Obraz był rozmazany. Nie potrafił skupić wzroku na tyle, żeby dostrzec co dzieje się za Hermioną. Sytuacji wcale nie polepszał fakt, że słyszał wkraczających aurorów oraz wydawane rozkazy.
Hermiona próbowała chyba wytrzeć mu twarz, więc blizna musiała się ponownie otworzyć. Żaden z magomedyków nie wiedział jak się jej pozbyć, a kremy, które polecali, tylko drażniły delikatną skórę wokół. Z zaczerwieniami była jeszcze łatwiejsza do rozpoznania, więc po prostu zaniechał prób pozbycia się jej i po prostu zapuścił grzywkę.
Hermiona mówiła, że dłuższe włosy dodały mu uroku. Nie był tylko pewien czy są poręczne, bo wyraźnie czuł, że krew posklejała całą jego grzywkę.
- Wszyscy cali? – spytał zaskakująco zachrypniętym głosem.
- Draco nie zdążył się schować, ale w zasadzie nikt nie został przez ciebie poważnie ranny – odparła Hermiona, biorąc głębszy wdech.
- Śmierciożercy? – spytał dalej.
- Nieprzytomni – odpowiedziała i próbowała zaprotestować, gdy z trudem podnosił się z podłogi.
Gruz z fontanny boleśnie wbijał mu się w plecy.
Pobojowisko niczym nie przypominało ministerialnego parteru. Kilka ciał leżało niedaleko niego i rozpoznał jednego z reporterów, którzy próbowali przeprowadzić z nimi wywiad. Mężczyzna leżał co prawda twarzą do ziemi, ale Harry zapamiętał pstrokatą marynarkę, która musiała być modna w jakiejś części globu.
Lucjusz pomagał wstać ogłuszonemu Draco, gdy aurorzy aportowali się ze śmierciożercami zapewne prosto do cel. Pole deportacyjne Azkabanu rozciągnięto tak bardzo, że teraz na wyspę docierano łódkami. Ale dzięki temu nikt żywy sam się z niej już nie wydostał. Nie chciano powtórki z jego szkolnych czasów.
Hermiona kurczowo ściskała jego rękę, więc starał się uśmiechnąć, chociaż ból w jego czole wciąż pulsował. Nie znosił tego uczucia pewnie na równi ze śmierciożercami, które je wywoływali. Co zaskakujące – dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nigdy nie odczuwał dyskomfortu przy Draco czy Lucjuszu. A obaj na pewno mieli znaki.
- Powinniśmy przenieść się do Świętego Mungo – zaczęła Hermiona. – Krwawisz – dodała.
- Mam dość skrzydeł szpitalnych i uzdrowicieli. To tylko blizna – westchnął, przecierając czoło.
Błysnął flesz i Hermiona zaklęła tak szpetnie, że prawie sam się przestraszył. Fotograf jednak daleko nie odszedł powstrzymany przez Lucjusza Malfoya. Mężczyzna złapał pismaka za nadgarstek i musiał mocno ścisnąć, bo oczy fotografa zrobiły się wielkie jak spodki. I Harry'ego zapewne rozbawiłaby cała sytuacja, gdyby nie fakt, że ciemniało mu przed oczami. Czuł się wyzuty z magii.
- Nie masz wstydu? – warknął Lucjusz.
Harry słyszał go bardzo wyraźnie.
- Jak się nazywasz? Uważaj się za zwolnionego – mówił dalej Malfoy. – Ukryłeś się gnido z nadzieją na sensację?
Fotograf uciekł. Harry inaczej nie potrafił nazwać tego nagłego odwrotu. Draco chwiał się tymczasem na nogach i rozglądał wokół, jakby nie do końca rozumiał co się tak naprawdę stało. I to też rozbawiłoby Harry'ego, gdyby nie to, że jego dłonie znowu mrowiły.
- Nie do wiary – westchnęła Hermiona. – Wróciła ci moc, prawda? Poczułam to, gdy tylko się ponownie pojawiła – dodała.
Harry faktycznie mógł się już w pełni wyprostować, a jego ręce nie drżały tak bardzo. Magomedycy nareszcie się pojawili, ale odesłał ich jednym skinieniem dłoni w kierunku leżących na podłodze. Sam im nie potrafił pomóc. Jego kompetencje nie sięgały tak daleko. Nie był Dumbledore'em, który zawsze wiedział co robić i znał setki eliksirów, które miały uczynić świat lepszym.
Lucjusz spojrzał na niego z odległości kilku metrów i po prostu przyglądał mu się w milczeniu. Harry uparł się, aby nie odwracać wzroku pierwszym i może uznałby za wygraną, że Malfoy się odwrócił, przerywając ich kontakt, ale Draco zwalił się z powrotem na podłogę.
- Cholera – warknęła Hermiona i pociągnęła go jak bezwładną lalkę w tamtą stronę.
Harry spoglądał jak jego przyjaciółka klęka koło Draco i mruczy coś pod nosem. Nic się nie stało. Nie było żadnego wybuchu magii czy nawet jasnej poświaty, do której był przyzwyczajony. Hermioa jednak wydawała się zadowolona.
- Jest wyczerpany. Potrzebuje kilku dni odpoczynku – powiedziała jego przyjaciółka.
Lucjusz nie wydawał się zaskoczony.
- Co to, do jasnej cholery, było? – prychnął Draco, ale tym razem nie próbował nawet wstać.
- Podobne wybuchy widziałem u przerażonych dzieci. Tak usunąłeś wszystkie zaklęcia konserwujące w bibliotece, gdy jeden z regałów osunął się na ciebie – wyjaśnił Lucjusz spokojnie.
Draco prychnął ponownie.
- Dobrze wiedzieć, Potter, na jakim poziomie się zatrzymałeś – warknął Malfoy, ale zabrzmiało to słabo nawet w uszach Harry'ego.
- Jesteś ogłuszony – stwierdziła Hermiona i tym razem było to skierowane do niego.
- Muszę się położyć – odparł.
Wciąż trzymał w dłoni różdżkę, ale ta ręka jakby nie należała do niego. Czuł się nieswojo pod intensywnym spojrzeniem Lucjusza, ale stali tak blisko, że nie mógł po prostu odwrócić się i uciec. A najchętniej tak właśnie postąpiłby, gdyby nie dostrzegł, że grupa aurorów zmierza w ich stronę.
- Zaskakujący pokaz magii, panie Potter – zaczął jeden z nich nie podając nawet swoje stopnia czy nazwiska.
- Z przesłuchaniem możecie zaczekać, aż opadnie pierwszy kurz – wtrącił się Lucjusz. – Zapewniam, że nie zamierzamy z synem unikać zdania relacji z tej jakże zaskakującej sytuacji. Kiedy ostatni raz rozmawiałem z Kingsleyem, twierdził, że jego podwładni są wyszkoleni… - urwał sugestywnie spoglądając na grupkę aurorów, którzy zostali wcześniej otoczeni przez śmierciożerców.
Policzki mężczyzny zapłonęły czerwienią.
- Oczywiście panie Malfoy. Chcieliśmy się tylko upewnić, że wszystko w porządku – wymruczał auror, a jego towarzysze nie wydawali się nawet zainteresowani przebywaniem w tym towarzystwie.
- Powinniście przesłuchać napastników zanim postanowią popełnić zbiorowe samobójstwo – dodał Malfoy niewzruszenie. – I upewnić się, że znacie cel ataku…
- Czy to nie oczywiste? – wtrąciła Hermiona.
Lucjusz spojrzał na nią i Harry poczuł się nagle całkiem niepotrzebny. Tych dwoje mogłoby zawojować świat. Wydawali się rozumieć, bo Malfoy po prostu potrząsnął głową.
- Widzę tutaj minimum cztery cele – powiedział Lucjusz.
- Zmieniono datę mojej rozprawy – wtrąciła Hermiona.
Mężczyzna skinął głową.
- Celem mogłaś być ty, ja lub Potter. Lub dziennikarze sami w sobie. Czyż sprawa nie zyskała nowego rozgłosu? Czarodziejskie społeczeństwo nie prędko zapomni o kolejnym ataku śmierciożerców - zauważył Lucjusz.
- Albo Bellatriks poluje na ostatniego dziedzica Malfoyów – wtrącił Draco, starając się ponownie podnieść. – Jestem słaby jak kocię – dodał z niesmakiem, gdy ojciec podźwignął go na nogi.
Auror ewidentnie nie nadążał, starając się spamiętać wszystko.
- Albo nasza spóźniona gwiazda biura była celem – ciągnął dalej Draco, spoglądając nad ich ramionami i Harry nagle wiedział, że zaraz staną twarzą w twarz w Ronem.
Weasley zresztą pojawił się z kolejnym oddziałem aurorów i nie wyglądał na zadowolonego. Spojrzał na nich przelotnie, ale jego wzrok wbił się w Hermionę, która nieznacznie wyprostowała się, jakby w ten sposób odpowiadała na ewidentne wyzwanie w jego oczach.
Przez chwilę nikt niczego nie mówił, a aurorzy musieli wyczuć napięcie w powietrzu, bo przeprosili i odeszli tak szybko jak tylko mogli. Harry najchętniej podążyłby za nimi, ale nie był pewien czy jest w stanie się sam samodzielnie ruszyć.
- Malfoy i Malfoy – rzucił Ron nagle. – Dlaczego się nie dziwię? – spytał i Harry zamarł.
- Chyba zwariowałeś?! – prychnęła Hermiona.
Lucjusz wydawał się tylko tak bardzo znudzony jak tylko on potrafił być. Ron musiał postradać rozum, jeśli zamierzał rzucać takimi insynuacjami w budynku Ministerstwa. Oskarżenie członka Wizengamotu było poważną sprawą. Te dziecinne przepychanki w Proroku Codziennym to jedno, ale Ron powinien wiedzieć lepiej niż podążać za własnymi uprzedzeniami. Harry sam nadal nie był największym fanem Draco, ale chłopak stracił matkę nie tak dawno. A sam doskonale wiedział jak to jest nie mieć żadnej.
- Jestem całkiem świadom tego co widzę – prychnął Ron.
- Nie tutaj – warknął Harry, spodziewając się nadchodzącej burzy.
Ron spojrzał na niego z wyraźną złością, którą ostatni raz widział w czasie trwania Turnieju Trójmagicznego.
- Musieliście znowu zgrywać bohaterów? Aurorzy byli w drodze – warknął Weasley.
- Ostatni raz, gdy sprawdzałem, kiedy mnie atakowano miałem prawo do obrony – odwarknął Harry, wiedząc, że to do niczego nie prowadzi. – Chyba nie sądziłeś, że ta banda przerażonych dzieciaków zaraz po akademii…
- Ci aurorzy mają doświadczenie w walce – wszedł mu w słowo Ron.
Harry nie mógł nie przewrócić oczami.
- Opalałem się, gdy Voldemort stanął pod Hogwartem – prychnął, nie mogąc się powstrzymać. – Oddali różdżki śmierciożercom, gdy tylko zostali otoczeni. Czego ich tam uczycie? Honorowej walki? – warknął.
Niemal od razu poczuł na ramieniu rękę Hermiony. Lucjusz odchrząknął, zapewne starając się im przerwać wymianę zdań, ale zwrócił tym tylko na siebie uwagę Rona. Harry nie wiedział co jest gorsze. Sam fakt, że nie potrafił się skupić czy to, że jego najlepszy przyjaciel zdawał się postradać rozum. Nie widywali się tak często jak dawniej, ale dopiero teraz zaczynało docierać jak bardzo się zmienili. Jak bardzo oddalili od siebie.
- Możecie zaprzestać tych czczych pogaduszek. O ile mnie wzrok nie myli, Granger przestała występować w liczbie pojedynczej – zauważył trzeźwo Draco.
- Granger-Weasley – wtrącił Ron pospiesznie, a potem wyciągnął dłoń w stronę Hermiony, która jednak odskoczyła jak oparzona. – Zabiorę cię tylko do uzdrowicieli…
- Nic mi nie jest – odparła Hermiona, poprawiając przyprószony odłamkami żakiet.
Było coś sztywnego w jej ruchach i Harry przez krótką chwilę nie wiedział co ma o tym myśleć. Ron wpatrywał się w nią z czymś nieprzyjemnym we wzroku.
- Harry potrzebuje odpoczynku – rzuciła jeszcze, starając się ukryć za jego ramieniem.
Nie objął jej, ale skinął po prostu głową, przyjmując bez słowa jej decyzję. Hermiona potrafiła doskonale decydować o sobie sama.

ooo

Spędził ponad godzinę w wannie i naprawdę cieszył się, że zdecydował się wyremontować obie łazienki. Hermiona korzystała w tym czasie z drugiej na parterze, zapewne starając się zmyć z siebie krew kolejnych ofiar. Nigdy nie byli dobrzy w zabijaniu. A raczej nie znosili tego najlepiej. Niesienie śmierci było proste, ale radzenie sobie z konsekwencjami to była już całkiem inna para kaloszy, dlatego zaczęło powoli do niego docierać, że nie odnalazłby się w aurorskim biurze wciąż nastawionym na wykrywanie kolejnych śmierciożerców.
Śmierć jego wrogów nie dawała mu satysfakcji i zapewne to głównie różniło go od Voldemorta.
Nie chciał myśleć o tym dłużej. Ani o tym dlaczego Hermiona stroniła od dotyku Rona. Nie zauważył tego wcześniej, ale jego przyjaciółka stała się cichsza wraz z początkiem ich małżeństwa. Nie była już tak skora do dzielenia się swoimi przemyśleniami. Nawet na temat życia, a dawniej uważała, że wszystko wiedziała i robiła lepiej. Może pewna wątpliwość wkradła się w nią i nie opuściła jej do tej pory.
Teraz dawała mu wybór nakreślając wyłącznie dane konsekwencje jego hipotetycznych czynów. Udzielała informacji, ale nie próbowała na niego wpływać. Kiedyś dostałby reprymendę i zapewne Hermiona sama porozmawiałaby z Lucjuszem dla jego domniemanego dobra, ale tak się teraz nie działo. Zostawiła to jego gestii, uznając jego prawo do prywatności i podejmowania własnych decyzji.
Jego ciało pokryte było drobnymi nacięciami, które odkrył dopiero, gdy woda przemyła jego twarz. Dłonie, twarz i szyja piekły odrobinę, gdy mydło pozbyło się kurzu zmieszanego z potem. Nie było to jednak na tyle poważne, aby poświęcił temu chociaż chwilę.
Tego dnia nie było zbyt wielu ofiar śmiertelnych, ale to po prostu nie powinno się stać. I mieli wątpliwość na kogo polowano tym razem. Gdyby wydało się, iż nosił w sobie dziecko tak potężne, mógł się spodziewać jedynie tego, że stałby się celem numer jeden wszystkich. Nie tylko śmierciożerców, ale może przede wszystkim złaknionego mocy i siły Ministerstwa. Amelia w niczym nie przypominała Knota, ale wciąż była politykiem. Mogła przez krótki czas mu matkować, ale jednak miała obowiązki, które wypełniała znakomicie. Miała jego pełne poparcie, którego nie zamierzał cofać.
Skóra jego dłoni pomarszczyła się nieprzyjemnie, ale to dziwne uczucie nie zniknęło. Napływało falami. Otępienie, którego do tej pory nie znał. To co zrobiła jego magia zaskoczyło i jego samego. Lucjusz wyjaśnił to w tak prosty sposób, że niemal serce stanęło mu w piersi. Wiedział, że niewiele ukrywało się przed Malfoyem, ale najwyraźniej jego niedawny kochanek ten wybuch wziął za odruch w stresowej sytuacji.
Harry nie potrafił tego inaczej nazwać. Dziecko nie było na tyle duże, aby było świadome niebezpieczeństwa, chociaż z drugiej strony niewiele wiedział na temat magicznych ciąż. Może bliźniaki Hermiony reagowały podobnie, ale w mniejszym stopniu siejąc zniszczenie.
Nie chciał się zastanawiać nad tym jaką mocą będzie dysponowało jego dziecko, gdy teraz potrafiło ogłuszyć dziesiątki dorosłych czarodziejów.
ooo

Hermiona siedziała z podkulonymi nogami na sofie. Ciepły koc opatulał ją szczelnie, ale Harry nie spodziewał się, że dostrzeże ogień w kominku. Nie zapalali go za często, bo wciąż dzwoniono do niej z Ministerstwa, ale od czasu, gdy Hesper przyniósł im najnowsze wieści, wszystko zaczynało przycichać. Nie sądził również, aby Weasleyowie mieli utrzymywać z nimi zbyt bliski kontakt. Molly próbowała kilka razy przekonać ją do rozmowy z Ronem, ale Hermiona za każdym razem odmawiała. Harry nie był obecny przy tym, ale widział znikającą głowę pani Weasley z jego prywatnego kominka.
- Aurorzy przyjdą jutro – poinformowała go przyjaciółka, więc wzruszył ramionami.
Nie byłby to pierwszy raz, gdy ich przesłuchiwano. W zasadzie do tej pory rozmawiali z Biurem wielokrotnie. Często pytano ich co tak dokładnie robili podczas ich podróży, ale milczeli. Co do zachowania tej tajemnicy, zgadzali się wszyscy troje. Magia, której używali, nie miała całkiem czystych intencji. I to wiązało ich na całe życie.
- Jak się czujesz? – spytali w tej samej chwili i Hermiona prychnęła rozbawiona.
- Dobrze – odparła, wyciągając się lekko. – Nie mam ochoty przygotowywać obiadu.
Usiadł na fotelu, starając się ułożyć jakoś wygodniej. Nigdy nie rozumiał dlaczego akurat to był ulubiony mebel Syriusza. Siedzenie na nim było prawie niemożliwe. Coś wbijało mu się boleśnie w plecy, ale uparcie trwał przy swoim.
- Nie wiem czy mam ochotę jeść – przyznał szczerze.
Buzowanie w żołądku wróciło, ale tym razem nie wiedział czy to magia, czy po prostu spotkanie z Lucjuszem. Potrafił sobie przypomnieć tylko jedną ich rozmowę, która była naprawdę przyjemna, co wcale nie pomagało, bo właśnie przez nią był w tym stanie, w którym był.
- Jestem w ciąży – powiedział na głos.
Hermiona spojrzała na niego podejrzliwie.
- Zapomniałem o tym na chwilę – przyznał lekko zawstydzony. – Myślałem o tym, że ty jesteś w ciąży i… - urwał.
- Harry – westchnęła jego przyjaciółka i położyła mu dłoń na kolanie.
Jej dotyk wpływał na niego naprawdę uspokajająco.
- Nie musisz się czuć odpowiedzialny czy winny – odparła. – Też na początku zapominałam, kiedy byłam zaabsorbowana czymś naprawdę ważnym. To nie jest powód do wstydu. Większość matek ci tego nie powie, ale czasami chciałyby mieć urlop. Zrzucić z siebie to kilka dodatkowych kilo i po prostu pobiegać… Albo zobaczyć swoje stopy – dodała, starając się żartować.
Harry prychnął, chociaż wcale nie czuł się podniesiony na duchu. Powoli docierało do niego, że jego walka na pierwszej linii frontu dobiegała końca. Nie na warunkach i z powodów, które przedstawił Ron, ale nie mógł ryzykować życia, które do niego należało. Kogoś tak niewinnego i nieświadomego otaczającego go świata.
Ta wojna powinna była skończyć się wraz ze śmiercią Voldemorta, chociaż myślenie o tym w ten sposób było raczej czczym marzeniem, które nie zostało spełnione. Fanatycy nie poddawali się tak łatwo, a zabicie szaleńca nie powstrzymało ich za bardzo. Voldemort w ich oczach stał się mesjaszem, dowodem tego, że idea była silna. Nie odnaleźli zdrowego rozsądku, gdy zostali wyzwoleni spod panowania mrocznego czarodzieja. Twierdzenie Dumbledore'a, że śmierciożercy są tylko zmanipulowanymi owieczkami, które należało wprowadzić z powrotem do społeczeństwa, było błędne. Większość z nich była całkiem świadoma potworności, które popełniali.
- Żaden ze skrzatów nie przeżył – powiedziała głucho Hermiona.
- Aurorzy obiecali sprawdzić, do których rodów należały. Może to podpowie nam kto jeszcze pomaga zbiegom – odparł, starając się nijak nie dać jej do zrozumienia, że chce kontynuować ten temat.
Nie sądził, aby Prorok Codzienny przejął się losem tych najmniejszych, ale z drugiej strony, może też nie należało w gazecie zamieszczać sposobu jak przełamać bariery bezpieczeństwa Ministerstwa.

ooo

Lucjusz obserwował jak Draco powoli budził się ze sztucznego snu, w którym wprowadził go uzdrowiciel. Miał dzięki temu szybciej odzyskać siły. Normalnie Lucjusz nie siedziałby przy jego łóżku, obserwując płytki regularny oddech, ale Draco był ostatnim z ich rodziny, który faktycznie miał jeszcze jakąś przyszłość, a Bella wciąż znajdowała się na wolności.
Kiedy we trójkę podjęli decyzję o przeciwstawieniu się Czarnemu Panu, jego syn miał szesnaście lat i był równie gotowy do walki co wtedy, gdy opuszczał dom, aby stać się uczniem Hogwartu. Ich rodzina była przyzwyczajona do ciągłej walki. Czy to o pozycję w czarodziejskim społeczeństwie, czy o majątek. Fizyczna agresja zawsze była tym czym brzydzili się najbardziej, ponieważ jeśli konfliktu nie dało się załatwić prośbą, groźbą lub szantażem – ta druga strona nie była godna do tego, aby siadać z nią przy długim stole.
Tak Voldemort stracił ich poparcie. Z szaleńcami nie dyskutowano i Lucjusz też nie zamierzał tego robić.
Zawsze sądził, że wygraną można osiągnąć jedynie przez konsekwentne brnięcie na przód. To był pierwszy raz, gdy zrobił krok do tyłu i zdobył świat. Ich nazwisko stało się najważniejszym. Zapraszano ich ponownie na najznamienitsze bale, a Narcyza cieszyła się stadkiem nieszczerych przyjaciółek, które zawsze chciała mieć przy sobie. Nie sądzili, że rozbici śmierciożercy jedynie się przegrupowują i olśnienie przyszło w najgorszym momencie.
Do Pottera musiało to dotrzeć, bo chłopak bez wahania sięgnął tego ranka po różdżkę, chociaż jeszcze kilka tygodni wcześniej zarzekał się, że ma dość wojny. Sytuacje takie jak ta w Ministerstwie jednak pokazywały kto jest faktycznie przygotowany do stawienia czoła nowemu, może nie tak szalonemu wrogowi, który nie będzie popełniał błędów tak błahych jak Voldemort. Bellatriks nie mogła bowiem działać sama i nawet nie chciał zastanawiać się kto stanowił teraz Wewnętrzny Krąg.
O ile wzrok go dzisiaj nie mylił, Potter był bledszy. Może nie przespał zbyt wielu nocy przez Weasleya, którego szaleństwo zdawało się osiągać apogeum. Albo po prostu był chory, bo chociaż poranny wybuch magii można było łatwo wyjaśnić po prostu paniką – zdarzała się nawet najstarszym czarodziejom – chłopak jednak wycofał się z kursu aurorskiego. Może wiedział, że nie podoła zadaniom z nim związanym i nie pozostało mu nic innego jak zwrócić się w stronę Wizengamotu. Ciepła posadka w radzie była marzeniem wielu czarodziejów, którzy mieli nadzieję na spokojną emeryturę, ale to nie były czasy, gdy zgrupowanie nie robiło niczego. Minister Magii nie miała, aż tak ugruntowanej pozycji, aby wydawać rozkazy w czasie wojny. Znowu zdecentralizowali władzę i chociaż Kingsley był rozsądnym człowiekiem, z niechętnym Weasleyem w Biurze Aurorów mogli niewiele osiągnąć. Ronald miał posłuch i zapewne o tym wiedział.
Na miejscu Harry'ego, Lucjusz zniszczyłby go już teraz, aby uniknąć niepotrzebnych medialnych walk. Wiedział, że to dopiero początek. Weasley nie tyle był zazdrosny o żonę, co po prostu miał szeroko rozbudowaną potrzebę posiadania, tak charakterystyczną dla ludzi z dużych rodzin, którzy nie wiele mieli na własność i musieli dzielić się z innymi. Granger była przyjaciółką ich obu, ale to on ją uwiódł i zapewne wiedział, że to szczyt jego możliwości. Kobieta była po gryfońsku lojalna w stosunku do Pottera, więc to musiało rodzić konflikt.
Może choroba Harry'ego, jego zły stan zdrowia przyspieszyła przeprowadzkę Granger. Chłopak wspominał Amelii o tym, że chce odpocząć i odciąć się od publicznego życia, ale Lucjusz nie połączył wtedy faktów. Może miał za mało faktów.