Rodney nie całował go per se. Strażnik skupił się bardziej na smakowaniu jego skóry, co oznaczało tylko kłopoty, bo John wiedział, że gdy raz zaczną – nie skończą tak prędko. Słyszał historie o Strażnikach i Przewodnikach, którzy zaczęli swoje więzi spontanicznie i nie zamierzał pozwolić Rodneyowi na rozebranie go publicznie. Co prawda przemysł filmowy wykreował ich jako bezrozumne istoty pchane popędem, ale obaj mieli swój rozum. I chociaż czuł desperację Rodneya – strach Strażnika przed tym, że znowu zaprzepaszczą swoją szansę – nie mogli tego zrobić na oczach Radka. Powinni się zresztą lepiej poznać, chociaż John czuł, że dogadują się świetnie. McKay był dowcipny i pozwalał się podpuszczać w cudowny sposób, więc obaj mogli prowadzić te drobne kłótnie, które trzymały ich cały czas w pionie. Nigdy niczego innego nie pragnął. Po tym jak odszedł z Air Force – brak adrenaliny, do której nawykł podczas lotu – odbił się na nim dotkliwie. I gdyby miał spędzać czas zamknięty teraz w kompleksie badawczym – zapewne by oszalał, gdyby Rodney nie dostarczał mu stałej rozrywki.
Ford był przekonany, że się nie są w stanie porozumieć. Źle rozumiał ich antagonistyczne na pozór odzywki. John dostatecznie często przypominał o podwójnym doktoracie Rodneya, aby stało się to ich żartem. A Strażnik nazywał go idiotą bez zwykłego jadu w głosie, którego doświadczał Grodin na porządku dziennym. Mogli tak funkcjonować. Nie najgorzej im szło zresztą.
McKay przyssał się mocniej do jego skóry, obejmując go ciasno swoimi ramionami. John odchylił szyję bardziej instynktownie niż z potrzeby i spojrzał na zszokowanego Zelenkę.
- Włączyć alarm? – spytał Czech niepewnie i John poczuł jak Strażnik spina się cały, wchodząc w jakiś bojowy tryb.
Drażnienie Rodneya, gdy ten nareszcie dostał to czego najwyraźniej chciał, nie było dobrym pomysłem. Szczególnie, że Strażnik paranoicznie bał się tego, że John zostanie mu znowu odebrany. Co prawda jego osobiście bawiło, że marines dostawali baty od jajogłowego, ale w końcu któryś mógłby posunąć się za daleko, a Rodney pomimo swojego genialnego instynktu nie miał jednak za sobą szkolenia wojskowego. I John zamierzał nad tym popracować. Sam nie potrzebował obrony, ochrony, którą niósł każdy Strażnik dla swojego Przewodnika, ale czułby się spokojniej, gdyby McKay faktycznie potrafił dwa lub trzy ruchy podstawowe.
- Nie robi nic na co mu nie pozwoliłem – poinformował Czecha. – Nie podchodźcie, chyba, że chcecie powtórki tej akcji z Mitchellem – ostrzegł ich i próbował odepchnąć od siebie lekko Rodneya.
Strażnik jednak przylgnął do niego całym ciałem, jakby chciał go wchłonąć. John czuł wyraźnie zawiązującą się już między nimi więź. To jak Rodney desperacko odebrał od niego nić, prawie porywając go całego w głąb swojego umysłu – powiedziało Johnowi, że to wcale nie będzie łatwe. McKay był niczym czarna dziura, a John miał naprawdę niewiele do zaoferowania.
- Rodney – wyszeptał do ucha niższego mężczyzny. – Rodney, musisz się skupić.
Strażnik wtulił się w niego tylko mocniej, co zapewne było odpowiedzią na prośbę Johna, której nie zdążył nawet wypowiedzieć. Musieli przenieść się w bardziej ustronne miejsce. Najlepiej jego prywatne kwatery. Chrzaniło go czy marines mieli dzisiejszej nocy zmrużyć oko.
- Rodney, musimy wyjść z laboratorium – spróbował John jeszcze raz.
Strażnik jednak nawet nie drgnął, a malinka na jego szyi miała przybrać monstrualne rozmiary. To nie tak, że już następnego dnia plotki nie miały się roznieść po kompleksie, ale wolał jednak nie mieć na sobie aż tak widocznych śladów. Nigdy nie uprawiał seksu ze Strażnikiem, co było całkiem logiczne, skoro nadal był wolny, ale słyszał opowieści. I jeśli było w nich chociaż ziarnko prawdy, marines mieli przechlapane z powodu cienkich ścian.
- Chcesz mnie nago? – spytał John wprost, ignorując fakt, że Grodin zadławił się własną śliną.
To przyciągnęło na szczęście uwagę Rodneya, który uniósł nareszcie głowę i spoglądał na niego lekko zamglonymi błękitnymi oczami. Jeszcze nikt nie odleciał od zapachu i smaku jego skóry, i John naprawdę chciał stąd już wyjść zanim obaj będą musieli sobie poradzić z niewygodnymi erekcjami.
- Wchodzimy – zdecydował i pchnął przyczepionego do niego nadal mężczyznę w stronę wyjścia.
Zelenka odetchnął z ulgą i John postanowił tego nie komentować. Dostatecznie trudno było mu się poruszać z McKayem obejmującym go obiema rękami, które jakoś dziwnie kojarzyły się teraz z niedźwiedzimi. I ponieważ Rodney jednak miał rację i wszechświat ich nienawidził, natknęli się na Mitchella, który w czystym szoku obserwował jak John próbuje się oswobodzić z ciasnego uścisku.
- McKay, do cholery! Nie możesz tego robić! Centrum pozwie Air Force, a O'Neill mnie zabije! – warknął podpułkownik i Johna kusiło, aby pozwolić Strażnikowi na kilka minut sam na sam z mężczyzną, ale to byłby już drugi raz i Mitchell wiedziałby, że to było całkiem zamierzone.
- Nikt nie będzie niczego pozywał – powiedział, ignorując zszokowane spojrzenie Carter, która szybko się opanowała i uśmiechnęła się nawet do niego lekko.
Rodney opowiedział mu raz o zauroczeniu kobietą, gdy Zelenka go wyoutował, chcąc zapewne zabawić się kosztem przełożonego. McKay dostał wtedy kosza, ale i tak nie byliby kompatybilni i Carter miała rację, odrzucając jego awanse. Rodney prędzej czy później znalazłby sobie Przewodnika. Może nie byłby nim John, ale ktoś inny.
Strażnik musiał wyczuć obecność innych, bo spojrzał przytomniej na Mitchella, który z całych sił starał się nie drgnąć, jak przydybany przez niedźwiedzia turysta. McKay przeniósł ostrożnie ciężar na drugą stronę ciała i przyciągnął do siebie Johna tak, że obaj teraz stykali się bokami. Jakby John był jego dziewczyną, kimś, kim się zamierzał pochwalić. I pewnie ubawiłoby go to, gdyby nie fakt, że od Rodneya promieniowało ewidentnie wyzwanie.
- Biorę wolne – poinformował ich McKay zaskakująco trzeźwo. – Powiadom Jeannie, że skontaktuję się z nią, gdy będę mniej zajęty – dodał spokojnie, ale nie zwiódł Johna nawet na chwilę, bo palce Rodneya zaciskały się na jego boku niemal boleśnie.
I to były kolejne ślady, które Strażnik miał na nim zostawić. Widział zresztą jak Mitchell przełknął ciężko ślinę, gdy dostrzegł na jego szyi ewidentny dowód bytności Rodneya. John jeszcze nie widział tej malinki, ale już zastanawiał się czy jedna z kucharek nie pożyczyłaby mu czegoś, co zakryłoby ślad chociaż przez pierwsze kilka dni.
Rodney nie do końca myślał trzeźwo. W tej chwili John czuł, że instynkt brał nad nim górę, a Mitchell był jego głównym wrogiem. Kimś, kto mógłby odebrać mu Przewodnika. A to było nie do pomyślenia. Dlatego John, pchnął ich dalej, ale McKay stawił mu po raz pierwszy opór i zmienił kompletnie kierunek ich marszu. Początkowo był lekko zdezorientowany, ale później zdał sobie sprawę, że zmierzają do prywatnych kwater Strażnika.
Rodney nie rzucił go na łóżko i John prawie żałował, bo gdyby tak się stało, na pewno wypominałby to Strażnikowi do końca życia. McKay po prostu wplótł palce w jego odrastające już kosmyki i przyglądał mu się dłuższą chwilę, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół jego twarzy.
- Nadal tego chcesz? – spytał Rodney. – Znaczy skoro tutaj jesteś to chyba odpowiada na moje pytanie, więc chyba je cofam …
- Opanowałeś się – zdziwił się John.
Rodney zamrugał i przygryzł wargę, starając się przy tym uśmiechnąć lekko. Wyszło jednak nie do końca szczerze. Ze Strażnika biło zdenerwowanie, co było tak znajome, że John położył mu ręce na ramionach i zaczął go masować.
- Nie chciałem tego tak robić – przyznał Rodney, pewnie odkrywając w końcu, że z nicią John był w stanie wejść w jego umysł w każdej chwili.
Nawet, kiedy nie mieli fizycznego kontaktu, a tego w tej chwili nie brakowało. Tymczasem nieśmiały naukowiec powrócił i tym Rodney ujął go już raz. Działało i teraz. John pochylił się do jego ust, zastanawiając się czy Strażnik miał wielu kochanków. Rodney wydawał się zapracowanym człowiekiem, a wraz z czyhającym na niego Centrum, nie mogło być łatwo kogoś poznać. Odpowiedź przyszła sama, gdy ich usta się zetknęły i pocałunek był tak niezręczny jak tylko mógł. Rodney nie miał w tym wielkiej praktyki, ale nie przeszkadzało mu to w ciągnięciu Johna za włosy, jakby naprawdę cholernie za nimi tęsknił. I nie był w tym sam. John czuł się nieswojo, gdy wyglądał zgodnie z protokołem. Zawsze miał problem z podążaniem zgodnie z zasadami i podobnie było tym razem. Nie czekał aż Strażnik przejmie kontrolę nad wszystkim, ale popchnął Rodneya w stronę jedynego mebla, który przyciągał jego uwagę. Łóżko McKaya kojarzyło mu się z hedonizmem już wcześniej i nie był zawiedziony, gdy materac okazał się niezwykle wygodny.
Rodney poruszył się pod nim niespokojnie, odrywając się od jego ust i John nie mógł się nie uśmiechnąć, starając się wysłać mężczyźnie same pozytywne emocje przez ich więź, dopóki nie zdał sobie sprawy, że to może być uznane za manipulację. McKay jednak przyciągnął go do lekkiego pocałunku, jakby dziękował mu za próby uspokojenia go, które się zresztą nie powiodły.
- Minęło trochę czasu – przyznał w końcu Strażnik.
- Naprawdę? – zakpił John i na twarzy Rodneya pojawiła się konsternacja.
Wyczuł, że Strażnik sięga do niego poprzez więź, a gdy zdobył już wszystkie potrzebne informacje, McKay uśmiechnął się krzywo, mrużąc oczy.
- Jesteś dupkiem – stwierdził Strażnik, jakby po raz pierwszy to do niego dotarło.
John zresztą nie zaprzeczał. I miał dość gadania. Sam chciał zwiedzać, szczególnie, że od tygodni wpatrywał się w opięty cholernymi spodniami tyłek McKaya i sutki, które prześwitywały przez koszulki, które mężczyzna nosił chyba po to, aby go torturować. Gdyby nie byli kompatybilni psychicznie, zapewne zwariowałby. Popęd seksualny nigdy bowiem nie stanowił dla niego problemu. Zawsze leciał na mężczyzn o tak szerokich barkach.
Ugryzł Strażnika w płatek ucha, wiedząc, że spowoduje to jak najbardziej pożądaną reakcję. I Rodney wygiął się pod nim w tak cudowny sposób. John chciał się nauczyć gdzie jeszcze znajdowały się tak erogenne strefy i nie wątpił, że będzie miał na to czas. Possał więc skórę na szyi Strażnika, ponieważ to był w pewnym sensie odwet. Zapomniał jednak szybko o zemście, gdy Rodney przewrócił ich tak, że teraz to Strażnik był na górze. I te błękitne oczy znowu były zamglone. Rodney jednak nie odlatywał, a przynajmniej nie przez instynkt. Pożądanie zasnuło mu wzrok i John poczuł jak twardnieje tylko bardziej od tego widoku. Pozwolił sobie otworzyć więź trochę bardziej, trochę szerzej i Rodney zachłysnął się powietrzem, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Strażnik nie spodziewał się zapewne, że wywołuje u niego tak silne reakcje, ale John nie miał się czego wstydzić. Byli w tym w końcu razem.
Dłoń Rodneya zsunęła się na jego udo, a potem niżej i mężczyzna ugiął jego nogę w kolanie, aby wygodniej wsunąć się na niego. Zapachy ich ciał zaczęły się mieszać, chociaż John zapewne odczuwał tylko ułamek tego co docierało do Rodneya. Strażnik wydawał się jednak kontent i jak zawsze zaskakiwał. Te same palce, które tak zwinnie poradziły sobie z przekaźnikiem karetki teraz trzęsły się z emocji, gdy Rodney uwalniał go ze spodni. I może John powinien jednak był zainwestować w coś ekstrawaganckiego, ale pod względem ubrań Air Force pozbawiła go polotu. Przyzwyczaił się do stałej kolorystyki i jednego kroju. Jego bielizna zatem też nie była finezyjna. Rodney jednak nie wydawał się zainteresowany kolorem jego majtek. One zresztą nie ostały się długo na nim i John z zaskoczeniem obserwował jak Strażnik ściąga z niego przeszkadzający mu materiał. McKay pomyślał nawet o pozbawieniu go butów i skarpetek, i kiedy wrócił z powrotem na łóżko, pochylił się nad jego erekcją, nie kontemplując jej za bardzo.
I John miał rację w kwestii tych ust. Były cudowne i niosły światło. Albo jarzeniówki migotały, bo John nie bardzo potrafił się skupić, gdy Rodney wziął się za ssanie jego fiuta. Brak wprawy i 'minęło sporo czasu' przeplatały się w jego głowie, ale nie był w stanie wykrzesać z siebie żadnego wrednego komentarza, bo McKay pominął kompletnie kwestię lizania i całowania. I przeszedł do ssania, które wydzierało z Johna orgazm niemal siłą. Nigdy nie dochodził tak długo, niemal przemocą. Wydawało się, że Strażnik chce wydostać z niego nasienie tylko za pomocą praw fizyki i chociaż jego ciało się broniło – musiało ustąpić przed geniuszem. Jego jądra w końcu skurczyły się boleśnie i wyrzuciły resztki tego, co nie wypłynęło, gdy McKay torturował teraz nadwrażliwą główkę jego penisa.
Nie opadł na poduszki, bo najnormalniej w świecie nie zdążył się nawet podnieść. Jednak oddychał na tyle ciężko, że ze Strażnika zaczęła emanować satysfakcja. Zresztą całkiem zasłużona, bo John został rozłożony na łopatki i gdyby ktoś go teraz spytał czy 17 jest liczbą pierwszą, nie miałby pojęcia co odpowiedzieć. Jego szare komórki przeszły na stronę Rodneya i wzięły urlop. Może zresztą całkiem zasłużony.
Kiedy obudził się kilka godzin później, Strażnik wodził palcami po jego ramieniu, zafascynowany tym jak układały się włoski na jego skórze. John nigdy specjalnie nie golił swojego ciała, ale przy Rodneyu czuł się jak zarośnięty grizzly. Strażnik jednak nie skomentował tego ani słowem, więc może miało to tak zostać. Nie był pewien.
McKay gdzieś w międzyczasie pozbył się własnego ubrania oraz jego koszulki. Ciuchy leżały rozrzucone niedaleko i John zdał sobie sprawę, że był jedynym, który przedtem doszedł. A Rodney pomimo wielu cnót – nie był altruistą. Czuł zresztą szorstkie włoski łonowe Strażnika drażniące jego pośladki i gorący trzon jego penisa. Wypiął się w tył, chcąc dać znać Rodneyowi, że jest gotów, ale Strażnik nawet nie drgnął. Zamiast tego na jego udzie pojawiła się dłoń McKaya, która przytrzymała go w pół ruchu.
- Na pewno tego chcesz? – spytał Strażnik cicho. – Jeannie twierdzi, że prawnicy znaleźli lukę w waszym systemie prawnym. Jeśli poszedłbyś do psychologa i zarejestrowałbyś się jako Przewodnik, nie mieliby prawa wysyłać cię w rejony konfliktów. Nie byłbyś tutaj uwięziony. Miałem z tobą o tym porozmawiać, ale O'Neill chciał wyników i… - Strażnik urwał i westchnął.
A John spiął się, bo teraz sięganie do nici wydawało mu się naruszaniem prywatności.
- Nie chcesz mnie – stwierdził krótko i nawet nie wiedział za bardzo co w związku z tym czuje.
Na pewno nie zamierzał dziękować Rodneyowi za to, że jego prawnicy dokopali się do rozwiązania. Ronon nie wynajął drugiego pokoju nikomu, ale Jennifer i Teyla miały nowego kierowcę. Zresztą może to i lepiej, bo jeśli miał znowu opuścić Air Force, nie zamierzał zostawać w mieście.
Strażnik musiał być tak wcześniej zmęczony, że zareagował czysto instynktownie na nić, którą już widział wcześniej. Którą wcześniej czuł. Dlatego nie podarowywano takich rzeczy po raz drugi. Nigdy nie było pewności co tak naprawdę wywoływało zainteresowanie.
Dłoń McKaya zacisnęła się na jego biodrze niemal boleśnie i zamarł, bo nagle cała ta nagość przestała być już taka komfortowa.
- Nie! Po prostu nie wyobrażałem sobie tego w ten sposób. Sądziłem, że gdy cię spotkam, wyjdziemy raz czy dwa. Okażesz się równie inteligentny jak ja i zakochany w fizyce. I będziemy rozmawiać wieczorami o 'n' teorii. I będziesz tak samo nudny jak ja – powiedział pospiesznie Rodney. – Nie chcę, żebyś za miesiąc albo tydzień nawet stwierdził, że to jednak był błąd.
- Zapominasz, że jednak cię trochę znam – odparł John spokojnie, czując się odrobinę uspokojonym.
McKay odprężył się nieznacznie, przylegając do niego ponownie całą przestrzenią jaką zdołał. John poczuł drobne pocałunki na swoim karku i nie kłopotał się nawet tym, aby się odwrócić. Tak było znakomicie.
- Chcę cię. Chcę jednak, żebyś miał wybór. I masz – powiedział Rodney. – Chciałem ci o nim przypomnieć.
- Zawsze mam wybór. Uwierz mi na słowo, że nawet Air Force nie może mnie do niczego zmusić. Mitchellowi tylko wydawało się, że ma sytuację pod kontrolą – odparł John, starając się nie myśleć o ojcu i bracie, którzy również mogli pociągnąć za kilka sznurków.
Byli jego ostatnią deską ratunku, po którą nie chciał sięgać.
I John zamarł przypominając sobie rozmowę z Mitchellem w szpitalnym garażu.
- Chcieli mną kontrolować ciebie – przyznał ostrożnie. – Czy jesteś pewien, że dalej mnie chcesz? – spytał, wstrzymując oddech.
Rodney przygryzł mocniej jego kark.
- Wiem. Ronon mi powiedział. To niczego nie zmienia, bo wiem, że nie pozwoliłbyś im na to – odparł spokojnie Strażnik, rozprawiając się skutecznie z jego wątpliwościami.
