Rodney kręcił się koło niego coraz częściej i to było naprawdę dziwne. Strażnik przeważnie miał niewiele czasu podczas dnia, ale najwyraźniej postanowił zmienić swoje nawyki, czego John do końca nie rozumiał. Był dość zaskoczony, gdy Rodney zgodził się spotkać z Rononem o tak wczesnej porze. W zasadzie Strażnik wykazał również niespotykany entuzjazm i dopiero w windzie John zdał sobie sprawę, że po raz pierwszy ma okazję przedstawić oficjalnie Rodneya. Poza Rononem, Teylą i Jennifer nie miał nikogo, kogo obeszłoby, że już nie jest sam. Odniósł wręcz wrażenie, że kobiety trzymały kciuki za to, aby udało im się z Rodneyem dojść o porozumienia i to było dziwne, że raz w życiu ktoś dobrze mu życzył.
Wieści rozniosły się po kompleksie, Ford zresztą powiedział Mitchellowi w żartach, że McKay wyszedł z nim na poranny bieg. Oczywiście nie wiedzieli, że Strażnik został w tyle, ale nic dziwnego. Ronon narzucił wolniejsze tempo, ale jajogłowi nie radzili sobie za bardzo z ruchem. Nie byli do niego stworzeni, chociaż w przypadku Rodneya to wydawało się dziwne. Energia buzowała pod skórą Strażnika, wyczuwał ją bardzo dobrze.
Rodney wydawał się nie wierzyć, że mógłby faktycznie być jednym z wojskowych Strażników. Doskonale wyszkolonym o zmysłach, które pozwalały mu przebrnąć w pojedynkę przez dżunglę. W zasadzie kiedy wyobrażał sobie Rodneya poza miastem, chciało mu się śmiać, ale jednocześnie wiedział, że jeśli Strażnik poświęciłby więcej czasu na siebie, a nie na projekt – udałoby mu się osiągnąć naprawdę wiele. Wszystko było kwestią motywacji.
John starał się nie zwracać uwagi na to, że szeptano, gdy Rodney usiadł koło niego podczas obiadu. Strażnik rzadko opuszczał laboratorium i musieli robić coś naprawdę ważnego, skoro Zelenka i Grodin zostali. Rodney jednak pojawił się w drzwiach i nawet podwinął rękawy swojej koszulki, ukazując całkiem przyjemnie umięśnione ramiona. Jego dłonie były drobne i nawykłe do pracy przy komputerze, ale jego barki zdradzały prawdziwą siłę, która tkwiła w tym ciele.
Strażnik uśmiechnął się do niego szeroko, namierzając go bez problemu w tłumie marines. A potem zajął swoje miejsce, jakby ono należało do niego od wieków, a nie zaledwie od kilku dni. Nawet Ford wydawał się mocno skrępowany tą pozorną normalnością i John nie dziwił mu się. Pary Strażnik/Przewodnik miały to działanie na ludzi. Wiedział też, że sporo osób zaczynało im zazdrościć.
Był połączony z Rodneyem tak pierwotnie, że prawie wyczuwał po co mężczyzna naprawdę przyszedł. I zakrył swój kubek z kawą, gdy Strażnik chciał po niego sięgnąć.
- Ekspres jest kilka kroków dalej – powiedział, gdy Rodney spojrzał na niego zaskoczony.
- Ale twoja zawsze smakuje lepiej – odparł Strażnik.
Ford prychnął.
Rodney spojrzał na Aidena tak, jakby dopiero teraz zauważył jego obecność co w przypadku McKaya było całkiem prawdopodobne. Rodney nie zwracał uwagi na takie szczegóły jak inni ludzie. Johna nawet to bawiło przez jakiś czas. Marines musieli się przyzwyczaić do podobnego traktowania, ale tym bardziej to podkreślało jak John był inny. Jego Rodney zauważał zawsze i wszędzie. Nawet może trochę za bardzo, biorąc pod uwagę, że w naturalny sposób migrował w jego kierunku, starając się zająć miejsce jak najbliżej niego nawet w czasach, gdy jeszcze nie byli razem. Teraz to stało się tylko gorsze albo lepsze. John przynajmniej wiedział na czym teraz stoi i co mu wolno. A wolno było mu dokładnie wszystko.
- Naprawdę – powiedział Rodney, wydymając usta. – Nie wiem gdzie oni ukrywają tę odmianę kawy, która ma lekko truskawkowy smak, ale dostajesz ją tylko ty. Ta Zelenki smakuje jak smoła… - ciągnął i urwał, gdy John spojrzał na niego kompletnie zszokowany.
Oczywiście Rodney pojęcia nie miał, że kawa w ekspresie była jednego gatunku, a specjalne aromaty należały do ludzi, od których podkradał kubki. John przynajmniej zaczynał rozumieć skąd wcześniejsze skojarzenie z truskawkami, chociaż jego pasta do zębów na pewno była miętowa. Możliwe, że jakieś związki chemiczne w jego ciele wchodziły w reakcje tworząc ester – w zbyt niewielkiej ilości, aby wyczuł go człowiek, ale Strażnik wychwytywał wszystko.
Najwyraźniej jednak nie kojarzył faktów i John westchnął. Jego spacer do ekspresu do kawy trwała krótko i po chwili wrócił z kubkiem dla Rodneya, który wyciągnął tylko dłonie jak dziecko, które dostało prezent i wziął sporej wielkości łyk.
- Nie, nie oszukasz mnie. To normalna kawa. Ukrywasz przede mną tą dobrą – jęknął Strażnik, odstawiając kubek na stół. – Trzymasz ją u siebie? Kiedy tam byłem niczego nie wyczułem! – powiedział oskarżycielskim tonem, jakby spodziewał się, że John ukrywa kawę w sejfie.
Ta myśl w zasadzie była całkiem zabawna. Przewrócił oczami, widząc, że McKay próbuje użyć swoich zmysłów do namierzenia tego, czego szukał.
- Tak, Rodney, bo wszyscy uwielbiają, gdy ich kawa smakuje truskawkami – prychnął.
- Ja lubię – odparł uparcie Strażnik.
- Oczywiście, że lubisz – westchnął John, a potem upił łyk z kubka, który przyniósł.
- Hej! Nie powiedziałem, że nie będę tego pił! – zaprotestował Rodney i ta walka o kawę miała swój urok.
John uśmiechnął się krzywo.
- Wiem, spróbuj swojej kawy teraz – powiedział spokojnie, a Rodney poruszył swoim nosem nad kubkiem.
A potem oczy Strażnika stały się okrągłe, gdy brał łyk i najwyraźniej to był ten smak, który tak uwielbiał. Może nie całkiem truskawek, ale z pewnością smak Johna. Rodney zaczerwienił się tak mocno, że John przez krótką chwilę sądził, że mężczyzna ma udar. A Ford przyglądał im się niepewnie, zapewne nie zdając sobie sprawy z tego dlaczego McKay jest zawstydzony.
Gdyby Rodney nie wspominał tak głośnie o smaku, który tak uwielbiał, John zapewne nie dodałby dwa do dwóch tak szybko. A tymczasem mógł teraz popijać kawę ze swojego kubka z uśmieszkiem pełnym satysfakcji.
- Ani słowa – wymruczał Rodney.
- Niczego nie mówiłem – zaćwierkał znad swojej kawy.
Strażnik rzucił mu jedno ze swoich morderczych spojrzeń, które nijak na niego nie wypłynęło. John dalej sączył swoją kawę, uśmiechając się pod nosem.
- No przestań – powiedział Rodney odrobinę głośniej.
- Niczego nie robię – odparł lekko John, czując, że jego rozbawienie zaczyna rosnąć.
Ford uniósł brew i zaczął wpatrywać się w nich mniej pewnie.
- Coś nie tak, kapitanie? – spytał sucho Rodney, łypiąc na młodego chłopaka okiem.
Ford wyprostował się.
- Nie, doktorze McKay – odparł Aiden pospiesznie.
- Nie strasz wojskowych – skarcił go John.
Rodney prychnął.
- Jak eksperymenty? – spytał John, starając się zmienić temat, bo Ford wyglądał tak, jakby jedzenie miało mu stanąć zaraz w gardle.
- Ekstatycznie, cudownie, wspaniale, niezwykle… - zaczął Rodney.
- Utknęliście? – odgadł John.
- Grodin wysadził komputer – odparł Strażnik bez mrugnięcia okiem.
John wyprostował się na swoim krześle, czując znajomy skok adrenaliny.
- Wysadził coś? I dowiadujemy się tego dopiero teraz? – spytał z niedowierzaniem. – Powinniście mówić o czymś takim Mitchellowi. Jest szefem…
- Wysadził komputer – wszedł mu w słowo Rodney. – Trochę dymu i trzask. Miko i tak chodzi z mini gaśnicą pod ręką od czasu, gdy Zelenka zakładał spaw i kapnął mu metal na dłoń.
John czuł, że jego brew się unosi i nie mógł nic na to poradzić. Rodney tymczasem westchnął.
- No może czasem jednak musimy coś sami złożyć, ale to tylko dlatego, że wojsko przysyła nam idiotów – odparł zirytowany Strażnik.
- Och, dzięki – prychnął John.
- Nie udawaj, że nie wiesz o kogo mi chodzi. Masz przynajmniej pojęcie o podstawach funkcjonowania naszego wszechświata czego nie mogę powiedzieć o pozostałych, którzy plączą mi się pod nogami. Nawet Zelenka zaczyna tracić cierpliwość – powiedział Rodney takim tonem, jakby to wiele wyjaśniało.
I faktycznie wiele znaczyło. Radek miał anielską cierpliwość. Wytrzymywał z Rodneyem każdego dnia. I chociaż John lubił z tego żartować, wiedział, że dla całej reszty to nie było aż tak zabawne. Jego Strażnik potrafił być prawdziwym wrzodem na dupie i nigdy nie ukrywał tego co myśli o innych. Gdyby nie jego geniusz zapewne firma nigdy nie dostałaby kontraktów rządowych. John był świadkiem kilku rozmów, które Rodney przeprowadził z generałem O'Neillem. Zapewne wojskowy nigdy wcześniej nie został tak zmieszany z błotem.
Mitchell na porządku dziennym słyszał o tym jak niekompetentny jest i w zasadzie Rodney miał trochę rację. Jednak zasady zachowania w społeczeństwie mówiły jasno, że pewne rzeczy należało zmilczeć. Jego Strażnik nie miał jednak tego stopa. Dla niego świat był prosty – jeśli ktoś był idiotą, należało mu o tym powiedzieć jak najszybciej, aby nikt nie tracił czasu.
Rodney wydawał się zmęczony i jednocześnie niemożliwie spięty. A był szczęśliwy, gdy wychodził z jego kwater tego poranka. Rozmowa z Rononem przebiegła stosunkowo dość dobrze. Rodney szybko się rozluźnił i wydawał się nawet całkiem szczęśliwy, co zdarzało się naprawdę rzadko. I John chciał to ponownie osiągnąć. Nie lubił, gdy Rodney siedział ze zirytowaną miną zbyt długo – sarkastyczne odzywki to było jedno, ale ona zawsze miały charakter żartu.
Położył dłoń na kolanie Strażnika, rejestrując, że Rodney zamarł w pół ruchu. Mężczyzna spojrzał na niego niepewnie, jakby nie wiedział co teraz powinien zrobić, ale John dalej pił swoją kawę. Ford – jeśli zauważył przepięcie między nimi – nie powiedział ani słowa.
- Trening dzisiaj normalnie? – spytał chłopak, pakując do ust fasolkę.
Tutejsi kucharze nie byli najgorsi, ale nikt nie przebijał zdolności Teyli.
- Pokażę ci ruchy, których nauczyła mnie przyjaciółka – obiecał John, wiedząc, że Ford skorzysta na nich najwięcej.
Miał potrzebną do tego giętkość ciała. I ćwiczenia Teyli częściowo odprężały, więc nie mógł się doczekać aż włączą to do normalnego cyklu zajęć. Zerknął na Rodneya, któremu kawa skończyła się w kubku i podsunął mu swój. Zapewne taka ilość kofeiny nie była zdrowa, ale Strażnik nie zdradzał żadnych oznak odlotu.
- Może poćwiczysz z nami? – spytał John i Rodney potrząsnął głową, jakby budził się ze snu.
- Co? – spytał Strażnik. – Nie, nie. To nie jest dobry pomysł.
- To tylko propozycja. Pomyślałem, że jeśli zaczniesz ćwiczyć z marines, Grodin będzie się ciebie bał tylko bardziej – rzucił John i Rodney tym razem wyglądał na faktycznie zainteresowanego.
- Nie płakał chyba ze dwa dni. Zelenka zaczyna się martwić. Wiesz, że powiedział mi dzisiaj, że jestem odpowiedzialny za ten wybuch? – spytał McKay szczerze obrażony. – Podobno Grodin jest w stanie funkcjonować tylko, gdy się czegoś boi. W innym wypadku popełnia błędy. A tak się składa, że boi się tylko mnie. Zresztą wystarczy popatrzeć na Zelenkę czy Miko…
- Wiesz, patrzę na ciebie i wiem, że jesteś wyłącznie głośny. Naprawdę nieszczęściem byłoby, gdyby Grodin to odkrył. Jak wielkie zniszczenia jesteście w stanie zrobić w takim laboratorium? – spytał John ciekawie.
Rodney przez chwilę się zastanawiał, a pomiędzy jego brwiami pojawiła się poprzeczna zmarszczka.
- Spore – przyznał ostrożnie McKay i jego ton nie spodobał się Johnowi.
- Jak wielkie? – ponowił pytanie.
Strażnik wzruszył ramionami, ale John wiedział, że miał już gotową odpowiedź, która wcale mu się nie spodoba.
- Moglibyśmy przez przypadek utworzyć czarną dziurę. W ciągu minut pochłonęłaby miasto – przyznał Rodney i nie wydawał się wcale przerażony tą perspektywą.
Ford jednak zadławił się swoją fasolką.
- Dlaczego kompleks jest tak blisko centrum? – spytał przerażony kapitan. – Nie zdążylibyśmy nawet ewakuować ludzi! – przeraził się i John zaczynał powoli sobie zdawać sprawę dlaczego Rodney tak często wspominał o idiotach.
- Czarna dziura pochłonęłaby całą planetę najpierw ją rozrywając na części. To nie jest kwestia położenia kompleksu – wyjaśnił przestraszonemu koledze.
Rodney uśmiechnął się do niego szeroko.
John nie do końca wiedział gdzie spotkają się tego wieczoru. Rodney obiecał, że go znajdzie, więc starał się kręcić na trzecim poziomie, udając, że jest czymś zajęty. Carter uśmiechała się do niego szeroko za każdym razem, gdy go mijała, a on kiwał jej głową na powitanie. Kobieta trochę wybijała go z równowagi. Wydawał się szczera i urocza, ale było w niej coś drapieżnego. I słyszał jak kłóciła się z Rodneyem. Jeśli ktokolwiek był w stanie się przeciwstawić jego Strażnikowi to na pewno ona.
Przypominał sobie dokładnie jak Ford mówił, iż Rodney pracował też nad kilkoma innymi projektami dla wojska. Prototypy broni zajmowały cały ostatni poziom i najmniej chętnie tam schodził. Za bardzo przypominały mu o czasach, które spędził na pustyni. I chociaż Til'c był naprawdę miłym wspomnieniem, resztę najchętniej wykreśliłby ze swojego życiorysu.
Coś było nie tak. Poczuł to niemal natychmiast, gdy drzwi windy na końcu korytarza się otworzyły. Nie widział kto wyszedł, ale powietrze wypełniła nienaturalna radość. Strażnik znajdował się gdzieś w pobliżu, chociaż John nie potrafił określić gdzie dokładnie.
- Naprawdę sądzisz, że to dobry pomysł? – spytała doktor Miller.
Jeannie rzadko pojawiała się na poziomach poniżej ziemi, zajmując się głównie administracyjnymi problemami. W zasadzie nie nienawidził jej. Po prostu mieli zły start. I powinien był się spodziewać, że kobieta będzie chciała z nim rozmawiać, skoro miał zostać z jej bratem. Nigdy nie był przedstawiany rodzinie i nagle zaczął czuć się nieswojo.
- Zaufaj mi, on uwielbia dzieci – rzucił Rodney i gdy wyszli zza zakrętu, John zamarł.
Jego Strażnik trzymał w ramionach może kilkuletnią dziewczynkę. Ewidentnie nie czuł się z nią komfortowo i niósł ją jak worek ziemniaków, co sprawiało, że John miał ochotę się roześmiać. Mała wierzgała nogami, domagając się wolności.
- Madison, przestań. Wiesz, że nie wolno ci tutaj schodzić – skarcił ja Rodney. – I zawsze musisz być pod opieką dorosłego – dodał.
Mała zrobiła najsłodszą zirytowaną minę jaką John widział w życiu. I nie miał pojęcia skąd pomysł, że uwielbiał dzieci.
Strażnik przystanął chyba nie spodziewając się, że spotkają się na środku korytarza. I ku kompletnemu zaskoczeniu Johna, podał mu małą. John na szczęście jej nie upuścił, ale z rozbawieniem patrzył jak Jeannie Miller przygląda się temu przerażona. Nie oddawało się dzieci obcym. Rodney oczywiście nie zdawał sobie z tego sprawy, co było jeszcze zabawniejsze.
- Nie chcesz jej? – zdziwił się jego Strażnik.
John postawił małą na jej własnych nogach i wydawała mu się wdzięczna.
- Mogę ją odstawić – zaproponował Rodney niemal od razu.
- To istota ludzka. Nie traktuje się ich w ten sposób – skarcił go, a potem nagle zdał sobie sprawę, że i w tym było drugie dno. – Czy ty mi właśnie przyniosłeś dziecko swojej siostry, żeby mi je podarować? – spytał z przerażeniem.
Rodney wydawał się zawstydzony, ale to głównie przerażenie Jeannie wypełniło powietrze.
- Meredith McKay! – warknęła Miller, uderzając brata w tył głowy.
- Nie, nie, nie w tym sensie – powiedział szybko John. – Chciał mi tylko poprawić humor – dodał zanim kobieta przeszła do właściwych rękoczynów.
A czuł, że była w stanie wydrapać bratu oczy.
- Chciałem tylko, żebyś ją poznał. Lubisz tego Torrena… - zaczął Strażnik i urwał.
W zasadzie to wiele wyjaśniało. Podobnie jak ostatnie zainteresowanie Rodneya jego przyjaciółmi. Strażnik nie bywał egocentrykiem, chociaż kiedy opowiadał ludziom o pracy tak to wyglądało – jednak przeważnie nie miał na nic innego czasu. I to nie przeszkadzało Johnowi. Sam nie miał zbyt wiele do powiedzenia o swoim życiu. Rodney mógł gadać o swojej pracy jak długo chciał. Co zabawniejsze prawie nigdy nie mówił o rodzinie, a dwie z trzech osób zwiózł na trzeci poziom zamkniętych wojskowych projektów. Jeannie musiała mieć pewien stopień uprawnień, ale raczej nie sięgał tak daleko sądząc po minie marines, których mijali. Nikt jednak nie chciał się kłócić z Rodneyem, co rozumiał.
Madison spoglądała na nich naburmuszona i nie mógł się do niej nie uśmiechnąć. Miała niebieskie oczy McKayów, które przypominało mu niebo nad Afganistanem. A blond włosy nadawały jej wygląda cherubina. Zastanawiał się jak wyglądał Rodney, gdy był w jej wieku.
- Jestem John – powiedział, przykucając przy małej. – Twój wujek to trochę wariat – dodał, mrugając do niej porozumiewawczo.
- Mama mówi, że wujek Mer jak na kogoś kto cały czas myśli, mało myśli – odparła dziewczynka i to trochę miało sens.
- Twoja mama powinna… - zaczął Rodney.
- Twoja mama ma rację – wszedł mu w słowo John, uśmiechając się do Strażnika wrednie. – Cały czas mówi, że jest geniuszem, a jeszcze nie wpadł na to, że istnieje coś takiego jak zasady społeczne.
- Och, przestań. Tak jakbyś sam się nimi kierował – prychnął Rodney. – Oczywiście tobie się więcej wybacza, bo wystarcza tylko jeden cudowny uśmiech…
- Och, myślisz, że mój uśmiech jest cudowny – zaćwierkał John. – Uwielbiam twoje oczy, Mer – powiedział, podkreślając zdrobnienie, którego przeważnie używała Jeannie.
Rodney uspokoił się niemal natychmiast.
- Nie mów tak do mnie! Mam w pełni męskie dobrze prosperujące imię! – powiedział Strażnik nagle przerażony. – Zabraniam ci! – dodał i John usłyszał wyraźnie jak Madison chichocze koło jego nogi.
