Hermiona nie wydawała się zaskoczona, ale poprzeczna zmarszczka na jej brwi powiedziała Harry'emu, że jego przyjaciółka jest zmartwiona. Kiedy myślał o Wizengamocie, zawsze sądził, że radni nie zajmują się niczym. Raz na tydzień spotykają się we własnym gronie, żeby pożartować ,poopowiadać o wnukach. Może stara Rada zajmowała się dokładnie tym, ale obecna starała się postawić na nogi czarodziejskie społeczeństwo.
Dodatkowe zadania naprawdę nie były mu potrzebne, a jednak wydawało się, że nie bardzo mógł odmówić Amelii.
- Będzie cię trudniej ukryć – powiedziała w końcu Hermiona. – Chyba, że ukryjemy twoją ciążę na widoku – dodała.
- Na widoku? – powtórzył z niedowierzaniem.
Nie miał pojęcia jak mieli to zrobić. Hermiona twierdziła, że nie powinien przytyć więcej niż piętnaście kilogramów, ale to wydawało mu się zabójczym ciężarem przy jego wzroście. Szaty mogły ukryć jedną trzecią tego o ile będzie miał szczęście. Całe życie mógł się pochwalić szczupła sylwetką, a biorąc pod uwagę, że teraz pojawiał się publicznie bardzo często, reporterki czasopisma Czarownica miały go na oku niemal każdego dnia. Na razie komentowano tylko jego ubiór albo dodatki, które nosiła do swoich szat Hermiona. Włosy jego przyjaciółki, które stały się jej znienawidzonym atrybutem, stały się nagle modne, co niezwykle go bawiło. Hermiona nienawidziła swojej fryzury, ponieważ utrudniała jej czytanie i pisanie. Nigdy jednak nie zdecydowała się na ich ścięcie, co z kolei stanowiło dla niego tajemnicę.
Może mężczyźni mieli nie dostrzec zmian jego wagi, ale osoby, które prenumerowały Czarownicę na pewno tego nie przegapią.
- Zaczniemy wypychać specjalnymi poduszkami twoje ramiona. Z dwojga złego lepiej niech sądzą, że ćwiczysz – rzuciła Hermiona.
Harry skrzywił się nieznacznie. W jego pamięci pojawiła się niemal natychmiast sylwetka Dudleya, który wprost uwielbiał podnoszenie ciężarów, ponieważ ono prowadziło potem do rzucania mniejszymi dziećmi. Jedyna rzecz, którą jego kuzyn traktował ambicjonalnie to było znęcanie nad młodszymi, więc systematycznie ćwiczył, zamieniając się powoli w wielką bestię bez karku.
- Tak bardzo mi się to nie podoba – westchnął, wiedząc, że i tak nie ma wyboru.
ooo
Swingwood nie mrugnął nawet okiem, gdy poprosili go o przedłużenie terminu. Harry wręcz czuł, że mężczyzna świdruje go tymi swoimi małymi oczkami. Przewodniczący był nawet bardziej niż pomocny, dlatego wzbudziło to jego podejrzliwość. Swingwood zazwyczaj bywał neutralny. Harry określiłby go jako zwolennika porządku i zmian, ale nie na tyle silnych, aby zaburzyć jakikolwiek ze starych zwyczajów. Tradycja miała dla niego równie mocne znaczenie, ale nie był nią zaślepiony. Musiał zdawać sobie sprawę, że wszystko miało też swój kres, a niektóre z przepisów były wręcz śmieszne.
Hermiona dla przykładu poinformowała go, że jeśli ktokolwiek z większych rodów, chciałby zbudować nową rezydencję, miałby prawo do poznaczenia ziemi krwią swojego pierworodnego, a jego zwłoki miały znaleźć się w fundamentach, aby magia nowego dworu była jeszcze silniej związana w rodziną.
Harry nie chciał nawet myśleć ile razy odprawiano podobne rytuały. Każda z ważniejszych rodzin miała swoją posiadłość. Czasami nawet po dwie. Rodzin podobnych Malfoyom czy Prince'om było ponad dwadzieścia.
Dzięki bogom rytuał nie musiał być odnawiany.
Usiedli na swoich miejscach w akompaniamencie szeptów. Lucjusz wydawał się odprężony jak nigdy, jakby wiedział doskonale co się zaraz stanie. W zasadzie Harry nie był nawet zaskoczony. Osoba, która miała reprezentować Wizengamot musiała być energiczna i obeznana nie tylko z problemami czarodziejskiego społeczeństwa, ale jednocześnie polityką i przebiegiem wojny. Lucjusz był naocznym świadkiem, tym cenniejszym, że widział dokładnie jak to się odbywało po drugiej stronie – gdzie Voldemort zbierał i kierował swoich zwolenników.
Swingwood był przewodniczącym, który miał na tyle silny posłuch, aby prowadzić obrady według ustalonego programu. Mężczyzna był na tyle doświadczony, aby wiedzieć kiedy przerywać i nikt nie mógł zarzucić mu stronniczości, ale to Lucjusz wiódł prym i to jego słuchała największa liczba radnych.
Hermiona ścisnęła jego rękę pod stołem, jakby doskonale wiedziała o kim myśli.
ooo
Prorok donosił o śledztwie przeprowadzonym wśród członków grupy Rona. Weasley wciąż znajdował się w Azkabanie. Nie zdecydowano się go przetrzymywać w celach Biura Aurorów, ponieważ obawiano się jego uwolnienia. Nikt też nie wierzył, aby tak czy siak udało mu się uniknąć więzienia.
Hermiona wciąż nie miała wyznaczonej nowej daty procesu, ale mówiono, że jej rozwód jest tylko formalnością. Dodatkowo postanowiono przyjrzeć się bliżej sędziemu. Harry mógł tylko pogratulować Minister, która chociaż z opóźnieniem, zaczęła czystki i w tych szeregach. Wiedział, że Amelia i bez tego miała wiele pracy, ale doceniał jej zainteresowanie.
Propozycja wciąż wisiała w powietrzu, chociaż w zasadzie to była tylko formalność. Nie był zatem nawet bardzo zaskoczony, gdy Lucjusz podszedł do nich po kolejnym spotkaniu Wizengamotu. Harry czuł na sobie zainteresowany wzrok co poniektórych, który starał się ignorować. Hermiona jak zawsze wydawała się niewzruszona. Czasami zastanawiał się czy nie zdawało się jej dziwne, że przebywa w towarzystwie ojca swojego dziecka. Łapał się na tym, że sam nie czuł się z tym najlepiej, tym bardziej, że nawet na chwilę nie potrafił o tym zapomnieć.
- Mam plan posiedzeń i kwestii, które zamierzamy omówić – rzucił Lucjusz, nie witając się nawet.
Harry nie chciał nawet rozwijać kolejnego pergaminu. Spodziewał się długości przynajmniej wzrostu Hagrida. Gdyby ktoś powiedział mu w czasie jego szkolnych lat, że dobrowolnie będzie przebijał się przez takie ilości tekstu, zaśmiałby mu się w twarz.
- Uhm – zająknął się, nie wiedząc za bardzo co powinien teraz zrobić.
- Spotykamy się z Kingsleyem dzisiaj wieczorem. Chcemy przygotować wspólny front. Nie wiemy jeszcze kto zostanie przedstawicielem z ramion departamentów. Oni są zawsze ostatni – poinformował go Lucjusz obojętnym tonem.
Najwyraźniej miało to być zaproszenie do wspólnej pracy.
- Gdzie? – spytał Harry rzeczowo.
- W domu Kingsleya – odparł Lucjusz. – Ósma wieczorem – dodał. – Przyjdź sam – uściślił spoglądając znacząco na Hermionę.
Tyle Harry akurat zdążył się domyślić.
Hermiona nie wyglądała zresztą na urażoną.
- Terry Boot – powiedziała jego przyjaciółka.
Lucjusz przewrócił oczami, jakby nie spodziewał się niczego innego.
- Niewymowni – prychnął mężczyzna.
Harry czuł, że nie nadąża, ale przytomnie nie zamierzał zadać głupich pytań. Dostrzegł już wcześniej, że nie był jedynym, który nie łączył faktów z szybkością Lucjusza i Hermiony. Nie wychodzili jednak na głupców czy ignorantów, ponieważ milczących nie można było w ten sposób oceniać. Nikt nie wiedział, że oni nie wiedzą. I ta metoda dla niego skutkowała najlepiej. W końcu z kontekstu zdań zawsze udawało mu się załapać i znowu był na bieżąco.
- Terry będzie z ramienia departamentów reprezentować ministerstwo – dodała Hermiona.
Harry kojarzył jego nazwisko z Hogwartu.
- On nie był czasem w Hufflepuffie? – spytał, nie mogąc sobie przypomnieć.
- W Ravenclawie – poprawiła go Hermiona.
- Kiedy ostatni raz z nim rozmawiałem pracował… - urwał Harry, przypominając sobie, że to było na ich weselu.
Terry pracował z Arturem Weasleyem. Zerknął na Hermionę, ale ta wydawała się niewzruszona.
- Niewymowny – odparła, wzruszając ramionami, jakby to wszystko tłumaczyło.
Lucjusz zdawał się ją popierać.
- Czy nie powinniśmy nie mówić o tym otwarcie? – spytał, ponieważ kiedy ostatni raz sprawdzał, Hesper mocno obstawał przy tym temacie.
Został chyba nawet w pewnym sensie rzucony, ponieważ światła reflektorów znowu zostały skierowane w jego stronę. W podobniej sytuacji zresztą była Hermiona. A teraz stali na środku sali obrad Wizengamotu omawiając znajomych Niewymownych, jakby rozmawiali o pogodzie w Londynie.
- Jesteśmy po to, aby wiedzieć – odparł Lucjusz. – Nie sądzę, aby komukolwiek umknęło, gdy najzdolniejsi z pokolenia znikają w ciszy. Niektórzy powinni rozpocząć jedne z największych karier, a tymczasem wybierają pracę w tajemnicy – dodał ponownie zerkając na Hermionę.
- A Draco? – spytał Harry nie mogąc się powstrzymać.
Musiał przyznać, że Malfoy posiadał pewne talenty. Na pewno nie bez powodu rywalizował z Hermioną. W zasadzie faktycznie niewielu liczyło się z ich roku. Siebie nie zaliczyłby do tego grona, bo nawet Snape nie zmusił go do przyswojenia wiedzy z eliksirów, nie bez starań. Pewnie niewielu mogło powiedzieć, że z zajęć Mistrza wynieśli wyłącznie to, że nie powinno się brudnych rąk wkładać do buzi.
Neville nadął się tylko raz, ale ten widok wystarczył im na całe życie.
Lucjusz spojrzał na niego jakby chłodniej.
- Mój syn nie jest zainteresowany takimi działaniami – odparł szczerze mężczyzna. – Ósma, dom Kinglsleya, przyprowadź Niewymownego – rzucił Lucjusz na odchodnym.
Harry patrzył w ślad za nim aż dostrzegł, że za drzwiami na mężczyznę czeka Draco. Chłopak zerknął niepewnie na Hermionę, a potem na niego i krótko skinął głową.
- Rozmawiałaś z nim? – spytał, gdy tylko sobie przypomniał ostatnią rozmowę z Malfoyem.
Hermiona starała się zachować kamienną twarz, ale nie wyszło jej to za dobrze.
- Mamy za dużo pracy – odparła, zmieniając temat.
ooo
Terry nie zmienił się bardzo od czasu, gdy widzieli się ostatnio. Jego twarz stała się bardziej wydłużona, dorosła, ale wciąż był w ramionach szerszy od Harry'ego. Jego nowe czarodziejskie szaty wydawały się pasować jak ulał, ale i tak czuł się niepewnie, gdy stanął przed drzwiami sporej wielkości dworku.
Sądził, że dom Kinglseya będzie bardziej podobny do Syriuszowej kamienicy, ale najwyraźniej mocno się pomylił. Albo szefowi aurorów naprawdę dobrze płacono.
- Słyszałem, że Hermiona tak przeraziła Andy'ego, że prawie się posikał – zaczął Terry.
- Andy'ego? – Harry nie mógł sobie przypomnieć nikogo o takim imieniu.
- Brata Michaela Cornera. Auror, który był u was – uściślił Terry.
- No tak – odparł Harry. – Trochę dupek – dorzucił.
Terry zaśmiał się głośno, nie przejmując się wcale, że ludzie przechodzący ulicą im się przyglądają.
- Żałuję, że tego nie widziałem – ciągnął dalej Boot. – Szkoda w zasadzie, że go nie przeklęła.
- To jest chyba mocno nielegalne – zauważył Harry.
Hermiona wspominała o tym, że powinni pilnować poprawności politycznej, ale czuł, że z Terrym to może nie był takie łatwe. Nie wiedział nawet, że Krukoni potrafili być tacy rozrywkowi. Z Cho nigdy co prawda nie zamienił zbyt wielu zdań, ale Luna przebywała z nimi do tej pory dość często i nigdy nie wykazywała entuzjazmu narzekaniem na kogokolwiek.
Harry w stu procentach zgadzał się natomiast z Terrym. Dawno nie widział Hermiony w prawdziwej akcji.
Mogła narzekać, że nie miała naturalnego talentu do zaklęć, ale nie potrafił sobie wyobrazić jak walczyłaby, gdyby coś takiego miała w sobie.
Kingsley otworzył im drzwi własnoręcznie i zaprosił do środka, skąd napływało przyjemne ciepło. Lucjusz siedział już w sporej wielkości fotelu z kieliszkiem wina w dłoni i Harry zamarł i gdy im zaproponowano alkohol.
- Herbatę – rzucił tylko, a potem natychmiast poczuł się głupio.
Lucjusz spoglądał na niego tak intensywnie, jakby sądził, że nie pije w jego obecności z powodu ostatniego razu, gdy nadwyrężyli whiskey Amelii.
- Stawiamy na nową krew – zaczął Kingsley zajmując swoje miejsce.
Kominek nie pozwalał mu na dokładne przyjrzenie się twarzom mężczyzn, ale w głosie wysłużonego aurora nie było goryczy. Zdawał się kompletnie aprobować kierunek, w którym podążali.
- Albo boimy się starych powiązań – stwierdził Terry. – Rozumiem, że w tym gronie nie tylko ustalamy swoje stanowisko jako czarodziejskiej Wielkiej Brytanii, ale omawiamy również kwestie organizacyjne? – rzucił Boot, spoglądając na Lucjusza.
- Tak bardzo bezpośrednio – westchnął Malfoy.
Jego blade długie palce obejmowały kieliszek z winem. Harry sądził, że notatnik, który miał pomniejszony w kieszeni odegra główną rolę w tym spotkaniu, ale najwyraźniej mocno się mylił.
- Znany mi dobrze specjalista w zakładaniu zabezpieczeń interesował się gdzie umieścimy dyplomatów – ciągnął dalej Terry.
To przyciągnęło uwagę Kingsleya.
- Spodziewamy się ataku? – upewnił się auror.
- A kiedy nie spodziewamy się ataku? – odparł Lucjusz.
Harry zastanawiał się na ile u mężczyzny to doskonała gra aktorska, a na ile faktycznie dobra sieć wywiadowcza.
- Jeśli znowu użyją skrzatów… - zaczął, ponieważ Ministerstwo było zabezpieczone w najnowocześniejsze zaklęcia ochronne.
Jednak magia elfów domowych wciąż pozostawała dla nich nieznana. Nikt jeszcze nie zatrzymał skrzata. Z tym nie mogli konkurować.
- Jest plan przeniesienia wszystkich na czas trwania szczytu do Hogwartu – poinformował go Kingsley.
- W zasadzie coraz częściej padają hasła, że może powinniśmy zrezygnować z ich usług – dodał Lucjusz, kompletnie go zaskakując.
- Moglibyśmy je wyzwolić – zaproponował Harry nieśmiało.
Ten pomysł wciąż nie wydawał mu się najlepszy, ale przynajmniej byłby to jakiś początek.
Sądził, że popełnił błąd, gdy zrobiło się naprawdę cicho.
- Jedna ustawa na raz – poradził mu Lucjusz. – Musimy działać natomiast szybko. Ministerialny hotel jest w takim stanie, że nie jest możliwym zatrzymanie tam tak wielu gości – przyznał.
- Nie zdążymy z remontem – przyznał Terry i Harry nie po raz pierwszy zaczął się zastanawiać czym Boot zajmował się tak naprawdę.
- Dlatego padła propozycja wykorzystania prywatnych domów. W ten sposób będziemy mieli większy wpływ na dyplomatów, a jednocześnie będziemy pewni, że będą bezpieczni – dodał Lucjusz.
- Ile jest tak dobrze strzeżonych posiadłości? – spytał Harry wprost.
Kingsley wyglądał na mocno zakłopotanego.
- W wojnie zostało zniszczonych wiele rodowych rezydencji. Jednocześnie nie mamy pewności co do powiązań części osób, których posiadłości ocalały – przypomniał auror.
Podczas śledztw wciąż wypływały nowe fakty. Chociaż część rodzin nie była śmierciożercami i nie brała czynnego udziału w wojnie jednak nadal popierali Voldemorta i mogli czekać na swoją okazję. Dlatego chociaż przyjmował zaproszenia na obiady i kolacje, nosił przy sobie bezoar. Ufał, ale w bezpiecznych granicach.
- Ilu domów zostało? – spytał wprost, ponieważ operowanie liczbami zawsze było łatwiejsze.
- Rezydencja Malfoyów jest w stanie przyjąć pod swój dach do trzydziestu osób. Wyremontowaliśmy prawie całe piętro. Zaklęcia ochronne są udoskonalane każdego dnia, a dodatkowo Draco pomoże przy gościach. Wielu z nich zna osobiście – poinformował ich Lucjusz.
- Biuro Aurorów jest w stanie zabezpieczyć dwa kolejne domy. Ten oraz Minister Bones. To będzie kolejne trzydzieści osób – dodał Kingsley.
- Więc chyba nie powinno być problemu – stwierdził Harry.
Lucjusz spojrzał na niego i zbił usta w wąską kreskę.
- Ostatni szczyt dyplomatów czarodziejskich odbył się sto pięćdziesiąt lat temu zanim usłyszano o Grindenwaldzie i Voldemorcie. Wtedy pojawiło się stu czarodziejów z wszystkich siedmiu kontynentów. Spodziewamy się minimum stu siedemdziesięciu pięciu osób. Tyle wstępnie potwierdziło przybycie – poinformował go Lucjusz.
Harry czuł, że jego oczy robią się większe.
- Moja rodzina ma dwie posiadłości, które ominęła wojna. To około czterdzieści pięć osób – dodał Terry.
- Biuro nie zdąży… - wtrącił Kingsley, Terry jest wzruszył ramionami.
- Hesper zabezpieczy wszystko – odparł Boot i Harry drgnął na dźwięk znajomego imienia.
- Hesper? – spytał Lucjusz.
- Hesper Hitchens – odpowiedzieli wraz z Terrym w tej samej chwili.
Harry prychnął lekko rozbawiony.
- A tak – rzucił Boot. – Mówił, że ćwiczyliście. Hermiona chciała przeprowadzić jakieś badania, ale chyba je porzuciła – ciągnął dalej Terry. – Bardzo pozytywnie wypowiadał się o zabezpieczeniach. To dom Blacków, prawda? – upewnił się chłopak.
- Tak – odparł Harry, a potem zaczął w pamięci liczyć jak wiele pokoi zostało wyremontowanych. – Cztery osoby – przyznał.
Kingsley zanotował coś na brzegu pergaminu.
- Norwegowie przybędą w tej liczbie – stwierdził auror.
- Biorę Norwegów – zgodził się od razu.
Lucjusz wpatrywał się w dogasający ogień na kominku, gdy po kolei przechodzili przez posiadłości rodzin i znajomych. Harry co prawda miał tylko Weasleyów i nie sądził, aby chcieli utrzymywać z nim teraz kontakt, ale Nora i tak nie nadawała się do powiększenia jej choćby o jeden pokój. Lovegoodowie byli zbyt ekscentryczni, a z nikim innym nie był na tyle blisko, aby prosić go o taką przysługę.
- Dom w Dolinie Godryka – odezwał się nagle Lucjusz, sprawiając, że Harry natychmiast przestał notować.
Mężczyzna patrzył na niego przez dłuższą chwilę, jakby oczekiwał odpowiedzi na niezadane pytanie.
- Co z nim? – spytał Harry niepewnie.
- Co z nim zrobiłeś? – zainteresował się Lucjusz.
Harry polizał wargi, czując nagłą suchość w ustach.
- Nie byłem tam od czasu, gdy udaliśmy się tam z Ronem i Hermioną w poszukiwaniu wskazówek – przyznał.
ooo
Potter miał zaskakujące zdolności organizacyjne. Gdy już łapał rytm nie było rzeczy, która mogłaby go powstrzymać. Lucjusz doceniał takich ludzi, ale jednocześnie nie mógł wyjść z podziwu na jak młodego chłopak wyglądał w tym świetle. Pierwszy raz widział Harry'ego w czarodziejskich szatach i po prostu wiedział, że Potter będzie się w nich świetnie prezentował. Do noszenia takich warstw materiału należało mieć odpowiednią sylwetkę. Nie toporną i kwadratową jak Boot. Potter był smukły i szaty leżały na nim wyśmienicie, podkreślając tylko kształty tego ciała.
A jednak pozostawiając tak wiele w ukryciu.
Słuchał głosu chłopaka przez dobrych parę minut, aż zdał sobie sprawę, że Potter nie brzmi już jak przestraszona pensjonarka. Chłopak zaczynał naprawdę łapać o co chodzi w tym całym politycznym świecie i wczuwał się w swoją rolę przywódcy. Może kiedyś miał nawet zasiąść na stołku Amelii. Na pewno w tej kwestii nie podniosłyby się głosy protestu. W Potterze ponownie widziano wybawcę, a może nigdy nie przestano wierzyć w jego osobę. Zawsze w końcu ujmował się za najbardziej poniewieranymi. I zaczynał z pułapu, gdy wydawało się, że nie ma najmniejszych szans.
Lucjusz uwierzył już raz w niego i to powoli wracało. To obezwładniające uczucie, które rozsadzało go od środka i zmuszało do tego, aby zaufać słowom o wiele młodszego od niego mężczyzny. Jakby cała jego wiedza i doświadczenie nijak się nie miały do instynktu Pottera.
To irytowało – musiał przyznać. Jednak Harry już zaczynał robić karierę w Wizengamocie, chociaż zabrał się za najbardziej pogardzaną z dziedzin.
- Dom w Dolinie Godryka – przypomniał sobie nagle.
Wiedział, że rodowa posiadłość Potterów nie była duża, ale umiejscowienie było genialne. Okolica znakomita, spokojna i historycznie ważna być może dla całego świata. Szybko stało się oczywistym, że gdyby nie zatrzymali Voldemorta na swojej ziemi on zaatakowałby inne kraje. W końcu miał swoich popleczników w głębokiej Rosji, Francji, a nawet w krajach azjatyckich. Mieli na to dowody w Azkabanie w postaci czarodziejów różnorakich narodowości.
Prawie żałował swojego pytania, bo Potter wyglądał tak, jakby miał zaraz zemdleć. Jego coraz bledsza ostatnio twarz, stała się kredowa. Chłopak mógł jeszcze do siebie nie dojść po ostatnich atakach, ale czuł jego magię i wiedział, że taka moc naprawdę szybko się regenerowała. I może Potter miał rację, mówiąc mu, że nie powinien zakładać, skoro nie miał wszystkich informacji. To było jednak irytujące, bo Lucjusz był człowiekiem od danych i nawet Harry Potter nie powinien stanowić dla niego zagadki.
Tymczasem chłopak zaskakiwał.
- Dom nie został wyremontowany, ale tam nie ma wielu pokoi – rzucił Potter, robiąc głębszy wdech.
- To iluzja – poinformował go Lucjusz. – Dwór Potterów z tego co pamiętam, jest w stanie pomieścić do dwudziestu osób – dodał.
Harry wyglądał na szczerze zaskoczonego.
- Lily nie lubiła tego jaki był wielki i James przez miesiące przenosił pokoje w inny wymiar. Są niewidoczne, ale można je przywrócić. Właścicielowi nie zajmie to wiele – dodał Kingsley.
Lucjusz zaczął wątpić czy Harry kiedykolwiek jeszcze będzie w stanie tam wejść. Nie mówiąc już o rzuceniu może i dziesiątek zaklęć, które miały uwidocznić pokoje.
Potter oddychał ciężko, jakby przebiegł kilka kilometrów, a potem w jego oczach pojawiła się determinacja, którą Lucjusz widział już kilkukrotnie. Tak mogła zginąć Bellatriks, ale Draco skłamał, że nie zna chłopaka przed sobą, że to nie Potter. Lucjusz nie miał wątpliwości, że jego droga szwagierka padłaby martwa, gdyby tylko zbliżyła się do Granger czy Weasleya.
Kiedy kolejny raz widział ten błysk, Voldemort upadał na dziedzińcu Hogwartu w chmurze pyłu i kurzu. By już nigdy się nie podnieść.
- Otworzę dwór – poinformował ich Harry. – Jeśli Hesper nałoży zabezpieczenia, Zgredek posprząta pokoje – dodał.
Imię wydało mu się znajome, więc pogrzebał w pamięci.
- Ty masz nadal mojego skrzata? – zdziwił się.
Potter uśmiechnął się do niego naprawdę szeroko.
