Harry rozejrzał się po ministerialnym parterze i nie mógł nie odnieść wrażenia, że budynek, a nawet sami jego ludzie wydają mu się inni. Jego magia wciąż szalała, więc Hermiona towarzyszyła mu u boku, z różdżką w pogotowiu. Nie czuł się tak bezbronny od czasów, gdy pojmali ich Śmierciożercy i zabrali do dworu Malfoyów. Draco uratował im wtedy życie, a Lucjusz tylko potwierdził jak bardzo cennym nabytkiem dla Zakonu był, gdy umożliwił im ucieczkę z własnych lochów. Jak Voldemort ich później ukarał, przemilczano. Harry jednak podejrzewał, że utrzymanie go przy życiu kosztowało Zakon o wiele za dużo.
Nigdy nie lubił czuć się ciężarem i chociaż wmawiano mu, iż nie ma na to wpływu i jest najważniejszym elementem wojny – nie wierzył. Nie ufał słowom Dumbledore'a, McGonagall, a potem nawet Snape'a dopóki nie stanął twarzą w twarz z potworem, który naznaczył go na całe życie.
I wygrał.
Wtedy bał się mniej niż teraz.
Hermiona ściskała jego rękę. Zdecydowali, że rozmowa w Ministerstwie będzie najodpowiedniejsza. Jego wizyta prywatna u Lucjusza przyciągnęłaby o wiele za dużą uwagę i szybko skojarzono by jego nominację na członka Wizengamotu z Malfoyem.
- Nie denerwuj się – wyszeptała Hermiona, gdy wjeżdżali windą na ostatnie piętro.
W żołądku czuł dziwny ucisk i gdyby poranne mdłości mu nie przeszły, zacząłby się bać, że zwymiotuje. To jednak były po prostu nerwy.
- Wejść z tobą? – spytała, chociaż ewidentnie nie miała na to ochoty.
Sam wolał przeprowadzić tę rozmowę w cztery oczy. Nie potrafił jej zresztą zaplanować i nie miał pojęcia jakie wizje przyszłości miał Lucjusz. Miał już jednego syna, jednego dziedzica. Z drugiej jednak strony nigdy nie mogli ujawnić istnienia jego dziecka. Ich dziecka.
- To takie popaprane – szepnął.
Nie wiedział jak mówi się drugiemu mężczyźnie, że będzie się miało z nim dziecko. I nie chciał się dowiedzieć. Może gdyby to on był tym, który pieprzył, a nie był pieprzonym, to Lucjusz teraz byłby w tej sytuacji.
Hermiona ścisnęła jego rękę uspokajająco.
- Oddychaj – powiedziała spokojnie i zaczęła sama robić głębsze wdechy i wydechy.
Podążył za nią, aż pociemniało mu przed oczami.
- Cholera. To nie działa – mruknął i po prostu przetarł nagle spocone czoło.
Korytarz przed nimi był pusty. Równe rzędy drzwi po obu stronach były opisane nazwiskami członków Wizengamotu. Zgodnie z tym, co mówiła Hermiona każdy członek czarodziejskiego społeczeństwa mógł spotkać się z wybranym przedstawicielem Rady, aby zaproponować projekt lub po prostu porozmawiać o problemach trapiących jego najbliższy sąsiedzki krąg. Wizengamot miał nieść pomoc i otwierać się na ludzi, a przynajmniej do tego dążyła Amelia.
Lucjusz jako nieliczny przestrzegał swoich godzin i faktycznie przebywał w gabinecie czekając na petentów.
Harry zamarł z ręką zaciśniętą w pięść, zanim zapukał. Ciche proszę na pewno należało do kobiety i znaleźli się z Hermioną w niewielkim, ale przyzwoicie urządzonym pokoju sekretarki.
- Pan Malfoy jest w tej chwili wolny – obwieściła im kobieta. – Życzą sobie państwo porozmawiać z nim? – spytała uprzejmie.
- Proszę zaanonsować Harry'ego Pottera – powiedział w końcu.
Hermiona zresztą już się rozsiadała na jednej z kanap i nagle zaczął żałować, że w ogóle ją kłopotał. Ciąża nie przeszkadzała jej, ale widział, że stopy kobiety zaczynają się robić nieprzyjemnie opuchnięte.
Kobieta zniknęła za drzwiami z grubego drewna. Wyglądały na solidne i Harry zdał sobie sprawę, że Lucjusz nie miał ochrony. Brak aurorów zaniepokoił go. Ministerstwo mogło być chronione, ale jednak poszczególni członkowie Wizengamotu znajdowali się w większym zagrożeniu niż inni. Malfoy był oficjalnym celem Śmierciozerców i Harry'ego dziwiło, że jedynie ta niewielka blondynka i drewniane drzwi chroniły go przed atakami.
- Proszę do środka – zaprosiła go kobieta, przepuszczając go przodem.
Lucjusz siedział za ogromnym biurkiem i spoglądał w jego stronę z neutralnym wyrazem twarzy. Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem, którego się nie spodziewał. Magia połaskotała go po opuszkach palców, więc może drewno nie było jedynym zabezpieczeniem.
- Zapraszam – powiedział Lucjusz i Harry nie potrafił wyczytać kompletnie nic z jego głosu.
Mężczyzna nie wyglądał na zmęczonego, chociaż na jego biurku piętrzyły się stosy papierów. Samopiszace pióra czekały gotowe do użycia, podobnie jak różdżka, którą Malfoy trzymał przed sobą.
Harry zajął niepewnie niewielkie krzesło i rozejrzał się wokół ciekawie.
- Ładne biuro – rzucił, starając się jako rozładować napięcie, które nagle zapanowało w pomieszczeniu.
Lucjusz uniósł jedną brew wyżej.
- Poważnie – ciągnął dalej Harry. – Spodziewałem się dojmującej zieleni, ale ta szarość i srebro… To chyba srebro… bardziej do ciebie pasują – rzucił, kompletnie nie wiedząc co robi.
- Przyszedłeś marnować mój czas, rozmawiając o wystroju wnętrza, którego nawet sam nie urządzałem? – spytał spokojnie Lucjusz.
Harry poczuł jak na jego twarzy wykwita nieprzyjemny rumieniec.
- Oczywiście, że nie… - odparł szybko. – Chciałem porozmawiać z tobą o… - urwał.
Podrapał się w czoło, nagle czując, że zaczyna panikować pod czujnym spojrzeniem mężczyzny.
- Sytuacja się zmieniła. Nie mogę brać udziału w kursie aurorskim… - poinformował szczerze mężczyznę, ponieważ należało wyłożyć na ławę wszystkie karty. – Propozycja Wizengamotu…
- Jest nieaktualna od dwóch tygodni – wszedł mu w słowo Lucjusz i nie brzmiał już nawet neutralnie.
Jego głos był lodowato zimny. Nic dziwnego, że mówiono, iż nie musiał torturować, aby wyciągać zeznania.
- Wiem – odparł Harry, ponieważ stanął oko w oko z Voldemortem, co czyniło go albo wariatem albo bohaterem.
Nigdy tak naprawdę nie rozgryzł na czym polegała różnica. Może w Proroku Codziennym mieli rację i był szaleńcem od czasów Turnieju Trójmagicznego.
- Pomyślałem, że mógłbyś wpłynąć na… - Słowa zamarły mu w ustach, gdy na policzkach Lucjusza pojawiły ciemne plamy rumieńców.
- Przyszedłeś tutaj mnie szantażować? – spytał mężczyzna. – Do mojego biura?! – podniósł głos.- Wiesz ilu takich chłopców jak ty….
- Szantażować? – zdziwił się Harry, wchodząc mu w słowo i nagle uderzyło go o czym mówi Lucjusz. – Po cholerę miałbym cię szantażować?! Myślisz, że chciałbym, aby kiedykolwiek wyszło, że razem spaliśmy? – spytał czysto przerażony. – Pieprz się – warknął, wstając. – Pieprz się do cholery ty i cały twój Wizengamot.
- Wizengamot, do którego chcesz, aby ułatwił ci wejście – sarknął Lucjusz.
- Myślisz, że jesteś mi konieczny do tego? – spytał retorycznie Harry. – Mógłbym porozmawiać w tej kwestii z Amelią albo kimkolwiek. Sądziłem, że się rozumiemy… - urwał, orientując się nagle, że zamienił z mężczyzną tamtego wieczoru jedynie kilka zdań.
Tak naprawdę się nie znali i musiał o tym zapomnieć, gdy nadbudowywał wokół własnych wizji kolejne, które miały pokazać Lucjusza w lepszym świetle. Zimne tęczówki mężczyzny jednak wbijały się w niego niczym sople lodu, więc przygryzł wargę.
- To wy chcieliście mojej pomocy, a ja teraz mówię, że jestem gotowy wam jej udzielić – spróbował jeszcze raz, orientując się przy okazji, że Lucjusz otwarcie przyznał, że Harry nie był jego jedynym kochankiem.
Nigdy nie widział, aby mężczyzna rozmawiał z kimkolwiek po śmierci Narcyzy w sposób odbiegający od przyjętej normy. Jednak Ślizgoni znani byli z ukrywania swoich grzeszków. Harry najwyraźniej też był wliczony w koszty, oddelegowany do zamiecenia pod dywan.
Jego magia ponownie buntowała się i zauważył, że obaj stoją naprzeciwko siebie.
- Nie potrzebna nam twoja pomoc – wypluł Lucjusz. – Na pewno nie w tym wymiarze i nie w taki sposób – dodał z wyraźną sugestią, która sprawiła, że Harry znowu poczuł się chory.
Może jednak jego poranne mdłości nie ustąpiły.
- Pieprz się – powiedział całkiem wyraźnie. – Do zobaczenia na najbliższym spotkaniu rady – rzucił jeszcze, wychodząc.
Hermiona spojrzała na niego lekko zszokowana. Normalnie wybiegłby z biura, ale podszedł do kanapy i pomógł jej wstać.
- Porozmawiamy w domu – rzucił tylko, ponieważ czuł, że zaczyna brakować mu powietrza w płucach.
ooo
Hermiona zrobiła mu kolejnej herbaty i Harry przyjął filiżankę z ogromną wdzięcznością. Od czasu rozmowy z Lucjuszem czuł gorycz w ustach, która nie chciała zniknąć.
Nie chodziło jedynie o to, że wszystko potoczyło się nie tak. Nie wiedział nawet co sobie wyobrażał. Rozmawiali raz za całe dziesięciolecie znajomości. I uprawiali seks po pijanemu, o czym nawet dzieciaki w Hogwarcie wiedziały, że to najgłupszy pomysł pod słońcem. Jednak tylko Harry Potter mógł przy tym zaciążyć. Powinien był się tego spodziewać od samego początku.
- Co się stało? – spytała w końcu Hermiona.
- Sądził, że przyszedłem coś od niego wyłudzić – powiedział, chociaż ciężko przechodziło mu to przez usta.
Dopiero teraz czuł się tak naprawdę upokorzony. Może cząstka jego sądziła, że Lucjusz położy mu chociaż dłoń na ramieniu i powie, że wszystko będzie dobrze. Że nie będzie musiał sobie tym razem radzić sam. Że będą bezpieczni; dziecko i on.
Nie znał odpowiedzi na tak wiele pytań, że zaczynał pokładać nadzieję w człowieku, którego kompletnie nie znał.
- Wyjaśniłeś mu… - zaczęła Hermiona.
- Nie było sensu – odparł Harry i nie dodał, że poniosły go nerwy. – On sypia notorycznie z ludźmi – ciągnął dalej, ponieważ jeśli miał się komuś wygadać to tylko niej. – Sądził, że jestem jak pozostali i próbuję go naciąć, wiesz… Jakbym wspomniał o dziecku… - urwał i zaśmiał się krótko. – Ciekawe ile kobiet wcześniej próbowało tej sztuczki – dodał gorzko.
- Harry… - zaczęła Hermiona znowu.
I tylko ona miała taką zdolność do wypowiadania jego imienia, że za każdym razem brzmiało inaczej. Tym razem było pełne współczucia, a on naprawdę nie chciał, aby się nad nim litowano.
- Nie chcę niczyjej pomocy – powiedział w końcu. – Poradzę sobie – dodał, zagryzając zęby.
Hermiona uśmiechnęła się lekko.
- Wiem, ale…
- Nie ma żadnego 'ale' – powiedział, wzruszając ramionami. – To nie tak, że nie wiedziałem, że zostaniemy w tym sami, no nie? – spytał retorycznie. – Powiedz mi jak idą twoje badania – poprosił, ponieważ musiał skupić się na czymś innym.
Czymś, co nie przerażałoby go swoją realnością jak opustoszała skrytka w Gringotcie czy brak pracy. Cichy głos Hermiony jednak łagodził jego nerwy. Pojęcia nie miał o czym mówiła, ale to nie było ważne. Jej słowa koiły go jak zawsze, gdy potrzebował chwili, aby zebrać myśli.
Nie należał do ludzi planujących życie w przód. Miał genialny refleks i instynkt, ale normalnie nie spędzał czasu na zastanawianiu się co dalej. Jego misja kończyła się na chwili, gdy Voldemort zostawał pokonany i nikogo nie interesowało co dalej. Sam zresztą nie wierzył, że to przeżyje, aż do dnia, gdy uniósł różdżkę, a potem gdy kurz opadł, pozostał sam na placu boju.
Wciąż był w szoku.
Rzeczywistość tymczasem nie zatrzymała się, nie zwolniła, aby dać mu czas do namysłu i teraz miał za to odpokutować.
ooo
Ironią losu było, iż ich pierwsze spotkanie po tak długim czasie, stało się też powodem do kłótni. Lucjusz jednak nie był przyzwyczajony do tego, aby wymagano od niego wyświadczania przysług. Już od chwili, gdy Potter przekroczył próg jego gabinetu widział zdenerwowanie chłopaka i zapewne uznałby je za czarujące, gdyby nie fakt, że Potter okazał się nikim innym jak manipulatorem.
Dziwiło go, że chłopak nie przyjął ich propozycji z miejsca, ale odrzucił swoją szansę, a Wizengmot nie kłaniał się przed nikim. Mieli za sobą lata historii, wieki kryzysów oraz wzlotów. Przetrwali i nikt, nawet Harry Potter nie stał ponad nimi. Chłopak mógł uczestniczyć w ich dziele, ale metoda, którą chciał się dostać pomiędzy nich, wydawała się bardziej haniebna niż inne.
Lucjusz nie potrafił nie czuć niesmaku. Kiedy rozmawiał z Potterem kilka tygodni wcześniej, wydawało mu się, że nawiązali nić porozumienia. Chłopak był młody i już wydawał się zmęczony życiem, które zafundowali mu oni wszyscy z Dumbledore'em na czele. Rozumiał wtedy, dlaczego Harry chciałby wycofać się z życia publicznego, ale najwyraźniej Draco miał rację, nazywając Pottera żądnym uwagi. Najwyraźniej Harry uważał, że wszelkie zasady nie dotyczyły również jego, a nawet więcej.
Lucjusz zacisnął dłoń w pięść i uderzył nią o blat biurka, witając znajomy przyjemny ból. Nie mógł doczekać się pierwszego posiedzenia Rady, ponieważ Harry miał się przekonać jak magia reagowała na nieczyste intencje tego, który pretendował na kolejnego z członków Wizengamotu.
Kara dla bezczelnych nie była permanentna, ale adekwatna do przewinienia.
Wziął głębszy wdech, ponieważ nawet zirytowany nie mógł pozbyć się wspomnienia jak chłopak wyglądał pod nim, zarumieniony i tak bardzo otwarty. Mógłby wtedy przysiąc, że nigdy nie widział niczego bardziej niewinnego niż Harry, który poddawał się jego dłoniom z oczami pełnymi zaufania. Najwyraźniej jednak Gryfoni stanowili podstępny gatunek.
ooo
Ron miał wrócić w ciągu najbliższych kilku dni, więc Harry upewnił się, że rzeczy Hermiony na pewno znajdują się w kamienicy. Nie sądził, aby jego przyjaciel miał jakikolwiek problem. Szanowali się i lubili od lat, poza tym ich problemy małżeńskie nie dotyczyły go, ale na samą myśl o rozmowie, zaczynał się denerwować.
Przede wszystkim musiał powiedzieć swojemu przyjacielowi, że uprawiał seks z ojcem ich znienawidzonej fretki. I chociaż teraz to przezwisko stanowiło bardziej ich wewnętrzny żart, jednak fakty pozostawały faktami. Harry zamiast związać się z Ginny, pozwolił pieprzyć się Malfoyowi i teraz nosił ich wspólne dziecko.
- Nasze dziecko – powiedział na głos, zszokowany jak bardzo dziwnie to brzmi.
Hermiona uśmiechnęła się do niego lekko.
- Przyzwyczajasz się? – spytała. – Sama chodziłam w szoku przez pierwsze kilka dni, gdy się dowiedziałam – przyznała i jej uśmiech stał się bardziej melancholijny, jakby wracała do tamtych wspomnień.
Harry z największą chęcią poznałby powody, dla których to wszystko się zepsuło, ale obiecał się nie wtrącać i to chyba było najsensowniejsze wyjście. Nie mogli całe życie tkwić w tym dziwnym trzyosobowym związku. Zawsze twierdził, że zasługiwali na prywatność i sam korzystał z tego prawa, gdy rozstawał się z Ginny.
- To po prostu dziwne – powiedział całkiem szczerze. – Nie mam dwudziestu pięciu lat, a będę mieć dziecko.
- Nie mam dwudziestu pięciu lat, a będę mieć dwoje i się rozwodzę – odparła Hermiona i odłożyła księgę, którą czytała.
- Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało – zaczął, ale machnęła dłonią.
- Wojna zmieniła nas wszystkich. Bardzo szybko dorośliśmy i nie mieliśmy czasu na głupoty – wyjaśniła, a potem wzruszyła ramionami. – Wiesz, że większość z tych osób, które przyszły ostatnio na przyjęcia, poznałam dopiero, gdy zaczęłam pracować w Ministerstwie? – spytała.
- Kilka osób chyba chodziło z nami do Hogwartu – przypomniał sobie Harry.
- Przegapiliśmy ich. Nie byli ważni dla wojny, więc po prostu ich nie poznaliśmy – odparła Hermiona. – Takie rzeczy się zdarzają. Ludzie, których znaliśmy wcześniej umarli, na ich miejsce przyszli nowi. Rodzimy się, odchodzimy, dajemy życie, a czasem je odbieramy.
- Spokojnie do tego podchodzisz – stwierdził Harry.
- Lubię myśleć, że życia, które noszę są odkupieniem za tych, którym życia odebrałam – powiedziała szczerze Hermiona.
Harry prychnął.
- Wolę nie myśleć o tym, że noszę przyszłego Czarnego Pana. Wolę wyobrażać sobie, że to drugi Dumbledore – odparł.
- Samo ukształtuje swoją przyszłość, ale w świecie, który teraz kształtujemy my – powiedziała jego przyjaciółka.
I to też było tak cholernie mądre. Nigdy nie miał talentu do wyrażania myśli w ten sposób, chociaż zawsze czuł, że od samego przebywania z Hermioną jego IQ wzrasta.
- Będziesz musiała mnie tego nauczyć – powiedział, czując się nagle głupio.
- Czego? – spytała niepewnie.
- Wysławiania się w ten sposób. W regulaminie obrad Wizengamotu jest punkt, w którym dokładnie opisano obowiązki każdego członka Zgromadzenia. Mamy za zadanie reprezentować interesy mieszkańców, a czasem są ona sprzeczne ze sobą. Wygrywa zatem ten, kto je lepiej zaprezentuje – odparł.
Od kilku dni przebijał się przez stare księgi na temat Wizengamotu i wiedział już na jaką zasadę się powoła, jeśli ktokolwiek zakwestionuje jego podanie. Magia zaczynała się w nim stabilizować. Wciąż miewał incydenty, ale były coraz rzadsze. Istniała szansa, że w czasie obrad nastąpi ta długa chwila spokoju.
- Nabierzesz praktyki z czasem – obiecała mu.
- Nie wiem czy będę miał na tyle czasu – powiedział całkiem szczerze.
- Jestem pewna, że sytuacja wyklaruje się, gdy tylko wszystko wokół nas się uspokoi. Dziecko wyczuwa twoje zdenerwowanie. Nie wiesz nawet jak dokazują bliźniaki – odparła, masując brzuch.
- Nie wiem jakim cudem udawało się komukolwiek ukryć ciążę – przyznał.
Jeszcze nie nabierał wagi, ale czuł wyraźne zmiany w okolicy brzusznej. Jego skóra stawała się miękka i bardziej elastyczna. Nie było miejsca po jego mięśniach, na które pracował miesiącami podczas walki z Voldemortem oraz podczas ćwiczeń w drużynie quidditcha. Wciąż po opuszczeniu Hogwartu trzymał się w formie, ponieważ kurs aurorski wymagał od niego pełnej sprawności.
- Nie było to łatwe – przyznała Hermiona. – Przeważnie wychodziło to na jaw podczas porodu – powiedziała.
Oczy Harry'ego zrobiły się większe. Do tej pory omijali ten temat. Miał nadzieję, że tak pozostanie.
- Twoja magia zdezintegruje obcą magię na terenie o powierzchni kilometra kwadratowego – ciągnęła dalej niezrażona jego wyrazem twarzy. – Dziecko musi przyjść w sterylnym środowisku, żeby nie zakazić się obcą magią. Będziemy musieli znaleźć dom na uboczu, a potem szybko się z niego przenieść. Tego typu wybuch na pewno przyciągnie uwagę Biura Aurorów. Mamy jednak szczęście, ponieważ zrzucą to na nieudany eksperyment Śmierciożerców – odparła.
Harry nie dostrzegał jednak tutaj niczego zabawnego ani szczęśliwego tym bardziej. Nienawidził tego, że nie mógł ufać swojej magii przez ostatnie tygodnie. Tylko ona tak naprawdę chroniła go przed światem, a teraz zdawała się naigrywać w zaufaniu jakie w nią pokładał.
- Bardzo rzadko czarodziejom udawało się znaleźć podobne lokalizacje do bezpiecznego porodu – podjęła Hermiona. – Czytałam sporo na ten temat – dorzuciła, jakby się tego nie spodziewał. – Mówiono, że Dumbledore miał możliwość spłodzenia potomka.
Harry spojrzał na nią niepewnie.
- W tym czasie na świecie było tylko dwóch równie potężnych czarodziejów. Dumbledore dość mocno przyjaźnił się z Grindenwaldem – przypomniała mu Hermiona. – Plotka głosi, że poróżniły ich nie tylko poglądy. Dumbledore wychowywał się w ukryciu i nie chciał tego samego dla swojego dziecka.
- Odrzucił go – zgadł Harry.
- Odrzucił go dla większego dobra. Grindenwald nie wychowałby dziecka jako niosącego dobro – odparła Hermiona. – Istniało zagrożenie, że mogłoby być końcem czarodziejskiego społeczeństwa. Nie bez powodu tak potężne dzieci nie mają potomków.
- Mój ród zginie wraz z moim dzieckiem – westchnął Harry, gdy uderzyło go, iż dokładnie to samo stało się z Dumbledore'ami.
Hermiona jednak pokręciła przecząco głową.
- Możesz mieć inne dzieci – powiedziała, ale na samą myśl o jakiejś kobiecie powracały do niego mdłości. – Albo surogatkę – dodała. – Czarodzieje tej samej płci, którzy decydują się razem żyć, czasami wynajmują kobiety, aby urodziły im dzieci. Ministerstwo rejestruje takie przypadki, aby…
- Być pewnym, że dzieci nie są potomkami ich obu – zgadł ponownie. – Ministerstwo rejestruje wszystko – westchnął.
- Ministerstwo rejestruje wszystko – potwierdziła Hermiona.
ooo
Kiedy Ron w końcu wrócił do Londynu, Harry nie bardzo wiedział czego się spodziewać. Umówili się w niewielkim barze, starając się nie rzucać w oczy. Jego przyjaciel wyglądał na zmęczonego, więc misja nie należała do najłatwiejszych i prawie zaczynał tęsknić za znajomą adrenaliną.
- Hermiona się wyprowadziła bez słowa – rzucił Ron zamiast słów powitania. – Zostawiła mi list i pozew rozwodowy – dodał.
- Stary, przykro mi – powiedział spokojnie, biorąc głębszy wdech. – Mam nadzieję, że porozmawiacie. Mieszka u mnie dopóki się nie zdecydujecie co dalej – dodał i niemal od razu wyczuł, że popełnił błąd, ponieważ Ron wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.
- Coś ty powiedział? – spytał jego przyjaciel z niedowierzaniem. – Mieszka u ciebie? – warknął.
- Nie miała gdzie pójść, więc… - zaczął Harry, starając się nie zaogniać sytuacji.
- A nie pomyślałeś, że gdyby nie miała gdzie pójść, zostałaby tam gdzie jej miejsce? – spytał Ron podniesionym głosem. – Przy mężu?!
- Stary… - zaczął Harry. – Ona jest w ciąży…
- Z moim dzieckiem! – warknął Ron. – Gdybyś nie zaproponował jej mieszkania…
- Podjęła decyzję zanim z nią rozmawiałem – wypluł Harry. – Czy ty się słyszysz? – spytał nagle zirytowany. – Chciałeś ją uwiązać u swojej nogi z nadzieją, że jak nie będzie miała wyjścia to nie odejdzie? Mówimy o Hermionie! – wrzasnął. – Najbardziej niezależnej, najzdolniejszej czarownicy jaką widziało to stulecie.
- Gdybyś się nie wtrącał – zaczął Ron.
- Nie zwalaj tego na mnie – warknął Harry. – Nie wtrącam się w wasze sprawy. Chciałem pogadać z tobą jak z kumplem, ale… - urwał. – Jak wróci ci rozum, zafiukaj do mnie. I nie przychodź bez zaproszenia. Nie zbliżysz się do Hermiony, dopóki się nie uspokoisz – rzucił, wstając od stolika.
