Harry nie był do końca pewien czy chce znowu przeglądać rachunki. Jednak nadchodził ten czas w miesiącu i nie było sensu tego odkładać. Pensja radnego nie była najgorsza. Na pewno nie dostałby więcej jako auror, ale jednak wciąż nie dawała mu spokoju ducha, którego potrzebował. Wydatki związane z ciążą dopiero miały nadejść, a ich pokręcona rodzina miała powiększyć się nie o jednego berbecia, a troje. Nie wątpił, że Hermiona ma jakiś kolejny plan, ale nie chciał jej wciągać w swoje problemy teraz, gdy Ron wciąż nie odpuszczał.
Nie umknęło jego uwagi, że jego przyjaciółka znikała dość często zaraz po posiedzeniach. Sądził, że spotykała się z prawnikiem. Jednak najczęściej wracała do ich wspólnego pokoju urzędowania w o wiele zbyt dobrym humorze. Chciałby, aby to dotyczyło rozwodu, ale ten temat wciąż sprawiał, że stawała się nerwowa i niepewna. Nie widywał jej takiej przez niemal całe życie i nie potrafił sobie poradzić z zaistniałą sytuacją.
Hermiona była tą silną, pewną siebie, wszystkowiedzącą. Może przez to wydawała się mało kobieca, ale ten kto znał ją bliżej, wiedział, że mądrość od razu nie odbierała jej jajników. Inteligencja nie wykluczała kochającego serca.
Samopiszące pióro poszło w ruch, gdy przeglądał rachunki dostarczone przez Zgredka. Skrzat przynosił im zakupy i chociaż nie chciał za to zapłaty, Hermiona zawsze starała się o jakiś nowy skrawek materiału dla niego. Harry nigdy nie rozumiał w czym tkwiła jego wolność, chociaż to może miało coś wspólnego z tym, że w końcu sam decydował jakiemu panu chce służyć.
Ciekawie byłoby obserwować twarz Lucjusza, gdy dowiedziałby się, że jego stary skrzat teraz urzędował w domu Syriusza.
Hermiona gotowała przeważnie wieczorami, gdy omawiali przy kuchennym stole kolejne brzmienia projektu. Nie przebrnęli nawet przez jedną dziesiątą tego co powinni i tkwili w martwym punkcie, więc przeważnie odczytywał na głos kolejne zdania, a ona poprawiała go albo aprobowała jego propozycje, jednocześnie gotując obiad na dzień kolejny.
Przeważnie byli zbyt zmęczeni zaraz po pracy, żeby zrobić coś innego niż odgrzać wcześniej przygotowane jedzenie. Wieczorami natomiast wszystko rozpoczynało się na nowo. Sądzili, że podczas godzin wyznaczonych przez Wizengamot jako otwarte, będą mogli pracować w Ministerstwie, ale najwyraźniej wielu ludzi uznało, że to jest ich jedyna szansa, aby spotkać Wybrańca. Kolejki ciągnęły się aż do końca korytarza, a czarodzieje i czarownice umawiali się głównie po to, aby powiedzieć mu jak są wdzięczni. Normalnie potraktowałby to jak ogromną dawkę energii, ale po kilku dniach to wszystko zaczynało nużyć.
Rozumiał ich ból. Nie odczuwał mniejszego na myśl o swoich zmarłych rodzicach, ale oni podobnie jak on powinni iść dalej. I nie oglądać się za siebie w przeszłość, gdzie czkały tylko ból i śmierć.
Hermiona weszła do kuchni i rzuciła okiem w stronę sterty papierów, które wcale nie przesunęły się na ten mniejszy stos.
- Harry – zaczęła niepewnie.
- Radzę sobie – odparł pospiesznie.
- Nie zawsze chodzi o to, żeby sobie radzić. Czasami chodzi o to, żeby się przyznać, że coś schodzi nam za długo. Zrobię to w ciągu kilku minut, a tobie zajmie całą noc – poinformowała go, posługując się w stosunku do niego najbardziej nieubłaganym z argumentów; logiką.
Jeszcze nigdy z nią nie wygrał.
- Co chcesz znaleźć? – spytała szczerze, rozkładając wszystko przed sobą.
Jej palce pracowały zaskakująco szybko wśród pergaminów nienajlepszej jakości.
- Odpowiedź na pytanie czy mogę wyjść normalnie na zakupy – odparł.
Hermiona pokiwała głową, a potem zamarła.
- Zaczynasz tyć – stwierdziła grobowym tonem.
- O dzięki – obruszył się, a ona niemal natychmiast przewróciła oczami.
- Nie o to mi chodziło – odparła.
- Wiem, ale nie zmienia to faktu, że to naprawdę źle zabrzmiało. Cieszyłbym się, gdybym nie przytył i… - urwał, ponieważ chciał dodać, że równie radosny byłby, gdyby nie był w ciąży, ale to nie była prawda.
Dziecko może i było zaskoczeniem, ale wrosło w niego. Kiedy już się przyzwyczaił do tego, że jego ciało się zmienia. Wszystko nagle stanęło mu przed oczami w całkiem innych barwach. I może martwił się tym wszystkim, co miała przynieść przyszłość, ale wiedział jednocześnie, że sobie poradzi. Bo nie miał innego wyjścia, a prawdę powiedziawszy wtedy zawsze działał najskuteczniej.
- Nie wiem co najlepiej ukryje zmiany w twojej sylwetce – zaczęła ostrożnie i Harry po prostu miał pewność, że to kłamstwo.
- Czarodziejskie szaty – powiedział wprost.
Nie znosił ich, bo były jak relikt przeszłości. Voldemort je ukochał i ilekroć widział je na zbyt wysokich czarodziejach, przypominał mu się ten potwór. Hogwarcie normy też wymuszały ubieranie tych warstw materiału, które kompletnie zniekształcały sylwetkę. Nie chciał czuć się większym namiotem niż jest, ale nie miał wyboru. I życzenie Lucjusza miało się spełnić. Od dłuższego czasu podejrzewał, że pierwszy raz w życiu wbrew własnej woli będzie musiał ustąpić i nie podobała mu się ta myśl.
Szaty mogły być tylko początkiem. A potem kiedy już się upodobni do innych radnych, stanie się taki sam jak oni. Nie chciał zatracić własnej tożsamości. Dumbledore próbował to zrobić – odebrać mu siebie, ale się nie ugiął i chociaż wykonywał polecenia Dyrektora, jednak pozostał sobą, co nie było najłatwiejsze. Gdyby grał zgodnie z regułami, ta wojna nie skończyłaby się ich wygraną i Hermiona również zdawała sobie z tego sprawę.
- Czarodziejskie szaty – powtórzyła po nim. – Mam całkiem uroczą krawcową. Puchonkę, kilka lat starszą od nas. Na pewno będzie wniebowzięta, że Harry Potter zamawia u niech szaty – powiedziała.
Westchnął, ponieważ nie spodziewał się niczego innego. Moda w czarodziejskim świecie zmieniła się diametralnie, gdy pojawił się pierwszy raz na balu w mugolskiej marynarce. Okrzyknęli go modowym odkryciem, ale prawdę powiedziawszy był na pogrzebie Teda Tonksa i po prostu nie miał niczego innego, a Amelia wybłagała go o przyjście. Gdyby nie chodziło o sierocińce, nigdy nie pokazałby się na żadnej z ministerialnych imprez.
Ciągnęło się to też o wiele za długo. Może gdyby nie zgodził się wtedy, zostałby aurorem. Nie spotkałby Lucjusza i nie upiliby się. On dalej zabijałby w imię Ministerstwa, którego nie znosił i byłby sam.
Jakoś nie potrafił żałować tych kilku bali więcej.
ooo
Udało mu się być na kolejnej rozprawie. W zasadzie powództwo cywilne było dla niego obcą dziedziną. Zeznawał tylko w procesach śmierciożerców, a jako oskarżony postawiony był przed samym Wizengamotem. Dopiero później zdał sobie sprawę jak bardzo precedensowych sędziów wtedy stanowili. Voldemort musiał pociągnąć za wszystkie sznurki, starając się odebrać mu magię. Dumbledore jednak zdążył zareagować. Po latach zrozumiał, że ten dementor nie pojawił się na Privet Drive przez przypadek. Mógł wyssać jego duszę albo Harry stawał przez Wizengamotem. Dla śmierciożerców oznaczało to wygraną w każdą stronę.
Sędzia, który zajmował się sprawą Hermiony był starszawym mężczyzną o włosach tak siwych, że kompletnie wyzbytych barwnika. Harry po jego oczach widział, że cała sytuacja go mierzi, jakby sam fakt, że Hermiona chciała się uwolnić ze związku, którego nie chciała, przyprawiał go o gęsią skórkę. Sala była pełna gapiów. Harry dostrzegł kilku aurorów, nieodłączną Molly i Percy'ego, który spojrzał na niego mocno znudzonym wzrokiem.
Hermiona siedziała w towarzystwie swojego prawnika. Jej szata była lekko rozpięta. W sali było o wiele za duszno. Sędzia mamrotał coś niezrozumiale i Harry słyszał piąte przez dziesiąte. Nie sądził jednak, żeby było to coś poważnego.
- Chcielibyśmy powołać na świadka Hermionę Granger-Weasley – powiedział wyraźnie adwokat.
- Nie zezwalam – odparł sędzia. – Pani Weasley jest w ciąży, więc podanie jej veritaserum jest niemożliwe.
- Pani Granger-Weasley chce odpowiadać z wolnej stopy. Uważamy za niezwykle ważne, aby usłyszano jej zeznania – upierał się adwokat. – Nie stwierdzono również negatywnych wpływów veritaserum na płód. A gwarantuję, że pani Granger-Weasley nie zamierza składać fałszywych zeznań – dodał adwokat.
Hermiona siedziała wyraźnie spięta.
- O tym decyduję ja i nie wyrażam zgody na pojenie brzemiennych veritaserum – powiedział sędzia. – Przenoszę również kolejną rozprawę na jutrzejszy ranek, gdzie wygłoszę werdykt. Usłyszałem dostatecznie wiele.
- Ależ panie sędzio, chcieliśmy powołać naszych świadków… - wtrącił adwokat wyjątkowo zszokowany.
- Cała rodzina pani Weasley już przemówiła – odparł sędzia zerkając na Molly uśmiechającą się szeroko ze swojego miejsca.
- Pan Harry Potter jest jednak najbliższym przyjacielem…
- I kochankiem – wszedł mu w słowo sędzia.
- Pan Harry Potter nie jest kochankiem pani Weasley. Te kłamliwe plotki zostały zdementowane – przypomniał adwokat i rozejrzał się wokół, jakby szukał poparcia.
Nikt jednak nie spieszył z niczym podobnym i Harry poczuł jak jego dłonie zaciskają się w pięści. Młotek uderzył o podstawkę, a potem sędzia wyszedł, ignorując krzyczącego adwokata. Harry nie miał pojęcia co się właśnie stało, ale Hermiona chwiała się, gdy wstawała. Próbował się do niej przepchnąć, ale masa ludzka zagrodziła mu miejsce i dopiero na korytarzu dostrzegł jej charakterystyczną fryzurę.
Ron również zmierzał w jej kierunku i Harry miał nadzieję, że go uprzedzi. Najchętniej rozsmarowałby mu te pieprzone piegi na twarzy, ale zapewne budynek Ministerstwa nie był do tego odpowiedni. Ktoś go potrącił i zaskoczony dostrzegł Draco, starającego się przepchnąć przez tłum. Wszystko się jednak zmieniło, gdy usłyszał pełen bólu krzyk przyjaciółki.
- Nie dotykaj mnie! – wrzasnęła Hermiona.
Nigdy wcześniej nie słyszał takiego przerażenia w jej głosie, więc pchnął do przodu, naprawdę ciesząc się, że Malfoy odpycha ludzi z drugiej strony. Hermiona starała się wyswobodzić z uścisku Rona i Harry zobaczył po prostu w oczach krew. Usłyszał trzask i sądził, że w końcu walnął chłopaka w twarz, ale kiedy mgiełka znikła zdał sobie sprawę, że Draco stoi nad powalonym Weasleyem.
Ron wpatrywał się z niedowierzaniem w ich trójkę. Blada na twarzy Hermiona pocierała ramię, starając się uspokoić, ale nie wychodziło jej to najlepiej.
- Napaść na aurora w czasie służby – warknął Ron podchodząc. – Na co czekacie? Może kilka dni w celi… - zaczął, machając na swoich kolegów.
Draco niemal natychmiast został otoczony przez wściekłych aurorów.
- Nie jesteś w czasie służby i ufam, że mój syn stanął w obronie kobiety, którą szarpano – odezwał się z tłumu zaskakująco cichy głos.
Lucjusz zaplótł dłonie na ramionach, jakby czekał na reakcję Rona, który dopiero co się podnosił i ocierał palcem krew z kącika ust.
- Rozmawiałem z żoną i na pewno nie będę się tłumaczył przed kimś takim jak ty – warknął Weasley. – Wizengamot nie jest bezkarny – dodał, a twarz Lucjusza stała się nagle nieprzyjemnie pusta, jakby wszystkie uczucia mężczyzny zostały wchłonięte przez coś mrocznego i przerażającego.
- Chcecie aresztu? – spytała nagle Hermiona, wyrywając się z jego uścisku.
Sądził, że przyjaciółka rzuci się na swojego męża, ale ona odpięła swoją szatę, a potem szarpnęła w górę bluzkę ukazując całkiem sporych rozmiarów brzuch. Skóra zdawała się nienaturalnie napięta, ale nie to zwracało uwagę. Miejsce, gdzie dokładnie powinny znajdować się dzieci oplatały odbite na czarno palce, które kojarzyły się Harry'emu tylko z jednym.
Ruszył do przodu zanim zdążył to przemyśleć i uderzył Rona. Chłopak upadł w tył, a potem zaczął się odczołgiwać. Harry jednak szedł do przodu, ignorując krzyki za sobą.
- Mnie prosiłeś o jej rękę – przypomniał Weasleyowi. – Wiedziałeś, że nie miała nikogo i obiecałeś ją chronić, pamiętasz? – warknął.
Ron zgubił po drodze różdżkę, a Harry wszedł na nią butem ignorując fakt, że ułamała się pod jego obcasem.
- Obiecałeś dać jej wszystko, bo na wszystko zasługiwała. Odprowadziłem ją do ołtarza i oddałem tobie jak skarb, który miałeś ukrywać przed całym światem – warknął, tracąc powoli kontrolę.
Ron dotarł do ściany i oparł się o nią plecami, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. Harry nie wiedział nawet jakim cudem jego dłoń znalazła się na gardle Weasleya. Ron jednak nagle zwisał, starając się oswobodzić z jego uścisku. Jego nogi na pewno nie dotykały ziemi, ale Harry nie zamierzał przestawać. Nie teraz, gdy wszystko nagle znalazło się na swoim miejscu.
- Powiedz mi, szantażowałeś ją? Mówiłeś, że zabijesz jej dzieci, jeśli do ciebie nie wróci? – pytał, nie mogąc się powstrzymać.
Białka Rona poznaczyły się czerwonymi żyłkami, a jego twarz spurpurowiała.
- Tak – wychrypiał Weasley.
Harry zacisnął mocniej, czując, że tkanka pod tego paznokciami ustępuje. Zapach krwi rozniósł się nieprzyjemnie w powietrzu, przyprawiając go o mdłości.
- Jeśli nie dasz jej w ciągu dwóch sekund rozwodu, zostanie wdową. Nie chcę widzieć cię w moim domu, w mojej pracy i nawet przez myśl ci nie przejdzie, że kiedykolwiek zobaczysz dzieci. Jeśli zbliżysz się do nas na odległość zasięgu mojej różdżki, nigdy nie odnajdą twojego ciała – powiedział bardzo wyraźnie, a potem puścił Rona, starając się opanować drżenie dłoni.
Odwrócił się, dostrzegając Lucjusza dokładnie na centymetry od siebie. Spojrzał skonsternowany w oczy mężczyzny, a potem zerknął na aurorów pozostających dokładnie w tym miejscu, w którym ich pozostawił.
- Zabrać mi go z oczu! – warknął. – Słyszeliście?! Czy Wizengamot ma przeprowadzić śledztwo w sprawie używania czarnej magii przez aurorów. Jestem pewien, że Draco świetnie się na tym zna, odkąd pracuje w jednym z ministerialnych departamentów – dodał.
Dziwne otępienie musiało minąć, bo nagle na korytarzu znowu zapanował zwykły chaos.
ooo
Lucjusz obserwował jak Potter zaczyna nabierać rumieńców na widok najczarniejszej z magii. Brzuch Granger był tak poznaczony, że Weasley na pewno nie rzucił jednego zaklęcia. Lucjusz wątpił, aby udało się ściągnąć klątwę przed porodem. Zresztą nie uaktywniała się, gdy Weasley jej nie dotykał, więc Granger musiała sobie z tego doskonale zdawać sprawę. Nagła wyprowadzka z domu też nabierała sensu.
Powietrze wokół zaczęło się wypełniać czymś nieprzyjemnie gęstym. Przydługie włosy Pottera zaczęły falować pod wpływem niewidzialnego wiatru i nim Lucjusz zdał sobie sprawę, został przygwożdżony do swojego miejsca siłą, której nie potrafił ogarnąć. Granger starała się powstrzymywać łkanie, ale nie było to najłatwiejsze, ale to Potter zainteresował go najbardziej.
Weasley dostał tak mocno w twarz, że różdżka wypadła mu z dłoni. Potter zresztą złamał ją obcasem swojego buta i to sprawiło, że Lucjusz zdał sobie sprawę, że to mogą być ostatnie chwile aurora. Próbował jakoś zareagować, ale nie mógł nawet drgnąć, a Potter krok za krokiem podążał za czołgającym się Weasleyem. Niczym kot, który zapędzał mysz do rogu, aby potem ukrócić jej życie. Ronald musiał sobie z tego zdawać sprawę, ale przeciwko takiej mocy, takiej furii wszyscy byli bezbronni.
Członek Wizengamotu mordujący na korytarzach Ministerstwa aurora to nie była najlepsza reklama dla Rady. Czuł też, że Potter mag i Potter człowiek to były dwie różne osoby, które tylko przypadkowo egzystowały w jednym ciebie. I Potter potrzebował jakiegoś sygnału, czegoś, co pomogłoby mu się zespolić. Tylko zrządzeniem losu obie osobowości były poirytowane i może w tej chwili nienawidziły. Mogło dojść do katastrofy.
Sam poświęcił lata, aby zespolić się ze swoim magicznym alter ego, ale Pottera najwyraźniej nikt nie poprowadził.
Wziął głębszy wdech, wiedząc, że z każdym krokiem będzie tylko gorzej. Zrobił pierwszy krok, który kosztował go więcej niż przeciwstawienie się Voldemortowi, a potem powoli brnął do przodu, zdając sobie powoli sprawę z tego, że jest za późno. Weasley wisiał półprzytomny ze strachu lub braku tlenu w dłoni Pottera, który pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie powinien był podnosić prawie dwukrotnie cięższego od siebie mężczyzny.
Nie wiedział gdzie Harry ma różdżkę, ale wydawała mu się całkiem zbędna co zaczął podejrzewać już tego pierwszego dnia w Wizengamocie, gdy chłopak stanął naprzeciwko nich.
Weasley upadł na podłogę i chłopak chyba nie był do końca idiotą, bo nie próbował się podnieść. Potter spojrzał na niego tak, jakby widział go po raz pierwszy, a potem krzyknął coś do aurorów. Lucjusz może skupiłby się na tych słowach, gdyby nie fakt, że cała skóra Harry'ego zdawała się elektrycznie naładowana. Chłopak był nabuzowany magią, która nie chciała się uspokoić.
Lucjusz bez wahania złapał go za nadgarstek.
- Chodź – powiedział tylko, a Potter, o dziwo, bez sprzeciwu faktycznie za nim podążył.
Chłopak zatrzymał się tylko na chwilę i spojrzał na Draco.
- Zabierz Hermionę do domu. W kuchni jest herbata rumiankowa. Lubi ją – rzucił Potter.
Draco wpatrywał się w nich, jakby nie wiedział do końca co powinien zrobić, ale skinął głową, obejmując ramieniem Granger, która poprawiała swoją bluzkę.
Droga do sali zebrań Wizengamotu nie była długa, ale Lucjusz czuł, jakby szli godzinami. Skóra Pottera zdawała się parzyć go w dłoń i zastanawiał się czy chłopak też czuje te dziwne wyładowania. Harry jednak nie dał nic po sobie poznać. Był raczej jak bezwolna lalka w jego dłoniach, pozwalając się ciągnąć w wybraną przez niego stronę.
Weszli do środka, ignorując strażnika, który pilnował drzwi, gdy nie odbywały się spotkania. Za podium znajdowało się niewielkie przejście, które odblokował machnięciem dłonią. Potter nie skomentował ukrytych komnat, ani faktu, że na środku niewielkiego pomieszczenia znajdowała się całkiem sporych rozmiarów kula.
- Co to jest? – spytał Potter na chwilę przed tym, aż Lucjusz przyłożył jego dłoń do artefaktu.
- Sfera – wyjaśnił, starając się zabrać swoją rękę, zanim i jego magia zostanie wchłonięta. – Utworzona przez członków Wizengamotu. Kumulujemy tutaj magię, aby wykorzystać ją w sytuacji kryzysowej. Czarodziejski świat nie może czekać kolejny raz aż ich Wybawca dorośnie – dodał.
Potter zdawał się zafascynowany kształtem kuli i Lucjusz w pełni go rozumiał. Sam nie raz nie potrafił oderwać od niej rąk. Obcowanie z tak wielką mocą bywało uzależniające.
- Czy to nie jest niebezpieczne? – spytał Potter.
- Nie może wykorzystać jej nikt, kto nie włożył w nią swojej mocy i tylko za pozwoleniem pozostałych, którzy ją utworzyli – wyjaśnił.
- Jak wielu? – spytał Potter.
Lucjusz nawet się nie wahał.
- Swingwood i ja do tej pory. Nikt nie był aż tak silny – przyznał szczerze, czekając na reakcję Pottera, ale chłopak dalej gładził kulę dłonią.
Lucjusz nie czuł już tego napięcia w powietrzu, więc Harry mógł się równie dobrze uspokajać.
- Jak długo masz takie napady? – spytał nie bawiąc się w owijanie w bawełnę.
Obaj wiedzieli o czym mówią. Chłopak musiał doświadczyć pierwszych ataków przy Granger i Weasleyu. Lucjusz zaczął się nawet zastanawiać czy auror nie był czasem skończonym idiotą. A może wierzył, że Potter dożywotnio będzie mu wybaczał plucie w twarz. Najwyraźniej Granger stanowiła dla nich jakąś dziwną granicę, której żaden do tej pory nie przekroczył. Nie bez powodu.
- Kilka lat – przyznał Harry. – Hermiona twierdzi, że to przejdzie. Za kilka miesięcy.
- Granger nie zna się na wszystkim – powiedział Lucjusz.
Potter spojrzał na niego, a potem zaśmiał się lekko.
- Opanowałem tę magię – poinformował go Harry. – Po prostu ostatnio czuję się wtrącony z równowagi. Hermiona zawsze ma rację – odparł. – Dysponuje tylko większą liczbą informacji niż ty – dodał.
Lucjusz zbił wargi w wąską kreskę przypominając sobie nagle kiedy ostatni raz przeprowadzili tak szczerą rozmowę. Potter zdawał się żartować, pierwszy raz od wielu tygodni opuszczać gardę.
- Nie chciałem od ciebie wyłudzić miejsca w Wizengamocie – powiedział nagle chłopak, dalej patrząc mu prosto w oczy.
I może Lucjusz cały czas to wiedział. To nie było w stylu Gryfonów. Jednak jeśli miał jakiekolwiek wątpliwości, zostały w tej chwili rozwiane. Oczy Harry'ego lśniły niezdrowo, jakby chłopak miał gorączkę.
Potter w końcu zdjął dłoń z kuli i pogładził ją samym palcem. Lucjusz nie widział, aby kiedykolwiek migotała tak jasno.
- Sfera – powiedział Potter, jakby smakował to słowo. – Dobry pomysł – dodał.
- Cieszy mnie, że mamy twoją aprobatę – mruknął Lucjusz.
Co gorsza to były prawdziwe słowa.
