McKay nie potrafił odpoczywać. John zauważył to od razu, bo Strażnik wpatrywał się w grających marines z konsternacją. Jakby tak naprawdę nie miał pojęcia do czego służyła konsola, którą dla nich sprowadził. Dzikie okrzyki zwycięstwa i jęki przegranych przecinały powietrze i John czuł, że żyje, bo ekscytacja udzielała się i jemu.
McKay jednak nadal stał kilka metrów od nich, nie wiedząc zapewne czy powinien podejść. Zelenka nie miał podobnego problemu, bo gdy tylko zwolniło się miejsce, mężczyzna zajął miejsce na kanapie, czekając na swoją kolej.
W zasadzie ten hałas to może nie był do końca dobry pomysł.
- Grasz w szachy? – zainteresował się John, obserwując kątem oka jak Strażnik powoli przenosi swój wzrok na niego, jakby do końca nie wiedział czy usłyszał dobrze.
- Czy gram w szachy? – spytał McKay.
- Tak, tak. Ty i te dwoje dwa doktoraty możecie się ze mną zmierzyć – odparł John, nie tracąc czasu na rozważania czy to dobry pomysł czy nie.
- Moje dwa doktoraty nie będą miały nic wspólnego z tym, że cię zniszczę. Są tylko efektem tego, co jest całkiem oczywiste i powinieneś wywnioskować to już wcześniej – powiedział Rodney, podnosząc odrobinę głos i John nie mógł się nie roześmiać.
- Geniusz kontra facet, który lubi liczby – podsumował i pokiwał głową, gdy Zelenka spojrzał na nich lekko zaskoczony. – Chcesz popatrzeć doktorku?
- Chyba sobie podaruję, ale bawcie się dobrze – odparł Czech, nie starając się nawet udawać, że bardziej jest zainteresowany rozrywkami marines.
Ford uniósł brew, jakby chciał spytać co John planuje, ale byli już w drodze do jego pokoju. McKay w chwilę później zamykał za nimi drzwi, aby odciąć ich od hałasu z zewnątrz i John był mu w zasadzie wdzięczny. Strażnik rozglądał się przez chwilę wokół, jakby sprawdzał co się zmieniło od jego poprzedniej bytności w tym miejscu. John jednak nadal nie zawiesił plakatu, który bezpiecznie tkwił pod jego koszulkami.
Sięgnął pod łóżko i wysunął szachownicę, którą Ronon podrzucił mu jednego dnia. Okazało się, że jednak cały jego dobytek nie mieścił się w jednej torbie, co trochę podniosło go na duchu. I może kiedyś Teyla w końcu zejdzie z niego, co jednak było mało prawdopodobne.
Rodney wpatrywał się w niego, zapewne dając mu możliwość decyzji gdzie siadają. Stół był niewielki, więc John zajął łóżko, kładąc na kołdrze szachownicę. Ostatnim razem ta nerwowość pojawiła się, gdy przemycał do swojego pokoju chłopaka, ukrywając go jednocześnie przed ojcem i służbą. Nie poszło mu zbyt dobrze. Teraz jednak był dorosły, podobnie zresztą jak Rodney. I śmiać mu się trochę chciało, że dwóch facetów po trzydziestce nie jest w stanie przebywać w swoim towarzystwie bez upewniania się dwa razy, że ich ruch nie zostanie źle zrozumiany.
- Wolisz białe czy czarne? – spytał John.
Strażnik wyprostował się odrobinę i spojrzał na niego swoimi niebieskimi oczami.
- Daję ci przewagę. Wybieraj – powiedział McKay.

- To nie jest możliwe – warknął Strażnik dwa razy sprawdzając jakie ma opcje.
Jednak ta wieża tam stała od dobrych czterech ruchów. John przesunął ją tam celowo i teraz zagradzała McKayowi drogę do zwycięstwa. Tracił do niego pięć ruchów, a John miał zaplanowanego mata w trzech. I Strażnik zdał sobie z tego właśnie sprawę.
To była ich siódma partia. I McKay wygrał tylko jedną. Zabawnie było patrzeć jak Strażnik wije się, dwoi i troi, aby skopać mu tyłek, ale gry wojenne zawsze były jego mocną stroną. Był facetem, który lubił liczby. Jednak strategia nie była mu obca.
- To jest niemożliwe – powtórzył Strażnik, a potem westchnął i położył króla, wiedząc, że nie ma sensu, aby kontynuowali to rozdanie.
Rodney spojrzał na niego i zmrużył oczy.
- To cię bawi! – oskarżył go McKay, jakby mieli po dziesięć lat.
John uśmiechnął się krzywo, nie komentując tego.
- Musisz wiedzieć, że nie grałem przez ostatnie… W zasadzie nie pamiętał, kiedy ostatnio grałem w szachy – odparł Strażnik.
John czuł jak od Strażnika bije irytacja. Mężczyzna nie był wściekły, ale zdeprymowany i ta emocja szybko przeradzała się w kolejną, której nie potrafił nazwać. Jednak wiedział co ona oznaczała.
- Jutro się odegram – poinformował go Strażnik z rozbrajającą pewnością siebie, jakby przed chwilą nie przegrał sześciu partii pod rząd.
John dał mu wygrać pierwszą, aby McKay pochełpił się przez trochę, a potem stracił czujność. Kolejna zagrywka strategiczna. Strażnik tracił humor z każdą przegraną i John nie mógł powstrzymać rosnącego rozbawienia. Było coś rozbrajającego w tym jak McKay był przekonany o własnej wyższości nad innymi. I jeśli mógł mu odwodnić, że jednak nie jest geniuszem we wszystkim – zamierzał to robić jak długo byłby w stanie.
- Skoro tak twierdzisz, McKay – powiedział John, nie ukrywając, że szczerzy się z satysfakcją.

Rodney wpadał do niego co wieczór i zamykali się na kilka godzin w jego pokoju. McKay nie był wytrawnym szachistą i na pewno nie miał czasu czytać podręczników, ale znał kilka przyjemnych technik, które John z przyjemnością ucinał, gdy tylko znajome ruchy pionów na szachownicy zaczynały brać górę nad kreatywnością. Wiedział, że mężczyzna jest geniuszem, ale najwyraźniej za bardzo trzymał się utartych schematów.
- Nie spróbujesz improwizacji? – podsunął mu pewnego wieczoru.
- To są szachy – odparł McKay i wydawał się tak zniesmaczony samą propozycją, że John przewrócił oczami.
- Wygrywam, bo korzystając z reguł i znając schemat, wychodzę za niego – przyznał i wykonał kolejny ruch, który pewnie w świecie liczb Strażnika nie miał sensu. – Poza tym… czy Einstein odkryłby cokolwiek, gdyby nie fakt, że miał w dupie wszystkie zasady? – spytał.
Rodney spojrzał na niego oburzony.
- Einstein nie improwizował! – powiedział Strażnik z mocą. – To znaczy nie myślał jak inni i… - zaczął McKay i urwał, a potem spojrzał na niego zirytowany. – Obalił reguły i stworzył swoje, ale nie nazwałbym tego improwizacją…
- Tak sobie pomyślałem, że pewnie trzymasz się starych schematów – ciągnął dalej John. – Dzielisz matmę na euklidesową i nieeuklidesową, a jeśli jest jakaś inna? – spytał ciekawie i McKay zawisł nad szachownicą.
Przez krótką chwilę sądził, że będzie musiał potrząsnąć Strażnikiem, że mężczyzna znowu odpłynął, ale Rodney zamrugał tylko i odłożył pion na swoje miejsce nie wykonując ruchu.
- To jest… - zaczął Strażnik. – Nasz brakujący element – przyznał powoli.
John wyczuł po raz kolejny, że to cholerne napięcie wraca między nich. Zdążyli przez ostatni e dni wypracować coś w rodzaju przyjaźni, gdzie McKay narzekał na jego styl gry, a potem sprzeczali się na temat rozwiązań teoretycznych znanych matematycznych problemów. John nie pamiętał wiele ze studiów, ale jednak liczby towarzyszyły mu podczas lotów tak samo jak podczas jazdy karetką. Oczywiście nie rejestrował wszystkich operacji, które wykonywał jego mózg w przeciągu sekund, ale nie stracił połączeń pomiędzy szarymi komórkami, które powstały podczas lat, gdy miał kontakt z żywą matematyką.
Rodney wydawał się naprawdę doceniać, że kogoś również ekscytowało teoretyzowanie.
- 1709 – powiedział John, nie zastanawiając się nawet nad tym.
McKay spojrzał na niego, marszcząc brwi, a potem na jego ustach pojawił się jeden z tych rzadkich prawdziwych uśmiechów, których dorośli zapominali w zderzeniu z rzeczywistością.
- Liczba pierwsza – odparł Strażnik. – 2269 – podał bez zawahania.
- Pierwsza i bliźniacza – stwierdził John, nie mrugnąwszy nawet okiem i McKay uniósł głowę odrobinę wyżej, jakby rzucał mu wyzwanie.

Mitchell nie był całkiem dupkiem. Kiedy Ford nie widział i w okolicy nie było żadnego marines, mówili sobie po imieniu. John jednak nie zamierzał się przyzwyczajać. Nie wiedział co dokładnie planuje wojsko względem projektu Rodneya, ale już sam fakt, że Strażnik wymusił na nich pracowanie poza bazą – oznaczało, że zgrzyty pojawiły się już wcześniej. Tym bardziej dziwiło go, że Strażnik zachowywał w stosunku do niego taką otwartość. Rodney nie był tak miły w stosunku do żadnego z marines, a samego Mitchella wyganiał jak najdalej od swoich tablic obliczeń, jakby mężczyzna miał szanse zrozumieć cokolwiek.
Zelenka wydawał się Johnowi wdzięczny za odwiedzanie McKaya w laboratorium, więc starał się częściej wpadać. I zabierał ze sobą jedzenie, które jak zauważył – Strażnik pochłaniał, nie mrugnąwszy nawet okiem. Rodney nawet nie odrywał się czasem od swojego komputera; po prostu wyciągał dłoń i czekał aż John położy na niej jabłko albo coś słodkiego, co kucharz akurat przygotował na deser. Początkowo go to bawiło, ale potem zdał sobie sprawę, że McKay oprócz tych kilku godzin, które spędzał u niego na grze w szachy – nie odpoczywał. Doktor Miller, Jeannie przyprowadzała córkę do pracy, aby ta zobaczyła się z wujem i to naprawdę nie było normalne.
- 7447 – powiedział John, kładąc babeczkę na dłoni Rodneya.
Upewnił się cztery razy, że nie użyto do jej wytworzenia cytrusów. Mocno wątpił, aby w całym budynku znaleziono chociaż jedną cytrynę, ale wolał się przygotować na najgorsze. Marines czasami posuwali się do naprawdę okrutnych żartów z powodu swojej ignorancji. Wyciągnąłby McKaya z kolejnego ataku paniki, ale nawiązywanie tak intymnego kontaktu po tak długim czasie byłoby niepotrzebnym ryzykanctwem. Nie chciał kusić losu. Poprzednim razem podobne jak McKay był na haju własnych emocji i jeśli ktoś sądził, że Przewodnicy reagowali mniej od Strażników – grubo się mylił. Zachowywał więcej rozsądku, ale to nie oznaczało, że nie dawał się ponosić chwili. I pewnie po latach spędzonych w samotności – jakaś cząstka jego istoty chciała znaleźć sobie partnera. Spontanicznie podjął decyzję o pozostawieniu nici i improwizacja jednak nie była tak genialna jak próbował udowodnić McKayowi. Nigdy jednak nie popełniał dwa razy tych samych błędów.
- Pierwsza – odparł Rodney, a potem ugryzł babeczkę, jakby to była jego nagroda.
- Dalej w to gracie? – zdziwił się Zelenka.
- Jeszcze żaden z nas się nie pomylił – poinformował go McKay i jego głos wydawał się odległy.
Strażnik przysłuchiwał się im już tylko jednym uchem, do czego John był przyzwyczajony. W zasadzie im dłużej znał się z McKayem tym mniejszą uwagę mężczyzna mu poświęcał, co raczej nie było normalne dla Strażników. John jednak rozumiał, że taka była kolej rzeczy w ich przypadku. Rodney nie był już zafascynowany nowymi odczuciami jakie przychodziły wraz ze stałym kontaktem z Przewodnikiem i znikała ta igiełka ekscytacji i ciekawości. Wiedział, że nie dojdzie do sytuacji, w której McKay pewnego dnia przestanie przychodzić na wspólną grę w szachy, ale jednak wszystkie jego instynkty krzyczały, że nie tak powinno być.
- Mówiłeś mu już dzisiaj, że jest geniuszem? Wydaje się lekko zaspany – powiedział John, nie mogąc się powstrzymać, a Zelenka parsknął śmiechem.
Rodney uniósł głowę tylko na chwilę po to, aby rzucić mu spojrzenie, które zapewne miało trącić chłodem i złością. John jednak wyraźnie czuł, że mężczyzna był dziwnie zadowolony, że jednak wspominano o jego ogromnym IQ. Strażników rzadko doceniano za umysł, więc wcale go nie dziwiło, że McKay tak bardzo podkreśla ten ze swoich atrybutów. Za łatwo na studiach nie mogło mu być, gdy nikt nie wierzył, że bez związanego z nim Przewodnika nie będzie w stanie się skupić na przedmiocie swoich badań. McKay jednak osiągnął to wszystko sam i miał prawo być dumnym z tego kim jest.
- 82021 – rzucił Strażnik wracając do swoich wyników. – Zelenka policzyłeś już stałą?
Czech przewrócił oczami i wrócił do swojego pada.
- Już Rodney – powiedział Radek, zostawiając ich samych.
- Pierwsza, ale nie bliźniacza. Wychodzisz z wprawy – odparł John i rozumiejąc aluzję, ruszył w stronę wyjścia.

Rodney wpadał do stołówki sporadycznie, chociaż Zelenka wydawał się i tak cholernie dumny z siebie, gdy kilka razy wyciągnął McKaya z sobą. Normalnie Strażnik starał się, aby któryś z nich został w laboratorium, ponieważ jego zdaniem Grodin był kompletnie nieodpowiedzialny. Dlaczego jeszcze nie wykopał go z projektu – John nie wiedział. Chociaż podejrzewał, że to mogło mieć cos wspólnego z tym, że McKay i Zelenka i tak zaplanowali, że wszystko skończą sami, a reszta ich współpracowników robiła notatki, na które oni po prostu nie mieli już czasu.
To był jeden z tych dni, gdy Rodney zdecydował się jednak nie zjawić po jedzenie i John zaplanował, że wpadnie do laboratorium, gdy Zelenka wróci po swojej przerwie. Poprzedniego wieczora zasiedzieli się przy szachach i naprawdę czuł się dziwnie, gdy kilku marines rzuciło mu porozumiewawcze spojrzenia, gdy naukowiec opuścił jego pokój w środku nocy. Zapewne nie zrozumieliby, że gra w szachy połączona z dyskusją na temat problemów milenijnych oraz grą w liczby pierwsze, nie była dla amatorów. John nigdy nie czuł się tak rozbudzony, ale wskazówki zegara jasno mówiły o tym, że tym razem posunęli się za daleko.
Rodney przerwał nawet nie najgorzej rozpoczęte rozdanie szachowe, mrucząc coś pod nosem o spotkaniu akcjonariuszy. Doktor Miller najwyraźniej nie ogarniała jednak wszystkiego.
I John nie był nawet bardzo zaskoczony, że Zelenka był w fatalnym humorze. Niewyspany Rodney, który musiał się kłócić z ludźmi niezainteresowanymi nauka, a jedynie pieniędzmi – nie był szczęśliwym Rodneyem. Strażnik nie potrafił za bardzo panować nad swoimi emocjami, więc John tylko spodziewał się jaki Armagedon spadł na laboratorium.
Zelenka zresztą przystanął koło jego stolika i uśmiechnął się wymuszenie, jakby próbował udawać, że jest szczęśliwy i zadowolony.
- Zajrzę zaraz do was – obiecał John.
Wyraz ulgi na twarzy mężczyzny był doskonale widoczny.
- Dzięki Bogu – westchnął Czech. – Przysięgam, że Grodin chyba płakał, gdy uciekł dzisiaj do łazienki – dodał.
I John prychnął, bo to nie byłby pierwszy raz.

Strażnik nerwowo stukał palcami w klawiaturę, gdy John wsunął się do środka. Już od drzwi widział jak napięte były mięśnie mężczyzny i nie mógł nie zastanawiać się jak bardzo zirytowany jest Rodney. Jak bardzo zmęczony. Powinni zapewne przełożyć dzisiejsze szachy, ale ta propozycja kosztowałaby go naprawdę sporo. Lubił te wieczory z Rodneyem nawet, jeśli Strażnik wolał obalać prace Perelmana niż szukać rozwiązań dla hipotezy Hodge'a. John nie raz zastanawiał się czy zmuszono by Perelmana do oddania pieniędzy, jeśli Rodney znalazłby czas na własne publikacje. Jednak wtedy w tunelu nie byłoby nawet małego światła, gdy wszystkie problemy milenijne pozostałyby bez rozwiazań. Perelman dał ludziom nadzieję, czego Strażnik nie pojmował. Dla niego liczyła się prawidłowość, a nie efekt psychologiczny.
- Cześć – przywitał się John, chcąc odejść od schematu ich spotkań.
Strażnik znowu przepracowywał się, a to oznaczało kłopoty. Rodney potrzebował chwili relaksu i żartu, a to akurat John potrafił. Nie traktował życia poważnie od pewnego czasu – mniej więcej od chwili, gdy zdał sobie sprawę, że nie ma nad nim aż takiej kontroli, jakby chciał.
Głowa McKaya odskoczyła od ekranu jak zawsze, gdy działo się coś niespodziewanego.
Mężczyzna spojrzał na jego ręce, jakby spodziewał się małej przekąski i nie zawiódł się. John położył przed nim tacę z kanapkami i kawą. Zelenka trzymał się od nich na dystans, jakby spodziewał się, że jego szef wybuchnie w każdej chwili.
Rodney zamrugał i spojrzał na niego, jakby chciał rozgryźć dlaczego tym razem robią coś innego. Albo czekał na swoją liczbę, której John nie zamierzał mu podawać. Nawet umysł geniusza musiał czasem odpoczywać.
- Przyniosłeś mi kawę – powiedział McKay powoli i John nagle znalazł się ponownie w garażu szpitala, gdzie Strażnik próbował go niezdarnie zaprosić na randkę.
Napięcie ponownie wróciło między nich, więc starał się jak mógł panować nad niechcianymi emocjami. Nie chodziło mu o to, aby wywołać nieprzyjemne wspomnienia. McKay miał się odprężyć i spożyć swój ulubiony napój, który wypijał hektolitrami, gdy myślał, że nikt nie widzi. Jakim cudem nie łapał odlotu na kofeinie, John nie wiedział.
- Widzisz, a jednak się zgodziłem – prychnął, starając się zachować charakterystyczną zadziorną nutę w swoim głosie.
Strażnik jednak wpatrywał się w niego nadal. I McKay wyciągnął dłoń w jego stronę, a potem pozostawił ja tak zawieszoną w przestrzeni, jakby czekał, że John faktycznie jej dotknie.
- Czy mogę prosić cię w takim razie o… - zaczął Strażnik i słowa zamarły mu w ustach. – O Boże, ty żartowałeś – powiedział McKay, zabierając swoją rękę tak szybko, że potrącił kubek stojący na tacy.
Kawa wylądowała wszędzie, na szczęście jednak omijając laptop. Jednak ani John ani tym bardziej McKay nie ruszyli się, aby ją zetrzeć. Czy ratować część notatek wykonanych niepewnym pismem Miko. Wpatrywał się z niedowierzaniem w blednącego Strażnika i czuł, że jego usta są rozchylone.
- John, tak bardzo cię przepraszam – powiedział szybko McKay, korzystając zapewne z jego chwilowej konsternacji.
Nie skupiał się jednak na słowach, które padały z ust Strażnika.
- Naprawdę chciałbyś? – zdziwił się.
I Rodney zamilkł.
- Gdyby nie to, że ty… Że my… Że oni, że to wszystko – zająknął się Strażnik i John czuł jego frustrację na swojej skórze. – Gdyby nie to wszystko, spytałbym cię już dawno, ale to już było – powiedział Rodney i ta emocja, która pojawiła się teraz była Johnowi całkiem nieznana.
Nie bardzo wiedział co zrobić. Jego serce zaczęło pompować szybciej krew do mózgu, ale żadna sensowna myśl się nie pojawiała. I Rodney znowu zaczął mówić, zapewne nie rozumiejąc dlaczego John milczy. I słowa takie jak 'przepraszam' pojawiały się raz po raz. I te okropne emocje, które zawsze wypełniały Rodneya, gdy mężczyzna sądził, iż źle interpretował sytuację.
John przyniósł kawę nieświadomie i nie spodziewał się nigdy, że przywiedzie ich ona do tego miejsca. I Strażnik wciąż emanował samotnością, i wstydem i trochę strachem.
- Jesteś moim przyjacielem – powiedział Rodney i to akurat dotarło do Johna.
- Ty moim też – odparł zgodnie z prawdą. – Nie sądziłem, że jesteś jeszcze zainteresowany – dodał John i spojrzał na McKaya, który pocierał nerwowo rękę, jakby jej cholerną winą było, że poniósł go instynkt.
Widział jak mężczyzna się waha i gdzieś tam pojawiła się nadzieja, której John nie zamierzał zabijać.
- Porozmawiamy dzisiaj u mnie – obiecał spokojnie. – Jeśli będziesz zaineresowany, mógłbym – urwał John i spojrzał sugestywnie na dłoń McKaya.
Nie musiał mówić nic więcej, bo Rodney uśmiechnął się szeroko i przestrzeń między nimi wypełniła radość pełna niedowierzania. I to tylko na kilka sekund, bo potem pojawił się znowu ten cholerny strach, którego John nie rozumiał.
- Nie – powiedział szybko Rodney. – Nie, bo będzie tak jak ostatnio. Wtedy byłem nieprzytomny i zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, ciebie już nie było. I teraz znowu chcesz wyjść i ja wiem, że coś się znowu stanie – wyjaśnił McKay i spojrzał na niego oczami błyszczącymi od gorączki.
Mężczyzna wstał tak gwałtownie, że John zrobił krok do tyłu. I chociaż był wyższy, czuł się przytłoczony całą osobą Rodneya. Strażnik wpatrywał się w niego tak intensywnie, że nie potrafił odwrócić wzroku.
- Tym razem nie odczytuję tego źle, prawda? – upewnił się McKay. – Chcesz tego?
John skinął głową, nie wiedząc jak dobrać właściwe słowa. I nie sądził, że kolejna reakcja Rodneya będzie tak gwałtowna. Kolejny z tych rozbrajających uśmiechów rozświetlił mu twarz i McKay wyciągnął w jego stronę dłoń. I pewnie serce Strażnika biło tak samo mocno jak jego własne, bo gdy w końcu jej dotknął – z pełną intencją kolejnego kontaktu, ich puls zgrał się w jeden silny rytm. Umysł McKaya był znajomy z jednej strony, ale jednak tak obcy. Mężczyzna, gdy był przytomny – myślał o wiele więcej i temat cytryn zszedł na boczny tor. John nie starał się nawet szukać emocji, które Strażnik wiązał ściśle z nim. One wypłynęły na wierzch, chociaż McKay starał się z nimi walczyć, zawstydzony.
- Nie szarp się – wyszeptał John i Rodney wypuścił z ust westchnienie, które owiało mu twarz.
Nie wiedział nawet, że znaleźli się tak blisko. McKay jednak rozluźnił się na jego prośbę i tylko to się liczyło. Strażnik niemal siłą odebrał mu nić, którą John zamierzał mu podarować. I gdy poczuł gorące usta Rodneya na swojej szyi, wątpił, aby ona miała kiedykolwiek do niego powrócić.