jest z tobą źle – powiedział Radek pewnego dnia, gdy Rodney podszedł w miejsce, gdzie jeszcze niedawno stał John i wziął kilka głębszych wdechów, chcąc wciągnąć do płuc tyle zapachu ile był w stanie. – Naprawdę tylko on? – spytał.
Rodney spojrzał na niego ostro.
- Hej, hej. Tylko pytałem – powiedział Zelenka unosząc dłonie w geście poddania.
Rodney i tak czuł się jak idiota. John pachniał niebiańsko. Jak truskawki, jak życie i jak poranek. I jego włosy zaczynały odrastać, więc dowód bezpośredniej agresji wojska na nim, powoli zanikał. Wiedział, że jego Przewodnik nie ma zbyt wielu rzeczy, ale nigdy nie sądził, że dorośli mężczyźni ograniczali się do t-shirtów i jeansów. John miał ich całą kolekcję i chociaż większość miała ciemne kolory, dostrzegał drobne różnice między nimi. Niektóre koszulki wydawały się odrobinę bardziej opinające jego ciało i Rodney zawieszał się na krzywiznach klatki piersiowej. Przewodnik nie był umięśniony jak ci marines, którzy pół życia spędzali na siłowni, ale jego ciało miało przyjemny kształt. Wąskie biodra przechodziły w solidny tors, który zapewne był owłosiony równie mocno, co reszta Johna. Kiedy po raz pierwszy zobaczył przedramiona Przewodnika – nie mógł oderwać od nich wzroku. Ciemne kręcone włoski na opalonej skórze prezentowały się cudownie. Jego wzrok starał się uchwycić każdy szczegół i pewnie odpłynąłby, gdyby Zelenka nie dał mu kuksańca w bok.
- Myślę, że potrzebujemy przerwy – powiedział nagle Radek i Rodney zamarł, bo znowu stał na środku laboratorium po prostu wgapiając się w przestrzeń.
I Grodin ze wszystkich ludzi uśmiechał się krzywo, jakby miał jakiekolwiek prawo oceniać.
- Nie skończyliśmy – zaczął Rodney, ale protest w zasadzie zamarł mu w ustach.
- Może spada ci cukier? Kiedy ostatnio jadłeś? – zainteresował się Radek.
Rodney niemal od razu poczuł mdłości. Możliwe, że Zelenka znowu miał rację. Po raz trzeci tego dnia, więc coś się działo nie tak z tym światem i należało to naprawić. Podobnie jak przy poprzednich dwóch razach i teraz nie przyznał mu racji.
- Powinienem mieć jeszcze czekoladę u siebie – zaczął zastanawiać się na głos.
- Zjedz coś porządnego. Bóg jeden wie kiedy ostatnio jadłeś faktyczny posiłek – westchnął Czech. – Ta stołówka dla żołnierzy nie gryzie, wiesz. Normalnie jadamy tam posiłki – poinformował go Zelenka.
I Rodney naprawdę o tym wiedział. Jego współpracownicy znikali w końcu o stałych porach, a potem pojawiali się pachnąc jedzeniem i marines. Był pewien, że Miko również flirtowała, ile tylko mogła, korzystając z sytuacji. Obiektywnie rzecz biorąc je odrobinę bardziej ogolone szympansy były nawet przystojne. To pewnie była zasługa mundurów.
- Stołówka – powiedział powoli Rodney. – A co jeśli w jedzeniu będą cytryny? – spytał nagle podniesionym tonem.
- Czy nie jesteś czasem tym swoim nosem w stanie wywąchać ich na kilometry? – spytał Radek i spojrzał na niego z politowaniem.
Kiedy chodziło o kwestie cytryn, Rodney czasem zapominał, że był Strażnikiem.
- Tak, tak. Rzeczywiście – powiedział, wiedząc, że to dokładnie czwarty raz, gdy Zelenka wiedział coś lub pamiętał, a Rodney nie.
Jeśli to nie oznaczało, że potrzebował przerwy to był to po prostu koniec świata. Albo przez przypadek przeniósł się do alternatywnej rzeczywistości i nawet tego nie zauważył.

Czuł się dziwnie wchodząc do sporej wielkości pomieszczenia, które pachniało mieszaniną wszystkiego; potu, taniego dezodorantu, jedzenia i płynu, którego używano do dezynfekowania klimatyzacji. Zelenka przywitał się z kilkoma marines, jakby znali się od miesięcy i możliwe, że tak było. Rodney jednak nie spodziewał się, że Czech zajmie ostatnie miejsce przy czteroosobowym stoliku, zostawiając go samego w obcym miejscu z tacą pełną jedzenia. Nagle było z powrotem jak w szkole średniej i przypomniał sobie dlaczego nie lubił stołówek. Wszyscy spoglądali na niego, a on się czuł coraz bardziej jak idiota. Nie miał gdzie usiąść i nikogo nie znał. Rozważał nawet powrót do laboratorium z tacą w dłoniach, ale ci pełni testosteronu troglodyci mieliby za dużą satysfakcję z tego, że fatycznie nie był taki jak oni.
Nie chciał przyjęcia do grupy. Nie o to się starał. Szacunek jednak byłby miły. I żeby przestali nazywać go jajogłowym, gdy myśleli, że nie słyszy. Miał nawet ochotę kupić im kolejny zestaw do gier, bo cały tydzień słyszał miłe rzeczy na swój temat, ale Jeannie mówiła, że kupowanie przyjaźni nie było dobre. I wiedział, że miała rację, ale nie miał czasu na ludzi i ci przeważnie uważali wtedy, że ich obrażał.
- McKay – krzyknął jego Przewodnik i Rodney ponad tłumem dostrzegł go siedzącego przy jednym z lepszych stołów.
Zapewne oficerskim, skoro Ford też się tam znajdował. Rodney po raz pierwszy został zaproszony do stolika tych popularnych i zamrugał, nie wiedząc, czy nie odczytuje tego źle. John jednak już przesuwał swoją tacę.
- Odleciałeś? – spytał Przewodnik podejrzliwie.
- Nie, nie, po prostu… - zaczął Rodney, siadając na miejscu naprzeciwko Johna.
Trącili się z Fordem ramionami przez przypadek i poczuł, że kolega Przewodnika jest cały w jego zapachu. Nie podobało mu się to.
- Och, McKay, McKay – powiedział ostrzej John. – Zostaw go. Mieliśmy trening.
- Trening? – spytał Rodney i dostrzegł, że właśnie wcisnął nos w szyję Forda, który zamarł i starał się nie ruszać.
- Trening – potwierdził Przewodnik. – Trening jak sparing. Czasem trzeba się z kimś zmierzyć, żeby nie zapomnieć jak się człowiek powinien ruszać – odparł John i uniósł brew naprawdę wysoko. – Kiedy ostatnio spałeś? – spytał wprost.
- Spałem – powtórzył Rodney powoli, czując się naprawdę niebiańsko.
Zelenka miał znowu rację. Piąty raz. Stołówka była genialnym pomysłem. Prawie tak genialnym jak podłączenie się do satelity na geostacjonarnej orbicie Ziemi. Co przypomniało Rodneyowi, że miał do rozwiązania równanie. Pad leżał porzucony na stoliku zaraz obok jego tacki, ale John o coś pytał. A Przewodnik miał zawsze pierwszeństwo.
- Jaki mamy dzień tygodnia? – zainteresował się, gdy dostrzegł, że zegarek niewiele mu podpowie.
- Dzień tygodnia? – powtórzył powoli John i wydał z siebie długie westchnienie. – Dobra. Zrobimy tak. Zjesz to, a potem pojedziesz do siebie i zdrzemniesz się chociaż przez cztery godziny. I nie nastawiaj zegarka. Śpij tak długo jak będziesz potrzebował. Minimum jednak cztery, zrozumiałeś? – spytał Przewodnik odrobinę ostrzej.
Rodney wiedział, że zrobił coś nie tak, bo John nie był zadowolony. Jednak Mitchell chciał wyników. I O'Neilla nie interesowało ile spali. Chciał, aby ten projekt się skończył, aby mogli przejść do kolejnego. Albo testów. Testy byłyby dobre. Nie wymagałyby tyle liczenia. Mieniło mu się w głowie od cyfr i stałych.
- Nie mogę. Termin – powiedział krótko Rodney.
Możliwe, że wąchał Forda przed chwilą, bo zmysły strażnicze były wszystkim, co trzymało go w pionie.
- Super, McKay, ale nie jesteś zdolny do pracy – powiedział spokojnie John.
- Nie możesz być tego pewien – odparł z pewnością w głosie.
Przewodnik uśmiechnął się krzywo.
- W zasadzie mogę. Od dziesięciu minut próbujesz podzielić przez zero. Masz błąd w równaniu i dlatego wychodzą ci głupoty – poinformował go John.
Rodney podniósł pad i przewinął o kilka stron swoje obliczenia. Zamrugał i spojrzał na Johna, który spokojnie wgryzał się w swoje jabłko z satysfakcją wypisaną na twarzy.
- Ty… - powiedział Rodney i urwał. – Mówiłeś, że nie znasz się na równaniach Riemanna – dodał oskarżycielskim tonem.
John wzruszył ramionami.
- Matematyka to matematyka. Jeśli dzielisz przez zero nigdy do niczego nie dojdziesz – odparł Przewodnik. – A jeśli ty, przypominam ci, doktor, doktor McKay to robisz, oznacza to, że musisz się położyć spać i wstać dopiero, gdy twoje szare komórki zaczną działać – dodał John i to było całkiem racjonalne.
I Rodney próbował udawać, że wcale nie widzi zszokowanego wyrazu twarzy Zelenki. Wszyscy przyglądali im się mniej lub bardziej ukradkowo.
- Wykorzystujesz przeciwko mnie moje doktoraty – odgadł z niedowierzaniem i John nawet nie ukrywał jak go to bawi.
Wściekłby się normalnie, gdyby nie fakt, że miło było zobaczyć jak jego Przewodnik się znowu uśmiecha.
- Ale to całkiem racjonalne – przyznał po dłuższej chwili i wstał od stołu, nagle orientując się, że John ma na sobie wyjątkowo cienką koszulkę.
Z tego kąta widział kształt jego sutka. Zapach mężczyzny też był bardziej intensywny niż zwykle. Jego włosy błyszczały resztkami wilgoci, więc musiał ćwiczyć z Fordem niedawno. I wykąpał się tuż przed posiłkiem. John nie używał szamponu o mocnym zapachu. I Rodney wątpił, aby Przewodnik miał zwyczaj nakładania na siebie tych śmierdzących perfum, których mężczyźni używali, aby przypodobać się kobietom. Zapewne sam naturalny zapach wystarczał. W końcu był tak naładowany feromonami, że Rodney prawie widział ich cząsteczki w powietrzu.
I były piękne. Czuł, że jest w stanie rozłożyć je na molekuły, ale ktoś złapał go za rękę, zwracając na siebie jego całą uwagę.
- McKay – powiedział jego Przewodnik. – Jesteś już z nami?
Czyli tak – miał znowu kolejny odlot. Tym razem to była wina feromonów w powietrzu.
- No tak – stwierdził John. – Zelenka, do jasnej cholery, powinieneś był go położyć szesnaście godzin temu – warknął jego Przewodnik.
Rodney widział jak usta Czecha się poruszają, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Zatem zawiesił się tym razem na Johnie i to było coś nowego.
Przewodnik podał mu pad drugą ręką, nie zrywając między nimi kontaktu. Rodney czuł jak John obejmuje go i prowadzi obok siebie, z dala od zgiełku i zapachów.
- Praca – powiedział Rodney, wiedząc, że miał coś jeszcze do zrobienia.
John jednak zacisnął dłoń na jego biodrze.
- Sen – powiedział krótko jego Przewodnik.
Rodney mrugnął i jakimś cudem znaleźli się przed jego drzwiami. Możliwe, że brała w tym udział jakaś magia. Nie był do końca pewien. Nie wierzył w Boga, ale cała reszta była całkiem prawdopodobna. W końcu fizyka teoretyczna miała z nią wiele wspólnego – mogli ją uprawiać tylko ludzie obdarzeni pewnymi zdolnościami. A to czyniło go czarodziejem. I może nie powinien był czytać Harry'ego Pottera. Nie wiedział za bardzo co się dzieje z jego mózgiem, ale rejestrował każdy centymetr kwadratowy, którym dociskał się do ciała Przewodnika.
John był niemal chłodny, a może to on był w gorączce. To zdarzało się już wcześniej, gdy pracował zbyt długo bez przerwy. Normalnie cukrzyca dawała o sobie znać, więc przynajmniej jadł regularnie, ale Zelenka miał zwyczaj podsuwania mu jedzenia, aby poprawić mu humor. Rodney wiedział, że krzyczał o wiele mniej, gdy słodycze pojawiały się znikąd. I jeśli sądzili, że nie dostrzegał tych ukradkowych spojrzeń, to się grubo mylili.
Mało co mu umykało. Podobnie jak ewidentne wahanie Johna, gdy swoją kartą otwierał jego drzwi. Mężczyzna pchnął go do środka, zrywając z nim kontakt i Rodney przystanął, czując się tak bardzo nie na miejscu jak tylko mógł. Jego serce zaczęło zwalniać samo i nie wiedział za bardzo jak to odebrać. Spojrzał na usta Johna, lekko uchylone – jakby mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co. Starał się zsynchronizować ich oddechy, żeby mieć jakiś punkt zaczepienia, ale nie szło mu za dobrze, gdy John był tak daleko.
Cały centymetr od niego.
- McKay, śpij – powiedział Przewodnik.
Rodney zamrugał i wziął głębszy oddech.
- Co chwila odpływasz, prawda? – westchnął John, odgadując w czym problem. – Nie możesz doprowadzać się do tego stanu. Zostać z tobą przez kilka minut? – zaproponował Przewodnik i jego serce zaczęło bić mocniej.

Kiedy się obudził, zdał sobie sprawę, że nie jest sam. John stał przed półką z książkami i sprawdzał pozycje, w które Jeannie wyposażyła go lata temu, gdy meblowali kompleks. Jego kwatery przypominały te dla marines, ale były odrobinę większe. Potrzebował przestrzeni, aby się po niej swobodnie poruszać, gdy jakaś myśl wpadała mu do głowy. Lepiej pracowało mu się w ruchu, więc w pokoju znajdowała się również biała tablica.
Nie wiedział za bardzo jak długo spał, ale kiedy dostrzegł, że kolejne z jego równań zostało rozwiązane, nie mógł nie zamrugać z zaskoczenia. To na pewno nie był jego charakter pisma, ale wynik wydawał się jak najbardziej prawidłowy.
- Skąd znasz się na matematyce? – spytał zachrypniętym od snu głosem.
I może powinien był dać znać najpierw, że nie śpi, bo John podskoczył mocno zaskoczony i spojrzał na niego niepewnie.
Przewodnik jednak szybko się uśmiechnął – delikatnie i nieśmiało, jakby temat matematyki był drażliwy. Albo jakby wstydził się czegoś. Może tego, że nadal przebywał w jego pokoju, gdy początkowo powiedział Rodneyowi, że zostanie tylko przez chwilkę.
- Nie chciałem ci mieszać, ale się trochę nudziłem i… - urwał John, spoglądając wymownie na tablicę.
- Nie, nie. To jest w porządku. To jest bardziej niż w porządku – powiedział pospiesznie Rodney i usiadł na łóżku. – Uczą was tego w Air Force? – zainteresował się.
- Nie, ale uczą tego przyszłych inżynierów – odparł John. – Studiowałem. Mówiłem ci, że nie pozwalają pilotować swoich maszyn byle idiocie.
Rodney na samym końcu języka miał, że nigdy nie nazwał Johna głupkiem. Jednak w zasadzie nigdy nie myślał o Przewodniku w ten sposób – nie zastanawiał się jaki intelekt znajduje się pod tą rozczochraną czupryną. I najwyraźniej powinien był się tym wcześniej zainteresować.
- Mitchell nie jest dobrą wizytówką korpusu – odparł Rodney. – Czasami mam wrażenie, że małpa byłaby w stanie wykonywać jego zadania. Madison całkuje, a Mitchell nie umie nawet dobrze powtórzyć przez telefon O'Neillowi do czego doszliśmy. Czasami mam wrażenie, że bawimy się z nimi w głuchy telefon.
John parsknął śmiechem i spojrzał na swoje stopy, co nie oznaczało niczego dobrego. Rodney cały czas przyglądał się swoim nogom, gdy nie chciał nawiązywać kontaktu wzrokowego. Wstyd nie był częstą emocją, którą odczuwał, ale skrępowanie już tak. Dzieliła je cienka linia, więc nie wiedział za bardzo jak odczytać zachowanie Przewodnika.
- Nie powinienem był zostawać tak długo, ale cały czas odlatywałeś. Nie wiedziałem czy się obudzisz normalnie – odparł w końcu John.
I tak, z Rodneyem jeszcze nigdy nie było tak źle. Podejrzewał nawet, że Zelenka zabrał go na stołówkę po to, aby oddać w ręce Johna. To było sprytne. I cholernie skuteczne. Nie zamierzał dziękować jednak.
- To się nie zdarza często – odparł Rodney, chcąc zachować resztki dumy.
Nigdy nie chciał być od kogoś zależny i prawdziwa ironia losu polegała na tym, że jego własna biologia wymuszała na nim pokładanie wiary w innych. To wcale nie stawało się jednak łatwiejsze.
- Ronon mówił, że oddałeś im swoją kartę – podjął nagle John. – To było miłe. Chciałem ci podziękować, ale wokół ciebie kręci się zawsze sporo ludzi. I nie wiem czy to do końca legalne.
- Mitchell nie wie, ale to mój budynek. Jeśli Mitchell ma z tym problem, może spróbować sam zabrać Rononowi kartę – odparł Rodney, uśmiechając się lekko na wspomnienie bicepsów mężczyzny.
John zaśmiał się krótko i jego oczy błysnęły czystym rozbawieniem. Rodney nigdy nie uważał się za dowcipnego, ale najwyraźniej Przewodnik nie wymagał zbyt skomplikowanego poczucia humoru.
Między nimi zapadła niewygodna cisza i John znowu spojrzał na niego z dziwną emocją.
- Nie możesz się tak przepracowywać – powiedział jego Przewodnik.
- To nie było tak, że zrobiłem to specjalnie. Czasami kiedy zaczynam, nie wiem kiedy skończyć. A pod ziemią trudniej jest mi odczuć upływ czasu i… - urwał, nie wiedząc jak wyjaśnić to, że naprawdę nie miał na to wpływu.
- Zelenka mówił, że masz cukrzycę. Nie masz jakiegoś stałego planu dnia, aby śledzić posiłki? – spytał John.
I Rodney poczuł jak jego policzki stają się czerwieńsze, gdy zdał sobie sprawę, że jego współpracownicy traktowali go jak zwierzę, które należało dokarmiać w stałych odstępach czasu. Podsuwali mu jedzenie, aby mógł funkcjonować i jak bardzo był od nich zależny – uderzyło w niego dopiero teraz.
- Czasem widzę jak Zelenka zabiera jedzenie ze stołówki. Dlaczego nie bierzesz udziału we wspólnych posiłkach? – spytał John, czytając z niego jak z otwartej księgi.
I znowu go nie oceniał. Pytał, jakby nie wiedział co mówią o Rodneyu. Albo jakby mu to kompletnie nie przeszkadzało.
- Musisz zbalansować pracę i odpoczynek. Tak się składa, że dzisiaj mamy zawody w jeszcze nie wiem co, bo Ford nie zdecydował w co gramy. Dzięki uprzejmości nie powiem kogo – dodał John, mrugając do niego porozumiewawczo. – Jestem pewien, że twoje dwa doktoraty skopią tyłek niejednemu – zażartował.
- Nie mogę… - zaczął Rodney, układając w głowie, co musi zrobić po powrocie do laboratorium.
- Ja cię nie pytam, McKay – wszedł mu w słowo John. – Ja nawet nie decyduję za ciebie. Jestem Przewodnikiem i prowadzę… Możesz skorzystać z mojej rady lub nie. Nie jestem w stanie zrobić nic więcej – przyznał mężczyzna spokojnie.