Rodney starał się nie zwracać uwagi na spojrzenia, które mu posyłano na korytarzach. Marines przynajmniej nauczyli się szeptać w ten sposób, aby faktycznie nie był w stanie dosłyszeć co mówią. Czuł, że John mógł ich uświadomić o tym, że byli podsłuchiwani przez ostatnie lata. To jednak nie tak, że Rodney miał jakiś wybór. Jeśli mówiono o nim za ścianą siłą rzeczy słyszał każde słowo. Nauczył się reagować na każde ze zwrotów, którymi go opisywano, a one generalnie nigdy nie były tylko jego imieniem czy nazwiskiem. Słowa takie jak 'dupek', 'cham' i 'bezczelność' zawsze przyciągały jego uwagę nie bez powodów.
Wyszli z jego kwater po równiej dobie i Zelenka nerwowo przygryzał końcówkę pióra. Dźwięk nie był wyjątkowo irytujący, ale Rodney chciał się skupić na tym co go ominęło. Nić, którą podarował mu John, nie była już potrzebna, bo czuł obecność mężczyzny w budynku i potrafił powiedzieć z dokładnością do kilku centymetrów, gdzie przebywa Przewodnik. Jednak ten ślad i tak był przyjemnym przypomnieniem mu o emocjach, które wypełniały Johna.
- Może powinieneś sobie zrobić dłuższe wolne? – powiedział w końcu Zelenka i Rodney nie mógł nie prychnąć.
Nie czuł się lepiej od… W zasadzie nigdy nie czuł się tak dobrze. Jego migrena nie pojawiła się dzisiejszego ranka, a przecież zawsze walczył z bólem głowy, gdy tylko wstawał. Musiał dostosować wzrok oraz słuch do otaczającej go przestrzeni. John jednak wodził palcami po jego plecach i już samo to wystarczyło, żeby był w pełni kontroli. Mógł nadal na końcu języka wyczuć smak skóry Przewodnika – słony i ostry. Rodney nigdy nie preferował żadnej z płci, ale John wydawał mu się po prostu prawidłowy. Uzupełniał go we wszystkim i wiedział lepiej, czego Rodney nigdy nie zamierzał mu przyznać. Przewodnik po prostu prowadzony instynktem nie mylił się i to był fenomen, bo Rodney w swoim umyśle zawsze przeprowadzał dziesiątki symulacji, a jednak nigdy nie miał pewności. John tymczasem decyzje podejmował w ciągu sekund.
Rodney wiedział, że Przewodnik nie jest tak naprawdę geniuszem. Przynajmniej nie w jego skali, nie w skali, z której korzystano na Ziemi. Jednak miał inteligencję, którą Jeannie pewnie nazwałaby społeczną, a to wydawało się dla Rodneya nieosiągalne.
Możliwe, że lata pracy jako pilota wymusiły na jego Przewodniku zdawanie się na instynkt, ale to i tak nadal fascynowało Rodneya i nie sądził, aby kiedykolwiek go przestało zadziwiać. I chciało mu się naprawdę śmiać, gdy John dzisiejszego dnia wstał z łóżka – trochę obolały i pokryty jego śladami – a potem próbował porozciągać mięśnie, co poszło mu naprawdę kiepsko. Przewodnik po takiej nocy nadal zamierzał wyjść pobiegać – jakby spodziewał się, że to się naprawdę uda. Szczęściem Ronon miał tego dnia poranną zmianę w szpitalu i mieli zobaczyć się dopiero następnego dnia.
- Czuję się wyśmienicie. Natomiast bardzo chciałbym, abyś mi wyjaśnił dlaczego wczorajsza symulacja, którą doprowadziliście do końca koło czwartej popołudniu nie została zaznaczona na wykresie. Jak mamy uśrednić wyniki, jeśli nie mamy pełnego obrazu? – spytał Rodney i Miko spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. – Dlaczego się tak na mnie patrzysz, kobieto? Widzisz mnie pierwszy raz w życiu? To śmieszne, bo jestem pewien, że gdy wczoraj stąd wychodziłem, byłaś całkiem obecna – warknął, nagle zirytowany nawet tym, że jednak ktoś zdołał zepsuć mu tak znakomity dzień.
John pocałował go na dzień dobry, a potem na do widzenia, gdy wracał do własnych pokoi. Rodney miał zamiar zasugerować, że Przewodnik mógłby się przeprowadzić chociaż na jego piętro kompleksu. Może na wspólne mieszkanie było jeszcze za wcześnie, ale ich więź tak cudownie obejmowała go i teraz. A John był od niego w tej chwili piętro niżej i cztery metry oraz siedemdziesiąt pięć centymetrów na północny wschód. Ta cała przestrzeń była fatalna.
- To pewnie przez to co masz ponad kołnierzykiem – powiedział w końcu Zelenka i Rodney od razu dotknął swojej skóry, odrobinę zaskoczony.
Oczywiście wyczuł, że powierzchnia nie była równa. Nie widział się w lustrze, bo był już spóźniony, gdy w końcu oderwali się od siebie z Johnem, ale nie spodziewał się, że Przewodnik tak bezczelnie wypuści go do jego kolegów w stanie, który jasno wskazywał na to, co robili przez ostatnią prawie dobę.
Poczuł rumieniec, który wślizgnął się na jego twarz i zażenowanie odjęło mu mowę. Spojrzał zirytowany na Miko, która starała się unikać jego wzroku. Zachowywali się tak, jakby nigdy nie uprawiał seksu, co było dość bliskie prawdy. Ostatni raz – jeszcze przed Johnem – miał miejsce, gdy jeszcze nie miał żadnego z doktoratów. Nie było wiedzą powszechną, że był Strażnikiem i nie był aż tak ważny, aby Centrum trzymało go na celowniku. Mógł pozwolić sobie na minutkę czy dwie zapomnienia. John nie powiedział na ten temat ani słowa – prócz lekko wrednej uwagi na samym początku, która miała zapewne rozluźnić ich obu. Bo skoro Przewodnik wiedział – nie było sensu, aby krępował się swoim brakiem wprawy.
John zresztą doszedł tak szybko, że Rodney miał dostatecznie wiele materiału do szantażu na kilka lat, które planował spędzić na doprowadzaniu Przewodnika do utraty zmysłów. Nie rozumiał tylko dlaczego John mruczał coś potem o liczbach pierwszych, ale najwyraźniej ich zabawa naprawdę go nakręcała, a matematyka podniecała, co dobrze wróżyło ich przyszłym dyskusjom o problemach milenijnych. Doświadczenie podpowiadało mu, że gdyby Przewodnik poświęcił temu trochę czasu, rozwiązałby jeden lub byłby tak blisko, że i tak podziwiano by go w sferze nauki. John jednak wolał trzymać się w cieniu.
Przewodnik musiał wyczuć jego dyskomfort poprzez więź, bo Rodney niemal natychmiast poczuł sporo pozytywnej energii, którą zapewne miał wykorzystać odstresowania się. Zirytował się jednak tylko bardziej, bo John mógł mu po prostu powiedzieć o malince, a nie wypuszczać go nieświadomego tego dlaczego przeklęci marines chichotali na jego widok. Powinni mu pogratulować, skoro był jednym z nielicznych w kompleksie, który kogoś zaliczył. Doskonale czuł resztki nasienia na ich dłoniach, które świadczyły o tym, że i w tym miesiącu będą mieli skandalicznie wysoki rachunek za wodę.
Nie zdążył jeszcze porozmawiać z Jeannie, ale jego siostra miała jechać do szkoły Madison na jakieś zebranie rodziców – o ile dobrze pamiętał – i nie spodziewał się jej dzisiaj w firmie. Mitchell i Carter nie byli nigdzie w zasięgu wzroku, więc pewnie Sam uświadomiła podpułkownika jak długo czasem Przewodnik i Strażnik odcinają się od świata, aby lepiej się poznać. Oboje jednak nie wzięli pod uwagę tego, że był całkiem świadom goniących i terminów. A John chciał kilku minut dla siebie – zapewne po to, aby ochłonąć po wszystkich emocjach, które odbijały się przede wszystkim na nim. Obaj przeszli nerwową karuzelę i kiedy spojrzał w głąb Przewodnika – zastanawiał się jakim cudem John trzymał się jeszcze w jednym kawałku. A na domiar tego próbował go dalej prowadzić za rękę przez wszystkie odloty, których Rodney doświadczał.
- Wychodzę – powiedział krótko, decydując, że kolejny wolny dzień nie będzie jednak aż takim złym pomysłem. – Symulacje i dane…
- Wpiszemy wszystko i na jutro będziesz miał gotowy raport – obiecał mu Zelenka.
- Na dzisiaj. Niech marines podrzucą go pod moje kwatery – zdecydował szybko.
Chciał mieć wyniki jak najszybciej.
Ruszył w stronę drzwi i Radek odchrząknął, jakby był nagle zakłopotany.
- Cieszę się, że jesteś w końcu szczęśliwy – rzucił Czech i Rodney zmarszczył brwi, nie bardzo rozumiejąc o co chodzi.
- Szczęśliwy? – spytał, bo przecież wpadł tutaj i nawrzeszczał na nich jak zwykle, gdy nie wykonywali jego poleceń.
Ten dzień nie różnił się wiele od tych poprzednich – po prostu jego umysł nie musiał już walczyć sam przeciwko światu. Ufał, że jeśli jego zmysły wymkną się spod kontroli – John po niego sięgnie i sprowadzi go z powrotem.
- Grodin jeszcze nie płacze – rzucił Zelenka, uśmiechając się kącikiem ust.
- Zacznie jak nie znajdzie wyników badań z wczoraj – mruknął Rodney, nie bardzo wiedząc co powinien zrobić z tą informacją.

Przewodnik nie wyczuwał, że Rodney się do niego zbliżał. W zasadzie nie dziwiło go to. John wydawał się wzburzony, więc Rodney minął kilku marines i wytężył słuch. Wyraźnie wyczuwał Mitchella, a to tylko oznaczało kłopoty.
- Nie zamierzam wpisywać się na listę Przewodników Centrum! – warknął John i wydawał się tym wyraźnie zirytowany.
Rodney podzielał jego złość w pełni.
- Oni pozwą Air Force – poinformował go Mitchell.
- Mogłeś pomyśleć o tym zanim mnie tutaj sprowadziłeś siłą – warknął John i jego głos stał się nagle zimny.
- Ale jednak dobrze się stało. Jesteście z McKayem razem – zauważył Mitchell. – Czy nie każdy Przewodnik marzy o tym, żeby znaleźć swojego Strażnika?
- Chryste – jęknął John. – Oglądałeś ten syf, prawda? Nie, nie każdy Przewodnik o tym marzy. Niektórzy nawet nie chcą być Przewodnikami tak samo bardzo jak Rodney nie chce być Strażnikiem. Nie mamy jednak wyboru, bo nasza biologia ssie, ale Centrum nie robi dla nas nic. Nauczyłem się kontroli sam…
- I to ich bardzo zainteresowało. Najwyraźniej dostali paranoi i sądzą, że jest jakaś podziemna siatka Przewodników, którzy chcą opanować świat – odparł Mitchell.
Rodney sam był mocno zaciekawiony tym jak John doszedł do tego etapu kontroli nad sobą. Mężczyzna był starą szkołą Przewodników i jeśli ktokolwiek podpowiadał mu jak swoje instynkty trzymać na wodzy, musiał pochodzić z poprzedniego pokolenia. Teraz wszyscy rejestrowali się w Centrum, gdzie urządzano dla nich specjalne wieczorki zapoznawcze. Kanada walczyła z tym zwyczajem, ponieważ na ich terenie Przewodnicy i Strażnicy równie łatwo wiązali się z normalnymi ludźmi, ale Amerykanie mieli dziwnego świra na ich punkcie. Odczuł to boleśnie, gdy przypominano mu na każdym kroku, że jest niekompletny. W Kanadzie nigdy takim się nie czuł.
Wszedł do gabinetu Mitchella, nie kłopocząc się nawet pukaniem i John spojrzał na niego z lekkim uśmiechem. Możliwe, że coś z tym wspólnego miał fakt, że podpułkownik niemal natychmiast zesztywniał. Mitchell miał się przed nim na baczności od czasu, gdy Rodney miał jeden z tych dziwnych napadów, których nigdy wcześniej nie doświadczył. W zasadzie przez dłuższy czas nie wierzyli z Jeannie, że był prawdziwym Strażnikiem. Nie pasował do opisu. Nie miał rządzy posiadania. Chociaż coś mrowiło go w dłoniach, gdy patrzył na Johna z tej odległości. Przewodnik próbował zamaskować jego ślad, ale zaczerwienienie na jego szyi i tak było widoczne ze sporej odległości.
- Coś się stało? – spytał John, przyglądając mu się nagle uważniej.
- Nie jestem w stanie pracować, gdy otaczają mnie idioci – przyznał jak zawsze. – Wystarczyło, żebym wczoraj wyszedł na zaledwie kilka godzin, a musimy powtarzać symulacje, które trwały dwie doby – dodał odrobinę zirytowany.
- Grodin się znowu popłakał? – prychnął John i faktycznie Przewodnik znał go dobrze.
- Nie, właśnie nie – odparł Rodney. – A potem nagle zainteresowało mnie dlaczego Mitchell znowu cię irytuje… Mam nadzieję, że jesteś na drodze awansowania Johna na majora…
- Rodney – powiedział ostrzegawczo Przewodnik.
- Wiesz, że Kanada nie ma Centrum ani niczego podobnego? My nie ścigamy Przewodników ani Strażników – powiedział Rodney. – To był prawdziwy szok kulturowy, gdy okazało się, że kraj, który jest tak zwariowany na naszym punkcie ma też równie wielką liczbę ignorantów – dodał.
- McKay – westchnął Mitchell.
- Cofamy dotacje dla Centrum – powiedział, podchodząc bliżej do Johna.
Chciał dotknąć Przewodnika, ale to było tak nowe. Nie wiedział jak wiele kontaktu chce z nim utrzymywać John publicznie. Przedtem nie dotykał go prawie wcale, gdy nie musiał. I Rodney prawie czekał z nadzieją na kolejny odlot. Zapracowywał się w zasadzie dlatego, że jego życie kręciło się wyłącznie wokół Johna i projektu.
- Nie możesz załatwić wszystkiego pieniędzmi – odparł Mitchell i skrzywił się.
- Dlaczego? – spytał Rodney i naprawdę był zaskoczony.
Świat obracał się wokół pieniędzy. Dopóki nie udowodnili Amerykanom, że są w stanie zarobić dla nich sporo milionów, nie byli zainteresowani dwójką naukowców. Teraz mieli firmę i zatrudniali setkę pracowników, a ochraniało ich wojsko. Wszystko kręciło się wokół pieniędzy i chociaż wolał udawać, że duży w tym udział miał jego geniusz oraz rozeznanie Jeannie – to nie była prawda.
- I tak nie mają prawda mnie nachodzić. Jestem obywatelem Kanady – dodał zanim Mitchell zdążył wtrącić cokolwiek.
Jego dłoń mrowiła i nie mógł nie zerkać na Przewodnika. John stał zaledwie na centymetry od niego. Tak bardzo chciał wyciągnąć rękę, żeby chociaż palcem dotknąć tej cudownej skóry. Ciało mężczyzny pokryte było gęsto włoskami i Rodney nigdy nie spodziewał się po sobie, że uzna to za tak podniecające.
John nie patrzył na niego pogrążony w rozmowie z Mitchellem i Rodney zdał sobie sprawę, że znowu odleciał.
- …McKay – powiedział podpułkownik.
- Yhym – odparł, kierując całą uwagę na Cama.
- Więc się zgadzasz? – zdziwił się Mitchell.
- Nie, po prostu cię nie słuchałem – parsknął, nie robiąc sobie nic z tego, że może było to trochę niekulturalne.
Johna to rozbawiło, bo jego Przewodnik ukrył uśmiech za swoją dłonią.
- Na pewno masz jeden z tych fatalnych planów, które i tak skomplikują mi życie, więc powiem krótko. Nie obchodzi mnie Centrum. Jeśli spróbują napastować Johna, aby dostać się przez niego do mnie, załatwię ich – powiedział, a potem zmarszczył brwi. – Jeannie ich załatwi – uzupełnił.
Mitchell uniósł brew.
- Nie bez powodu odrzucam wasze propozycje obywatelstwa. Nie jestem obywatelem amerykańskim, bo wasze zwyczaje są barbarzyńskie. Jeszcze parę lat temu Johna wyrzucono by z wojska za jego biseksualność, jakby to w kwestii związków Przewodników ze Strażnikami miało jakiś głębszy sens. Nareszcie wyciągnęliście łby z tyłków i dostrzegliście, że to ludzka biologia, a nie wybór – odparł Rodney. – Nie będę kłócił się z ludźmi, którzy dopiero teraz dorośli do standardów światowych. Kanada może i nie jest tak gęsto zaludniona, ale przynajmniej nie mamy tak wielu ignorantów.
- Niedźwiedzie już dawno ich pożarły – zakpił John.
Rodney wzruszył ramionami.
- I przykro ci z tego powodu? – spytał wprost, a Przewodnik uśmiechnął się szeroko.

John zabrał go do siebie, a Rodney nie protestował. To przyjemnie przypominało ich poprzednie wieczorne spotkania, gdy grali do późna w szachy. Faktycznie w ciągu tego czasu stali się przyjaciółmi. I nie musiał się bać, że nie będą mieli do poruszenia żadnych tematów. Wszystkie te hollywoodzkie produkcje, gdzie Strażnik i Przewodnik patrząc sobie w oczy zawiązywali spontanicznie więź przyprawiały go o paranoję. Wiedział, że nie jest łatwym człowiekiem i bał się, że jeśli przez przypadek kogoś w ten sposób spotka – czekać go będzie dożywotnie milczenie.
Seks był dobry, ale to co mieli z Johnem – wspólne rozmowy i dogryzanie – to było jeszcze lepsze. Przewodnik był dla niego kimś ważnym zanim Rodney wsadził w jego tyłek penisa i tak właśnie powinno być. Żadnego spontanicznego pieprzenia, z którego wyniknęłyby kłopoty i nieporozumienia. Rodney i tak czuł, że stracili zbyt wiele czasu. John najwyraźniej nie zaproponował wcześniej nici, ponieważ bał się, że zostanie uznany za wojskowego szpiega. I to chociaż śmieszne – Rodney potrafił zrozumieć. Jednak jego serce tylko mocniej biło dla Przewodnika, który stawał okoniem do każdej idiotycznej propozycji Mitchella.
John nie wydawał się człowiekiem, który chce kontrolować nikogo. I sam cenił swoją wolność, co Rodney zauważył już na samym początku. I może fakt, że Rodney żył tak naprawdę w spartańskich warunkach kompleksu naukowego przekonał Przewodnika, że pieniądze nie były problemem. Rodney prawie ich nie ruszał. Jeannie zajmowała się finansowymi sprawami i czuł się z tym o wiele lepiej.
Przeważnie siadywali na krzesłach, po przeciwnych stronach stołu, ale Rodney tym razem bez wahania wybrał łóżko, zastanawiając się jednocześnie jak John mógł sypiać na czymś tak twardym.
- Zelenka nie dopilnował symulacji? – spytał Przewodnik, przypominając sobie zapewne jego wcześniejsze słowa.
- To też – przyznał Rodney i dotknął palcami szyi. – To jest zemsta za to co ci zrobiłem? – spytał wprost i John uśmiechnął się krzywo. – Nie musiałeś tego zamalowywać. Jeśli sądziłeś, że tego nie widać…
- Ford zadławił się kawą podczas śniadania – wszedł mu w słowo John.
- Miko nie mogła oderwać oczu – dodał dokładnie tym samym tonem i miał ochotę powiedzieć też, że ci idioci chyba uznali, że nigdy nie uprawiał seksu, ale nie był do końca pewien czy wczorajsza noc była aż tak dobra, aby żartować w ten sposób.
Przewodnik zasnął wyczerpany, ale seks jest jak pizza – a przynajmniej tak twierdził jeden z marines.