John nie był do końca pewien dlaczego Rodney tak do niego lgnie. To trochę było jak ich pierwszy raz z tą różnicą, że Strażnik bez protestów udał się do bardziej prywatnego miejsca. Drzwi kwater Rodneya zresztą otworzyły się przed Johnem, rozpoznając jego kartę. McKay wpisał w system wcześniejsze powiadamianie go, gdyby ktoś chciał wejść. Jednak to nie dotyczyło Johna.
Nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w kwestii mężczyzn. Chociaż na pewno zaliczał częściej niż Rodney i Strażnik zapewne o tym wiedział. I to pewnie dlatego czuł się tak nerwowy, bo jednak oznaczało to pewne oczekiwania, którym mógłby nie sprostać. Kiedy Rodney przejmował inicjatywę i doprowadzał go do orgazmu – było jakoś łatwiej. Mógł oddać kontrolę Strażnikowi i czerpać na emocjach, które ten odczuwał. Tymczasem teraz musiał skupić się na tym, co Rodney mówił, jak się poruszał, żeby dowiedzieć się co mężczyzna lubił.
Jednocześnie z tyłu jego głowy świeciły się ostrzegawcze lampki. Coś było nie tak. Rodney niby szeptał do jego ucha i wzdychał. John wyraźnie czuł na swoim brzuchu jego erekcję, ale seks był fizyczny i brakowało mu połączenia, które wcześniej nawiązali. Zacisnął dłoń na pośladku Rodneya, odrobinę mocniej, aby sprawdzić jakie reakcje wywoła. McKay zawsze wydawał mu się nienawidzącym bólu facetem. I Strażnik zesztywniał, ale nie poskarżył się i to nie było normalne.
- Nie mogę – powiedział, biorąc głębszy wdech.
Jego usta były tak opuchnięte, że mrowiły. I Rodney spojrzał na niego zdezorientowany. Oczy Strażnika były błękitne jak nigdy, ale jednak coś się w nich czaiło nieprzyjemnego. Od czasu spotkania z O'Neillem Rodney zachowywał się inaczej i John zaczynał żałować, że w ogóle pozwolił mężczyźnie się pocałować. Czuł w ustach popiół. Nie potrafił się otrząsnąć z tego wrażenia i miał ochotę być jak najdalej stąd.
A teraz do tego do Rodneya zaczynały emanować dobrze znane mu emocje.
- Co się dzieje? – spytał John, dotykając dłoni Strażnika, ale ten zabrał swoją rękę. – Co się dzieje Rodney?
Mężczyzna odsunął się od niego, więc John zacisnął usta w wąską kreskę. Nie chciał po niego sięgać, bo to było nadużyciem, ale niewiedza doprowadzała go do szaleństwa.
- Wychodzę – powiedział John, decydując w końcu, że tak będzie najlepiej.
Powietrze w sypialni było przesiąknięte konsternacją, strachem i czymś, co nadal umykało jego empatii, a co jednocześnie wybijało go z równowagi najmocniej. Nie potrafił sobie radzić z uczuciami, których nazwać nie potrafił.
Drzwi trzasnęły za nim tak głośno, że sam się wystraszył tego dźwięku i sądził, że uda mu się zaszyć w pokoju, ale Rodney pchnął go na najbliższą ścianę z siłą, która musiała wypływać z jego dodatkowych zdolności i pewnie jego mięśnie miały być naciągnięte przez cały kolejny dzień. To jednak nie było zmartwienie Johna. Wątpił, aby mógł przebywać w tym samym pomieszczeniu, co Strażnik, który emanował tym czymś.
- John – wyszeptał Rodney i patrzył na niego z szaleństwem w oczach. – Nie odchodź – powiedział z mocą.
- Nie odchodzę – obiecał – Potrzebuję kilku dni – przyznał, nie wiedząc co innego mógłby zrobić.
Jego dłoni e drżały i wątpił, aby miały szybko przestać. To był po prostu fatalny pomysł i powinien był wiedzieć, że coś się po drodze schrzani. Ale pewnie chodził nagrzmocony feromonami Rodneya jak pijany szczeniak.
I teraz musiał sobie radzić z tym, z czym przyszło mu żyć.
Rodney patrzył na niego z bliska i John czuł się nagi, co jednocześnie go irytowało, bo Strażnik ukrywał przed nim coś. I jednocześnie domagał się od Johna odpowiedzi. A to było chore, bo John ich nie miał. I chciał tylko kilku dni, aby poradzić sobie z tym nowym czymś, co wypełniało przestrzeń między nimi.
- Rodney – powiedział, ale może to brzmiało jak prośba, bo Strażnik puścił jego ramiona, do których zaczynało powoli wracać krążenie.
- Kilku dni – powtórzył McKay, jakby te słowa do niego nie dochodziły. – Uciekasz ode mnie na kilka dni – stwierdził Strażnik.
I John na końcu języka miał to, że Rodney nie dawał mu wyboru. I cholerny ból głowy – dobrze mu znany – zaczynał powoli wracać, więc westchnął i starał się zamknąć w swojej własnej skorupie, z której nigdy nie powinien był wychodzić.
- Nie odchodzę – powtórzył uparcie John.
- Powiedz mi co się stało? – poprosił Rodney.
I może ta desperacja w jego głosie sprawiła, że John miał ochotę płakać i śmiać się na raz.
- Ja mam powiedzieć ci co się stało? Kiedy ja nie wiem! Nie mam żadnych odpowiedzi, Rodney! – warknął, tracąc cierpliwość. – Przyszedłeś i wymagasz ode mnie, żebym cię dotykał, gdy emanujesz… emanujesz… - urwał sfrustrowany.
Nadal nie potrafił nazwać tej emocji, a sądził, że wojsko przeczołgało go przez najgorsze. Jednak najwyraźniej to McKay miał go wykończyć. Potrafił się zamknąć na wiele i wykorzystywał dobre wspomnienia, aby hamować cudze negatywne emocje, ale gdy raz nawiązał kontakt ze Strażnikiem – to połączenie pozostawało otwarte. I nie był w stanie nic z tym zrobić.
I co gorsze to on był idiotą, który na koniec zaproponował, aby się związali, więc nie mógł nawet wyrzucić tego Strażnikowi. Rodney nie robił nic innego tylko szanował jego granice.
- Emanuję czym? – spytał Strażnik i John wyczuł niemal natychmiast wstyd.
- Dobrze wiesz – prychnął, nie zamierzając nawet bawić się w tę gierkę.
Rodney spojrzał na niego, a potem Strażnika zalała wściekłość, która przynajmniej była znajoma, więc nie dławiła Johna. Powitał ją niemal z radością, bo sam potrafił ją doskonale odczuwać. Był wściekły przez większą część swojego życia, więc po prostu zacisnął zęby i czekał na to co dalej.
- Dobrze wiem i ty też dobrze wiesz! – warknął McKay kompletnie bez sensu. – Od samego początku próbuję cię jakoś wyswobodzić z wojska i dowiaduję się od Mitchella, że postanowiłeś zostać! Dlaczego mi, do cholery, nie powiedziałeś? Nie ufasz mi? Sądzisz, że zrobię coś, żeby cię stąd nie wypuścili? – spytał Rodney i w jego głosie pojawiła się niezbyt przyjemna nutka bólu, którą John przełknął z trudem.
Cała jego złość zniknęła jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i pojawiła się pustka. A może to właśnie ona emanowała teraz od Strażnika.
- Miałem ci powiedzieć, że psycholog Air Force uważa mnie za niestabilnego mentalnie – powiedział powoli John, starając się trzymać emocje na wodzy.
Oczy Rodneya zrobiły się jednak odrobinę większe, jakby doskonale wiedział z jakim wstydem się to wiązało. John odrobinę manipulował doktorkiem, którego mu przysłali, ale nie sądził, że dostanie kolejny z uwłaczających wpisów do akt. Teraz nie dość, że był zdegradowany za nie wykonywanie rozkazów to jeszcze był czubkiem. Cholernym niestabilnym Przewodnikiem.
- Co będę robił po wojsku? – spytał John całkiem szczerze. – Jeśli zostanę w Air Force, będę przydzielony tutaj. Nie wyślą mnie na front –dodał.
- John – zaczął Rodney, ale on machnął tylko ręką.
- I miałem ci powiedzieć, że w zasadzie to lepiej dla ciebie, że jesteś związany z amerykańskim wojskowym? Jesteś Kanadyjczykiem, a ja się trochę znam na polityce. To zawsze będzie pewnym potwierdzeniem twojej lojalności względem Air Force – ciągnął dalej. – Mógłbym ci to powiedzieć, ale wtedy musiałbym sobie radzić z tym poczuciem winy, którym emanujesz za każdym razem, gdy wspominam o życiu, które miałem. Tego życia już nie ma. Pogodziłem się z tym. I nie ty je zniszczyłeś. Zniszczyły je moje cholerne geny. To nawet nie jest wina Mitchella, bo jeśli nie on to ktoś inny ściągnąłby mnie w twoje pobliże. Może Centrum polowałoby na mnie w tej chwili albo co gorsza… - urwał, przypominając sobie o ojcu, który czytał wszystkie raporty interesujących go spraw.
Wcielono go do Air Force ponownie, ale Mitchell nie mógł dopisać, że konieczny był tylko ze względu na to, że ich genialny naukowiec chciał się z nim związać. Dlatego Rodney był jeszcze bezpieczny. Jego nagłe przejście do rezerwy – po raz kolejny – wzbudziłoby wątpliwości jego rodziny. O wiele zbyt wielką ciekawość, której chciał uniknąć.
Nie zamierzał przyciągać ich uwagi tak długo jak będzie w stanie.
Rodney patrzył na niego nadal i jego spojrzenie miękło. Raz w życiu powietrza wokół nie wypełniało poczucie winy, więc John odetchnął z ulgą.
- Przepraszam – wykrztusił w końcu Strażnik. – O'Neill mnie zaskoczył. Sądziłem… - zaczął Rodney i urwał.
- Sądziłeś, że co? –spytał John spokojnie. – Nie jestem w stanie przed tobą ukryć moich emocji, ale czasem robię coś, żeby uniknąć innych. Jeśli to ma działać, musisz mi zaufać, a nie sprowadzać wszystkiego do seksu – wypluł, zirytowany. – O co właściwie chodziło? – spytał całkiem szczerze, a Rodney zaczerwienił się wściekle.
I dzięki Bogu to wcześniejsze napięcie po prostu znikło.
- To po prostu było wiele – przyznał Rodney. – Mamy problemy ze współpracą z rządem. Nasz projekt może być wstrzymany. Sądziłem, że O'Neill osobiście chce przeprosić za to co ci zrobili, a on zaczął o tych politycznych bzdetach… Po prostu tego było wiele i…
- I powinieneś był przyjść do mnie porozmawiać – powiedział John, czując się jeszcze bardziej zmęczonym niż był jeszcze sekundę wcześniej.
- Myślałem, że jeśli mnie dotkniesz… - zaczął Rodney.
- Tak, jeśli cię dotknę, te wszystkie emocje z ciebie znikną – potwierdził John przez zaciśnięte zęby. – Ale jesteś fizykiem. Wiesz, że coś tak po prostu nie znika. Strony równania muszą się sobie równać. Jeśli coś znika z jednej…
- Pojawia się na drugiej – dokończył za niego McKay i zakrył usta dłonią. – Więc ty…
- Więc ja – potwierdził John. – Więc wszystkie te emocje przechodzą na mnie. I moim zadaniem jest radzenie sobie z nimi. Jestem Przewodnikiem, potrafię to zrobić, ale to nie jest… - urwał, nie wiedząc nawet jak to wyjaśnić Rodneyowi.
Strażnik nie miał zbyt wielkiego kontaktu z innymi – takimi jak John. I w tej chwili wydawał się niemal ignorantem, chociaż John podejrzewał, że większość Strażników nie zdawała sobie sprawy co Przewodnicy robili z tymi wszystkimi emocjami. W Air Force usłyszał raz nawet śmieszną teorię o tym, jakoby się nimi żywił. Nie włożyłby do ust ćwierci tego, co proponował mu Rodney normalnie nawet za wszystkie pieniądze świata.
- Jeśli zaczynasz seksem poprawiać sobie humor, mnie mieszasz. Seks ma być radosny i szczęśliwy. Ma odprężać – powiedział John z naciskiem na ostatnie słowo. – Nie możesz…
- Nie będę już – obiecał Rodney pospiesznie. – W zasadzie nic już nie będę – obiecał.
- Źle! – jęknął John, zakrywając twarz. – Jesteśmy związani. I tak to poczuję nawet jeśli będziesz kilometry ode mnie. Jeśli czujesz się źle, musisz do mnie przyjść. Wtedy to rozwiążemy i obaj będziemy się czuć cudownie. Czy to takie trudne? Czy dziwi cię, że staram się ciebie nie martwić? – spytał z wysiłkiem. – Nie chcę, aby emocje się odbijały kilkukrotnie w nas. Wystarczy, że martwię się raz za siebie.
Rodney pokiwał bardzo powoli głową i John prawie miał ochotę się uśmiechnąć, gdy Strażnik na wierzch wyciągnął jakieś przyjemne wspomnienia. Kojarzyły mu się z Jeannie i Madison, ale mógł się mylić. Nie wiedział kogo dokładnie Rodney traktował jako rodzinę. I może Zelenka też się liczył.
Strażnik jednak starał się go odstresować i to było dziwne, bo to przeważnie było jego zajęcie. Więc położył Rodneyowi uspokajająco dłoń na ramieniu.
- Uhm – zaczął Strażnik, gdy pomiędzy nimi zapanowała cisza. – Jeśli chcesz się odprężyć… Pójdę do laboratorium – powiedział Rodney niepewnie.
I John miał ochotę spytać dlaczego Strażnik chce odejść teraz, gdy między nimi panował spokój. Przypomniał sobie jednak swoje poprzednie słowa i wziął głębszy wdech.
- Czy chcesz mi coś powiedzieć? – spytał ostrożnie.
Rodney potrząsnął przecząco głową.
- Nic więcej cię dzisiaj nie zdenerwowało? – upewnił się John.
Oczy Rodneya błysnęły na tę krótką chwilę, więc trafił w dziesiątkę.
- Będę musiał uczestniczyć w jakimś głupim balu. Zmarnuję całe popołudnie i pewnie Miko nawet nie wynotuje wyników symulacji. Jeannie jest załamana, bo pewnie będziemy musieli się po tym przenieść do sektora prywatnego, a ja lubiłem te badania. I muszę cię zmartwić – urwał Rodney. – Sektor prywatny oznacza więcej pieniędzy, których nienawidzisz.
Kącik ust Johna drgnął niekontrolowanie. Sarkazm Rodneya zawsze działał na niego ożywczo. I Strażnik wydawał się tylko lekko poirytowany networkingiem, którego miał się stać częścią. John na szczęście bywał na takich spotkaniach, więc wiedział doskonale jak się zachować.
- To naprawdę okropne, że generał zmusza cię do kontaktu z ludźmi. Naprawdę nie wiem jak on tak może – prychnął John.
Rodney przewrócił oczami, jakby nie spodziewał się po nim innej odpowiedzi. Wydawał się jednak faktycznie zdenerwowany, więc John bardzo ostrożnie – powoli – tak, aby Rodney wiedział co się dzieje, sięgnął do niego poprzez nić.
- John – zaczął Strażnik niepewnie.
- Teraz, na moich warunkach jest dobrze - poinformował go spokojnie, przyciągając niższego mężczyznę w swoje ramiona.
Stali tak kilka minut dopóki nie minął ich patrol marines, którzy udawali, że patrzą w drugą stronę. John czuł jednak ich zażenowanie, które potęgował jeszcze fakt, że DADT wciąż miało swoją moc. Jednak on był na innych warunkach przyjęty do Air Force i nie mogli jego drugiej natury zmienić. Centrum było cywilną organizacją, ale podnosiło całkiem głośny płacz, gdy dochodziło do nadużyć.
Rodney w końcu odprężył się w jego ramionach i John sam miękł, gdy coś przyjemnego i ciepłego zaczęło wypełniać go od wewnątrz. Dynamiczna równowaga – tak nazywał stan, w którym przeważnie byli obaj. Wszystko wydawało się w normie, a jednak wrzało od zmian. Umysł Rodneya pracował nad kolejnym projektem, ale John czuł jednocześnie słodkie napięcie, które zaczynało się między nimi budować pod wpływem tak wielkiego kontaktu. Przylegali do siebie całymi ciałami i nie sposób było przegapić, że Rodney stawał się cieplejszy. Podniecenie zawsze pokazywało się jako kilka połączonych objawów. I erekcja była dopiero ich owocem.
- Wejdźmy z powrotem do środka – zaproponował John.
- Jesteś pewien? – spytał Rodney niepewnie.
- Na moich warunkach, na naszych warunkach – poprawił się pospiesznie. – Na naszych warunkach jest dobrze.
Ugryzł mężczyznę w ucho, bo Rodney próbował się z nim sprzeczać zapewne przerażony faktem, że jego emocje potrafią krzywdzić. John nie chciał jednak ograniczenia ich kontaktów tylko dlatego, że jeszcze nie wypracowali metody radzenia sobie z tym wszystkim. I zasad. Zasady były dobre i pewnie od nich powinni byli zacząć, gdy tylko Mitchell wymusił na nim powrót. Jednak wszystko wydawało się grać, gdy John tylko palcami muskał wtedy Rodneya. Nie musiał nawiązywać pełnego połączenia, bo odloty Strażnika nie były poważne.
Rodney prychnął, starając się zabrać jak najdalej od niego swoją szyję, która stała się teraz celem jego ataków. Chciał, żeby ktoś go objął, ale nie zamierzał przytulać się w cholernej nieruchomości i ciszy. To byłoby takie nie ich, że wszystko się w nim skręcało. I Rodney musiał to wyczuć, bo szarpnął za swoją koszulkę, wyciągając ją ze spodni. Materiał w kilka sekund później wylądował na podłodze.
- Tak – wyszeptał John, korzystając z przestrzeni, którą mu podarowano.
Polizał obojczyk Rodneya ciekawy jak naprawdę smakuje mężczyzna. I może ta dziwna słoność nie była najlepsza, ale w połączeniu z emocjami, które krążyło wokół nich – w nich – między nimi – to był raj. Zsunął dłonie na pośladki mężczyzny bez zastanowienia i przyciągnął Strażnika do siebie, pocierając erekcjami przez materiał spodni. Słodka tortura trwała i trwała. I chciał wszystkiego, ale jednocześnie przede wszystkim nie chciał sięgać, jedynie dążyć - jeśli to miało sens. I może Rodney to rozumiał, bo głośno przełknął ślinę, gdy zdał sobie sprawę, że John zamierza go całować tak długo jak będzie w stanie i te cholerne spodnie będą na swoim miejscu przez ten cały czas.
Strażnik wygiął się w łuk, gdy dotknął jego sutków palcami. Miał w planach tylko pogładzenie guzków, ale jego dłonie poruszały się same. Wykręcił więc sutki mężczyzny odrobinę mocniej niż zamierzał i kolana Rodneya ugięły się pod nim. Strażnik wydał z siebie skamlący dźwięk, który sprawił, że penis Johna zaczął po prostu boleć. Pulsowanie krwi w członku było nie do zniesienia i najchętniej dotknąłby się, ale to jeszcze nie było to.
Chciał, aby pragnęli siebie tak mocno, aby cały świat zniknął. Aby nic innego nie było ważne.
- John – załkał Rodney. – Ty we mnie… -wydyszał Strażnik.
- Taki jest plan – przyznał, liżąc stwardniały sutek. – Za jakiś czas – dodał niezbyt składnie, ale panika pomieszana z pożądaniem w oczach Rodneya powiedziała mu, że mężczyzna doskonale wie, do czego John dążył.