Kiedy Carter zapukała do jego kwater z mundurem galowym w dłoniach, od razu miał złe przeczucia. Jeannie poinformowała ich, że tego wieczoru wychodzą i samochód będzie czekał na nich przed kompleksem. Nie pierwszy raz miał jechać limuzyną, ale miał nadzieję, że przejdzie mu wstępna nerwowość. Nie był na podobnym przyjęciu od dwudziestu lat. I nie miał najmniejszej ochoty tam wracać, ale to była część życia Rodneya, którą zaakceptował w chwili, gdy oddawał mu nić. Jego mundur z naszywkami kapitana Air Force wisiał już na drzwiach i Ford upewnił się, że wszystko jest na swoim miejscu.
- Sheppard – powiedziała Carter, uśmiechając się w jego stronę.
Podała mu list, ale już wiedział co jest w środku, gdy zobaczył, że nowy mundur miał naszywki majora.
- Generał pogadał z twoim starym dowódcą i wyjaśnił mu, że to bardzo nie rozsądne z jego strony pociągać do odpowiedzialności za własne błędy Przewodnika – odparła kobieta i nie wiedział co odpowiedzieć.
- To awans? – spytał niepewnie.
- Raczej cofnięcie degradacji. Air Force uczy się na błędach – stwierdziła spokojnie i wzięła głębszy wdech. – Jack powiedział mi też, że jeśli McKayowie jakimś cudem nie stracą tego kontraktu, faktycznie cię awansuje –dodał.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem, ale nie wyczuł w niej nieszczerości.
- Próbujecie mnie przekupić? – spytał wprost.
Manipulacja Przewodnikiem nie była aż tak trudna, ale jednak Carter wydawała mu się najbardziej szczera z nich wszystkich. Prócz Mitchella, który po prostu nie miał zdolności dyplomatycznych i rzadko ukrywał co czuje. Stopnia podpułkownika zapewne dorobił się cudem. Nie był typem, który potrafił polobbować w tę stronę.
- John, Rodney cię potrzebuje – zaczęła Carter, kompletnie go zaskakując. – Pewnie nie nazwałby mnie swoją przyjaciółką, ale chciałam dla niego jak najlepiej i cieszy mnie, że ma ciebie. To bardzo uparty człowiek, który rzadko przyznaje się do błędu. I nigdy nie powie ci jak bardzo zależy mu na tej pracy – ciągnęła dalej. – Robi wspaniałe rzeczy, które mogą odmienić oblicze tego świata. Jeśli zamknie się w sektorze prywatnym, nigdy nie zobaczymy wyników jego badań – przyznała.
John polizał nagle spierzchnięte wargi.
- Mam go pilnować – stwierdził płaskim głosem, bojąc się, że emocje wezmą nad nim górę.
Carter emanowała ciepłem i troską, czymś, co Rodney zapewne chciałby poczuć na sobie. Jednak zdradzanie uczuć innych też było nie fair. I nie mógł tego zrobić.
Carter roześmiała się.
- Normalnie powiedziałabym ci, że masz go nie dopuszczać do głosu, ale proszę cię spraw, żeby nie obraził wszystkich, którzy tam będą. Jack pokaże się z Danielem, Danielem Jacksonem – uzupełniła. – To też cywilny kontraktor. Jednak wyglądałoby to dziwnie, gdyby chodzili cały czas za Rodneyem.
John próbował sobie to wyobrazić, ale jakoś nie był w stanie. Zresztą O'Neill nie wyglądał na bardziej niż Rodney obytego w podobnym towarzystwie. Takie rzeczy się po prostu wyczuwało.
- Jeśli Rodney nie dostanie tego kontraktu i tak przenoszę się do rezerwy – poinformował ją.
- Nie jestem zaskoczona, majorze – odparła i mrugnęła do niego porozumiewawczo okiem.

Rodney nie znał się najwyraźniej na stopniach wojskowych albo był zbyt zdenerwowany, aby zauważyć naszywki na jego mundurze. Jego smoking wydawał się idealnie skrojony i może w tym był problem, bo Rodney nie przywykł do ubrań, które na niego pasowały. Wolał rozciągnięte koszulki i fartuch laboratoryjny. Rzeczy, które nie plątały mu się wokół nóg, gdy musiał poruszać się w pośpiechu pomiędzy kolejnymi komputerami, gdy wykonywali symulacje.
John spodziewał się, że przyjęcie będzie mniejsze, ale kiedy wychodził z limuzyny, dostrzegł ile samochodów już zaparkowano na podjeździe i przystanął zszokowany.
- O Boże, nie powiedziałem ci nawet kiedy badania przeprowadzamy – jęknął Rodney. – A jeśli zapytają i nie będziesz wiedział? Jeśli pomyślą, że…
- Rodney, spokojnie. Ich nie interesuje temat twoich badań – odparł John, robiąc większy wdech.
- Co? Ależ oczywiście…
- Nie – wszedł mu pospiesznie w słowo i objął jego nadgarstek, starając się myśleć o poprzedniej nocy. – Ich będzie interesowało czy pośmiejesz się z ich żartów i czy znasz kogokolwiek z obecnych… - wyjaśnił John cierpliwie. – Rzucanie nazwiskami pomogłoby, ale czasem możesz rzucić nieodpowiednim w kierunku człowieka, który akurat tego senatora nie lubi. Pozostaniemy więc przy żartach…
- Nie znam żartów – odparł Rodney i wydawał się nadal przerażony.
John wzruszył ramionami.
- Będziemy się śmiać więc z nim, dobrze? Jestem tutaj, więc wszystko będzie dobrze. Zakochają się w moich włosach – zakpił dokładnie w stylu Rodneya i coś zaborczego błysnęło w oczach Strażnika. – Ale jestem twój – dodał.
- Mój – powtórzył Rodney. – I świetnie wyglądasz w tym mundurze.
- Będziesz go mógł potem ze mnie zdjąć – obiecał, aby rozładować atmosferę.
Nie było nienormalnym, aby Przewodnik i Strażnik trzymali się za ręce, gdy wchodzili w tak wielki i nieznany tłum. John nigdy nie ukrywał kim był i podejrzewał, że większość zebranych wiedziała o Rodneyu. To ułatwiało im zadanie i cieszył się, że nie będzie musiał tłumaczyć związku między nimi i dlaczego Air Force nie pozbyło się go jeszcze pomimo tego, że ewidentnie łamał zasady.
O'Neill wraz z drugim jajogłowym ustawili się przy bufecie i generał zajadał się krewetkami zapewne po to, aby nie rozmawiać z kobietą tak starą jak aramejskie pisma. Jednak na jej pomarszczonej szyi wisiał brylant, który zapewne kosztowałby go wszystkie pensje wojskowe, które dostał i które przed nim jeszcze czekały. To Jackson rozmawiał ze staruszką , wiec układ między O'Neillem i jajogłowym był wprost odwrotny do tego ich.
- Nie wiem jak Jeannie to znosiła – westchnął Rodney obok niego.
- Nie jedz niczego z owocami morza – doradził mu John. – Cytryny –wyjaśnił jednym słowem i poczuł jak Rodney ściska jego dłoń. – Hej, nie zostawiamy nigdy swoich na tyłach! – dodał i Strażnik przewrócił oczami.
- Nie jesteśmy na żadnej tajnej misji, John – prychnął Rodney.
- I naprawdę żałuje, bo przynajmniej miałbym z sobą broń – wtrącił O'Neill, podchodząc do nich bliżej. – Danielu, poznaj…
- Rodney McKay, doktor McKay – odparł Strażnik. – I John Sheppard, major John Sheppard – dodał wyciągając rękę w stronę mężczyzny, gdy John trącił go łokciem.
Jackson ujął dłoń niepewnie, jakby nie wiedział co zrobić.
- Tak, więc… Doktor Daniel Jackson, ale podejrzewam, że nie jesteśmy kolegami z tej samej dziedziny – dodał niepewnie mężczyzna i spojrzał na O'Neilla, jakby oczekiwał wyjaśnień.
Rodney właśnie otwierał usta, ale John wsadził w nie krakersa i uśmiechnął się do generała.
- Wspaniałe przyjęcie, czyż nie? – spytał, starając się udawać entuzjazm. – Rodney uwielbia takie imprezy. Wolisz białe czy czerwone? – dodał, widząc kelnera z kieliszkami.
- Nie piję – wtrącił Strażnik.
- Dla mojego spokoju weźmiesz jeden kieliszek – odparł John. – Możesz go sączyć przez cały wieczór. Po prostu stój z nim w dłoni.
- Ej! Daniel powiedział mi to samo – obruszył się O'Neill. – To jakiś tajny kod?
- Nie, po prostu zaraz ktoś wzniesie jakiś toast, a my stoimy z pustymi rękami. Sztuką jest mieć cały czas alkohol, ale się nie upić – odparł John, mrugając porozumiewawczo do Jacksona, który starał się ukryć krzywy uśmieszek za swoim szkłem.
Czuł jak palce wolnej ręki Rodneya, ocierają się o jego nadgarstek, gdy Strażnik nerwowo szukał kontaktu. Jego błękitny krawat podkreślał kolor jego oczu i Rodney naprawdę wyglądał przystojnie. Kilka osób rzuciło im zaciekawione spojrzenia i John wiedział, że nie mogą spędzić przy stole z jedzeniem zbyt dużo czasu. Miał tylko nadzieję, że Jeannie pojawi się lada chwila. Równie bardzo nie wypadało zagadywać do obcych ludzi, których nazwisk nie znał.
Z twarzy O'Neilla zniknęło tymczasowe rozluźnienie i John zrobił wszystko, aby nie obejrzeć się za siebie. Rodney nie miał jednak zielonego pojęcia o regułach panujących w tym świecie i oczywiście zerknął powodowany ciekawością, zdradzając tym samym generała. Nawet Jackson wyprostował się trochę, więc John wziął ostrożny łyk.
- Jack O'Neill, człowiek, którego potrzebowałem – rzucił dobrze znany mu głos.
John poczuł jak jego ciało sztywnieje, a nóżka kieliszka prawie pękła pod jego palcami. Rodney spojrzał na niego zaskoczony, zapewne odbierając tak gwałtowne uczucia pomimo braku fizycznego kontaktu. John wziął głębszy wdech, starając się uspokoić.
- Patrick – odparł generał, brzmiąc nieszczerze radośnie. – Cóż za zaskoczenie, że znowu na siebie wpadamy. Nie wiedziałem, że wysłano do ciebie zaproszenie, odkąd tylko wojskowi kontraktorzy mieli się pojawić.
- Och, jak wiesz to tylko kwestia czasu i oczywiście nie jestem zdziwiony, że twoja gwiazda się jeszcze nie pojawiła. McKlay? Jak się nazywała? – spytał jego ojciec.
John odchrząknął i przestał udawać, że grzebie w przystawkach.
- McKay – podpowiedział, odwracając się.
Wyraz szoku w oczach ojca przyniósł mu tylko drobną satysfakcję, ale wiedział, że jeśli nie wtrąci się teraz Rodney zrobi zaraz jakąś scenę.
- John? – zdziwił się jego ojciec. – Nie wiedziałem, że przywrócono cię do służby – dodał z czymś gorzkim w głosie.
- Dave jest z tobą?- spytał, ignorując pytanie.
- Dave nie przepada za podobnymi spotkaniami – odparł jego ojciec i zmierzył go wzrokiem.
Sądził, że doczeka się jakiegoś nieprzyjemnego komentarza, ale jego ojciec skierował całą swoją uwagę na generała, co bolało tylko bardziej.
- John? - spytał Rodney, podchodząc do niego bliżej i oczywiście to jego ojciec zauważył.
Podobnie jak fakt, że Strażnik muskał jego dłoń swoją. Kontakt był aż nazbyt oczywistym dowodem więzi.
- Skąd się znacie? – spytał Rodney tak niewinnie, że John miał ochotę zaprowadzić go z powrotem do samochodu i wywieźć jak najdalej.
Po wzroku O'Neilla poznał, że generał już skojarzył fakty. I nie był tym obrotem sprawy zadowolony.
- John jest moim drugim synem – wtrącił jego ojciec i uniósł brew, przyglądając się smokingowi Rodneya. – Nie wyłapałem pana imienia – dodał i wyciągnął dłoń, której Strażnik nie przyjął, przyglądając mu się podejrzliwie.
- Ja jestem… - zaczął Rodney, ale John zacisnął dłoń na jego nadgarstku.
- Rodney, po prostu Rodney – wtrącił i widział doskonale jak kącik ust jego ojca unosi się.
- Po prostu Rodney? – zakpił tamten.
W powietrzu panowała tak ciężka atmosfera, że John prawie widział jak emocje zawisają w powietrzu. Strażnik na szczęście połączył fakty i nawet trochę zbladł. I John zaczął się nawet zastanawiać czy jego ojciec nie zamierzał wygryźć firmy Rodneya. W końcu O'Neill nie był zadowolony z tego spotkania i jego ojca miało tutaj po prostu nie być.
- Co teraz porabiasz John? – spytał jego ojciec i to było dalekie od kurtuazji.
I coś nieprzyjemnego zawisło w powietrzu.
- Po-Prostu-Rodney cię przygarnął? Nie wygląda na wojskowego – podjął jego ojciec.
Ewidentnie łowił informacje i John zacisnął zęby, nie wiedząc co powinien zrobić. Nie przyciągali uwagi, bo jego ojciec potrafił być dupkiem doskonałym – ukrytym dla oczu nieświadomych. John normalnie nie miałby nic do stracenia, ale Rodney trzymał się go kurczowo za rękę, a O'Neill wyglądał, jakby zaraz miał dostać apopleksji.
Wziął głębszy wdech i zamknął oczy, starając się wczuć w emocje poszczególnych osób i kiedy spojrzał ponownie na swojego ojca, między jego brwiami pojawiła się głęboka zmarszczka. Niewielka nutka strachu wypełniła przestrzeń między nimi.
- Co robisz? – spytał jego ojciec.
- To o co mnie prosiłeś – przyznał spokojni e. – Powiedz mi co czują, Johnny. To jest nic. Naprawdę nic. Gdyby Bóg nie chciał, abyś wiedział, nie dawałby ci takiego daru. Powiedz mi co czują, Johnny – powtórzył. – Chcesz wiedzieć, co czujesz? – spytał, puszczając dłoń swojego Strażnika.
Jego głos był prawie szeptem, ale wiedział, że pozostała trójka doskonale go słyszy. Jego ojciec zresztą pobladł, jakby dopiero teraz do niego doszło, że nigdy nie miał w dłoniach wszystkich kart. John już nie był słabym dwunastolatkiem. Nie był nieświadomym sześciolatkiem. I nie był wystraszonym osiemnastolatkiem, który nie wiedział co zrobić ze swoim życiem.
Jego ojciec cofnął się nieznacznie i to zwróciło na nich uwagę kilku osób.
- Chcesz, żebym powiedział na głos co właśnie emanuje od ciebie? – spytał cicho. – Zostawisz mnie i Rodneya. I nie będziesz szukał McKaya, zrozumieliśmy się…
- Nie możesz – zaczął jego ojciec.
- Myślisz, że zależy mi na Air Force? Myślisz, że mam cokolwiek na czym mi zależy? Odebrałeś mi wszystko – poinformował go John spokojnie. – A wiesz, co robić ludzie, którym odebrano wszystko? – spytał i nie wiedział nawet skąd wziął się u niego ten uśmieszek. – Stają się niebezpieczni.
O'Neill zrobił ostrożny krok w ich stronę i uśmiechał się jak ostatni idiota, chcąc zapewne pokazać, że wcale nie dzieje się nic nieprzyjemnego.
- Nie masz mi czego zabrać – przyznał John spokojnie i czekał aż jego ojciec zrozumie w jakim położeniu się znalazł. – I nie jestem twoim drugim synem. Jestem twoim najstarszym synem – przypomniał mu.
Jego ojciec wyprostował się nieznacznie, zapewne chcąc spojrzeć na niego z góry, ale nawet ta sztuczka nie mogła się udać. John urósł i to znacznie.
- Generale – odparł jego ojciec zanim ruszył w głąb sali.
John spoglądał w ślad za nim i rozluźnił się dopiero, gdy Rodney objął jego dłoń, niepewnie. O'Neill ze zmarszczonymi brwiami przyglądał mu się w milczeniu.
- John? – spytał Rodney.
- Trzymaj się od niego z daleka. To są złe wiadomości – powiedział, bo tylko to przyszło mu do głowy.
Rodney przełknął nadmiar śliny i przez więź przepłynęło do niego coś przyjemnego. Strażnik chyba próbował go jakoś zrównoważyć, ale to się nie mogło udać, nie wtedy gdy John czuł tak wiele negatywnych emocji. I zawsze sądził, że jeśli ktokolwiek pozna tę stronę niego - ucieknie, gdzie pieprz rośnie, ale Rodney nadal tutaj był i próbował chyba na swój sposób okazać mu wsparcie.
Przewodnicy nie powinni być zdolni do odczuwania podobnych emocji i do emanowania nimi. I dostateczny okres czasu zwalczał to w sobie. Sądził, że nigdy nie wróci, bo wojna i Afganistan zostały za nim. I miał Rodneya, który był na swój sposób zabawny i pełen ciepła, chociaż to ukrywał. Rodneya, który kochał swoją siostrę tak mocno, że akceptował jej męża, chociaż faceta nie cierpiał. Ze wzajemnością zresztą.
- Przepraszam – wykrztusił w końcu.
- Hej, nic się nie stało – odparł Rodney, starając się uśmiechnąć, ale słabo mu to wyszło. – Uwierzysz, że szukał Jeannie? Ona zjada takich chłopców jak on na śniadanie – pocieszył go.
- W zasadzie sądzi, że Meredith McKay prowadzi badania – wtrącił O'Neill. – Nigdy jakoś się nie złożyło, żeby mu powiedzieć, że jesteś facetem – dodał generał uśmiechając się wrednie.
John na końcu języka miał przeprosiny, ale O'Neill uniósł dłoń do góry, jakby spodziewał się co zaraz nadejdzie.
- Bardzo ciekawie było was obserwować – przyznał generał. –Nigdy nie miałem sposobu na Patricka, ale Sheppard, czuj się moją osobą towarzyszącą. Daniel jest cudowny, ale staruszki się do niego łaszą. Ty będziesz działał jak bulterier – odparł O'Neill z prawdziwym podziwem. – Zresztą facet i tak nie był ważny. Nie przyszedł tutaj dawać nam pieniądze tylko wygryzać Kanadyjczyków, a tego nie lubimy, prawda?
John zamrugał, nie bardzo wiedząc co powinien powiedzieć.
- On tak ma – odparł Daniel, gdy generał sięgnął po kolejną krewetkę. – Udaje ekscentrycznego, ale tak naprawdę wolałby wylądować na jakiejś miłej pustyni strzelając do terrorystów i jak terrorystów traktuje wszystkich wokół – przyznał Jackson.
Rodney drgnął, gdy do sali weszła Jeannie. Jej długa suknia wyróżniała się na tle pozostałych choćby tym, że była prosta. Towarzyszący jej mężczyzna poruszał się z pewną wprawą, która zdradzała bywalca takich imprez i John tylko czekał aż przedstawią się sobie. Po opowieściach Rodneya oczekiwał hipisowatego wegetarianina, ale Kaleb wydawał się całkiem normalny. Przynajmniej z tej odległości. I John mógł usłyszeć jak Jeannie wdzięcznie śmieje się z żartu rzuconego przez jakiegoś senatora, a potem dodaje;
- Czy poznał pan mojego brata? Udało mi się nareszcie wyciągnąć go z laboratorium.
John wyprostował się nieznacznie i zrobił głębszy wdech, starając się namierzyć wzrokiem ojca. Jednak znajomej sylwetki nie był w stanie nigdzie dostrzec.
- Czas zacząć przedstawienie – powiedział Rodneyowi, gdy Jeannie zamachała w ich kierunku.
Rzucił jeszcze okiem czy Strażnik nie ma resztek jedzenia w kącikach ust, ale Rodney chyba stracił kompletnie swój apetyt. John zresztą czuł jego zdenerwowanie przez więź.
- Czy opowiadałem ci o tym jak Jeannie namówiła mnie na wzięcie udziału w przedstawieniu teatralnym? – spytał Rodney.
- Nie mów. Wyszło fatalnie? – zaryzykował John.
Rodney przewrócił oczami, gdy usłyszał sarkazm w jego głosie i paradoksalnie to była dobra reakcja.