John wydawał się świetnie dogadywać z Madison, chociaż nie powiedział ani słowa na ten temat. Przewodnik był jednak odprężony, a to w stu procentach wystarczało Rodneyowi. Nieprzyjemne uczucie, którego nie chciał nazywać wyrzutami sumienia, prawie znikło. Zresztą od pewnego czasu powinni byli przyzwyczajać się do swoich rodzin, bo start Jeannie i Johna do najlepszych nie należał. Jego siostra bywała nadopiekuńcza, ale chociaż mieli za sobą kilka ostrych rozmów – nie potrafił jej winić. Nie był niepełnosprawny, ale instynkty Strażnika i superczułe zmysły bardzo często pozostawiały go mocno odkrytego na zakusy tych, którzy nie życzyli mu całkiem dobrze.
John był jednak inny od samego początku i Jeannie musiała się z tym pogodzić.
Musiało się dziać coś ważnego, skoro odciągnięto go od pracy. Jeannie nie wyglądała na zadowoloną, ale rzuciła tylko okiem w stronę Johna, który pokazywał Madison jak robi się samolociki z papieru. Jego Przewodnik miał sporą wiedzę na temat aerodynamiki, bo nawet jego papierowe zabawki latały daleko i wysoko. Brakowało im co prawda finezji i John ewidentnie przez długi czas nie miał okazji ćwiczyć origami – jednak nadal zachwycały.
I wycofali się z Jeannie na wyższe piętra, gdzie w jego – nie używanym zresztą od lat – gabinecie zasiadał O'Neill. Generał jak zawsze nie miał wyczucia. Zajął jego skórzany fotel, wymuszając na nich, aby usiedli po drugiej stronie jego własnego biurka. I nie po to Jeannie meblowała jego gabinet, aby ktokolwiek pił jego drogą whiskey. Mitchell jednak nawet okiem nie mrugnął, jakby takie zachowania dla O'Neilla były całkiem normalne. Rodney nie miał pojęcia – skutecznie unikał mężczyzny od lat. A ten odwdzięczał się tym samym.
- Cześć Meredith – rzucił radośnie O'Neill.
I Rodney przypomniał sobie wyraźnie dlaczego nienawidził wojskowych. Oni wszyscy mieli jego akta i uważali za słuszne wygrzebywanie wszelkich brudów, które się tam znajdowały. Mitchell na porządku dziennym używał tego przeciwko niemu. Carter tylko doprowadzona do ostateczności. Rodney szybko zdał sobie sprawę, że wściekłość ma zapach ozonu. I co dziwne John często pachniał jak powietrze, gdy aromat truskawek nie unosił się powietrzu. Nigdy jednak ten zapach nie kojarzył mu się z wściekłością i nadciągającą burzą – tą faktyczną i metaforyczną. Zawsze oznaczało to wolność.
- Rodney, doktor, doktor McKay – powiedział przez zęby.
O'Neill uśmiechnął się do niego nieszczerze.
- Zaciąłeś się doktorku? – spytał generał żartobliwie.
Rodney czuł, że jego usta same się wydymają. Nienawidził, gdy żartowano z jego pracy. Chociaż John mógł to robić. Jego Przewodnik jednak nie był ignorantem.
- Czy przyszedłeś poinformować mnie o przeniesieniu mojego partnera do rezerwy? – spytał wprost i zignorował syk Jeannie.
Jego priorytety nie uległy aż takiej zmianie, jednak sprawa Johna nadal nie dawała mu spokoju. Przewodnik wydawał się nie kłopotać życiem w zamknięciu, ale to nie było normalne. Nie rozmawiali o tym, ale chciał, aby John odzyskał ze swojego dawnego życia cokolwiek był w stanie. Zastanawiał się nawet nad dofinansowaniem szpitala, w którym John pracował z nadzieją, że oddadzą jego Przewodnikowi pracę, która sprawiała mu satysfakcję, ale Jeannie kazała mu się wstrzymać i porozmawiać z Johnem. Z tym tylko, że nie mógł tego zrobić od tak. Potrzebował kilku planów, aby nie dawać Przewodnikowi nadziei, które zmuszony byłby odebrać, bo system prawny Stanów Zjednoczonych umożliwiał armii sięganie i zabieranie wszystkiego co chcieli.
- Rozmawiałem z nim ostatnio – powiedział Mitchell niespodziewanie. – Nie jest aż tak chętny do powrotu do rezerwy teraz, gdy zapewniliśmy go na piśmie, że nie zostanie odesłany na front – dodał Cameron kompletnie go zaskakując.
Możliwe, że coś pojawiło się na jego twarzy, bo O'Neill odkaszlnął.
- Nie przeszedł testów psychologicznych – poinformował go generał. – Może opuścić siły powietrzne, gdy się na to zdecyduje. Carter upewniła się, że nie zostanie wciągnięty w nic nowego i równie idiotycznego – dodał O'Neill i spojrzał krzywo w stronę Mitchella, który zarumienił się wściekle. – Chłopak ma kilka medali, naprawdę dobry pilot. Szkoda, że już nie poleci – westchnął O'Neill zaskakując go ponownie.
Nigdy nie brał generała za specjalnie empatycznego, ale najwyraźniej mężczyzna był czuły na temat cudzych karier wojskowych. I tutaj właśnie tkwił szkopuł. Rodney nie musiał znał tutejszych zasad, żeby wiedzieć, iż John nie awansuje w Air Force. Nie z takim wpisem do akt i przejściem do rezerwy na własne życzenie. Nie było powodu dla Przewodnika, aby nadal był członkiem sił powietrznych. I tym bardziej Rodneya dziwiło, że słyszy o tym pierwszy raz.
- Nie powiedział ci o tym? – zdziwiła się Jeannie. – Myślałam, że to jeden z tych związków, w którym wiecie o sobie wszystko – dodała.
- Wiem co czuje, ale nie umiem czytać mu w myślach – warknął Rodney, zirytowany faktem, że przygotowywał się na batalię, do której miało nie dojść.
I jednocześnie nie miał pojęcia w takim razie dlaczego O'Neill pokazał się w jego kompleksie osobiście. Na palcach jednej ręki mógł wyliczyć wszystkie te razy, gdy widział mężczyznę.
I znowu był wytrącony z równowagi. Przewodnik kilka pięter po nim emanował radością i spokojem, którego Rodney nie chciał burzyć, więc wziął kilka głębszych wdechów zastanawiając się dlaczego John nie porozmawiał z nim na temat Air Force. Oczywiście nie był jednym z tych Strażników, którzy uważali Przewodników za słabych i niezdolnych do racjonalnych decyzji. John był w jego wieku i żyli na tym świecie dostatecznie długo, aby wiedzieć lepiej. Obaj byli w stanie żyć bez siebie – po prostu wybrali, że lepiej nie, skoro mogą się tak cudownie balansować. I może Rodney chciał po prostu zbyt wiele. Chciał, aby John był tylko jego we wszystkim; bez tajemnic i niedomówień. I chociaż Jeannie powtarzała mu, że chodzi o równowagę i nie branie więcej niż się daje – Rodney przecież przyprowadził mu Madison.
Wiedział, że będzie go to gryzło i może Mitchell nie był jednak całkiem idiotą, bo nerwowo przeniósł ciężar ciała z jednej strony na drugą.
- Mógł też coś dodać, że twój związek z wojskowym dobrze wpłynie na twoją karierę – odparł Cameron. – Ale nie usłyszałeś tego ode mnie. To była poufna rozmowa. I to nawet nie rozmowa ze mną…
- Czytałeś jego akta – warknął Rodney. – I znowu wściubiałeś nos w nie swoje sprawy.
- Notatki psycholog na marginesach – uzupełnił Cameron. – I tylko dlatego, że musiałem się utwierdzić w przekonaniu, że facet, że nie zacznie mordować ludzi we śnie. Jesteśmy tutaj zamknięci kilka pięter pod ziemią. Stres z tym związany…
- Och, przestań. Przewodnicy są niezdolni do zadawania bólu – prychnął Rodney.
- Wiesz, McKay. Tak się składa, że tobie się dostał ciekawy przypadek. Sądzisz, że co twój Przewodnik robił w Afganistanie? To nie były loty ćwiczebne – odparł generał. – I psychologa wysłaliśmy do niego standardowo. Zdolny do służby na lądzie oraz administracyjnej.
Rodney przygryzł wnętrze policzka przypominając sobie ponownie wszystkie emocje, które John wiązał z wojną. Możliwe, że te dotyczące śmierci – ukrył nawet przed nim. Rodney jednak nie chciał tak myśleć. On Johnowi oddał wszystko.
- I twój Przewodnik w zasadzie zrobił nam przysługę – podjął generał po chwili. – Ktoś mocno lobbuje na rzecz Sheppard Industries – przyznał O'Neill. – Chcą przejąć twój projekt.
- Mój projekt? – spytał Rodney, oburzony. – Jakby mieli jakiekolwiek pojęcie…
- Kavanagh jest ich głównym inżynierem – wszedł mu w słowo O'Neill. – To zakrawa o szpiegostwo przemysłowe i złamanie tajemnicy wojskowej. W końcu wszyscy podpisaliście klauzule poufności. Jednak zanim śledztwo się zakończy, Kongres może zdecydować, że nie robisz dostatecznych postępów. No i nie zapominajmy, że jesteś Kanadyjczykiem – dodał O'Neill.
Rodney poczuł jak jego twarz czerwienieje, a jego dłonie zwinęły się w pięści pod stołem.
- Nasz kontrakt jest w mocy jeszcze przez kolejne osiem lat – przypomniała im Jeannie niewzruszenie.
I dziękował swojej siostrze za zimną krew. Gdyby był tutaj sam, kazałby im się pocałować tam, gdzie słońce nie dochodzi. Kavanagh stracił prace, ponieważ był jeszcze gorszym naukowcem niż Grodin, a to wiele mówiło o poziomie tego człowieka. Zapewne John byłby w stanie wykonać więcej obliczeń. Może nawet Mitchell, gdyby wyjaśnili mu podstawy matematyki euklidesowej. Kavanagh powinien być wykluczony z ich środowiska lata temu. Kradł cudze prace i Rodney przyłapał go na myszkowaniu w swoim prywatnym komputerze.
- Kontrakt tak, ale wysokość dotacji jest zależna od Kongresu i niestety nie będę mógł z tym nic poradzić – przyznał O'Neill. – I powiem szczerze; nie lubię cię McKay. Jednak wykonujesz kawał świetnej roboty. I nie próbujesz sprzedać naszych technologii ruskim. Jednak bez twojej pomocy nie będę w stanie wyjaśnić dlaczego niestabilny Kanadyjczyk, który nie cierpi wojska jest lepszy od cichego naukowca amerykańskiego pochodzenia, który na dodatek zaczyna robić dobre wrażenie podczas przyjęć na, które Patrick Sheppard go zabiera. Kavanagh ma swój urok – przyznał O'Neill. – A jednak coś mi się w tym gościu nie podoba.
- Nic dziwnego. Myszkował w moich projektach. Przyłapałem go na tym i zwolniłem – powiedział Rodney, nie siląc się w owijanie w bawełnę oczywistego. – I nie widzę problemu. Jeannie zabierze swojego uroczego humanistę na przyjęcie i oczaruje ich cudownym uśmiechem. Kontrakt będzie nasz jak zawsze, ponieważ na tej półkuli nie ma geniuszu, który równałby się z moim – dodał, bo to było równie oczywiste i nie wiedział dlaczego O'Neill tego nie dostrzega.
Generał zresztą uśmiechnął się nieszczerze.
- Tak właśnie sądziłem – rzucił mężczyzna i zerknął niepewnie na Mitchella, jakby szukał tam pomocy.
Cameron jednak uznał, że sufit jest o wiele ciekawszy i Rodney zaczął mieć bardzo złe przeczucia.
- Widzisz, McKay. Problem w tym, że pieniądze na tym świecie dostaje się od polityków. A ich nie obchodzi jak wielkie IQ masz, ale czy pochwalisz ich wnuki i wypijesz z nimi szklaneczkę – przyznał O'Neill. - I jeśli chcesz kontynuować badania bez uszczuplonych środków, będziesz musiał im się pokazać z jak najlepszej strony.
- Cholera – wyrwało się Jeannie.
I myślał dokładnie to samo. Nie cierpiał takich imprez. Nie pił alkoholu z oczywistych względów, a i ludzie, którzy go otaczali zawsze wyprowadzali go z równowagi. Większość doszła do ogromnych pieniędzy nieuczciwie. I on nie zamierzał płaszczyć się przed tymi, którzy nie rozróżniali fotonu od futonu i sądzili, że elektron to nowy klub w mieście. Jeannie trzymała go z dala od podobnych miejsc i nawet na konferencjach bywał rzadko. W zasadzie jeśli chcieli przeczytać o jego badaniach – mogli kupić dowolny periodyk. On był zajęty w swoim laboratorium. A ludzie po prostu go męczyli.
Jeannie schowała twarz w dłoniach, więc popatrzył zirytowany na O'Neilla, który wpatrywał się w nich całkiem poważnie.
- To nie pomoże – powiedział całkiem szczerze.
- Jestem pewien, że twój naturalny czar zadziała – odparł kwaśno O'Neill. – Jakoś zadziała.

Znalazł Johna z Madison i jego siostrzenica wydawała się tak zaabsorbowana rysowaniem na białej tablicy, że nie zauważała otwieranych drzwi. Kolejny dowód na to, że był wyjątkiem w jej rodzinie i Jeannie nie musiała się obawiać, że gen Strażnika będzie przekazywany co drugie pokolenie. Kaleb miał Przewodników wśród swoich bliskich, więc może geny zniosły się wzajemnie. Rodney nigdy nie wiedział jak to tak naprawdę funkcjonowało i nie miał żadnego genetyka pod ręką.
John spojrzał na niego w pełni odbierając jego emocje – nawet z przeciwnej strony pomieszczenia. I Rodney nagle przypomniał sobie o decyzji Johna. O tym, czego Przewodnik mu nie powiedział. Nie bardzo wiedział czy powinien naciskać. Jeśli John chciał mieć prywatne tajemnice – coś czym się z nim nie dzielił – miał prawo. Rodney nie był posiadaczem czy poganiaczem Przewodników. Jednak to sprawiało, że czuł się dziwnie. I chyba wolałby nie wiedzieć nic od samego początku.
A teraz kiedy stał przed Przewodnikiem – jego dawna nerwowość wróciła.
John musiał odczytać to kompletnie inaczej, bo podszedł do niego i splótł ich palce razem, uśmiechając się pocieszająco.
- Pozwoliłem Madison rysować na tablicy – poinformował go Przewodnik, chociaż Rodney widział na własne oczy co wyprawiała jego siostrzenica.
Wiedział jednak, że stwierdzanie oczywistości jest formą zagajania rozmowy. Czegoś, do czego nie był zmuszony od lat. Kongresmeni uważali go za niestabilnego, a plotki o tym, że był Strażnikiem zapewne krążyły w kuluarach. Zapewne nie wierzono w nie, ale przecież okropne historie na jego temat opowiadali choćby wyrzuceni asystenci, a miał ich kilku. Grodin w zasadzie nie był aż tak niekompetentny na tle pozostałych.
- Jeannie chce wracać do domu. Kaleb wrócił wcześniej z uczelni – poinformował Johna, nie wiedząc dokładnie czy jest w stanie teraz normalnie rozmawiać.
Coś dławiło go od środka i nie chodziło tylko o fakt, że będą musieli przejść do sektora prywatnego. Nie chciał pracować dla rządu, ale było im po drodze. I Carter okazała się zaskakująco przyjemną kobietą. Udało mu się wymusić na marines zdjęcie mundurów i dlatego John chodził w starych dżinsach i koszulce po biurze, które niegdyś zajmował Zelenka.
Jego Przewodnik nie dbał o wygląd, ale jednocześnie był najprzystojniejszym mężczyzną na świecie. I to nie tylko dla Rodneya. Widział jak kilku marines spoglądało na jego Przewodnika z głodem w oczach. John miał świetny tyłek, o długich nogach Rodney nie chciał nawet myśleć. To one obwinęły się wokół jego talii ostatnio, gdy uprawiali seks i mógł je poczuć nawet teraz. Te pracujące ze wzmożonym wysiłkiem mięśnie, na których pojawił się szybko pot.
Rodney uwielbiał ten zapach.
Możliwe, że Jeannie weszła i wyszła. Nie był do końca pewien, bo Madison zniknęła, a John wydawał się tylko zaalarmowany jego stanem. Rodney jednak nie był w stanie wykrztusić nic przez zaciśnięte gardło. Nie wiedział dlaczego to takie ważne, że John nie powiedział mu o rezerwie. Jednak coś w nim pękało i rozsypywało się w proch.
- Wszystko w porządku? – spytał John, podchodząc odrobinę bliżej.
Jego zapach uspokajał Rodneya, ale to nadal było za mało. Coś było nie na miejscu. I chciał, aby wszystkie elementy do siebie pasowały. Chciał, aby John był jego tak faktycznie i może dlatego wziął głębszy wdech, zaciągając się zapachem Przewodnika.
- Chcę cię – powiedział tylko, bo jego instynkt podpowiadał mu, że to genialne rozwiązanie.
Czuł się świetnie, gdy uprawiali seks i byli połączeni w fizyczny sposób. Wiedział już, że umysł Przewodnika nie jest dla niego otwartą księgą, ale ciało Johna nadal było takie same pod jego palcami. I to musiało im na razie wystarczyć.
Jego Przewodnik zmarszczył brwi, jakby podejrzewał, że to podstęp, ale nie sięgnął przez więź, aby odczytać Rodneya. I pozwoliłby mu na to, bo pozwolił mu na wszystko. Jeden raz więcej nie miałby takiego znaczenia. Jego głowa i tak była wypełniona emocjami po brzegi i nie wszystkie był w stanie posegregować. Miał mętlik, którego John nie był w stanie poukładać.
- Ja też cię chcę – przyznał Przewodnik i to było szczerze.
Rodney odetchnął z ulgą. Rozluźnił się też szybko, gdy wcisnął nos w szyję Johna, wciągając do płuc tylko więcej kojącego zapachu. Przewodnik nawet nie drgnął, z jego ust wyrwał się jednak krótki śmiech.
- Tutaj? – spytał John z niedowierzaniem. – Rodney, obaj jesteśmy dorośli. Co jeśli ktoś wejdzie? Nie chcę, żeby ktoś widział jak mnie pieprzysz i to nie jest jakaś macho amerykańska…
- Nie ja będę w tobie, ale ty we mnie – powiedział Rodney, bo chociaż jeszcze tego nie robili, chciał poczuć, że ich więź jest faktyczna.
Coś jak desperacja zaczynało rozpierać jego klatkę piersiową i nagle znowu byli w pieprzonym garaży szpitala, w którym John zaparkował karetkę. Nie chciał być w tym miejscu ani fizycznie ani emocjonalnie nigdy więcej. Wiedział, że uczucia nie osadzają się w przestrzeni, ale jednak jego umysł kojarzył ten garaż ze wszystkim, co najgorsze zdarzyło się w jego życiu. John odrzucił go.
A to biuro miało stać się czymś zupełnie innym – miejscem, gdzie jego Przewodnik przyjął go ponownie. I równie dobrze czuł się w laboratorium, chociaż Zelenka pewnie nie podejrzewał, że jego dobry humor nie brał się wcale z faktu, że Rodney nareszcie zaczął stosunkowo systematycznie uprawiać seks. Endorfiny powodowane orgazmem nie miały się nijak do tego szczęścia, które odczuwał na wspomnienie chwili, gdy John podarował mu ponownie nić.
- Nazwij mnie romantykiem, ale do tego wolałbym również łóżko – powiedział jego Przewodnik, ściskając żartobliwie jego pośladek.
A potem pomiędzy brwiami Johna pojawiła się głęboka zmarszczka, gdy wpatrywał się w niego podejrzliwie.
- Jesteś pewien, że wszystko w porządku? – spytał Przewodnik niepewnie.
- Będzie, jeśli mnie stąd zabierzesz – odparł Rodney całkiem szczerze, wierząc w każde ze swoich słów.