Śmierciożercy nie próżnowali. Donoszono o tym, że widziano Bellatriks w przeróżnych częściach kraju. Wyłapano prawie wszystkich czołowych zwolenników Voldemorta dzięki Lucjuszowi, który poznał ich kryjówki. Informacje zostały przekazane do Biuru Aurorów, które skrzętnie je wykorzystało.
Bellatriks wraz z mężem stali się najbardziej rozpoznawanymi twarzami i chociaż widziano ich w tych czasach niemal wszędzie łącznie z Pokątną, Harry nie wierzył nawet w połowę tych doniesień. Może i Lestrange była szalona, ale nie nazwałby jej głupią. W tym wszystkim była pewna metoda. Jej działania były nastawione na maksymalne zniszczenia i sianie zamętu, ale najwyraźniej nie wybierała się prędko do Azkabanu.
Harry wątpił, aby udało się im schwytać ją żywcem.
- Miałeś wieści od Ginny? – spytała Hermiona, odbierając mu Proroka Codziennego.
Ich wspólne poranne herbaty stały się szybko rytuałem, bez którego nie potrafili wyjść do pracy. Zaczynał dostrzegać, że utarte schematy pozwalały mu na lepsze wykorzystanie czasu. W czasie śniadania zawsze przeglądał prasę i rozmawiali o bieżących wydarzeniach z Hermioną. Potem w drodze do swojego gabinetu w Ministerstwie, ustalali plan dnia. Popołudniami przeważnie rozdzielali się, ponieważ Hermiona wciąż próbowała rozpracować klątwy jakie uderzyły w niektórych uczestników bitwy o Hogwart, którzy wciąż przebywali pod opieką uzdrowicieli. Harry najczęściej zostawał sam nad ustawą, ale podejrzewał, że teraz więcej czasu zacznie spędzać z Lucjuszem i Kingsleyem. Terry zapowiedział, że wpadnie do niego, gdy tylko znajdzie chwilę i przyprowadzi Hespera, aby mogli uzgodnić szczegóły.
Harry'emu nie umknęło, że Hermiona od czasu ostatniej rozprawy, nie korzystała ze stołówki. I wiedział, że nie mogło chodzić wyłącznie o to, że teraz gapiono się na nią na korytarzach Ministerstwa. Gdyby ją to dotykało, nie wychodziłaby do pracy. Miała prawo przenieść lub nawet zawiesić wykonywanie obowiązków na czas ciąży. Nie miałby jej tego nawet za złe. Jednak ona uparcie brnęła do przodu. I taką Hermionę znał.
Coraz częściej dostrzegał też Draco kręcącego się po piętrze dla radnych. Departamenty zajmowały niższe poziomy, ale Malfoy zawsze zdawał się być w drodze od lub do ojca. I witał się z nimi jak gdyby nigdy nic.
- Wyjechała z drużyną kilka tygodni temu. Rozmawiałem z nią przez Fiuu przed ukazaniem się artykułów w Proroku – odparł, upijając kolejny łyk.
Zaczynał się przyzwyczajać do tego smaku. Nie przepadał za ziołowymi herbatami, ale one naprawdę pomagały. Czuł się po nich spokojniejszy. Hermiona twierdziła, że wiele go omija, bo ona w pierwszym etapie ciąży była nerwowa i rozedrgana, ale on upierał się bardziej przy tym, że wszelkie emocje pochłonęły częste zmiany w ich życiu. Walki toczone na naprawdę różnym gruncie z nieoczekiwanymi przeciwnikami.
Gdyby przeżył chociaż jedną więcej huśtawkę nastroju, mógłby się z niej nie podnieść.
- Napisała do mnie – poinformowała go nagle Hermiona, więc odłożył filiżankę, skupiając się kompletnie na niej.
Wyglądała na nieporuszoną, ale znał ją o wiele lepiej. I rzadko dawał się nabrać na jej poważne wyrazy twarzy. Kto chociaż raz widział ją roześmianą, wiedział jak wiele jest w niej ciepła i radości z życia. Chłodna fasada intelektualistki nigdy go nie przekonywała.
- Jest oburzona. Trochę tym co zrobił Ron, a trochę tym, że nie powiedziałam jej – ciągnęła dalej jego przyjaciółka. – Do Bułgarii wieści docierają późno, ale kiedy już dostała do rąk Proroka szlag ją trafił.
- To dobrze – odparł.
- Molly jest innego zdania – westchnęła Hermiona. – Ron obrał drogę obrony. Zaklęcie którego użył miało chronić, ale ponieważ było między nami trudno, mogłabym źle odebrać jego intencje, więc…
- Zwala całą winę na ciebie? – spytał Harry z niedowierzaniem.
Hermiona wzruszyła ramionami, jakby nie wiedziała co dodać.
- I myśli, że ktoś na to pójdzie? – spytał, bo w głowie mu się nie mieściło coś podobnego.
- Sądziłeś, że to się zakończy tak łatwo? - westchnęła.

ooo

Hermiona wyszła, zabierając ze sobą ostatniego z petentów. Mężczyzna jako jeden z nielicznych przyszedł z faktycznym problemem i chociaż to nadal nie było kółko ich zainteresowań, Harry zanotował każdą uwagę na temat konieczności podniesienia cen dyni. Adebury na pewno ucieszy się z przekazanych informacji. Tym bardziej, gdy nie musiał zbierać ich sam. Harry mógł przysiąc, że na uprawie dyni znał się już lepiej niż niejeden rolnik.
Ciche pukanie do drzwi wytrąciło go z zamyślenia, więc wziął do ręki pióro przynajmniej starając się udawać, że od parunastu minut nie siedział wcale wgapiając się w przestrzeń. Spodziewał się, że Terry przyjdzie odrobinę później, ale Boot najwyraźniej znalazł chwilę w czasie jego urzędowania i nie potrafił być za to na niego zły.
Jednak to Draco Malfoy stanął w jego gabinecie i rozejrzał się wokół ciekawie. Możliwe, że widział pomieszczenie pierwszy raz.
- Co cię sprowadza? – spytał Harry, starając się brzmieć dowcipnie. – Może dynie? A nie, jestem pewien, że ludzie twojego pokroju sadzą hortensje. Storczyki? – spytał, gdy Malfoy spojrzał na niego jak na wariata.
- Jeden ze stowarzyszenia hodowców był u ciebie? Powiedz tylko, że nie ten stary nudziarz. Ojciec od lat starał się uniemożliwić mu wjazd windami na wyższe piętra – poinformował go Draco podchodząc bliżej.
Chłopak bez zaproszenia zajął też krzesło i zaplótł dłonie na piersiach. Harry na sekundę zapomniał, że nie są przyjaciółmi. W zasadzie rozmawiał z Malfoyem od czasu zakończenia wojny nieliczną ilość razy. Na pewno ta liczba mieściła się na palcach jego jednej ręki. Jednak witali się na korytarzu i to dawało dziwną ułudę znajomości.
- To nie storczyki? – upewnił się Harry, nie wiedząc nawet jak zacząć rozmowę.
- Matka lubiła kwiaty – rzucił Draco.
- Przykro mi – odparł niemal natychmiast Harry.
- Bywa nam przykro z wielu powodów – wszedł mu w słowo Malfoy, zanim usłyszał kolejne kondolencje, które Harry miał na języku. – Co u Granger? – spytał Draco wprost.
Harry nie spodziewał się niczego innego. Odchylił się w fotelu, starając się spojrzeć na Malfoya pod innym kątem, ale to było bezsensowne.
- Trudno powiedzieć – odparł szczerze. – Hermiona nie przepada za rozmawianiem o problemach. Ona je rozwiązuje – dodał.
Przynajmniej tak to rozumiał. Hermiona rzadko omawiała z nimi plany działań. Chyba, że myślała na głos, a wtedy po prostu sobie nie przeszkadzali. Nie zamierzał wymuszać na niej zmiany przyzwyczajeń, ponieważ odniósł wrażenie, że naciskano na nią już dostatecznie.
- Jedyną dobrą metodą jest pozwolenie jej być sobą – rzucił jeszcze, spoglądając na Malfoya. – Bo po to przyszedłeś, prawda?
Draco nie wyglądał na zawstydzonego. Nie próbował się też wyprzeć.
- Nie odezwała się do ciebie i nie wiesz co robić – ciągnął dalej Harry i po jego minie wywnioskował, że trafił w dziesiątkę. – Daj jej przestrzeń.
Malfoy skinął głową, jakby faktycznie go słuchał. Trwali chwilę w milczeniu i Harry spodziewał się, że chłopak zaraz wyjdzie, zostawiając go w pustym gabinecie, ale Draco odchrząknął, a potem starał się unikać jego spojrzenia.
- Nie przeszkadza ci to? – spytał Malfoy kompletnie go zaskakując.
Harry nie zastanawiał się nad tym w zasadzie. Zainteresowanie Draco Hermioną stało się dla niego oczywiste gdzieś w trakcie mijającego tygodnia, ale bardziej bawiło go, że Malfoy pierwszy raz w życiu wydawał się nieporadny. Jego też zastanawiało dlaczego Hermiona nie skontaktowała się z Draco, ale spodziewał się, że nie wiedziała jak z nim rozmawiać. Z tych kilku wykrzyczanych niemal zdań – które okazały się jej jedynym komentarzem do związku z Ronem, wywnioskował, że ona się wstydzi tego wszystkiego co zaszło. Ponieważ wszyscy sądzili, że jest mądrzejsza. I to możliwe, że bolało ją najbardziej.
Wydawało się też, że zamykała się coraz bardziej w swojej skorupie, nie dopuszczając do siebie nikogo. Tak było łatwiej, gdy nikt nie wiedział.
- Zmieniłem zdanie – powiedział Harry. – Nie dawaj jej przestrzeni. Podejdź do niej dzisiaj i zaproś gdzieś – rzucił.
Malfoy skrzywił się nieprzyjemnie.
- Jednak ci to przeszkadza – odparł chłopak, zapewne interpretując to wszystko tak, że Harry nagle stał się jego sabotażystą.
- Mam to gdzieś. Z Ronem to była inna sytuacja. Trudniej się bronić przed kimś, kto był dla ciebie tak ważny. A tobie już raz przywaliła. Jestem pewien, że jeśli zrobisz coś głupiego, twój tyłek wyląduje na długie miesiące w Świętym Mungu, ale dla jasności – urwał, spoglądając poważnie na Draco. – Kiedy stamtąd wyjdziesz, ja załatwię cię tak, że przez miesiące będą szukali twojego ciała, a raczej resztek, które z niego pozostaną.
Draco skinął głową, jakby niczego innego się nie spodziewał.
- Dawanie jej przestrzeni nie działa – przyznał, chociaż naprawdę obiecał sobie, że nie będzie się mieszał. – Ona może myśleć, że myślisz o niej inaczej – dodał.
- To śmieszne. Niby dlaczego miałbym… - zaczął Draco.
- Postaw się w jej sytuacji. Wszyscy wiedzą, że nosi na sobie jakąś cholerną czarnomagiczną klątwę. Jest w ciąży z bliźniakami – ciągnął dalej. – Rozwodzi się – dodał. – Jakie wnioski wyciągasz?
Malfoy schował twarz w dłoniach, kompletnie go zaskakując.
- Nie wiem, Potter – warknął chłopak. – Przyszedłem, żeby się czegoś dowiedzieć, ale cholera niczego nie wiem – powtórzył.
- To się dowiedz, bo ona nie ma czasu na pierdoły – poinformował go poważnie.
- A kiedy Granger miała czas na pierdoły? – spytał retorycznie Draco.
- Czyli się zgadzamy – stwierdził Harry, czując się naprawdę dziwnie, przechodząc z Malfoyem jedną z najbardziej szczerych rozmów w swoim życiu.

ooo

Lucjusz i Draco minęli się w drzwiach. Harry był pewien, że nie obejdzie się to bez komentarza, ale starał się zachować pokerową twarz nawet, gdy wzrok mężczyzny skupił się na kilku stosach pergaminu równo zapisanych starannym pismem Hermiony. Jego własne bazgroły leżały na biurku i były jak najbardziej w użyciu. Traktat o dyniach nie mógł się przecież zmarnować.
- Jestem zdumiony – rzucił Lucjusz, spoglądając w ślad za synem.
- Zapewniam cię, że nie bardziej niż ja – odparł Harry, machając w stronę krzesła.
Oczywiście był głupcem, jeśli sądził chociaż przez chwilę, że Lucjusz usiądzie na miejscu petenta. Malfoy zajął ich kanapę i najwyraźniej oczekiwał, że Harry przestanie kryć się za bezpiecznym biurkiem. Nie rozmawiali sam na sam od czasów sfery, a wtedy był tak naładowany endorfinami, że niewiele pamiętał ze szczegółów konwersacji.
Teraz wszystko wydawało się o wiele bardziej realne.
- Więc… - zaczął Harry, zajmując wysłużony fotel, który również stanowił wyposażenie Ministerstwa.
Nie mieli preferencji, jeśli chodziło o meble. Skrzaty zatem urządziły pomieszczenie po swojemu i oboje z Hermioną nie narzekali.
Lucjusz jednak wyjątkowo nie pasował do wnętrza.
- Posiadłość Potterów – rzucił mężczyzna, przekazując mu jednocześnie główny temat rozmowy.
Harry poczuł, że jego mięśnie lekko się napinają. Dolina Godryka nigdy nie była dla niego łatwym tematem. Podobnie jak Dementorzy, niosła wiele złych wspomnień, które nawet do końca nie należały do niego. Dumbledore i Snape podzielili się z nim pewnymi informacjami, dzięki czemu miał pojęcie o tym, co się zdarzyło, ale zawsze wydawało mu się mocno nieodpowiednie, że nie pamiętał tak naprawdę niczego. Coś podobnego powinno wpić się w jego umysł i zostać tam na zawsze.
Nie wiedział czy cieszy się, że nie pamięta śmierci rodziców czy bardziej wstydzi z tego samego powodu.
- Już mówiłem, że otworzę dom – poinformował Lucjusza.
- Oczywiście – zgodził się Malfoy. – Ale podejrzewam, że nie wiesz jak – odparł mężczyzna i przyjrzał mu się uważnie. – Tak myślałem – dodał, najwyraźniej dostrzegłszy w jego twarzy odpowiedź.
- Zaklęcie czy rytuał? – spytał Harry.
Nie zdążył porozmawiać z Hermioną. Nie wiedział nawet gdzie tego szukać.
- Zaklęcie – odparł Lucjusz. – Po łacinie. Dość nieskomplikowane, ale będziesz musiał je powtarzać do skutku przy każdym pokoju. Proponowałbym w związku z tym, żebyśmy zaczęli jak najwcześniej.
Harry sądził, że miał jeszcze kilka dni na przygotowanie się psychicznie, ale Lucjusz najwyraźniej odbierał mu tę malutką nadzieję.
- Razem? – spytał, bo to akurat zwróciło jego uwagę.
- Będziesz wyczerpany. Ktoś musi ci towarzyszyć, aby potem aportować się z tobą do domu – poinformował go Lucjusz.
Harry przygryzł wnętrze policzka.
- Nie mogę się aportować. Nie używam też świstoklików – oznajmił Lucjuszowi, który tylko przez ułamek sekundy wyglądał na zaskoczonego. – Kominek – odparł.
- Twoi najbliżsi sąsiedzi są spokrewnieni z Lovegoodami, nie sądzę, żeby korzystanie z ich sieci było problemem – stwierdził Lucjusz, jak zawsze posiadając na wszystko gotową odpowiedź.
- Hesper mógłby… - zaczął Harry, przypominając sobie nagle, że mężczyzna miał nakładać nowe zabezpieczenia.
- Otaczasz się Niewymownymi – zauważył Lucjusz. – Sądzisz, że to rozsądne? Wiedzą o tym skąd pochodzi twoja moc? – spytał mężczyzna wprost.
- Jest pierwotna – odparł Harry.
Jemu to niewiele mówiło, ale tak określiła ją raz jeden Hermiona. I zakończyli rozmowy na ten temat. Lucjusz jednak wydawał się czekać właśnie na tą odpowiedź.
- Więc teraz jesteś zainteresowany? – stwierdził Harry, czując wzbierającą w nim złość. – Chcesz czegoś od mojej mocy? – spytał.
Lucjusz uśmiechnął się krzywo, trochę go zaskakując.
- Powiedzmy, że jesteśmy kwita – rzucił mężczyzna. – Ja ciebie źle oceniłem i ty mnie też – odparł Malfoy. – Twoja magia może i być niezwykła, ale zawsze pozostaje kwestia tego jak ją wykorzystasz. Ostrzegłem Wizengamot przed próbami manipulowania tobą, zanim jeszcze zatwierdzono twoje przyjęcie – dodał Lucjusz.
- Więc wiedziałeś? – zdziwił się Harry.
Malfoy uśmiechnął się lekko.
- Może nie świadomie, ale większość przeczuwała. Co silniejsi czarodzieje wiedzą o sobie. To instynkt. Voldemort widział w tobie przeciwnika już wtedy, gdy byłeś niemowlęciem. Gdybym chciał twojej magii, pomógłbym ci dostać się do Wizengamotu, gdy do mnie przyszedłeś – zauważył Lucjusz całkiem przytomnie. – Nie jestem na tyle głupi, aby manipulować kimś z mocą porównywalną albo większą od mojej. Magia to zawsze dopiero początek. Możesz być silniejszy, ale jesteś młody. Nie wiesz jak tego używać. Może nigdy nie zdecydujesz się na to, aby władać w pełni swoją magią. Nie byłoby to niespotykane – poinformował go Lucjusz. – Severus zawsze był zainteresowany bardziej eliksirami. A Minerwa patrzyła w Dumbledore'a niczym w boga, chociaż mogła stać się twarzą tej wojny równie łatwo co on.
Harry skrzywił się nieznacznie. Słowa Lucjusza nie były miłe, ale w zasadzie mężczyzna najczęściej z nim grywał przynajmniej w otwarte karty. Nie chciał być porównywany do nikogo, a tym bardziej potwora, który na dekady pogrążył czarodziejski świat w chaosie. Lucjusz jednak przedstawił swój punkt widzenia. I Harry wierzył mu, bo to Malfoy w końcu wyrzucił go ze swojego gabinetu, gdy przyszedł z nim porozmawiać. Może i Lucjusz uważał, że dzięki tej przysłudze zdobyłby jego lojalność i nie zdecydował się na to, ale Harry wiedział, że tamta rozmowa nie skończyłaby się w przewidywalny sposób. Mężczyzna nie miał pojęcia co zrobiły ich połączone magie.
- Proponuje zawieszenie broni – dodał Lucjusz.
- Skoro obaj wzajemnie sądziliśmy, że jesteśmy dupkami – dorzucił Harry.
Prawie czekał aż Lucjusz wyciągnie w jego stronę swoją dłoń, aby uścisnęli ręce na zgodę. Jednak mężczyzna nie ruszył się ze swojego miejsca na kanapie.
- Ująłbym to inaczej, ale przychylę się do twojego osądu – odparł Malfoy.
- I znowu mówisz jak dupek – zauważył Harry, sięgając po notatnik.
Lucjusz wyglądał tak, jakby zamierzał dodać coś jeszcze, ale brakło mu słów. Harry zatem uśmiechnął się szeroko, ponieważ naprawdę rzadko miewał ostatnie słowo.

ooo

Hermiona czekała na niego w salonie, gdy wrócił. Częste podróże siecią Fiuu sprawiły, że prawie nie potykał się, gdy lądował w salonie.
Dziewczyna siedziała na kanapie, starając się ewidentnie przebrnąć przez kolejny punkt wiekowego kodeksu, ale język, którym się wtedy posługiwano utrudniał im zadanie nie raz. Wyglądała na mocno zamyśloną, więc zawahał się zanim usiadł na fotelu. Stopy bolały go od ciągłego przemierzania korytarzy. Terry starał się znaleźć Hespera, ale łatwiejsze byłoby wyszukanie Bellatriks niż Niewymownego w ruchu. Nikt nie widział Hitchensa, a ci którzy go widzieli i tak milczeli.
To była paranoja.
- Draco Malfoy zaprosił mnie na kolację – powiedziała w końcu Hermiona, zaskakując go.
Oczywiście dupek musiał się pospieszyć. Danie mu doby wyprzedzenia najwyraźniej to było za wiele.
- I co w związku z tym? – spytał, starając się nie brzmieć na zbytnio zainteresowanego.
Hermiona spojrzała na niego kompletnie zszokowana.
- Mój mąż jest w Azkabanie – przypomniała mu podniesionym tonem.
Harry zagryzł wargi.
- Ustalmy jedno; rozwodzisz się – oznajmił jej, ale nawet nie mrugnęła. – I drugie, to bydle, które ci to zrobiło, nie jest twoim mężem. Twój mąż by ci tego nie zrobił. Możesz się ze mną nie zgadzać. W zasadzie nie wiem nawet jak to powinno wyglądać, ale ludzie, którzy są razem, nie ranią się. Jeśli się ranią, znaczy, że się nie kochają i nie są razem.
Hermiona przyglądała mu się dłuższą chwilę z wątpliwością wypisaną na twarzy.
- To poza tematem – odparła nagle. – Jestem mężatką.
- Rozwód to formalność – przypomniał jej.
- Jestem w ciąży – dodała.
- Nie będziesz wiecznie – powiedział wzruszając ramionami. – I sądzę, że Draco już zauważył. Trudno, żeby to umknęło komukolwiek, kto widział z bliska twoje piersi.
Starał się zażartować, ale spojrzała na niego tak ostro, że niemal natychmiast tego pożałował.
- Dlaczego wydaje mi się, że szukasz na siłę wymówek? – spytał wprost.
- Dlaczego wydaje mi się, że na siłę próbujesz mnie przekonać? – odbiła piłeczkę.
Harry wziął głębszy wdech.
- Dałem ci przestrzeń, ale to nie skutkuje. To zabrzmi dziwnie, ale on cię lubi. Nie mówię, że macie być razem, ale wyjdź i spróbuj. Ani razu nie powiedziałaś, że ci się nie podoba, że nie chcesz. Cały czas się zastawiasz małżeństwem, które jest tylko na papierze – przypomniał jej. – Rozmawiałem z nim dzisiaj – przyznał. – Przyszedł do mnie Draco Malfoy i spytał co u ciebie, bo się do niego nie odezwałaś, chociaż czekał tydzień. Podziwiam jego cierpliwość, bo ja następnego dnia byłbym na twoim progu. Ale on poczekał tydzień, a potem przyszedł do mnie spytać jak się czujesz. Normalnie powiedziałbym, że się martwi, ale to Ślizgon. Cholera wie, co łazi mu po głowie. Nie wiem czy Draco to dobry wybór. To nie jest moja sprawa, ale nie chcę, żebyś straciła swoją szansę dlatego, że się wstydzisz, że się boisz tego co on o tobie myśli. Że cię odrzuci, bo wie o tobie coś, czego nie chciałaś, aby wiedział ktokolwiek. Myślisz, że nie zauważyłem, że przyznałaś się do tego, co zrobił Ron, gdy chcieli aresztować Draco? Stanął w twojej obronie, a ty chroniłaś jego. To jest dla nas normalne. Tak robimy. Wiem, że to jest jak odruch, że chronimy tych, na których nam zależy – ciągnął, a potem wziął głębszy oddech.
Hermiona wyglądała na mocno zdenerwowaną. Nie mogła skupić na nim swojego wzroku i cały czas zaciskała dłonie na kocu.
- On wie, że jesteś w ciąży z nie jego dziećmi. I skoro za tobą łazi, to mu to nie przeszkadza. Wiedział, że się rozwodzisz. I dowiedział się, że nosisz tę klątwę i nie uciekł. Byłem tam, Herm. Wiem jak to jest się wstydzić tego, czego się wstydzić nie powinno. To nie jest twoja wina, że Ron nie potrafił się zachować jak mężczyzna. I może przeciwstawić całej rodzinie albo po prostu pozwolić ci odejść. To nie jest twoja wina, a jeśli ktoś twierdzi inaczej, jestem pewien, że jeśli umknie to mi Draco go dorwie – poinformował ją. – Nie jesteśmy mniej ludźmi, bo nas źle traktowano. I możesz dać Ronowi wygrać. Nie na sali sądowej, bo nie ma szans, żeby się z tego wykaraskał. Możesz mu dać wygrać tym, że zostaniesz sama. Że będziesz dalej tak nieszczęśliwa jaką cię uczynił. Albo możesz iść na przód. I może Draco będzie ci towarzyszył przez kilka miesięcy. Może pójdziecie na jedną randkę i to będzie koniec. Po prostu daj sobie szansę – powiedział.
Hermiona wpatrywała się w niego, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zamknęła je niemal natychmiast i pomiędzy jej brwiami pojawiła się poprzeczna zmarszczka.
- Nie jestem ofiarą – poinformowała go.
- Wiem – odparł. – Jesteś Hermioną. Z tobą nikt nie zadziera – dodał.