Hermiona przychodziła przez kolejne dwa dni próbując go namówić, by udał się do Świętego Munga. – Ktoś cię mógł otruć – argumentowała.
Potter jednak zbywał ją prychnięciami, jednak na wszelki wypadek nie opuszczał swojej sypialni, gdzie pod ręką miał bezoar i bezpośrednie łącze kominkiem do hogwarckiego Skrzydła Szpitalnego.
- Snape nauczył mnie jednego o truciznach: działają natychmiastowo – mruknął, gdy po raz kolejny powtórzyła to samo. – Musiałem zjeść coś nieświeżego u Multonów. Żona Folisona próbowała, zapewne za namową teściowej, wykazać się znajomością mugolskiej kuchni. Cały czas afiszują się z promugolakowymi poglądami, jakbym potrafił zapomnieć, że przekazywali Śmierciożercom informacje podczas wojny – mruknął.
- Nie masz dowodów – przypomniała Hermiona. – Po co u nich byłeś?
- Kingsley prosił, bym z nimi porozmawiał. Podobno wiedzą gdzie ukrywa się Araminta Meliflua – westchnął.
- Ta wojna nigdy się nie skończy – stwierdziła dziewczyna, siadając na skraju łóżka Pottera. – Zdobyłeś jakieś informacje?
- Lysandra nigdy nie powinna zbliżać się więcej do kuchni i mugolskich urządzeń. Znalazłem śrubkę miksera w czymś, co chyba miało być tartą jabłkową.
Hermiona spojrzała na niego ze współczuciem i odgarnęła mu z czoła kilka mokrych od potu kosmyków.
- Powiedz mi lepiej, co zrobisz, gdy Ron dostanie pozew. Rozmawiałaś z nim już? – spytał, chcąc zmienić temat.
- Jest na jakiejś kolejnej misji i nie wróci wcześniej niż za tydzień. Szukam mieszkania, bo do Molly się nie przeniosę… Ginny z tych samych względów też odpada.
- Musisz mieć stałą opiekę, Herm. Jesteś w ciąży, pamiętaj o tym. W zasadzie w obecnej sytuacji ja sam potrzebuję opieki, więc nie miałbym nic przeciwko, gdybyś wprowadziła się do mnie – zażartował. – Miałbym obiad i posprzątane – dodał, drażniąc się z nią.
- Jestem kobietą, nie skrzatem – poskarżyła się.
Harry zachichotał, czując, że pewne sprawy wracając na swoje miejsce. Hermiona zdawała się być spokojniejsza, od chwili gdy podjęła decyzję. Sam zamierzał co prawda zachować odpowiedni dystans i nie wtrącać się w sprawy swoich przyjaciół, ale widok przyjaciółki, która odżywała na nowo, cieszył go. Zbyt długo martwił się o Hermionę, by teraz nie czuć ulgi.
ooo
Mdłości nie ustąpiły dość szybko, ale przynajmniej przestał wymiotować. Dzięki codziennym wizytom Hermiony i niespodziewanej chorobie nadrobił podstawy obrony przed czarną magią i zdał wstępne egzaminy. Kingsley nawet przez chwilę nie ukrywał jak bardzo się cieszy.
Hermiona przeprowadziła się do pokoju na piętrze, zajmując przy okazji gabinet Syriusza. Poukładane w równe rzędy dokumenty zajęły puste do tej pory półki, a samopiszące pióra pracowały bez przerwy, gdy wypełniała kolejne karty pergaminu swoimi przemyśleniami. Ellandora Max szefowa Departamentu ds. Nowych Klątw Czarnomagicznych nalegała, by najbystrzejsza ze Złotej Trójcy spisała wszystko, co pamiętała z Ostatecznej Bitwy. Biorąc pod uwagę, że Harry nie potrafił powiedzieć gdzie dokładnie walczył z Voldemortem, zaczynał coraz bardziej podziwiać pamięć dziewczyny. Od tygodni notowała strzępki zasłyszanych słów w kilku językach i prawdopodobnie autorów klątw, współpracując jednocześnie ze Świętym Mungo, w którym wciąż leżało kilkudziesięciu nieprzytomnych czarodziejów, którzy zostali poddani tym czarom.
Harry doskonale zdawał sobie sprawę, że dziewczyna musi się poświęcić się czemuś, co odwróci jej uwagę od powrotu Rona. Hermiona zawsze miała misje; począwszy od walki o prawa skrzatów po ganianie po lasach za Voldemortem, a skończywszy na tej obecnej, która polegała na umniejszaniu skutków działania czarnej magii. Nie potrafił nie czuć podziwu, gdy pytała go o Członków Zakonu, których nie znał nawet po imieniu, chcąc wiedzieć, czy znajdowali się bliżej tego czy tamtego Śmierciożercy. Zdjęcia zmieniały się z każdym jej słowem i Harry zaczynał żałować, że zwolennicy Voldemorta przestali nosić białe maski. Nie musiałby nawet próbować ich rozpoznawać, co ułatwiłoby mu ewidentnie życie.
- Może zorganizujemy małe przyjęcie? – spytał pewnego wieczoru, gdy oboje czytali przy kominku w salonie. – Takie tylko dla znajomych, żeby posiedzieć w mniejszym gronie.
- Tutaj? – zdziwiła się.
- Kameralnie, spokojnie i odremontowałem niedawno dom… Może coś w rodzaju parapetówki? – zaproponował.
- Nie wiem czy czarodzieje organizują takie przyjęcia, ale to faktycznie dobry pomysł – zgodziła się. – Masz już w planie kogoś konkretnego?
- Myślałem o tym, że zaproszę kilka osób z kursu aurorskiego, którzy zdawali ze mną egzaminy wstępne i kilku Gryfonów. Ty mogłabyś kogoś zaprosić od siebie…
Hermiona zamknęła grubą księgę, którą czytała i przywołała pióro oraz pergamin. Harry niejednokrotnie zadawał sobie pytanie dlaczego dziewczyna musiała wszystko skrzętnie zapisywać, choć jej pamięć była przecież doskonała i chwilami podczas wyprawy po szóstym roku obawiał się, że jeśli ktoś dostanie w dłonie jej notatki, jego życie ponownie zmieni o sto osiemdziesiąt stopni, jak wtedy gdy Hagrid przywiózł mu tort urodzinowy i opowiedział o Hogwarcie.
Kłócili się więc dziesiątki razy o jej uwagi zapisywane na marginesach i pamiętnik, który ujawniał zbyt wiele szczegółów unicestwienia Voldemorta niż było to konieczne, aż w końcu Harry zrozumiał, że Hermiona po prostu obawiała się, że po ich śmierci nikt nie pokona Czarnego Pana i między kolejnymi linijkami tekstu zamieszczała drobne podpowiedzi, które połączyć mógł tylko ktoś, kto już wcześniej był zaangażowany w wojnę.
ooo
Harry zapomniał dlaczego przez ostatnie miesiące starał się nie organizować niczego wspólnie z Hermioną. Jednak ta wiedza spłynęła na niego tak szybko, że niemal się zachłysnął, gdy dostał rozpisany w punktach plan dnia. Przez cały ranek błądził po Pokątnej szukając składników wypisanych przez przyjaciółkę, która specjalnie wzięła dzień wolny w pracy, by przygotować poczęstunek. Do domu wrócił dopiero w południe, klnąc na czym świat stoi na opieszałość ekspedientów. Większości z zamówionych przez Hermionę produktów nie można było pomniejszyć, więc torba z zakupami była naprawdę ciężka i dwa razy w ciągu całej drogi niemal jej nie upuścił.
- Nie mogłem iść do mugolskiego sklepu? – spytał.
Tłumy, które otaczały go na Pokątnej i nadskakujący czarodzieje w sklepach, zmęczyły go bardziej niż sprawunki.
- Potrzebuję magicznych jaj popiełków do sernika – mruknęła. – I jeżanek do sałatki rybnej. Jak niby chciałbyś znaleźć te produktu w supermarkecie?
- Wiesz co mówią o jeżankach? – spytał Harry niepewnie.
- Sprawdziłam we wszystkich dostępnych w Ministerstwie źródłach. To pogłoski, że te stworzenia to zamienieni w ryby mugole. Nie ma ani jednego faktu świadczącego…
- Dobra, dobra – przerwał jej szybko, bo dziewczyna zaczynała wymachiwać trzymanym w dłoni wałkiem. – Wierzę ci na słowo. Nie chciałbym jednak, żeby ktoś potem napisał w Proroku, że gotujesz dla mnie mugoli – zachichotał.
Hermiona machnęła jeszcze raz wałkiem, wskazując mu drzwi z błyskiem w oku, więc czym prędzej opuścił kuchnię.
- Nakryj do stołu! – krzyknęła jeszcze za nim.
Kilka godzin później witali już w drzwiach pierwszych gości. Hermiona zgodnie z prawdą mówiła, że Ron wciąż jest na misji, nie chcąc ujawniać zbyt wiele ze swojego prywatnego życia. Nikt też nie wypytywał zbyt szczegółowo, komplementując ciasto i sałatkę.
Koleżanki z pracy Hermiony niemal natychmiast obstąpiły ją wianuszkiem wraz z kilkoma zaproszonymi Gryfonkami wypytując o ciążę. Część dzieliła się doświadczeniem, które same zdobyły, inne jako przyszywane ciocie obiecywały pomoc tuż po urodzeniu dziecka, planując już świetlaną przyszłość nienarodzonemu.
- Hesper Hitchens – przedstawił się cicho stojący koło Harry'ego wysoki mężczyzna. – Chyba nie znajdę czasu, żeby zamienić z Hermioną choć słowo – zachichotał.
- Pracujecie razem? – spytał grzecznie Potter, przyglądając się z rozbawieniem jak jego przyjaciółka czerwieni się na komplement dotyczący swoich włosów. Ponad dwie godziny zajęło jej ułożenie ich w ten sposób, by nie wyglądała jakby kopnął ją prąd z mugolskiego gniazdka.
- Nie mogę tak tego nazwać. Hermiona jest zbyt samodzielna, by ktokolwiek mógł pomóc jej w projektach.
Harry uśmiechnął się do niego porozumiewawczo.
- Mogę coś o tym powiedzieć.
- Zapewne. Nie wyobrażam sobie spędzenia z nią w ograniczonej przestrzeni dwóch dni, a co dopiero miesięcy. – Mężczyzna ponownie zachichotał.
Harry zdrętwiał i instynktownie poszukał dłonią różdżki. Ich wyprawa z początku siódmego roku była tak tajna jak sposób w jaki odszedł Voldemort. Wiedziała o tym bardzo ograniczona liczba osób i nie pamiętał, by to nazwisko wcześniej obiło mu się o uszy. Jeszcze raz zlustrował mężczyznę wzrokiem, próbując sobie przypomnieć czy zabezpieczenia domu chronią też przed wielosokowanymi intruzami.
- Pomożesz przynieść mi napoje? – spytał lekko i oderwał badawcze spojrzenie od brązowych tęczówek Hespera.
- Jasne – odparł tamten i podążył w stronę kuchni.
Harry przepuścił gościa przodem i, gdy drzwi zamknęły się za nimi, przyłożył mu do gardła czubek własnej różdżki.
- Ani drgnij – warknął. – Kim jesteś? Co tu robisz? Kto cię przysłał?
- Hesper Hitchens, Niewymowny – odparł zimno. – Nie wiedziałem, że tak pan traktuje gości, panie Potter.
- Hermiona nie jest Niewymowną. Skąd się znacie? Skąd wiesz co działo się…
Drzwi do kuchni ponownie się otwarły z cichym jękiem.
- Podstawową zasadą Niewymownych jest to, że się z tym nie afiszują, Harry – westchnęła dziewczyna, kładąc przyjacielowi rękę na ramieniu. – Powiedziałabym ci wcześniej, ale przekierowano mnie do Ministerialnego Departamentu i odsunięto od innych projektów. A Hesper jest tutaj prywatnie, prawda? – spytała z naciskiem.
Hitchens skinął głową.
Potter zdjął różdżkę z szyi mężczyzny i spojrzał podejrzliwie na oboje.
- Jeszcze mi powiedz, że macie romans – parsknął.
Hermiona zachichotała.
- Panie Potter. Harry – poprawił się Hesper. – Jesteś bardziej w moim typie – odparł już całkiem odprężony mężczyzna.
Harry zaczerwienił się lekko zmieszany takim obrotem sprawy.
- Mogłabyś mnie uprzedzać, że wpuszczam Niewymownych do domu – mruknął. – Cały czas mam przy nich… Przy was wrażenie, że o mnie samym wiecie więcej niż ja sam. A to chore – zauważył kwaśno. – Jesteś w ciąży, to cię nie dyskwalifikuje?
- Idealna przykrywka – odparła lekko.
- Ron wie? – spytał jeszcze.
- Nie – ucięła. – Lepiej wracajmy, bo goście zaczną się niepokoić. I weźcie kremowe. Po coś w końcu tutaj poszliście – dodała, wychodząc.
Kilka minut później dołączyli do roześmianej grupki, która zaczęła wybierać imiona dla dziecka Hermiony.
- Irma! – wykrzyknął Brian Bell, z którym Harry miał rozpocząć we wrześniu kurs aurorski.
- Benedict! – dodał ktoś inny.
- A może Dorea?
Harry pokiwał głową, zastanawiając się, kiedy Hermiona w końcu wyjawi płeć dziecka. Wszystkich wokół zdawało się to z lekka denerwować, ale na młodą matkę nikt nie miał wpływu.
- Fatalny ze mnie Niewymowny – westchnął stojący koło niego Hesper.
- Nie przeproszę za atak – mruknął Harry, nie odrywając wzroku od swojej przyjaciółki, która po raz kolejny stała się pełna tajemnic. – Jak długo Hermiona w tym siedzi?
- Nie mogę odpowiedzieć. Już będę musiał kajać się przed szefem, że tak łatwo się zdradziłem.
- Jedno obliviate załatwiłoby sprawę – mruknął Harry, wciąż czując przyjemne ciepło różdżki rozchodzące się po całym jego ciele.
- Och, Hermiona najpewniej pozbawiłaby mnie tak wielu części ciała w tak powolny sposób, że to, co ze mnie zostałoby na koniec… Nie nadawałoby się do rozpoznania zwłok – stwierdził lekko rozbawiony Hitchens.
Usta Harry'ego drgnęły, gdy walczył z uśmiechem.
- Dobrze wiedzieć. Czuję się o wiele spokojniejszy.
Przez chwilę obaj milczeli, przyglądając się Hermionie, która przyjmowała kolejną porcję rad dotyczących ciąży. Harry był pewien, że przyjaciółka przeczytała wszystkie możliwe książki na ten temat, ale najwyraźniej doszło do niej, że praktyka to coś więcej.
- Więc kurs aurorski? – spytał Hitchens, ponownie rozpoczynając rozmowę.
- Tak. Marzenie jeszcze ze szkoły – przyznał Harry. – Niewymowni się mną interesują? – odbił piłeczkę.
- Nie bardziej niż zwykle. Dlaczego pytasz? – zdziwił się Hesper.
- Zadajesz zbyt wiele pytań – odparł Potter zerkając na mężczyznę.
- Och, czyli moje prywatne zainteresowanie jest niewskazane? – spytał szybko z lekkim uśmieszkiem.
- Zależy ile z tego wyląduje w Proroku…
Hesper skrzywił się i upił z trzymanego w dłoni kieliszka sporą porcję wina.
- Podejrzliwy… - westchnął. – Nie będę zatem przeszkadzać – dodał oddalając się w kierunku rozmawiających o quidditchu Seamusa Finnigana i Lee Jordan, który od roku komentował Mistrzostwa Świata.
Harry poczuł się głupio, ale nie miał czasu zastanawiać się nad swoim zachowaniem, bo grupa rozchichotanych pracownic Ministerstwa zaczęła wypytywać go czy nie zostałby ojcem lub ojcem chrzestnym ich dzieci. Hermiona niemal popłakała się ze śmiechu, gdy jedna oznajmiła, że w zasadzie chyba już jest w ciąży. Harry zdębiał, a one widząc to wybuchły ponownie śmiechem.
- Chyba jestem przewrażliwiony Prorokiem - parsknął, gdy zdał sobie sprawę, że dziewczyny tylko żartują.
Nie minęło wiele czasu, gdy goście zaczęli aportować się z powrotem do domów. Wielu zaproszonych zmuszonych było iść następnego dnia do pracy, więc Hermiona dużej części wręczyła eliksiry na kaca, co skwitowano kolejnym wybuchem śmiechu wśród najbliższych znajomych, którzy zaczęli podziwiać to, że dziewczyna tak wyprzedza fakty.
- Cały dzień warzyłaś eliksir na kaca? – spytał Harry nie dowierzając, gdy ostatni z gości aportował się sprzed kamienicy.
- Mam też coś na mdłości, gdybyś przypadkiem miał nawrót swoich – dodała wesoło, wchodząc do swojego pokoju.
ooo
Weekend minął w miarę spokojnie. Hermiona odprężona i zrelaksowana pracowała wciąż na czarnomagicznymi klątwami, których mogli doświadczyć walczący w Ostatecznej Bitwie. Od czasu do czasu schodziła na dół, by wyjąć z podręcznej biblioteczki co ciekawsze księgi i sprawdzić etymologię słów. Czasami wracała ze zmarszczonymi brwiami i pytała Harry'ego jak rozumie dany czar. Bądź, co bądź miał większe doświadczenie praktyczne, a było ono równie ważne, co teoretyczne podstawy.
- Czasami zastanawiam się jakim cudem przetrwałam bitwę – mruknęła pewnego dnia w salonie, gdy jak dziecku tłumaczył, że zaklęcia chwilowe w pojedynkach nie miały większej szansy powodzenia.
Zabierały zbyt wiele magii na raz, by rzucający miał czas na kolejne silne zaklęcie, przez co i tak tracił cenny czas.
- Nie przesadzaj – westchnął. – Nie odbiegasz od innych w kwestii zaklęć. O ile sobie przypominam to nawet lepsza od Avery'ego, skoro w jednym kawałku wylądował z Azkabanie – przypomniał. – Dużo łatwiej jest kogoś zabić niż obezwładnić – dodał i uśmiechnął się, widząc, że dziewczyna zaczęła notować.
- Chciałabym zobaczyć jak pojedynkujesz się z Hesperem – podjęła po chwili, gdy skrobanie pióra ucichło.
- Badania? – Uniósł jedną brew.
- Jeśli mam odkryć jak unieszkodliwić te klątwy to muszę zobaczyć w jaki sposób działa motoryka waszych ciał. Gdyby chodziło tylko o prawidłowe wypowiadanie zaklęć obaj nie rzucilibyście nawet lumos – mruknęła pod nosem.
- Zaczynam coraz bardziej lubić Hitchensa – odparł lekko. – I dziękuję za podsumowanie moich zdolności. – Ukłonił się przesadnie głęboko.
Tym razem to brew Hermiony powędrowała naprawdę wysoko i przez chwilę wyglądała jakby zastanawiała się nad czymś głęboko.
- Nie chcę grzebać w twoim życiu osobistym… - zaczęła.
- Ale się przed tym też nie powstrzymujesz – dokończył za nią i wyszczerzył się głupio.
Hermiona odłożyła notatki na stolik do kawy i, ignorując jego przytyk, spytała.
- O co poszło z Ginny? Zastanawiałam się nad tym jakiś czas, ale potem miałam swoje własne problemy i być może umknęły mi pewne kwestie.
Harry wzruszył ramiona, siadając na kanapie. Przy Hermionie zawsze czuł się tak jak na przesłuchaniu przed całym Wizengamotem.
- Brakło ognia, Herm. Po prostu byliśmy z sobą za długo i bardziej z przyzwyczajenia. Ile mieliśmy ciągnąć nasz związek udając, że wszystko jest w porządku? – spytał retorycznie.
- Masz w tym słuszność. Mnie bardziej jednak interesują powody, których nie podałeś Prorokowi, Harry. Ja też czytuję gazety i pamiętam, że nawet użyłeś tych samych słów. – Spojrzała na niego badawczo, a on za wszelką cenę starał się nie odwrócić wzroku. – Czy to ma coś wspólnego z tym, że podobasz się Hitchensowi? Że on podoba się tobie? – pytała dalej. – Nie mam nic przeciwko związkom osób tej samej płci i różnym gatunkowo… Wolałabym jednak wiedzieć czy mój przyjaciel…
- Nie kończ – westchnął. – To nie tak.
- A jak? – spytała szybko. – Nie poznaję cię, ale wydaje mi się, że to przez to, że zmieniłeś się i nie mieliśmy czasu tego nadrobić. Rozumiem zerwanie z Ginny, ale bójka z Lucjuszem Malfoyem przypomina mi lata szkolne i jego młodsze wcielenie…
- Czekaj, czekaj. – Podniósł do góry rękę, chcąc zdobyć głos. – Nigdy nie powiedziałem, że uderzyłem Lucjusza Malfoya.
- Powiedziałeś, że cię napadnięto… To chyba oczywiste… - Ponownie uniosła brwi.
Harry wciągnął głęboko powietrze do płuc i wypuścił je ze świstem.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że to on uderzył ciebie…
- Nie, nie – zaprzeczył szybko. – Chcę powiedzieć, że tak jakby… Niedokładnie się biliśmy. Od biedy mogło to tak wyglądać z boku… Ale to niedokładnie było to… - wyjąkał speszony.
- Harry, nie bardzo rozumiem, co chcesz powiedzieć.
Potter wbił wzrok w przyjaciółkę, a potem szybko w podłogę czując się głupio. Sprawę pogarszał już tylko fakt, że zaczynał się czerwienić i nadmiernie pocić.
- Mów zanim użyję veritaserum – zagroziła dziewczyna.
Harry zakrył twarz dłonią, mając dziwne wrażenie, że pomimo braku kontaktu wzrokowego spojrzenie Hermiony przeszywa go na wskroś. Coś w jego klatce piersiowej rosło i piekło go od wewnątrz. Czuł to już wcześniej i, choć przez swoją chorobę nie myślał o Lucjuszu, wciąż tliło się gdzieś w jego podświadomości, a teraz bardzo chciało wydostać się na zewnątrz.
Odkąd pamiętał Hermiona była dobrą przyjaciółką. Nigdy nie odwróciła się do niego plecami, chociaż nie zawsze z Ronem traktowali ją sprawiedliwie i niejednokrotnie naraził głupio jej życie.
Dziewczyna poruszyła się niespokojnie na swoim fotelu, więc podniósł wzrok z podłogi zanim przyszło jej coś głupiego do głowy. Veritaserum miało zdecydowanie fatalny smak.
- To nie tak, że to było ważne – westchnął, jednocześnie czując, że nie jest to do końca szczere.
- Harry, wykrztuś to wreszcie! – zażądała jego przyjaciółka.
Potter nie mógł powstrzymać się przed kolejnym ukryciem twarzy w dłoniach.
- Uprawiałem seks z Lucjuszem Malfoyem – wyseplenił pomiędzy własnymi palcami, ale zszokowany wyraz twarzy Hermiony uświadomił go, że nie będzie musiał tego powtarzać.
- Co zrobiłeś?! – pisnęła.
- Mam nadzieję, że to pytanie retoryczne. Nie każ mi tego mówić po raz kolejny, już teraz jestem zażenowany – zaczął. – Wiem, że wszyscy się spodziewali po mnie czegoś więcej i, że nie powinienem. Nie z nim i pewnie żadnym mężczyzną… I wiem, że to był głupi pomysł, bo on jest ode mnie dwukrotnie starszy, a do tego jest ojcem najbardziej wrednej fretki jaka pełza po tym świecie – dodał jednym tchem.
Potok słów wylewałby się zapewne z niego przez kolejnych kilka minut, ale Hermiona doszła do siebie i uciszyła go, przytulając lekko. Nawet nie zauważył kiedy do niego podeszła.
- Ciii… Masz prawo robić na co masz ochotę, choć akuratnie tego wyboru nie poprę – dodała. Kołysząc go.
- Nie mam dziesięciu lat. Możesz mnie puścić – mruknął lekko zażenowany.
- Tutaj nie ma nikogo prócz nas, Harry – odparła cicho. – Ten okres tuż po wojnie był bardzo ciężki dla nas wszystkich – zaczęła. – Szukaliśmy czegoś znajomego, co dałoby nam złudne oparcie i poczucie bezpieczeństwa. Okłamywaliśmy się, że jesteśmy tacy sami jak przed wojną, ale to nie była prawda. Teraz dopiero odkrywamy co tak naprawdę jest dla nas ważne i dokonujemy odpowiednich wyborów, i nikt nie ma prawa tego negować, Harry – westchnęła.
Przez chwilę zastanawiał się czy mówiła bardziej o nim, czy o sobie, ale w zasadzie nie dostrzegał różnicy.
- Jedno jest niezmienne, Herm – mruknął, ignorując widok dekoltu przyjaciółki, którego nie chciał widzieć w najgorszych snach. – Twoja inteligencja. Potrafisz wytłumaczyć wszystko, prawda?
Zachichotała, gdy zaczął zakrywać jej piersi wełnianym swetrem.
- I co teraz? – spytała, siedząc już na swoim fotelu.
- Z czym? – Udał, że nie rozumie.
- Z Lucjuszem.
- Aaaa… Jak mówiłem, to nic ważnego – powtórzył.
To coś wypełniło ponownie jego klatkę piersiową, ale zostało zignorowane.
