Poranek to jeden z najgorszych momentów dnia. Szczególnie, gdy budzisz się w jednej z sypialni obecnej Minister Magii w totalnym nieładzie i kacu, którego nie powstydziłby się Hagrid po wypadzie do goblińskiego pubu na północy Irlandii. Nie ma wtedy nic gorszego, niż słońce wpadające przez niezasłonięte kotary i kaleczące twój mózg, siekając go na bardzo drobne kawałeczki, z których Snape zapewne zrobiłby z przyjemnością eliksir, gdyby wierzył, że Gryfoni posiadają tę szczególną tkankę nieuszkodzoną.
Harry też zaczął w to wątpić, gdy otworzył oczy i wydarzenia z dnia wczorajszego uderzyły w niego z siłą rozpędzonego hipogryfa. Obok niego na łóżku nie było już nikogo, ale specyficzne zagłębienie było dowodem, że nie spał sam. Zresztą wciąż czuł na ustach pocałunki mężczyzny, a jego tyłek był nieprzyjemnie rozciągnięty. Pusta butelka po whiskey leżała wciąż na dywanie koło jego ubrań.
Schował twarz w dłoniach, jakby chciał odciąć się od tego wszystkiego, ale musiał przestać się oszukiwać. Przypomniał sobie słowa Hermiony, która próbowała mu wmówić, że wszystkie momenty, gdy potknął się w życiu, można przekuć na jego korzyść. Związek z Ginny według niej nauczył go, że szkolne emocje powinny zostać w murach Hogwartu i faktycznie sprawdziło się to wcześniej, gdy spotkał się z Draco Malfoyem na pogrzebie jego matki.
Co miał jednak zrobić teraz? Ciekaw był jak Hermiona obróci nagie fakty tak, by stanęły w pozytywnym świetle?
Cichy charakterystyczny dźwięk obwieścił mu przybycie skrzata, nim odjął dłonie od twarzy. Zaczerwienił się na samą myśl o tym, jak musi wyglądać w oczach stworzenia, ale elf drżał tak samo jak dnia poprzedniego.
- Ppańska rróżdżka, sssir – wyjąkał, podając przedmiot Harry'emu.
- Dziękuję – odparł cicho Potter. – Musiałem ją zgubić…
Stworzonko zaprzeczyło szybko nagłym ruchem dłoni.
- Ppani kkazała oodebrać – wyjaśnił skrzat. – Śśniadania nna sstole – dodał i nim Harry zdążył ponownie otworzyć usta, zniknął.
Harry jęknął i nie wiedział bardziej czy z powodu nadchodzącego posiłku, gdzie będzie musiał bardzo przepraszać, czy z bólu głowy, który doprowadzał go do szaleństwa. Miał zbyt mało czasu, by przemyśleć cokolwiek, więc zdając się na swój nieomylny instynkt dotarł do łazienki, gdzie zmył z siebie ślady wczorajszej nocy. Tempus wskazywał podłą godzinę ósmą, więc nie sądził, by przespał więcej niż trzy – cztery godziny. Ubrał się w zmięty smoking i przeklinając pod nosem na wszystko, co mijał, skierował się do jadalni.
Bywał u Amelii kilkukrotnie w czasie wojny. Przez pewien czas znajdowała się w jej rezydencji nawet kwatera główna, więc znał dokładnie rozkład pomieszczeń. Jednak jego wiedza nie ograniczała się tylko do tego. Po godzinach rozmów, które przeprowadzili w przeszłości, czarownica ugruntowała sobie wizerunek bezkompromisowej względem wszelkich wygłupów, począwszy na niestosownych żartach, poprzez latanie nocami na miotłach, a skończywszy na alkoholu.
Harry nie sądził, by cokolwiek w tej mierze zmieniło się po zakończeniu wojny, więc z pełnym rezygnacji westchnieniem wszedł do pomieszczenia.
- Dzień dobry – przywitał się cicho, starając się nie patrzeć na Lucjusza.
Usta Amelii zacisnęły się w idealną linię, gdy skinęła mu głową.
Malfoy siedział wyprostowany po jej prawej stronie i gryzł w milczeniu tost. Szara koszula wyglądała na zaskakująco świeżą.
Harry usiadł przy przygotowanym nakryciu, naprzeciwko Lucjusza i wbił wzrok w talerz, czując się jak idiota. Miał ochotę wstać i powiedzieć To jego wina, wskazując na Malfoya, ale musiałby wtedy na niego spojrzeć, a nie był jeszcze gotów, więc znosił pełne niezadowolenia milczenie Amelii.
Zjedli śniadanie i Harry był pod wrażeniem, że nie zwymiotował na stół i ani razu nie jęknął. Czarownica, chyba wiedząc w jak złym stanie są obaj, pobrzękiwała radośnie filiżanką o spodek, doprowadzając go do skrajnych emocji. Chwilami miał ochotę przepraszać ją, by w następnej z kolei zastanawiać się czy udałoby mu się rzucić tę samą klątwę, którą zabił Voldemorta bez użycia różdżki.
Amelia w końcu jednak dała za wygraną i odchrząknęła, zmuszając go do podniesienia wzroku znad stołu. Niemal natychmiast zerknął na Lucjusza, który ze stoickim spokojem sączył kawę. Czwartą filiżankę z rzędu.
- Rozumiem, że doszliście do jakiegoś porozumienia – zaczęła sucho.
Wspomnienia jedno po drugim uderzyły w Harry'ego tak mocno, że zachwiał się na krześle. Dziwne zachowanie Malfoya z dnia poprzedniego wyjaśniło się. Cały wieczór niemal próbował namówić go do przyjęcia propozycji, która miała nadejść. Jak jednak daleko by się posunął, by osiągnąć cel?
Harry poczuł się chory, dużo bardziej nawet niż tuż po przebudzeniu, nim jednak zdążył odpowiedzieć czy choćby zebrać myśli, Lucjusz westchnął teatralnie.
- Pan Potter nie zmienił zdania, Amelio. Musisz przekonać go jakoś sama, bo głos rozsądku jak zwykle w przypadku Gryfonów bywa głosem zbędnym – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Harry wciągnął głęboko powietrze do płuc, gdy kobieta spojrzała na niego niezadowolona.
- Wiesz jaka to dla ciebie szansa? – spytała po prostu.
Ukrył twarz w dłoniach, nie wiedząc za bardzo, co teraz ma zrobić. Miał mętlik w głowie, który mógł konkurować z tym, który uniemożliwiał Neville'owi odpowiedzi na eliksirach.
- Może już nie chcę żadnych szans? – odpowiedział pytaniem. – Może wszyscy powinni przestać mi matkować? – dodał odrobinę ostrzej.
Jej wzrok złagodniał, gdy ponownie sięgnęła po filiżankę. Odstawiła ją ostrożnie na talerzyk i splotła dłonie w koszyczek.
- To nie takie proste, Harry – zaczęła ciepło, ale Malfoy machnął niecierpliwie ręką.
- Nie ma sensu wracać do tematu. Głównym problemem jest teraz zyskanie większego poparcia dla Wizengamotu, w które i tak będziesz zamieszany – uciął krótko.
Brew Amelii uniosła się nieznacznie, gdy spojrzała na Malfoya.
- Artykuły – mruknął Harry. – Mogę udzielić jeszcze kilku wywiadów, ale za miesiąc rusza kolejna tura kursów aurorskich i tym razem muszę w nich uczestniczyć. Kingsley nie pozwoli mi migać się tak długo.
Malfoy odłożył niedojedzony tost na talerzyk i spojrzał na Minister Magii, która siedziała zamyślona. Czarownica nie poruszyła się nawet na milimetr przez kilka chwil, wpatrując się w przestrzeń przed sobą, aż w końcu westchnęła, jakby jakiś okropny ciężar spadł jej z ramion.
- Przeżyłam Dumbledore'a i Voldemorta. Obie wojny i okresy tuż po nich, gdy czarodziejskie społeczeństwo podnosiło się z kolan, więc przeżyję i ciche odejście bohatera, Harry. Choć przyznam, że wolałabym zapewnić ci świetlaną przyszłość, jakkolwiek sztampowo nie brzmiałoby to z ust polityka.

ooo

Kiedy aportował się z powrotem do kamienicy Syriusza, wciąż w żołądku czuł to dziwne uczucie. Pewnie gdyby powiedział o tym Hermionie, wypytałaby go co jadł dnia wcześniejszego i sprawdziła czy żaden z gości nie ma podobnych objawów.
Wytłumaczenie jednak było inne i zgoła odmienne. Harry doskonale rozpoznawał niepewność kłębiącą się pod jego skórą. Zawsze, kiedy coś szło nie po jego myśli lub wręcz został zaskoczony obrotem spraw, jego żołądek zdawał się kurczyć.
Nie miał szansy tego ranka porozmawiać z Lucjuszem, żeby…
- Wyjaśnić – dokończył na głos i westchnął.
W kamienicy nie było żywego ducha. Po tym jak usunęli podczas wojny portret pani Black i oddali Stworka Malfoyowi, Harry został sam w pustym domu. Początkowo nie było to, aż tak widoczne i nie doskwierała mu samotność, bo Hermiona i Ron zatrzymali się u niego, ale gdy Weasley dostał pracę, a potem oświadczył się dziewczynie, przeprowadzili się do własnego mieszkania.
Mętlik w głowie Harry'ego narastał. Nie miał zbyt wielkiego doświadczenia w takich sytuacjach jak ta i nie bardzo wiedział jak powinien zareagować. Malfoy przy śniadaniu zachowywał się jak nigdy nic, więc może po prostu winien potraktować to jako jednorazowy błąd? Każdemu przecież mogła się zdarzyć jednonocna przygoda, a przynajmniej tak słyszał.
Zamknął oczy, opadając na wysiedzianą kanapę w salonie. Ogień w kominku przyjemnie grzał jego twarz. Rano było chłodniej niż mógł przypuszczać. I nie spodziewał się również, że dwie minuty na dworze podczas aportacji tak bardzo go wyziębią.
Charakterystyczny odgłos pukania, wytrącił go z półsnu. Zabrał różdżkę, przypominając sobie, co spotkało Narcyzę Malfoy w jej własnym domu i podszedł ostrożnie do drzwi. Zamek jednak sam się przekręcił i po chwili na progu jego kamienicy stała Hermiona.
- Nie było cię całą noc – burknęła niezadowolona.
- Mnie też miło cię widzieć – odparł, zdając sobie sprawę w tej samej chwili jak wygląda.
Wymięta koszula kleiła się do jego klatki piersiowej i wątpił, by jakiekolwiek zaklęcie czyszczące doprowadziło spodnie od smokingu do stanu używalności.
Hermiona obrzuciła go badawczym spojrzeniem i wepchnęła się do środka. Pokaźny już brzuch starała się ukryć pod grubszym płaszczem, ale tego kształtu nie dało się z niczym pomylić.
- Napadnięto cię? – spytała bez ogródek.
Harry podrapał się po głowie, odbierając jej płaszcz.
- I tak, i nie – odpowiedział kwaśno. – Kawy? Herbaty?
- Herbaty, kawa szkodzi dziecku – mruknęła, spoglądając na niego podejrzliwie.
Bez słowa minęła go i weszła do kuchni, którą sama dekorowała. Jasne płytki rozpromieniały przestrzeń kontrastując ze sztywno urządzonymi pokojami.
Jej obcasy cicho stukały na drewnianej powierzchni, gdy nastawiła wodę i usiadła przy stole.
- Rozumiem, że nie chodzi o śmierciożerców – powróciła gładko do tematu.
Problemy ze zwolennikami Voldemorta, których aurorzy wciąż nie aresztowali, zaczęły się już tuż po wojnie. Wielu czarodziejów i czarownic walczących po Jasnej Stronie zostało napadniętych i na szczęście nikt nie zginął. Uzdrowiciele w Świętym Mungu zawsze jakoś zdejmowali nieprzyjemne klątwy, choć niekiedy zajmowało im to całe tygodnie.
Śmierciożercy jednak nie poddawali się i najczęściej atakowali swoich dawnych kolegów, jak Lucjusz Malfoy, który przeszedł na Jasną Stronę w najważniejszym dla wojny momencie. Napady trwały nieprzerwanie przez kilka miesięcy, aż w końcu im się udało.
- Co wiesz o śmierci Narcyzy Malfoy? – spytał Potter, licząc, że zmieni temat.
Hermiona zmarszczyła brwi i wstała szybko, gdy czajnik wydał z siebie charakterystyczny dźwięk. Nalała do obu kubków wody i podała jeden Harry'emu.
- Przeziębiła się i w rezydencji pod nieobecność Lucjusza i Draco mieli czuwać nad jej bezpieczeństwem aurorzy. W zasadzie nie wiadomo wiele – przerwała. – Malfoy Senior znalazł najpierw pięć ciał aurorów w holu, a żonę w sypialni. Spalił jej ciało zanim Draco wrócił z przyjęcia.
- Żadnych sygnatur czy śladów?
- Nie. Chociaż Zgredek wspominał o tym, że mogła to być Bellatrix… Bariery ochronne domu były nienaruszone no i żaden skrzat nie został zaalarmowany o kimś obcym… - urwała. – Interesuje cię to, bo…
Harry wzruszył ramionami.
- Rozmawiałem wczoraj z Lucjuszem. Wizengamot zaproponuje mi członkostwo.
Twarz Hermiony po raz pierwszy tego dnia pojaśniała i Gryfonka przytuliła Pottera bardzo mocno do siebie.
- Harry! Gratuluję! – wykrzyczała. – Musimy to jakoś uczcić!
Potter odchrząknął.
- Nie zgodzę się na to – odparł. – Zbyt długo byłem zamieszany… Chce pożyć, Hermiono. Po prostu pożyć… - Podniósł rękę zanim kobieta zaprotestowała. – Podjąłem już decyzję i przekazałem ją wczoraj Lucjuszowi. Amelia też już wie – dodał.
Hermiona westchnęła i upiła odrobinę herbaty, parząc przy tym usta.
- Zostaw ten temat i powiedz lepiej, co u ciebie i Rona – zmienił szybko temat.
Wzruszyła ramionami.
- Ron chce, żebym zrezygnowała z pracy w Ministerstwie – mruknęła. – Prawie go nie ma w domu i ostatnio niemal zwariowałam na przymusowym urlopie. – Wykrzywiła się, gdy gorąca herbata poparzyła jej ponownie usta. – Ale skoro ty nie zamierzasz inwestować swojego czasu w pracę… Chyba wiem kto dotrzyma mi towarzystwa. – Uśmiechnęła się lekko.
- Złożyłem podanie do Biura Aurorów ponad rok temu i zostało rozpatrzone pozytywnie – ukrócił szybko jej plany.
Wzruszyła ramionami w odpowiedzi, jakby nie spodziewała się niczego innego.

ooo

Amelia Bones zapukała delikatnie do pokoju, w którym tymczasowo przebywał Lucjusz Malfoy. Ciche proszę, utwierdziło ją w przekonaniu, że gość nie śpi już, a jedynie wypoczywa. Chętnie zgodziła się, by został dłużej. Dzięki temu mogła swobodnie porozmawiać z nim teraz, gdy wścibskie oczy fotoreporterów czy innych polityków nie śledzą każdego ich ruchu.
- Nie poznaję cię, Lucjuszu – powiedziała w progu.
Mężczyzna spojrzał na nią przelotnie i ponownie utkwił wzrok w oknie. Sterta pergaminów na biurku świadczyła o tym, że próbował pracować pomimo weekendu.
- Rozumiem, że Narcyza zmarła śmiercią nagłą, ale byłam pewna, że odżałowałeś tę stratę – ciągnęła podchodząc bliżej.
Malfoy nie drgnął, nawet wtedy, gdy położyła mu dłoń na ramieniu.
- Nie kochałem jej, podobnie jak nie kocham ciebie – powiedział dość szorstkim tonem. – Ale szanowałem ją jak nikogo innego – dodał z lekkim westchnieniem.
Amelia uśmiechnęła się delikatnie, siadając obok.
- Jeśli chcemy połączyć obie nasze rodziny… - urwała. – Musisz skupić się na budowaniu zrównoważonego wizerunku kogoś, kto stoi już na własnych nogach. Upijanie się na przyjęciach… - Umilkła.
- Rozumiem, że… - zaczął.
- Nic nie rozumiesz! – podniosła odrobinę głos. – Wiem jak cierpisz. Sama straciłam męża w tej wojnie, ale to na naszych barkach stanie nowe czarodziejskie społeczeństwo. Musimy być silni, żeby… - Słowa utkwiły jej w gardle, gdy Malfoy ścisnął ją za rękę.
Skrzat pojawił się nieproszony, obwieszczając przybycie nowych gości. Odprawiła go ruchem dłoni i spojrzała ponownie na nieruchomego Lucjusza.
- Jak długo twoim prawnikom zajmie załatwienie wszystkiego? – spytała już opanowana i pewna siebie.
Malfoy sięgnął po pierwszy z brzegu pergamin i wbił w niego beznamiętny wzrok.
- Cartwright twierdzi, że rok zajmie mu podzielenie majątków, podliczenie aktyw oraz wynegocjowanie z twoimi prawnikami odpowiednich warunków umowy. Żałoba przestanie obowiązywać akurat kilka miesięcy wcześniej i oboje zaczniemy pokazywać się razem, insynuując bliższą znajomość – nakreślił jej plan z lekko cynicznym uśmieszkiem.
- Doskonale – rzuciła mu przez ramię, gdy opuszczała pokój.

ooo

Tak jak obiecał sobie Harry, w ciągu dwóch tygodni udzielił wywiadów wszystkim liczącym się gazetom czarodziejskim, a nawet Żonglerowi Lovegoodów, choć Hermiona marszczyła brwi, ilekroć Luna zadawała mu niedorzeczne pytania o jego rzekome powiązania z centaurami czy wilami.
Długo śmiali się jeszcze, gdy nie będący w temacie tygodnik australijski powołał się na najnowsze doniesienia Krukonki i nawet posunął się do tego, że rozpoczął sponsorowane badania nad narglami. Luna, jak można było tego oczekiwać, była wniebowzięta.
Dni ciągnęły się nieubłaganie zmierzając do terminu, w którym Harry obiecał stawić się w Centrum Szkoleniowym Aurorów. Tymczasem jednak młody Potter niemal codziennie odwiedzał Ministerstwo zeznając przeciwko Śmierciożercom, uczestnicząc w zebraniach czy po prostu odwiedzając Hermionę.
Niejednokrotnie spotykał Lucjusza, z którym jednak nie udało mu się zamienić nawet dwóch słów. Malfoy zdawał się go wręcz unikać, co samo w sobie irytowało Harry'ego. Potter wciąż nie wiedział jak odnaleźć się w nowej sytuacji. Już wcześniej podejrzewał, że mężczyźni mogą nie stanowić dla niego problemu, ale tamtej nocy po raz pierwszy poczuł do kogoś tak silny pociąg i nie potrafił tego wyjaśnić.
Do tego to dziwne mrowienie, ilekroć Lucjusz znalazł się w zasięgu jego wzroku. Nie potrafił skupić się na czytanym tekście czy rozmówcy. Nie raz i nie dwa przyłapywał się na tym, że śledzi wzrokiem Malfoya i odpływa. Zawiesza się w czasie i przestrzeni, przenosząc się do tego jednego pokoju i tej jedynej w swoim rodzaju nocy.
Przeważnie jednak zajęty był Hermioną, która od kilku tygodni wyglądała na coraz bardziej zmęczoną. Blada cera i podkrążone oczy, ukrywane przed światem za grubymi szkłami, których dorobiła się podczas ślęczeniem nad księgami przy bardzo nieprzyjaznym środowisku, martwiły Harry'ego coraz bardziej. Co gorsze dziewczyna nie chciała jego pomocy. Niejednokrotnie próbował przemówić jej do rozsądku i nawet rozmawiał na ten temat z Ronem, ale Weasley zbył go, twierdząc, że nie powinien wsadzać nosa tam, gdzie go nie chcą.
Harry nie czuł się jeszcze nigdy tak samotny.

ooo

Jakoś pod koniec trzeciego tygodnia od feralnego balu, gdy słoneczne promienie wślizgnęły się przez okna do kamienicy przy ulicy Grimmauld Place 12, Harry Potter zerwał się na równe nogi i trzymając dłoń na ustach, popędził do łazienki. Spędził tam kilka naprawdę długich minut, żałując, że Voldemort jednak go nie zabił.
- Cholera – warknął spłukując wodę w toalecie.
Dźwięk otwieranych drzwi, uświadomił mu, że znów zapomniał o umówionym z Hermioną spotkaniu.
- Harry, parzę dla ciebie herbatę! – krzyknęła z dołu.
Potter westchnął i rzucił na siebie zaklęcie czyszczącego, którego nauczyła go pani Weasley lata temu, gdy karnie z Ronem przechodzili u niej kurs podręcznych czarów przydatnych w domu. Teraz miał ochotę uściskać za to Molly, ale wtedy…
- Już schodzę! – odkrzyknął, upewniając Hermionę, że już się obudził.
W kilka minut później przywitał przyjaciółkę w swojej własnej kuchni.
- Czy mi się wydaje, czy faktycznie jesteś coraz grubsza? – zażartował.
Hermiona wydęła wargi, udając obrażoną.
- Czy mi się wydaje, czy kolejna impreza się udała? – odbiła piłeczkę.
- Chciałbym – mruknął Potter. – Musiałem się czymś wczoraj zatruć, fatalnie się czuję…
- Znowu mugolskie mrożonki? – westchnęła. – Mówiłam, że możesz do nas wpadać na obiad, kiedy chcesz…
Harry wzruszył ramionami.
- Masz Rona. Nie mogę cały czas siedzieć wam na głowie. Poza tym nie wiem jak godzisz to wszystko; prace w ministerstwie, ciążę i małżeńskie obowiązki… - zaczął. – Ja nie wiem nawet co dzisiaj będę robił. Kingsley mówił coś o testach, które mam przejść pojutrze… Gdzieś mam skrypty… - Skrzywił się. – Szkoda gadać.
- Ostatnio zaczęłam podejrzewać skąd to twoje rozkojarzenie – stwierdziła cierpko. – Lucjusz Malfoy cię unika, a ty notorycznie szukasz chwili, żeby z nim porozmawiać. – Harry pobladł lekko, czując, że znowu zbiera mu się na wymioty. – Proszę, powiedz mi, że się z nim nie pobiłeś na Ministerialnym Balu…
Harry wypuścił wstrzymywane w płucach powietrze i upił odrobinę gorzkiej herbaty z filiżanki.
- Nie, nie pobiliśmy się – przyznał. – Sytuacja – ostrożnie dobrał słowo – wymaga co prawda omówienia… Ale to raczej nic złego… - powiedział już odrobinę mniej pewnie.
- Możesz jaśniej? Nigdy dotąd nie zachowywałeś się tak dziwnie. Martwimy się o ciebie – westchnęła Hermiona.
- A ja martwię się o was – zmienił szybko temat. – Nie wiem co się z wami dzieje, Herm. Zachowujecie się tak obco – westchnął. – Widzę to i nie mogę nic zrobić, bo mi nie pozwalasz…
Dziewczyna zacisnęła dłonie na blacie stołu, a potem ciężko opadła na jego z krzeseł. Brzuch pokaźnych już rozmiarów musiał utrudniać jej ruch, ale zdawała się nie narzekać.
- Ron chce, żebym przestała pracować w Ministerstwie – powiedziała sucho.
Rozmawiali już o tym kilka tygodni wcześniej, więc Harry tylko wzruszył ramionami, nie wiedząc do czego zmierza dziewczyna.
- Żebym na stałe zrezygnowała z pracy – westchnęła. – Jest aurorem i niedługo awansuje przez te dwie akcje, które planował przez ostatnie dwa miesiące, i… - urwała.
- Myślałem, że tylko na okres ciąży… - zaczął Harry.
- Też tak myślałam… Ale nawet nie o to chodzi, Harry. Ron po prostu się zmienił – westchnęła. – Cały czas próbuje pokazać jak wspaniały jest, a ja tego naprawdę nie potrzebuję. Nie chcę, żeby radził sobie sam, bo nie na tym polega związek – urwała. Przez chwilę jej oczy niebezpiecznie się zaszkliły. – Nie rozmawiamy o niczym, bo cokolwiek nie powiem, twierdzi, że wymądrzam się jak w szkole…
Harry ponownie zdusił w sobie chęć wymiotowania i pociągnął głębszy łyk herbaty, chcąc zmyć z ust słodkawy posmak.
- Może usiądziecie i szczerze porozmawiacie – zaproponował, ale dziewczyna obrzuciła go lekko kpiącym spojrzeniem. – Nie wiem, po prostu nie wiem – westchnął. – Dlaczego nie powiedziałaś wcześniej, że się między wami nie układa? Może pogadałbym z Ronem? – rzucił od razu pierwszą myśl, która przyszła mu do głowy.
- Właśnie dlatego, Harry. Pamiętasz, co stało się na pierwszym roku?
- Kamień Filozoficzny czy Quirrella?
- Jak żartowaliście ze mnie, choć wiedziałeś, że to jest złe. Poparłeś Rona, mimo tego że nie miał racji, Harry. Zostałam sama – zauważyła dziwnie cicho. – Nie chcę, żebyś brał udział w naszych przepychankach, bo nie chcę też stracić przyjaciela, a jesteś mi teraz bardzo potrzebny.
- Herm, dorosłem – zauważył obrażony. – Poza tym jakich przepychankach? Nie słyszałem, żebyście się kłócili i nie będę w to ingerował. Jeśli będziesz chciała, pogadam z Ronem i możesz na mnie liczyć, ale nie insynuuj, że jestem wciąż jedenastoletnim półgłówkiem – mruknął.
Hermiona uśmiechnęła się gorzko i odchyliła na krześle.
- Słyszysz się? Sugerujesz, że posłucha prędzej ciebie niż własnej żony – stwierdziła sucho. – Próbowałam z nim rozmawiać i nic do niego nie dociera. Chce takiej żony, jaką jest jego matka. Idealnej kury domowej, nie obrażając oczywiście Molly. Nie w tym rzecz. Ja taka nie jestem – westchnęła.
- Co próbujesz mi powiedzieć?
- Za dwa tygodnie do Ministerstwa wpłynie wniosek o rozwód, który właśnie przegląda mój adwokat.
Harry poczuł, że po raz kolejny jest mu słabo. Zanim jednak cokolwiek zdążył zrobić, Hermiona podniosła rękę do góry, jakby chciała go powstrzymać.
- Podjęłam już decyzję i przemyślałam ją – westchnęła.
Potter jednak zignorował ostatnie słowa przyjaciółki ponownie biegnąc do toalety.