Koszmarny tydzień. W pracy orka jak na ugorze. Na szczęście sobota coraz bliżej ;-D


Słońce stało już wysoko na niebie, kiedy osada zaczęła budzić się do życia. Po całonocnej zabawie wszyscy byli ospali i leniwi. Zaledwie kilka osób zdecydowało się na wyjście z domu o tej porze. Nikt nawet nie zdawał sobie sprawy z faktu, że jest obserwowany. Teal`c schowany w głęboki cień pokrytego strzechą dachu, obserwował czujnie zarówno osadę jak i drogę prowadzącą do gwiezdnych wrót. Stał na straży już od świtu, gdy większość weselników rozchodziła się do swych domów. Objął wartę tuż po pułkowniku. Wyszedł cicho, by nie obudzić śpiącej Carter. Daniel chrapał głośno. Jego nie postawiłaby na nogi nawet salwa armatnia.

O`Neill siedział przy oknie z bronią na kolanach. Brodę oparł na dłoni, a łokieć na parapecie. Wyglądał na zewnątrz, pocierając w zamyśleniu brodę. Od czasu, do czasu zerkał na zegarek. Mijające minuty dłużyły się niemiłosiernie. Carter siedziała na jednym z łóżek. Na kolanach trzymała laptopa i nieprzerwanie stukała palcami w klawiaturę. Dźwięk, jaki temu towarzyszył, z niewiadomych powodów bardzo go irytował. Pułkownik sięgnął nerwowo do przycisku na krótkofalówce.

- Teal`c, raport. - Zażądał.

- W dalszym ciągu spokój, O`Neill. - Odpowiedział ze stoickim spokojem Jaffa. Carter uniosła oczy znad laptopa i lekko wzruszyła ramionami.

Z drugiego pomieszczenia dobiegł ich dźwięk, który niestety znali już zbyt dobrze i który towarzyszył im od wczesnych godzin porannych. Spojrzeli na siebie z konsternacją. O`Neill wzniósł oczy do nieba.

- Daniel, na litość Boską! - Jęknął. - Ja rozumiem, że się źle czujesz, ale dlaczego my też musimy cierpieć z tego powodu?

- Uch… Przepraszam, ale nic nie mogę na to poradzić… O matko…

Carter odłożyła laptopa i zajrzała do pomieszczenia. Jackson klęczał na podłodze z bardzo nieszczęśliwą miną. Był blady i spocony. Drżącą ręką otarł czoło i wyprostował się. Przed nim stało wiadro, z którego przed chwilą zrobił użytek. Sam zmarszczyła czoło.

- Wyglądasz fatalnie. - Stwierdziła.

- A czuję się jeszcze gorzej. - Daniel podniósł się z podłogi, usiadł na krześle i ukrył twarz w dłoniach. - Nie pamiętam już, kiedy czułem się równie źle. Ten ich trunek to prawdziwe dzieło szatana.

- Naprawdę? - Jack wszedł do pomieszczenia. - No popatrz, jak to czasami zmienia się perspektywa. Wczoraj byłeś nim zachwycony.

- Proszę… - Jęknął archeolog. - Nie znęcaj się nade mną. I bez tego czuję się podle. W ogóle nic nie pamiętam. Siedziałem przy stole, a potem film mi się urywa…

Nagle zbladł jeszcze bardziej i podniósł na swych towarzyszy wystraszone spojrzenie.

- Słuchajcie, co ja takiego robiłem przez cały wieczór? Mam jakieś mgliste wspomnienia…

- Uwiodłeś tuzin tutejszych kobiet. - Powiedział Jack z kamienną twarzą.

Carter odwróciła się szybko, by ukryć uśmiech. Daniel wyglądał na przerażonego. Otworzył szeroko usta i zamarł w tej pozycji. Najwyraźniej zabrakło mu słów. Trybiki w jego mózgu pracowały dziś z największym trudem. Nie pomogła nawet podwójna porcja aspiryny. Miał wrażenie, że jego głowa za chwilę eksploduje z bólu.

- Żartujesz sobie, prawda?- Spytał zbolałym głosem.

Nadzieja w jego oczach była tak komiczna, że Jack nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

- Prawda. - Przyznał. - Spałeś jak niemowlę pod czujnym okiem Teal`ca.

- Nie masz serca… - Jackson zgiął się wpół i ponownie zwymiotował do wiadra.

- Jesteś obrzydliwy. - Stwierdził O`Neill. Daniel tylko jęknął.

Zostawili Jacksona samego z jego kacem i wrócili do zajmowanych wcześniej stanowisk. Tym razem jednak nie siedzieli w spokoju zbyt długo. Krótkofalówka umocowana przy kamizelce pułkownika zatrzeszczała znienacka i rozbrzmiała przyciszonym głosem Teal`ca.

- O`Neill, mamy towarzystwo.

- Mów! - Niemal warknął Jack, błyskawicznie zrywając się na nogi.

- Czterech Jaffa i jeden, który wygląda na kapłana. Właśnie zmierzają do wioski.

- Zostań tam, gdzie jesteś. - O`Neill już mocował na szyi pasek karabinu maszynowego. - Na razie nie podejmujemy żadnych kroków. Chcę zobaczyć, jak rozwinie się ta sytuacja.

- Rozumiem. - Teal`c wyłączył się.

Carter upychała niesforne kosmyki włosów pod czapkę z daszkiem. Ruszyła w stronę wyjścia, lecz zawahała się patrząc na drzwi, za którymi znajdował się cierpiący archeolog.

- Sir, a co z Danielem? - Spytała.

- Niech tu zostanie. W tej chwili nie na wiele nam się przyda.

Uchyliwszy drzwi, wymknęli się na zewnątrz i po chwili ich pochylone sylwetki zniknęły pomiędzy gęstymi zabudowaniami.

Teal`c obserwował uważnie drogę biegnącą od gwiezdnych wrót do osady. W stronę wioski maszerował uzbrojony po zęby oddział Jaffa. Tuż za nimi podążał mężczyzna. Nie miał na sobie uniformu ani nie był uzbrojony. Ubrany był w jakieś powiewne, sięgające do ziemi szaty w nijakim kolorze. Ani czarnym, ani brązowym. Przypominały trochę habit. Kaptur miał nasunięty głęboko na czoło tak, ze nie można było dostrzec jego twarzy.

Przybysze przeszli pomiędzy zabudowaniami i zatrzymali się pośrodku placu. Jeden z Jaffa podniósł do ust podobny do rogu instrument i zatrąbił. Ostry, wysoki dźwięk rozległ się dookoła. Przeniknął do wszystkich zakamarków osady. Ludzie w pośpiechu opuszczali swe domy i gromadzili się na placu. Zbliżając się do wysłanników Olokuna, padali na kolana, pokornie schylając głowy. Jaffa i mężczyzna w habicie czekali cierpliwie, aż wszyscy mieszkańcy osady przybędą na plac i padną na kolana. Nikt się nie odzywał. Słychać było jedynie tupot nóg i szuranie piasku. Wreszcie ostatni człowiek klęknął przed przybyszami i nastąpiła chwila absolutnej ciszy.

Drzwi najbliższego budynku otworzyły się z głośnym zgrzytem źle naoliwionych zawiasów. W progu ukazał się Daniel Jackson. Jedna ręką wspierał się na framudze, drugą osłaniał oczy przed jaskrawymi promieniami słonecznymi. Wszystkie wrażenia zmysłowe odbierał dziś z niebywałą intensywnością. Przez dłuższą chwilę mrugał powiekami. Potem stopniowo odzyskiwał ostrość widzenia. Rozejrzał się dookoła i widok, który miał przed sobą sprawił, że natychmiast wytrzeźwiał. Wszyscy mieszkańcy wioski klęczeli wokół grupy Jaffa. Wojownicy wpatrywali się w niego wyraźnie zdumieni. potem jak na komendę unieśli w górę broń: trzech odbezpieczone lance, ostatni - zata, wycelowane dokładnie w jego pierś. Oszołomiony uniósł dłonie w górę. Jaffa uzbrojony w zata podszedł do niego szybkim krokiem. Chwytając archeologa za kołnierz rozpiętej do połowy bluzy, popchnął go w stronę stojącej pośrodku placu grupy ludzi. Tutaj niezbyt łagodnie zmusił go do uklęknięcia. Pozostali Jaffa otoczyli archeologa, wciąż do niego celując. Daniel podniósł wzrok na zakapturzonego mężczyznę. Ten zsunął kaptur na tył głowy i wpatrywał się w Jacksona niezwykle błękitnymi oczami, zmrużonymi w wąskie szparki.

- Tau`ri? - W jego głosie zdumienie mieszało się z pogardą. W odróżnieniu od mieszkańców osady, on słyszał już o tej planecie. - Skąd się tu wziąłeś, człowieku? Gdzie jest reszta twoich ludzi?

- Jestem tu sam. - Skłamał szybko Daniel, modląc się jednocześnie, by do rozmowy nie wmieszał się któryś z mieszkańców osady. Niestety, nieznajomy przejrzał jego grę.

- Doprawdy? - Mężczyzna przeniósł spojrzenie na klęczącego u jego stóp starszego człowieka, a jego oczy miotały groźne błyski.

- Jest ich czworo. - Wyszeptał Teneth pobielałymi wargami, pochylając głowę jeszcze niżej tak, że prawie dotykał czołem do ziemi.

- Znajdźcie ich! - Wydany władczym głosem rozkaz, skierowany był do Jaffa.

Posłusznie schylili głowy i ruszyli w stronę zabudowań. Dokładnie do miejsca, w którym stali O`Neill i Carter.

- Sir? - Sam wpatrywała się w pułkownika pytająco.

- Wycofujemy się. - Jack gestem wskazał jej kierunek odwrotu.

Jaffa zagłębili się już w plątaninę dróżek i zaułków. Rozdzielili się. Dwóch z nich odeszło do najdalszego końca osady. Alejka, którą szli, dochodziła do innej, prostopadłej do niej. Po chwili wahania ruszyli w dwie różne strony. Zdążyli przejść zaledwie po kilka kroków. Cichy brzęk dwóch zatów rozległ się niemal równocześnie. Uliczkę na moment wypełniło błękitne światło i obaj wojownicy padli nieprzytomni na ziemię. Zadudniły kroki następnego Jaffa. Po chwili on sam wpadł jak strzała w zaułek. Rozejrzał się dookoła, krzyknął głośno na widok leżących towarzyszy. W tej samej chwili O`Neill wychylił się zza rogu i ponownie strzelił. Jaffa poleciał całym ciałem na budynek i bardzo powoli osunął się po jego drewnianej ścianie. Pułkownik czekał w napięciu, ale nikt więcej się nie pojawił. Z przeciwległego końca alejki nadchodziła już Carter. Jack minął nieprzytomnych mężczyzn i wyjrzał za róg. Uliczka była pusta. Ruszył ostrożnie wzdłuż niej, aż doszedł do następnego załomu. Ostrożnie wystawił głowę zza budynku i szybko cofnął się z powrotem. Jeszcze raz wyjrzał. Pusto. Carter skradała się tuż za jego plecami.

Doszli wreszcie do nieco szerszej alejki, która kończyła się na placu pośrodku wioski. Nawet z tej odległości mogli dojrzeć dwie wyprostowane postacie, stojące pomiędzy klęczącymi dookoła postaciami. O`Neill schował zata i sięgnął po swój niezawodny karabin maszynowy. Z bronią przy samym policzku wyszedł na środek uliczki i nie spuszczając wzroku ze stojących przed nim ludzi, powoli, krok za krokiem przybliżał się do nich. Gdy doszedł już na skraj placu, rozpoznał wreszcie, kto klęczy u stóp Jaffa. Był to Daniel Jackson. Wojownik trzymał odbezpieczoną lancę tuż nad karkiem archeologa. Kapłan odrzucił kaptur z głowy. W słońcu zalśniła jego perfekcyjnie wygolona czaszka. Wykrzywiając usta w brzydkim grymasie, szybkim ruchem wyciągnął przed siebie rękę, w której ściskał zata i strzelił do znajdującego się najbliżej niego człowieka. Zanim O`Neill zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, strzelił do następnego mężczyzny i kobiety. Cała trójka osunęła się na ziemię.

Jack ruszył ku środkowi placu. Powoli przeszedł pomiędzy skulonymi na ziemi postaciami. Ludzie w popłochu usuwali mu się spod nóg. W rezultacie utworzyli dla niego i dla Carter szerokie przejście. O`Neill wzmocnił uścisk na zimnym metalu. Wycelował broń dokładnie pomiędzy oczy odzianego w bure szaty człowieka.

- Rzuć broń! - Rozkazał.

- Nie. - Głos mężczyzny zabrzmiał jak smagnięcie bata. - Nie zamierzam tego uczynić.

- Mogę zabić cię jednym strzałem. - Kontynuował O`Neill.

- Owszem, ale wtedy ja zabiję ich. - Jego dłoń zaciśnięta na rękojeści zata opadła na kilka centymetrów. Celował do nieprzytomnych osób. - Zginą niewinni ludzie i twój towarzysz zginie także.

O`Neill zawahał się. Carter za jego plecami wstrzymała oddech. Wiedział doskonale, że stoi z bronią gotową do strzału i tylko czeka na jego najmniejszy gest. Gorączkowo analizował wszystkie możliwe wyjścia z tej sytuacji.

- Zaryzykujesz jego życie? - Zimny niczym lód, głos mężczyzny znów przyciągnął jego uwagę. - Zaryzykujesz życie ich wszystkich?

Pułkownik zagryzł zęby. A potem powoli wypuścił powietrze z płuc. Wiedział, co musi zrobić.

- Nie. - Powiedział i opuścił broń. - Nie zaryzykuję. Carter…

Gestem nakazał jej, by również opuściła broń. Posłuchała, ale z pewnym ociąganiem. Wysłannik Olokuna wybuchnął ochrypłym śmiechem. Nacisnął guzik na powierzchni zata i broń z cichym kliknięciem została zabezpieczona.

- Jakże łatwo jest cię przejrzeć człowieku. - Mruknął prawie pod nosem.

Niespodziewanie błękitne światło oślepiło wszystkich dookoła. Pod Jaffa stojącym za Jacksonem nagle ugięły się kolana. Padł na piasek jak podcięte drzewo. Mężczyzna w habicie rozejrzał się zaskoczony, ale nie zdążył nawet unieść broni. Ponownie błysnęło i on także osunął się na ziemię.

Zza rogu budynku, z drugiego końca placu wyłonił się Teal`c. W wyciągniętej dłoni trzymał zata, w drugiej ściskał swą nieodłączna lancę. Szedł szybkim krokiem. O`Neill uśmiechnął się szeroko.

- To się nazywa mocne wejście! - Stwierdził.

Carter pochylała się już nad Jacksonem. Wciąż wyglądał jak półtora nieszczęścia. Na szczęście przestał już wymiotować.

- W porządku? - Spytała.

- Tak, wszystko gra. - Archeolog chwycił jej wyciągniętą dłoń i nieco chwiejnie dźwignął się na nogi.

- Dzięki stary. Masz niezłe wyczucie czasu. - Rzucił w stronę Teal`ca.

- Dziękuję ci, Danielu Jackson. - Jaffa skinął głowa i rozejrzał się po placu. - Gdzie są pozostali Jaffa?

- Nieprzytomni. - Zakomunikował O`Neill.

- To dobrze. - Stwierdził równie lakonicznie Teal`c.

Teneth jak oniemiały wpatrywał się w leżących na ziemi ludzi. Jego ręce wyraźnie dygotały. Przeniósł przerażone spojrzenia na Teal`ca, a potem na O`Neilla. Powoli wstał na nogi. Pozostali mieszkańcy osady spoglądali na siebie wyraźnie zszokowani. Powoli podnosili głowy i rozglądali się dookoła. Nikt nic nie mówił. Niektórzy odważyli się powstać z kolan.

Teneth zbliżył się do pułkownika, unosząc w jego stronę drżące dłonie.

- Co uczyniliście? - Zapytał wysokim, łamiącym się głosem. - Czy wiecie, jakiego strasznego czynu się dopuściliście? Podnieśliście rękę na wysłanników naszego pana. Znieważyliście tym samym jego samego. Znieważyliście naszego boga! Jego kara będzie straszna. Dosięgnie nas wszystkich. Nie unikniemy jej ani my, ani wy, nieszczęśni przybysze!

O`Neill zmarszczył brwi. Zaciskając pięści odwrócił się i napotkał spojrzenie swej drugo dowodzącej. Zniesmaczony pokręcił głową.

- Cholera, może i jestem pesymistą, ale wiedziałem, że on to powie.