Hesper Hitchens pojawił się w ich domu następnego dnia. Dopiero wtedy Harry otwarcie przyjrzał się mu, gdy mężczyzna wychodził z kominka w salonie. Krótko przystrzyżone brązowe włosy znikały pod kapturem sportowej bluzy z logo Armat z Chudley, a z kieszeni wyjątkowo mugolskich dżinsów wystawała mu różdżka.
- Cześć – przywitał się Harry szybko. – Hermiona przygotowuje jakieś swoje wynalazki. Nie wiem czy mówiła ci dokładnie, co zamierza zrobić.
- Coś niecoś wspominała, ale nic specjalnie odbiegającego od normy. – Wzruszył ramionami, jakby był przyzwyczajony do takiego postępowania dziewczyny. – Już wcześniej przetestowała cały nasz departament, więc zastanawiałem się, kiedy przyjdzie na mnie pora.
- Och, czyli to nie jest jej najnowszy pomysł? – zdziwił się Potter.
Dotąd był pewien, że przyszło to Hermionie do głowy po ich rozmowie o talencie do praktycznego używania czarów.
- Oczywiście, że nie – warknęła wchodząca do salonu dziewczyna. – Chodzi mi to po głowie odkąd po raz pierwszy przywołałeś miotłę, a ja nie potrafiłam utrzymać się w powietrzu dłużej niż dwie sekundy. Więcej było w tym instynktu niż umiejętności – parsknęła.
- Bo nie możesz po prostu przyznać, że jestem w czymś lepszy – odbił piłeczkę.
- Oczywiście, że nie – zachichotała. – Muszę trzymać cię nisko przy ziemi, inaczej napuchniesz od peanów na twoją cześć jak twoja sławetna ciotka Marge.
Harry zaczerwienił się lekko, widząc, że Hitchens zaczyna się śmiać.
- To był wypadek. Za to świetnie posługuję się różdżką, dlatego tu jesteśmy – przypomniał.
- Och, dokładnie pamiętam jak tę samą różdżkę wsadziłeś w nos trolla…
- … żeby cię ratować – dodał szybko.
Hesper wytarł rękawem pierwsze łzy.
- Urocze. I pomyśleć, że żadne z was nie ma rodzeństwa – przerwał im Hitchens.
Hermiona usiadła na kanapie i poklepała miejsce koło siebie, więc szybko do niej podszedł. Harry zajął swój fotel i wbił w nią morderczy wzrok.
- Już skończyłaś?
- Dopiero się rozgrzewam – poinformowała go nie odrywając nawet głowy od notatek. – Zaczniemy od podstawowych czarów. Programy Beuxbatons i Hogwartu do trzeciego roku w zakresie Obrony Przed Czarną Magią są identyczne. Później dostaniecie ode mnie listę czarów, których możecie używać. Na koniec użyjecie wszystkiego, co wam się żywnie podoba – dodała i wyjęła z pudełka mugolską kamerę. – To powinno zarejestrować wszystko, co mi potrzebne.
Hesper uniósł brwi, patrząc pytająco na Harry'ego, który tylko wzruszył ramionami.
- Nie zdemolujemy salonu? – spytał Hitchens.
- Mamy niewielki ogródek za domem. Powinien wystarczyć. Rzuciłam już czary maskujące wokół, więc mugole nic nie zobaczą i nie usłyszą – rzuciła Hermiona wstając.
Kilka minut później obaj stali naprzeciwko siebie mierząc się wzrokiem. Harry instynktownie próbował skupić się na słabszych stronach mężczyzny, który jako ten wyższy nie grzeszył zapewne szybkością. Jednak miał o wiele większe pole manewru dzięki długim rękom. Niewymowni dość często byli szkoleni przez aurorów, więc to też oznaczało pewne przyzwyczajenia.
- Kto pierwszy zaczyna? – spytał Harry z zainteresowaniem i w tej samej chwili dostał prosto w klatkę piersiową.
Podniósł się z trawnika z dość zaskoczonym wyrazem twarzy.
- Hej! To było bardzo nie fair – zaprotestował.
Chyba istniały jakieś zasady pojedynków. Nawet w Beauxbatons. Dziewczyny stamtąd wyglądały na całkiem ułożone. Najwyraźniej z tego powodu chłopcy zostali w domu.
Hesper uśmiechał się tylko szerzej w jego stronę.
Harry starał trafić w niego, ale jego magia jakby nie chciała go słuchać. Przede wszystkich zaklęcia wolniej wypadały z różdżki. I były słabsze. Czuł to. Normalnie nie starał się włożyć w to ćwiczenie całej siły. Podczas całej wyprawy z Hermioną i Ronem odkryli, że gdy naprawdę się na czymś skupiał, jego zaklęcia było o wiele za silne dla zwykłych czarodziejów. Teraz jednak czarował niczym charłak. Od przypadku do przypadku.
- Coś jest nie tak – stwierdził Hitchens.
- Poważnie? – zainteresował się Harry, zirytowany faktem, że po raz kolejny gryzł ziemię z własnego ogródka.
Gdyby chciał, aby znowu traktowano go w ten sposób, odwiedziłby Dursleyów. Nikt dawno nie upokorzył go w ten sposób, a czuł, że jest naprawdę dobry z zaklęć. Jedyne z czego był dobry to to.
Hermiona zmarszczyła brwi i znał ten wyraz twarzy. Jej kalkulacje zawsze prowadziły do czegoś zdumiewającego.
- Sądzisz, że to moc Voldemorta została mu odebrana? – spytał Hesper.
- Nie – odparła Hermiona spokojnie.
- Sądzicie, że mam w sobie magię Voldemorta?! – wymknęło się Harry'emu.
- Nie – powtórzyła Hermiona sucho.
Harry zaczynał mieć w tej kwestii wątpliwości. To mogło być 'nie' Niewymownych, a to nigdy nie znaczyło nic dobrego. Jedną z nielicznych rzeczy, które go cieszyły w tym czasie było pozostawienie Voldemorta za sobą. Nie tyle wojny, ale właśnie tego gada, który był jej prowodyrem i powodem.
- Sama obaliłam tę teorię – poinformowała go Hermiona. – Znamy się i widujemy od lat. Nie pozwoliłabym ci korzystać z magii Voldemorta. Znalazłabym jakiś sposób, żeby was rozdzielić, a potem dobilibyśmy gada.
- To mało naukowe stwierdzenie – parsknął Hesper.
- Ale takie prawdziwe i przede wszystkim gryfońskie – wtrącił się Harry.
- W Beauxbatons nie ma podziału na Domy – oznajmił mu Hitchens.
ooo
Jego magia wydawała się nieustabilizowana. Przede wszystkim przypływała do niego falami i chociaż częściej była niż nie, jednak nie mógł do końca ufać różdżce. Nagle czuł się tak samo bezbronny jak wtedy, gdy pochwycono ich i zabrano do Malfoy Manor. Gdyby nie kłamstwo Draco Malfoya ta wojna zapewne zakończyłaby się inaczej. Lucjusz co prawda już wtedy z nimi współpracował i nawet ułatwił im ucieczkę, ale nigdy nie chciał wciągać w to syna. Draco podjął własną decyzję i Harry nie słyszał, aby chłopak kiedykolwiek jej żałował.
Hesper opuścił ich zasłaniając się obowiązkami. Zresztą, gdy magia Harry'ego szalała nie mógł tak naprawdę odbyć żadnego pojedynku. Miał problemy nawet z parzeniem herbaty, czym zajęła się Hermiona.
- Myślisz, że co to jest? – spytała jego przyjaciółka, gdy usiedli przy sporej wielkości stole w kuchni Syriusza.
- Reakcja na stres? – zaryzykował Harry.
Ostatnimi dniami naprawdę kiepsko sypiał. Nie potrafił się też skupić. Rozwód Hermiony Rona wyprowadził go z równowagi. Zawsze uważał ich za najidealniejszą parę świata. Tymczasem życie, które planowali jeszcze za czasów szkolnych, zaczynało się sypać. Nie chciał nawet dodawać do tego nowoodnalezionego pociągu do Lucjusza.
- Nie możesz tak zgłosić się na kurs aurorski – poinformowała go Hermiona.
To nie tak, że nie spodziewała się podobnego rozwoju rzeczy. Jego magia była mu potrzebna niemal na każdym kroku. Gdyby nie żył nigdy jak mugol, pewnie nie potrafiłby się ubrać. W czarodziejskim świecie te problemy, które teraz miał, stanowiły naprawdę katastrofę dla niejednego czarodzieja.
Na szczęście jednak miał Hermionę. Gdyby jego magia przeżywała po prostu cięższy okres, mogliby to przeczekać. Ona mogłaby nawet otwierać mu drzwi. To nie tak, że nie zajmowali się sobą podczas tych tygodni spędzonych w namiocie na poszukiwaniu zabójcy wszechczasów. Takie przeżycia zbliżają ludzi.
Albo ich totalnie odmieniają, jak w przypadku Rona.
Może gdyby poczekali wtedy ze ślubem, odkryliby, że mają całkiem inne plany co do życia. I w drodze nie byłoby żadnego Rona Juniora. Samotne życie z dzieckiem nie mogło być łatwe nawet w tak wysokorozwiniętym społeczeństwie jak to. Jednak Hermiona miała jego i zamierzał być dla niej tym czym powinien był przez wszystkie lata.
Tym razem nie obierał stron, ale po prostu pomagał przyjaciółce.
Hermiona westchnęła.
- Nie podoba mi się to Harry – powiedziała, wpatrując się w niego. – To ciągnie się zbyt długo. Sprawdzę w księgach, ale jeśli niczego nie znajdę…
- Jeśli pokażę się w Świętym Mungu, na pierwszych stronach Proroka Codziennego pojawi się artykuł o mojej rzekomej chorobie. Przy tym jak potraktowano Narcyzę, nie chciałbym, aby nasz dom stał się kolejnym celem – wyjaśnił jej.
Poza tym nie cierpiał Uzdrowicieli.
- Zaprosimy tutaj mojego przyjaciela – odparła wzruszając ramionami, jakby to było oczywiste. – On cię zbada.
- Nie możesz ty? – spytał z nadzieją.
Kolejni obcy skanujący jego ciało naprawdę nie byli mu konieczni.
- Nie mam tego doświadczenia, a te objawy… - urwała, kręcąc głową. – To nie klątwa. One są w ogóle nieprawdopodobne – powiedziała.
- Oby ten przyjaciel miał delikatne ręce – westchnął Harry przypominając sobie ostatniego Uzdrowiciela, którego ramiona były nieprzyjemnie włochate.
ooo
Mdłości na szczęście odeszły, ale wyglądało na to, że zastąpiły je problemy z magią. Hermiona z dnia na dzień wydawała się coraz bardziej zaniepokojona. Jednak i to minęło. I wydawał się całkiem zdrowy. Rano nawet pierwszego dnia, gdy poczuł się znowu w pełni sobą, postarał się zrobić naprawdę spore śniadanie.
Hermiona stanęła w drzwiach kuchni, najwyraźniej zwabiona hałasami, a potem patrzyła na jego magiczny pokaz zdolności. Filiżanki i spodki przelatywały przez całą kuchnię aż na stół, a za nimi podążały łyżeczki. Czuł radość ilekroć faktycznie udało mu się ułożyć cokolwiek w dobrej kolejności.
Hermiona nie wyglądała ani trochę na rozbawioną. Gryfonka wpatrywała się w niego z tym wyrazem twarzy, po którym przeważnie ludzie dowiadują się, że są śmiertelnie chorzy. A Harry naprawdę dopiero zaczynał swoje życie. Po przejściach z Voldemortem mógł pewnie oczekiwać, że Fortuna nie da mu tak po prostu żyć. Był Harrym Potterem, więc Los najwyraźniej miał obowiązek mu dokopywać.
- Co to jest? – spytał, ponieważ dziewczyna wydawała się mieć odpowiedź wypisaną na twarzy, ale nie potrafił jej odczytać.
W dłoniach zresztą miała tak stary pergamin, że wyglądał, jakby miał się rozpaść. Stare zaklęcia pasowały do Śmierciożerców jak ulał.
- Harry, usiądź – poprosiła go przyjaciółka.
- Postoję – odparł, ponieważ przynajmniej tyle chciał kontrolować.
Hermiona skinęła głową i sama zajęła miejsce za stołem, a potem położyła pergamin koło filiżanek.
- Słuchaj, nie wiem jak ci to powiedzieć – zaczęła jego przyjaciółka. – Sprawdzałam, czytałam, nie dowierzałam i sprawdzałam jeszcze raz, ale wszystko się zgadza. I Harry ustalmy jedno: jesteś naprawdę bardzo potężny. Nikt nie zainteresowałby się tobą, gdyby tak nie było. Jesteś cholernie potężny i wiedziałam o tym od lat. Powinnam była to przewidzieć… - pluła sobie w brodę.
- Magia mnie pożera od środka? – spytał.
Słyszał o podobnych czarodziejskich chorobach, ale nigdy nie interesował się nimi bliżej.
Hermiona pokręciła przecząco głową.
- Nie ma udokumentowanego dowodu na to, ale… - wzięła głębszy oddech. – Jesteś w ciąży – powiedziała w końcu.
Harry wgapiał się w nią przez chwilę, a potem zaczął się histerycznie śmiać.
- Robicie mi kawał? – spytał z niedowierzaniem. – Hesper zaraz wyskoczy z twoją kamerą i… - urwał, ponieważ Hermiona czekała cierpliwie, aż jego wybuch się skończy. – Ty nie żartujesz. Ty zwariowałaś – stwierdził bez cienia wątpliwości w głosie.
- Czarodzieje rzadko zachodzą w ciążę. Muszą być niezwykle potężni, ale to dopiero ich dzieci stają się niezwykłe. Połączenie dwóch magii tak silnych, że są w stanie utworzyć i chronić płód – urwała i pokiwała głową. – Dlatego przeważnie ukrywają się. Gdyby ktokolwiek dowiedział się o takim dziecku, konsekwencje mogłyby być ogromne – ciągnęła dalej.
- Żartujesz, prawda? Nie możesz być poważna – powiedział Harry.
- Dopiero wahania magii mnie przekonały. Ciąża walczyła z twoim organizmem, ale wygrała Harry. Musiałeś zaakceptować, że coś rozwija się w tobie. To normalna kolej rzeczy dla czarodziejów i czarownic. Sama przechodziłam przez coś podobnego, ale mniej spektakularnego – powiedziała ze spokojem. – A do tego twoje poranne mdłości. Podejrzewam, że seks z Lucjuszem…
Harry zbladł na wspomnienie mężczyzny. Nie zabezpieczyli się, ale przecież obaj byli mężczyznami. Przez myśl mu nie przeszło, że coś takiego jest możliwe w czarodziejskim świecie. I coraz bardziej zaczynał nienawidzić tego wszystkiego. Oczami wyobraźni widział już te artykuły szydercze i podłe.
- Nawet gdybyś się zabezpieczył… Magia dążyłaby do tego, abyście stworzyli coś razem – poinformowała go Hermiona i jeśli to miało brzmieć pocieszająco..
- Nie wierzę – stwierdził Harry krótko. – Nie wierzę.
- Harry – westchnęła jego przyjaciółka, głaszcząc go po ręce. – Naprawdę długo nad tym myślałam i mam pewność. Twoje zmiany nastrojów, nagłe zainteresowanie dziećmi. Wszystko pasuje – stwierdziła.
- Nie wierzę – powtórzył uparcie.
- Nie musisz w coś wierzyć, aby okazało się to prawdą – odparła jego przyjaciółka. – Pamiętaj teraz, że masz powinności nie tylko względem czarodziejskiej społeczności, ale też względem siebie.
ooo
Hermiona znalazła go na tyłach ogrodu kilka godzin później. Wgapiał się w przestrzeń przed sobą, ale dalej nie potrafił jakoś przejść do porządku dziennego nad tym co się stało. Teraz, gdy wiedział co to może być, czuł to ciepło, które rozchodziło się z tego jednego punktu w nim i promieniowało na całe jego ciało.
- Dobrze się czujesz? – spytała Hermiona.
- Jestem w ciąży –stwierdził tylko, ponieważ syndrom wyparcia przestał działać.
A naprawdę chciał powrócić do poprzedniego etapu. Miał tysiące pytań, których nie chciał zadać. Jednak wiedział, że powinien.
- Czy możemy jakkolwiek usunąć ciążę? – spytał, chociaż w jego gardle pojawiła się nieprzyjemna gula.
Hermiona nie wydawała się urażona czy obrażona jego pytaniem. Potraktowała je jak kolej rzeczy, chociaż pewnie nie powinien rozmawiać o aborcji z ciężarną. Ona jednak przede wszystkim zawsze była naukowcem. I prawie nigdy nie oceniała go zanim poznała motywy jakie nim kierowały.
- Kiedyś naprawdę bano się takich dzieci – podjęła Hermiona nagle. – Moc skumulowana w nich była ogromna. Czytałam, że podjęto próbę usunięcia jednej z takich ciąż, ale lekarz i wszyscy w jego otoczeniu prócz ojców, poniósł śmierć. Płód bronił się całą mocą, którą posiadał i spalił ich na proch – powiedziała.
Harry zaśmiał się gorzko.
- Oczywiście – westchnął.
- Musisz zrozumieć, że te dzieci były naprawdę szczególne. Są szczególne – poprawiła się. – Chociaż nie mówi się o tym głośno, jestem pewna, że czarodzieje wciąż rodzą. Jednak nie mówią o tym głośno, żeby nie wzbudzać kontrowersji. Oczywiście nie zdarza się to często, ale jednak to nie jest jednorazowy przypadek. Byli inni przed tobą i będą inni po tobie – poinformowała go, splatając ich palce razem. – Utrzymuje się to w tajemnicy, ale szeptano kiedyś, że Dumbledore miał dwóch ojców – dodała Hermiona kompletnie go zaskakując.
- Dumbledore? – spytał z niedowierzaniem.
- Słyszałeś cokolwiek na temat jego rodziny? – zainteresowała się jego przyjaciółka. – Nigdy nie opowiadał o swoich rodzicach. W jego gabinecie i komnatach nie było zdjęć. W Ministerstwie nie ma metryki jego urodzenia. A zmieniał świat. To może być tylko plotka, ale dowodzi ona jak wielkie pokładano w tych dzieciach nadzieje.
- I mam skazać na ciągłą walkę moje własne dziecko? – spytał Harry z niedowierzaniem.
- Czasami jest tak, że nie masz wyboru już przed dniem twojego narodzenia – odparła Hermiona.
ooo
Zamykanie się w pokoju pewnie było dziecinne, ale potrzebował czasu w samotności. Hermiona krzątała się w kuchni, a on skupił się na… W zasadzie nie potrafił tego nawet nazwać. Myślał o wszystkim. O Lucjuszu, którego nie widział od tygodni. O Hesperze, który zamierzał się u nich pokazywać i Hermiona twierdziła, że się go nie pozbędą bez wzbudzania podejrzeń. A uzgodnili, że Niewymowni, że nikt nie powinien wiedzieć o dziecku. Polityczne naciski, tajne plany – Harry chciał tego uniknąć.
Wiedział, że nie miał możliwości uczestnictwa w kursie aurorskim. Wysiłek, który musiałby w to włożyć… Odcięcie od Hermiony i mieszkanie z obcymi. To było zbyt niebezpieczne, a jego ciało lada dzień miało się zmieniać. Hermiona odnalazła jakieś stare zapiski o tym, że nie powinien wiele przytyć, ale był tak szczupły, że pewnie i tak zacznie wyglądać jak wieloryb, a ludzie zaczną zwracać na niego uwagę.
Był w kropce.
Pukanie do drzwi wystraszyło go, więc chwycił za różdżkę jak za starych dobrych czasów w namiocie.
- Proszę – rzucił.
Hermiona wsunęła się bokiem z tacą z dwiema filiżankami herbaty.
- Rumiankowa – powiedziała mu, gdy do jego nozdrzy dotarł dziwny zapach ziół.
- Na mdłości? – upewnił się.
Zaśmiała się lekko.
- Jesteś jednym z tych szczęśliwców, których mdłości ominęły – poinformowała go. – Moje trwały do połowy drugiego trymestru.
Harry szybko przeliczył w głowie, który to tydzień.
- Ale on wciąż trwa – zauważył.
- Dokładnie – mruknęła.
Spojrzał na jej sporej wielkości brzuch i zawahał się.
- Nie powinnaś być taka wielka… Znaczy przepraszam, ale… - urwał.
Nigdy nie analizował ciąży Hermiony, ale nagle uderzyło kilka faktów na raz.
- To bliźniaki – powiedziała spokojnie.
- Ron nie wie – odgadł Harry. – Z powodu rozwodu – dodał.
Krzywiła się lekko, ale skinęła głową.
- Nie był ze mną podczas żadnego z badań u Uzdrowiciela – westchnęła.
Harry zamarł.
- Ktoś będzie musiał monitorować moją ciążę – zorientował się nagle spanikowany.
Hermiona położyła mu dłoń na kolanie, uspokajająco ściskając jego nogę. Jej dotyk naprawdę pomagał. Nie czuł się tak samotny i zdezorientowany w tym wszystkim. Ona miała wszystkie odpowiedzi i należało tylko jej słuchać.
- Jestem w stanie zrobić to sama – uspokoiła go.
- Jesteś pewna? – spytał, ponieważ sama istota posiadania dziecka przerażała go.
A jeśli do tego dochodził poród.
- Nie panikuj. Nie masz macicy. Kiedy dziecko zdecyduje się opuścić twoje ciało, po prostu to zrobi, a potem magia zajmie się leczeniem. To naturalny proces – przypomniała mu.
Nie widział niczego naturalnego i normalnego w rodzeniu dzieci przez facetów. Te rzeczy w mugolskim świecie były niemożliwe nie bez powodów.
- Nie jestem odporny na ból – zorientował się nagle. – Myślisz, że to będzie…
Hermiona prychnęła.
- Nie gorsze od Cruciatusa Bellatrix – parsknęła jego przyjaciółka, przypominając mu ten jeden szczególny czas podczas wojny, gdy dostali się w niewolę. – Nie myśl teraz o porodzie – ciągnęła dalej. – Mamy jeszcze sporo czasu. To dopiero pierwsze trzy tygodnie. Pozostaje nam dziewięć miesięcy, a nie możemy cię ukryć. Jesteś osobą publiczną – przypomniała mu.
Harry przełknął ślinę.
- Zaklęcia maskujące – rzucił.
Hermiona pokiwała przecząco głową.
- Teraz, gdy Śmierciożercy napadli na dwór Malfoyów, wzmożono środki bezpieczeństwa. Podczas ostatniego balu jedno z zaklęć ochronnych pozbawiło makijażu jedną z kobiet. Była wściekła – zaśmiała się Hermiona, a potem spojrzała na niego całkiem poważnie. – Myślałeś o tym komu chciałbyś powiedzieć jeszcze? – spytała ostrożnie.
Harry nie miał długiej listy osób, którym ufał. Jednak Ron zasługiwał na to, aby wiedzieć. Weasley był jego przyjacielem od lat. Obaj skoczyliby za sobą w ogień. Może i nie układało im się z Hermioną, ale wciąż przecież byli Złotym Trio, bohaterami spod Hogwartu i pogromcami Voldemorta.
- Ron – powiedział krótko i Hermiona pokiwała głową.
- Zastanawiałeś się co powiesz Lucjuszowi? – spytała jego przyjaciółka.
Zamarł, ponieważ Malfoy przeszedł mu przez myśl. Jednak nie chciał sobie nawet wyobrażać tej rozmowy. Wiele pomiędzy nimi się zmieniło. Jeszcze więcej stało, ale nie poznał mężczyzny tak dokładnie. Uprawiali seks, a potem uratował go przed Amelią, ale… Wyglądało to wtedy tak, jakby po prostu Lucjusz chciał się upewnić, że nie będą widywać się na spotkaniach Wizengamotu. Jakby naprawdę chciał zerwać z nim wszelkie kontakty i tego poprzedniego żałował.
- Nie wiem – powiedział krótko.
- Ojciec zasługuje, żeby wiedzieć – odparła Hermiona.
- Tak jak Ron wie o bliźniakach? – spytał i niemal natychmiast tego pożałował.
Hermiona nie zasługiwała na to.
- Przepraszam – westchnął. – To jest po prostu trudne.
- Nasza sytuacja jest inna. To nie magia stworzyła nasze dzieci. A magia nie robi niczego bez przyczyny – wyjaśniła Hermiona. – Lucjusz mógłby ułatwić ci naprawdę wiele. Ma kontakty. Gdyby wysłał cię na placówkę gdzieś do Rumunii albo czegoś równie egzotycznego…
- To jednocześnie zdjęłoby mnie z celowników prasy i pozwoliło ukryć na widoku – odgadł.
Wypuścił długo wstrzymywane powietrze z płuc.
- W ciągu tego miesiąca stanę się bankrutem – przyznał cicho.
Hermiona nie wyglądała na zaskoczoną.
- Cały spadek włożyłem w remont kamienicy i nie żałuję tego, ale miałem rozpocząć kurs, a potem pracę jako auror – powiedział Harry. – Jak znajdę pracę bez wykształcenia? Jak się utrzymam? Teraz kiedy dziecko jest w drodze… - urwał.
- Nikt nie powiedział, że dorosłość jest łatwa – powiedziała Hermiona. – Kiedy decydowałam się na rozwód z Ronem musiałam wziąć pod uwagę, że będę musiała utrzymać naszą dwójkę z własnej pensji. A urlop, który mnie czeka, zmniejszy ją znacznie. Nie będę mogła zostawić dzieci samych, a nie zwrócę się do Molly o pomoc – dodała. – Musimy zastanowić się nad twoimi opcjami.
Harry'ego właśnie to martwiło. Potrafił jedynie rzucać zaklęcia i latać na miotle. A w ciąży nie miał szans przetrwać kursu aurorskiego. Czy jakiegokolwiek meczu. Nie chciał się tak nawet narażać.
Propozycja Lucjusza dotycząca Wizengamotu wciąż na nowo pojawiała się w jego głowie. Zaczynał rozumieć, że powinien był ją wtedy przyjąć. Jednak na zawsze zostałby wciągnięty do polityki. Musiał przyznać, że nie radził sobie najgorzej. Każdy z balów, na którym bywał nauczył go czegoś nowego. Pomoc Amelii była nieoceniona, a Hermiona zawsze najlepiej odnajdywała się w takich sytuacjach.
- Twoja praca dla Niewymownych nie jest zagrożona? – zainteresował się Harry.
- Nie są zadowoleni. Niewymowni z dziećmi to łatwy sposób manipulacji – przyznała Hermiona.
Zastanawiał się czy długo wiedziała, że sama też będzie poszukiwać pracy.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś? – spytał urażony
- Nasze drogi zaczęły się rozchodzić. Dorastaliśmy, Harry. Moje problemy w małżeństwie, przebijały wszystkie inne – wyjaśniła z lekkim kwaśnym uśmiechem. – Złożyłam podanie o przeniesienie. Hesper je opiniował. Sądzę, że…
- Wizengamot – powiedział Harry.
- Co? – spytała. – Odrzuciłeś ich propozycję z tego co mówiłeś ostatnio. Oni drugi raz takich nie składają, Harry – przypomniała mu przyjaciółka.
- A jednak Wizengamot. To jest jedyne wyjście. Możemy dostać się tam oboje, ponieważ może i ja mam poparcie ludzi, ale to ty masz jeden z najlepszych umysłów tego stulecia – powiedział.
Hermiona zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad tym dłuższą chwilę.
- Teraz na pewno będziesz musiał porozmawiać z Lucjuszem – poinformowała go przyjaciółka. – Jeśli ktokolwiek miałby takie wpływy, aby zaproszono cię do zgromadzenia kolejny raz, to tylko on.
