Rodney czuł się trochę dziwnie, gdy wymykał się z kwater Przewodnika. Oczywiście nigdy nie śpiący marines kręcili się po całym piętrze, więc został obdarzony kilkoma uśmiechami, na których samo wspomnienie powracał na jego policzki niezdrowy rumieniec. Nie był dziewicą, która wymykała się po przypadkowym macanku. I bynajmniej nie wkupił się w łaski Johna konsolą do gier, której ten zresztą nigdy nie użył. Obaj przeważnie wieczorami grali w szachy, a te nieliczne razy, gdy Rodney był zbyt sfrustrowany, aby przegrywać z Przewodnikiem – rozmawiali o problemach milenijnych. Oczywiście nie potrzebował tych groszy, które oferowano za rozwiązanie każdego z nich, ale czasem dobrze było pospekulować z kimś, kto pod taką przystojną czupryną faktycznie ukrywał mózg.
Jeannie corocznie zmuszała go do rozmów z ich tak zwanymi wojskowymi kontaktami, z którymi ustalali wielkość funduszy. Nie cierpiał walczyć o pieniądze, szczególnie, gdy proszono go o wycenienie swojego czasu. Jak wiele kosztowała godzina pracy geniusza? Nigdy nie był pewien ile zer powinna mieć kwota, a O'Neill zawsze traktował jego słowa jako żart. Rządowa robota nie była aż tak intratna jak sądzono, ale przynajmniej ich zainteresowania się pokrywały. Gdyby pracował dla sektora prywatnego, kupiłby sobie Nową Zelandię w ciągu kilku lat.
Musiał sprawdzić czy Zelenka dostarczył mu już te wyniki. Zidiociali marines zapewne nie potrafili dodać dwa do dwóch i poinstruowani, aby zanieść wszystko do jego kwater, zapewne dostarczyli całość pod jego drzwi, chociaż doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że był u Johna. Nie mogli po prostu przynieść wszystkiego do Przewodnika, bo to byłoby zbyt logiczne. I dlatego musiał wstać z ciepłego, wygodnego łóżka i przejść całe piętro.
Zostawił na szafce nocnej notkę dla Przewodnika, aby wyjaśnić swoje zniknięcie. Szczególnie, gdy spędzili tak intensywnie czas. Nie chciał, aby Przewodnik czuł się wykorzystywany tylko do szybkiego pieprzenia, ale Rodney nie miał czasu. Dlatego nigdy nie decydował się na związki. Wszyscy w końcu odchodzili, zniechęceni tym, że zapominał o ich istnieniu, gdy tylko jego umysł zaprzątał nowy projekt. Problem w tym, że John nie mógł odejść. Więź nie pozwoliłaby im na znalezienie nowego partnera, a to oznaczało, że musiał się postarać. Nie chciał, aby Przewodnik był nieszczęśliwy, a już teraz pozostawał zamknięty w kompleksie częściowo z winy Rodneya. Został osaczony przez Air Force i Mitchella. I chociaż Rodney się starał, wciąż nie potrafił go uwolnić. Nie cierpiał polityki i armii. Wojsko niczego nie rozumiało i działało zgodnie ze sztucznie narzuconymi zasadami, które nie były bynajmniej naturalne. Nad kompleksem i projektem powinna na ten przykład czuwać Carter, która przynajmniej wiedziała co robili. Mitchell był tak bardzo zbędny, że kiedy Rodney go widział, dostawał białej gorączki.
O'Neill był najgorszym generałem wszechczasów, który nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji, a teraz kiedy Centrum wyciągało łapy po jego Przewodnika – nie potrafili nawet go obronić. Musiał sam zagrozić cholernej organizacji, której zasady istnienia i powstania nie były dla niego zbyt jasne.
Nie chciał, aby John brał udział w tych przepychankach. Przewodnik wydawał się niezdolny do stawania okoniem względem wojska i może coś z tym wspólnego miał jego ciągły strach, że wyślą go na front. I powinno być prawo, które przeciwdziałało takim praktykom. Jego Przewodnik swoje odsłużył, a Rodneya dławiło samo wspomnienie o strachu, którym John się z nim raz podzielił. Cytryny straciły na znaczeniu i chociaż nadal mierziła go sama myśl o tych owocach – nie powinien odlecieć, gdy Grodin znowu pojawi się z jedną w laboratorium.
Naturalnym źródłem witaminy C była apteka i tak Rodney zamierzał utrzymywać aż ci wszyscy idioci w końcu to pojmą.
Wyniki leżały wsunięte pod jego drzwi i Rodney tylko zerknął na nie okiem. Przewodnik nadal spał. I tak cudownie byłoby zostać z Johnem w łóżku. Kiedy wziął sobie kilka godzin wolnego i oprowadzał Przewodnika po kompleksie, to było kilka najlepszych chwil w jego życiu. Żartowali, mogli porozmawiać. A teraz znowu wrócił dawny kierat, który nagle przestał go cieszyć. Te małe codzienne zwycięstwa kosztowały zbyt wiele i dostawał dreszczy na samą myśl, że jego Przewodnik pozostawał w zamknięciu.
Wziął teczkę pod pachę i zagryzł zęby, wchodząc do swoich kwater. Szybki prysznic orzeźwił go i Rodney przebrał się w czyste ubranie. Nie rozmawiali o tym, ale jeśli się pospieszy może John nie zauważyłby nawet jego zniknięcia. Ułożyłby wtedy świeże ciuchy na krześle w pokoju Przewodnika, a rano ruszyłby prosto do pracy. Chociaż mogliby zjeść razem śniadanie. Nigdy nie pili razem porannej kawy. Spotykali się tylko podczas lunchu i sporo z tym spotkań zaaranżował Zelenka, który powinien dostać od niego butelkę jakiegoś drogiego czeskiego alkoholu. Zamierzał wysłać notkę Jeannie. Nie znał się na takich rzeczach.
Wracając od kwater Johna, starał się nie zauważać uśmieszków, które mu rzucano. Otworzył drzwi swoją kartą i wsunął się do środka nie starając się zapalać światła. John był wyzuty z energii, co też trochę go cieszyło. Przewodnik przeważnie buzował siłą, mocą, która była ukryta w tym długim szczupłym ciele. Tymczasem Rodney miał pierwszy raz okazję, obserwować go tak spokojnego – nieruchomego. Rozebrał się do naga, udając, że to wcale nie jest dziwne. Zazwyczaj podczas seksu przychodziło mu to naturalnie, ale teraz wróciło dawne skrępowanie. John składał się z samych mięśni, a Rodney odpuszczał sobie przez ostatnie kilka lat. Nie miał dla kogo starać się o przyzwoity wygląd i chociaż odkąd Przewodnik trafił do kompleksu – starał się nie chodzić w ubraniu dłużej niż dwie doby – nadal na jego koszulkach było cholernie dużo plam. Takie sprawy po prostu mu umykały i wiedział, że wojskowi uważali go za niechluja. John nie powiedział nigdy ani słowa nawet w żartach, ale może to po prostu nie był temat do dowcipów.
Przewodnik objął go ramieniem, kompletnie go zaskakując. Rodney nawet nie zauważył, że serce Johna zaczęło bić szybciej, gdy mężczyzna się obudził. Szorstkie usta pojawiły się na jego ramieniu, gdy Przewodnik układał go wzdłuż siebie wygodniej. Rodney mógł być w nim jeszcze kilka godzin temu, ale to John był dużą łyżeczką.
- Gdzie poszedłeś? – spytał Przewodnik zaspanym głosem.
Nie wydawał się zły. I to było zwykłe pytanie bez podtekstu.
- Musiałem sprawdzić dane od Zelenki – przyznał Rodney, czekając na jakąś uwagę, ale ta nie nadeszła.
- Dziwnie pachniesz. Wziąłeś prysznic? – zdziwił się John, a potem odsunął twarz od jego wciąż wilgotnych włosów.
- Taaak – powiedział niepewnie Rodney.
- Cieszę się, że wróciłem – wyszeptał John, ziewając, a potem tak po prostu zasnął.

Rodney prawie spadł z łóżka, gdy jakiś diabelny dźwięk go obudził. Pojęcia nie miał czy to nie alarm przeciwbombowy, ale John po prostu sięgnął ręką na półkę ponad sobą i wyłączył budzik. Zegarek na nadgarstku Rodneya wskazywał wyraźnie, że mają za piętnaście piątą i Rodney nienawidził swojego życia.
- John? – spytał niepewnie. – Czy ty zwariowałeś?
Przewodnik prychnął i próbował nad nim przeskoczyć, co nie było łatwe.
- Ronon będzie czekał, nie chcę się spóźnić – poinformował go Przewodnik i już po samym tonie Rodney wiedział, że John jest całkiem przytomny.
Mężczyzna nawet wydawał się w radosnym nastroju, czego Rodney nie rozumiał. Była piąta rano.
- Myślałem, że zjemy razem śniadanie – powiedział bardziej w poduszkę niż do Johna, który zakładał właśnie swoje bokserki. Na krześle leżały już przygotowane sportowe spodenki.
Rodney tylko jednym okiem obserwował ten kształtny tyłek.
Przewodnik zawisł w pół ruchu i spoglądał na niego tak, jakby rozważał coś bardzo.
- Możesz zawsze iść ze mną. Nie musisz biegać, ale z Rononem czasem robimy wolniejszy trening, nie powinieneś mieć problemów z nadążeniem za nami – oznajmił mu John i jego głos był dziwnie wyzuty z emocji.
Rodney nie potrafił w nim nic wyczytać. Instynkt podpowiadał mu, że Przewodnik chce, aby do tego spotkania doszło, ale to nie wyjaśniało dlaczego nie powiedział tego wprost. John był bardzo bezpośredni w ich rozmowach. Chociaż z drugiej strony Przewodnik skrzętnie ukrywał zainteresowanie Rodneyem, więc też miał swoje tajemnice. Nie mówił mu wszystkiego.
Ta myśl była dziwna. Rodney nigdy nie oczekiwał związku, w którym wiedziałby wszystko. Ludzie byli przeważnie zbyt nudni i rozgryzał ich w ciągu sekund. Chciał jednak wiedzieć o Przewodniku tak wiele jak John byłby skłonny mu zdradzić. Te szczegóły, które poznawał przypadkowo nie satysfakcjonowały go w pełni. Ronon i Teyla wydawali się jedynymi przyjaciółmi Przewodnika i chociaż Ford się starał, Rodney jakoś wątpił, aby ponad dziesięć lat młodszy mężczyzna był w stanie nawiązać taką samą więź z Johnem jak pozostali.
- Och – wyrwało się Rodneyowi, gdy przypomniał sobie jak Teyla nazwała ich rodziną Johna.
Rodziną z wyboru, więc nawet chyba ważniejszą niż tą poprzez krew. Oczywiście nigdy nie zamieniłby Jeannie na nikogo, ale z drugiej strony nikt z własnej woli nie chciał być mu bratem . Jedynym, który go kiedykolwiek wybrał był John. I to był wybór dwukrotny!
- Z przyjemnością porozmawiam z Rononem – powiedział Rodney, podnosząc się z łóżka z większym zainteresowaniem.
To nie miało być zwykłe spotkanie. John chciał go oficjalnie przedstawić. Nie tak jak wtedy w garażu szpitala. Przewodnik chciał powiedzieć o ich więzi i Rodney chciał być przy tym obecny. Chciał w tym uczestniczyć, chociaż godzina była naprawdę okropna, a na zewnątrz na pewno jeszcze panował mrok. Nie przypominał sobie kiedy ostatnio był na powierzchni. Może wręczał wtedy klucze Teyli. Nie był nawet pewien ile czasu minęło.
- Teyla będzie? – spytał, wciągając na siebie spodnie.
Ronon trochę go przerażał. I nie chodziło tylko o to, że zrobił na mężczyźnie złe pierwsze wrażenie. Po prostu Ronon był wielki i wyglądał groźnie. Nosił się tak, jakby gołymi rękami łapał ryby. Rodney nigdy nie odnajdywał się w towarzystwie osób, które nie doceniały atutów nauki. A Ronona waliło z góry nago czy grawitacja istniała czy nie.
- Jest trochę zbyt wcześnie. Torren spędza ten poranek z nią – powiedział John i to wcale nie mówiło nic Rodneyowi.
- Jej mąż? – spytał, nie chcąc jednocześnie wyjść na ignoranta, ale John niezbyt często mówił o swoim życiu.
I tego imienia Rodney nie słyszał nigdy wcześniej.
- Syn – odparł krótko John i otworzył drzwi na korytarz.
Ford spoglądał ciekawie ze swojego pokoju i uniósł brew, gdy zobaczył go na nogach o tej porze.
- Wraca pan z laboratorium, doktorze McKay? – spytał mężczyzna.
Rodney zacisnął zęby.
- W zasadzie idę pobiegać – odparł, co nie było aż tak bardzo niezgodne z prawdą.
A zszokowana mina Forda sprawiła mu satysfakcję. Dzieciak był o wiele zbyt ciekawski. Nie lubił tak jowialnych ludzi. Nie miał ochoty zaprzyjaźniać się z wojskowymi.
John pociągnął go w stronę wind i kilku strażników rzuciło im zaciekawione spojrzenia.
- Więc ten Torren… - zaczął Rodney, starając się nadążyć.
- Ma roczek. Jest cudowny. Ma takie małe rączki i zaczynają wychodzić mu zęby. Teyla stara się być przy nim kiedy może, ale czasami musi pracować w nocy, więc sam rozumiesz – odparł John i w jego głosie pojawiło się coś ciepłego, gdy mówił o dziecku.
Rodney miał tylko nadzieję, że Przewodnik nie myślał o spłodzeniu własnego. I nagły strach ustąpił, gdy zdał sobie sprawę, że jeśli ktokolwiek na tym świecie miał tyle miłości, aby uszczęśliwić Przewodnika – to musiało być dziecko. Nie przypominał sobie, aby Madison emanował nieprzyjemnymi emocjami, więc John czułby się przy niej jak na wakacjach. Przewodnik był cały czas spięty, odkąd trafił pod wojskową kuratelę i Rodney starał się go uspokajać, ale to nie było łatwe, gdy sam miał swoje epizody. John czuwał przez cały czas i był w gotowości. To nie mogło być zdrowe.
- A co z ojcem? – spytał Rodney ostrożnie, nie wiedząc czy nie przekracza jakiejś granicy.
John jednak nie wydawał się obrażony. Przewodnik również nie zwolnił i po chwili znaleźli się na zewnątrz. Słońce kategorycznie wstawało o wiele zbyt wcześnie – jak na jego mniemanie. Otoczyły go nieznajome zapachy pełne soczystości, do której nie był przyzwyczajony.
Przystanął czując się ogłuszonym i John przeszedł nie więcej niż kilka kroków, zanim wrócił po niego i splótł ich palce razem, przywracając go do świadomości. To nie był mocny odlot, ale jeden z przyjemniejszych, które Rodney miał. Świat o tej porze miał w sobie coś magicznego. Co wcale nie znaczyło, że zamierzał codziennie wstawać o tej porze.
Ronon zmarszczył brwi na ich widok i spojrzał wymownie na ich złączone dłonie. Rodney miał ochotę zabrać rękę, ale John trzymał go pewnie, jakby chciał w ten sposób dodać mu otuchy.
- Nie powiem, że się tego nie spodziewaliśmy. Teyla martwiła się, że nadal nic z tego nie wyszło – powiedział mężczyzna, kompletnie go zaskakując.
Nie dostali jednak gratulacji i Rodney się ich nie spodziewał w zasadzie. Nie znał Ronona, ale w mężczyźnie było cos surowego i brutalnego. Nadal dziwiło go jak John mógł mieszkać z kimś kto tak bardzo nie okazywał uczuć. Może jednak jego Przewodnik odbierał wszystko to, czego nie mogli dostrzec inni.
- Więc jesteście obaj już w takim wieku, że rzucanie wam pogadanek jest bez sensu. Musisz jednak wiedzieć, że John nigdy nie prosi o pomoc i sądzi, że uratuje cały świat. Teyla doda, że to dlatego musisz o niego dbać – podjął Ronon i mówił tak znudzonym tonem, że Rodney prawie przegapił treść jego wypowiedzi. – Jest uparty jak osioł i pewnie kiedyś rzuci się za tobą w jakąś przepaść, bo nie znam nikogo bardziej lojalnego – dodał Ronon.
Od John biło zawstydzenie.
- Teyla kazała ci to zrobić? – spytał jego Przewodnik, a Ronon wyszczerzył się jak głupi.
- Jest mi winna drugą butelkę rumu – przyznał mężczyzna i to chyba był jakiś kod, którego Rodney nie pojmował, bo John zaczął się nagle śmiać.
Czuł się dziwnie, obserwując ich wzajemną interakcję. Jego Przewodnik nie przepadał za kontaktem fizycznym z obcymi, co w zasadzie ułatwiało im życie, ale jednak nie dotykał nawet swojego przyjaciela. John stronił od wpływaniem na niego, ale Rodney akurat to podziwiał. Nie miał jednak pojęcia jak jednocześnie Przewodnik mógł mieć tak wiele emocji związanych z tym mężczyzną i jak potrafił ich nie okazywać. Nie przekazywać dalej. I nic dziwnego, że Centrum miało zagwozdkę. Im bardziej Rodney poznawał Johna – tym bardziej mężczyzna go zaskakiwał.
Na pewno obaj nie należeli do standardowych przedstawicieli swojego gatunku. Rodney nie lgnął do Przewodników i radził sobie od lat ze swoim stanem. John nie dotykał ludzi. Była za tym jakaś tajemnica, do której nie został dopuszczony i po raz pierwszy, gdy widział coś takiego, nie miał ochoty drążyć tematu tak długo aż dowie się wszystkiego. Jeśli Przewodnik chciał mu powiedzieć, Rodney wiedziałby już teraz. Przecież John podzielił się z nim wojną i bólem, i strachem tak wielkim, że jego cytrynowa fobia traciła znaczenie.
W aktach Przewodnika nie było zbyt wiele. Część misji była tajna i Rodney nie był w stanie dostać się do rejestrów. Cała reszta została lakonicznie streszczona. Wszystko co wiedział, pochodziło od Forda i może dlatego nienawidził tak chłopaka. Kapitan mógł się wydawać szczeniaczkiem, ale miał swoje zęby i gryzł. Wiedział o jego Przewodniku więcej niż Rodney. Był tam wtedy, gdy ludzie ważni dla Johna zginęli i pomimo tego, że minęły lata od tego wydarzenia, Rodney czuł ból na samą myśl, co przechodził Przewodnik.
Nie zauważył nawet, że Ronon zaczął się rozciągać. John nie puścił zresztą jego dłoni i gdy ruszył do przodu, po wydeptanej przez codzienny trening drużce, Rodneyowi nie pozostało nic innego, tylko pobiec za nim.
- Nie, nie, nie – próbował zaprotestować, ale John uśmiechnął się do niego najpiękniejszym uśmiechem na świecie i wiedział, że jest stracony.
Oddychanie przychodziło mu trudem, co nie było dziwne. Najwięcej ruchu miał ostatnim razem, gdy przyduszał Mitchella. Żałował nawet, że jego instynkt znowu się nie aktywował. Nigdy nie miał nad nim aż takiej kontroli jak chciałby. Mógłby straszyć marines, którzy się z niego otwarcie nabijali. I chociaż te ich uśmieszki jednocześnie go podbudowywały, to jednak wolał ich nie widywać na porządku dziennym. Przynajmniej nie wtedy, gdy Miko była odpowiedzialna za zbieranie danych.
John nie biegł szybko, dostosowując swoje tępo do braku kondycji Rodneya, ale to było na nic.